piątek, 8 lutego 2013

Murzyni, Wietnamczycy, Cyganie, gołębie, koty i kwietniowy Anioł Stróż – „Listy do Kwiecieńki”, Bohumil Hrabal

Kiedy pod koniec lat 80. ubiegłego wieku zmarła żona Bohumila Hrabala, jego ukochana Pipsi, świat stracił dla niego sens. Sam miał już 73 lata, ciążyło mu zniedołężniałe ciało, a przed samotnością uciekał do gwarnych gospód i do Kerska, do swoich kotów, które jako jedyne trzymały go przy życiu (kto by je bowiem nakarmił, gdyby jego zabrakło?). Często myślał o samobójstwie, o skoku z piątego piętra na wzór Franza Kafki i Rainera Marii Rilkego, ostatecznie jednak powstrzymywał się, uznając je za zbyt łatwą drogę. Samotność i jałowość swoich dni uznał za pokutę za grzechy całego życia.
Ale ja już nie będę wyskakiwał z okna, mój anioł stróż nie wyperswadował mi tego, ale szepnął mi, że ten, który ofiarował mi szczyt pustki, powiedział mu, że to byłoby za mało: odejść tak nazbyt łatwo, to, że ból sprawia mi cały świat, muszę przeżyć raz jeszcze, tak jak ostatni cesarz chiński, którego nie stracono, ale przez dwanaście lat prano mu mózg, aby zrozumiał to wszystko, co zrobił. 
I nagle, pośród tego bezsensu, szarości i zmęczenia, niczym Anioł Stróż pojawia się Kwiecieńka. Naprawdę nazywa się April Clifford, jest bohemistką i przyjeżdża do Pragi aż z samego San Francisco, specjalnie po to aby zobaczyć swego Mistrza. Ma ze sobą mały błękitny plecaczek, a w nim pięciokilowy słownik czesko-amerykański, mimo to jednak wciąż uroczo przekręca czeskie wyrażenia. Gdy oświadcza, że przyjechała ze Stanów Zadowolonych (spojenéspokojené, łatwo pomylić :)), natychmiast zaskarbia sobie miłość wszystkich stałych bywalców, a pan Karel Marysko nadaje jej pieszczotliwe imię Kwiecieńka.

Młoda dziewczyna okazuje się tym, czego pozbawionemu nadziei i energii pisarzowi dokładnie w tej sytuacji potrzeba. Jej wkroczenie w jego życie i zaaranżowana przez nią podróż do Stanów odrywają go od ponurych rozmyślań. A w tle wrze kociołek historii – właśnie upada komunizm i młode czeskie państwo staje na nogi, co jest kolejnym powodem do radości.

Ale czy na pewno? Radość pisarza z odrodzenia ojczyzny jest niewątpliwa, ale cicha, doprawiona goryczą przykrych wspomnień i poczuciem winy. Zamiast wiwatować wraz z tłumem młodych, przypomina sobie tych, którzy upadli pod ciosami komunistów. Przemierzając w pamięci cały XX wiek, sięgając aż po inwazję nazistowską i zajęcie Uniwersytetu Karola, na którym wówczas studiował, roztacza przed sobą obrazy udręczonego narodu. Wracają one do niego uporczywie nawet za oceanem, gdzie pytania dziennikarzy o politykę i o Václava Havla nie pozwalają mu zapomnieć ani na chwilę.

Obrazy te są dla niego tym bardziej gorzkie, że sam uważa, że nie stanął na wysokości zadania, jakie postawiła przed nim historia. Nigdy nie był typem bohatera, zawsze prześladował go paniczny lęk, którego korzeni doszukuje się jeszcze w czasach, gdy noszony pod sercem matki stanął w obliczu groźby zastrzelenia przez jej rozwścieczonego ojca (a swego dziadka). Nie poszedł za przykładem wielu swych przyjaciół pisarzy i nie podpisał Karty 77, wolał pojechać na wakacje do Salonik niż przyznać się do przyjaźni z Vaculíkiem, pod dyktando bezpieki napisał też kilka cuchnących strachem listów. Przed Kwiecieńką tłumaczy się szczerze:
Przecież ja podpisu na „Kilku zdaniach” nie wymienię na osiemdziesiąt tysięcy Głośnych samotności, które ukażą się teraz w listopadzie, ja tych „Kilku zdań” nie wymienię na osiemdziesiąt tysięcy posłowi Milana Jankovicza... Przecież, Kwiecieńko, ja właściwie żyję na świecie tylko dlatego, żeby napisać Zbyt głośną samotność, o której pani Susan Sontag w Nowym Jorku powiedziała mi, że to książka, jedna z dwudziestu książek, jakie będą obrazem literatury tego stulecia...
Ostatecznie więc wraz z Kwiecieńką stajemy się świadkami otwartej spowiedzi. O ile w części pierwszej, Listopadowy huragan, autor wspomina jedynie między wierszami o swoich winach, w Podziemnych rzeczkach dojrzewa już do tego, by wywlec na światło dzienne wszystko, co budzi w nim niechęć do samego siebie. Wśród szczerych wyznań pojawiają się jednak nie tylko deklaracje o przewinach – jest i stara historia miłości do Perły, córki bratysławskiego rabina, oraz głęboki wyraz przywiązania do Cassiusa, Cassiusa Claya (nazwanego tak na cześć słynnego amerykańskiego boksera, znanego szerzej jako Muhammad Ali), ukochanego kotka Hrabala, tego jedynego i najulubieńszego, który przypomina mu trochę samego siebie, bo po latach przywilejów został przez płowego kocura i inne koty wygnany i skazany na tułaczkę.

Hrabal karmiący koty w Kersku [1]

Pominęłam zupełnie niemal wszystkie odmalowane przez Hrabala w Listopadowym huraganie obrazki, zarówno te przywiezione ze Stanów, jak i te praskie, radosne, historyczne, prezentujące pełne zaangażowanie i zjednoczenie wszystkich obywateli w dziele stawiania na nogi swego młodego, wolnego kraju. Za dużo by jednak cytować – polecam zapoznanie się z nimi osobiście! Zapewniam, że są tego warte.

Wspomnę tylko o niesamowitej sympatii pisarza do mniejszości – wszystkiego, co spychane na margines, pogardzane, niechciane. Z czułością pisze o barwnych Murzynach, bez których, jego zdaniem, „Ameryka nie byłaby Ameryką”, o praskich Wietnamczykach, którzy „mają takie figurki jak księżniczki i jak tancerze (…) i są ozdobą Pragi”, o Cyganach, którzy co prawda „mają trochę wad” i „nie bardzo chce im się pracować”, ale za to mają „skłonność do gry na skrzypcach bez znajomości nut”, a „ich dzieci mają piękne oczy”.

A co z obrzucaną inwektywami pierzastą zmorą turystów podziwiających nie tylko praski, ale i choćby krakowski rynek – gołębiami? :) I dla nich Hrabal ma potężny ładunek współczucia, uznając je za nieodłączny i niesłusznie znienawidzony element praskiego krajobrazu:
Droga Kwiecieńko, piszę do pani z metropolii, gdzie było w zwyczaju, że po placach kręciły się i gruchały zastępy gołąbków i gołębic, a ludzie fotografowali się z nimi, karmili je i tak dalej... Te nasze place stanowiły nawet coś w rodzaju dowodu na to, że mamy gołębi charakter... 
Oskarżycielskie słowa należą się ludziom wynajętym przez miasto do rozwiązania ptasiego problemu:
Często spotykałem tych zwyrodnialców już z łupem, ze zdobyczą, mieli taką rybacką sieć i każda była pełna wykręconych gołębich skrzydeł, przez oka wystawały bezbronne czerwone nóżki i w każdej z tych sieci były jedna lub dwie pary przerażonych gołębich oczu, tych pięknych oczu...
Na koniec chciałabym podzielić się znalezioną niedawno w czeluściach internetu opinią Ondřeja Daněčka na temat Hrabala. Niesłychanie trafną, moim zdaniem, oddającą dokładnie taki obraz tego czeskiego pisarza, jaki znam i uwielbiam – myślącego o Czyśćcu (Purgatorio) z Boskiej komedii piorąc brudne gatki w publicznym szalecie:
Hrabal łączył w sobie wiele paradoksów. Jego zwyczaje i sposób życia na co dzień stanowiły tylko wprowadzenie: był bezspornie duchowym artystą i wolnomyślicielem z przyzwyczajeniami i skłonnościami właściwymi robotnikowi. Prawdopodobnie znaleźlibyście go (być może z płochliwym uśmiechem na twarzy) pośród tłumu podpitych kibiców trzecioligowej drużyny piłkarskiej, jak komentuje mecz cytatami z Immanuela Kanta albo innych swoich filozoficznych bogów.
Hrabal wśród kerskich pól [2]

***
B. Hrabal, Listy do Kwiecieńki, wyd. Czytelnik, Warszawa 2002.

***
Źródło cytatu Ondřeja Daněčka: T. Mazal, O środkowoeuropejskości i kotach Bohumila Hrabala, „Książki w tygodniku (dodatek do „Tygodnika Powszechnego” nr 17/2003).
Fotografie:
[1] http://musessquare.blogspot.com/2012/03/bohumil-hrabal-1914-marcius-28-1997.html
[2] http://www.odaha.com/sites/default/files/bohumil-hrabal-005.jpg 

***
Drodzy moi! Jeszcze jedna rzecz. Platforma Audeo udostępniła za darmo do ściągnięcia audiobooka Czarny kot Edgara Allana Poe. To oczywiście absolutna klasyka, więc polecać nie trzeba, a opowiadania mistrza grozy będą w sam raz na długie, ponure zimowe wieczory. Tutaj instrukcja, co zrobić aby zdobyć Czarnego kota.


6 komentarzy:

  1. Niesamowicie interesująco ukazałaś sylwetkę Hrabala. Dziękuję! Aż mam ochotę poczytać którąś z jego książek.

    "przyjechała ze Stanów Zadowolonych (spojené – spokojené"

    Uśmiałam się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, taki jest mój cel - zachęcić do lektury :) A rozumiem, że jeszcze nie czytałaś nic Hrabala? Gdybyś miała problem z wyborem, to służę pomocą, tutaj mały przewodniczek: http://literackie-skarby.blogspot.com/2011/09/notatki-z-kilku-lekcji-w-szkoce.html

      Pomyłka zabawna, prawda? W polskim wydaniu co prawda nie pojawia się jej wyjaśnienie, nie zostają przytoczone czeskie określenia które przekręciła (i wielka szkoda, moim zdaniem; inny zarzut jaki mam do tłumacza to spolszczenie czeskich nazwisk, np. Jerzy Kolarz zamiast Jiří Kolář - no i po co?), ale byłam ciekawa skąd mogło się to Kwiecieńce wziąć i sama sprawdziłam. Fajnie, że Kwiecieńka i Tobie dostarczyła wesołości :)

      Usuń
    2. Wstyd się przyznać, ale tylko jedną powieść Hrabala czytałam:) Dzięki za przewodniczek - przyda się na pewno.

      Jestem przeciwniczką spolszczania przez tłumaczy nazwisk obcojęzycznych, a także wszelkich nazw, np. geograficznych. To nie ma żadnego sensu.

      Usuń
    3. Też tak uważam, zwykle te spolszczone nazwy i nazwiska brzmią strasznie głupio.
      Za przewodniczek nie dziękuj, korzystaj do woli :) A którą książkę Hrabala czytałaś, jeśli mogę jeszcze spytać? Podobała się, czy raczej niezbyt? Żaden wstyd, w końcu każdy kiedyś zaczynał :)

      Usuń
  2. "Czarny kot" już za mną. Warto ściągnąć. "Listy" mnie zaintrygowały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem z audiobookami trochę do tyłu, jeden męczę od prawie dwóch miesięcy, niewiele ostatnio okazji do słuchania... A Poego już trochę czytałam w wersji papierowej. Ale tym, którzy jeszcze nie znają, na pewno warto polecić, zwłaszcza że w interpretacji lektora to zupełnie inna jakość.

      Mam nadzieję, że jeśli chodzi o "Listy", na zaintrygowaniu się nie skończy ;)

      Usuń