Baudelaire, Hugo i placek z boczkiem w kryminalnej intrydze – „Pani komisarz nie znosi poezji”, Georges Flipo

A intuicja podpowiada, że to całkiem niezły, lekki kryminałek. Dowcipny, z przymrużeniem oka, bez strachów i mrocznych zagrywek, mimo że same zaświaty zdają się maczać w całej sprawie palce. Bo mamy tu i ducha Baudelaire'a, i kloszarda do złudzenia przypominającego Victora Hugo. Czyli na okrasę odrobina XIX-wiecznej literatury francuskiej – to, co tygryski lubią najbardziej!
Czyta się gładko, intryga wciąga, uczuciowe zawiłości komisarz Viviane Lancier też, a po pochłoniętej lekturze ciche beknięcie aprobaty (przyjęło się) i cała historia kończy jako miłe, choć ulotne wspomnienie. Dlatego do kryminałów mi nie po drodze – wolę cięższe rzeczy, zostawiające coś po sobie, nawet jeśli miałaby to być niestrawność lub nieprzyjemny i skłaniający do myślenia posmaczek. Ponieważ jednak monotonna dieta jest niezdrowa, lekki kryminał Georges'a Flipo uważam za smakowitą odskocznię.
Kulinarne porównania są zresztą w tym przypadku bardzo na miejscu, bo Flipo dużo i ładnie pisze o jedzeniu. Wokół jedzenia kręci się życie sfrustrowanej komisarz, a w końcu to jej oczyma patrzymy na całą historię. Na pierwszych stronach powieści w centrum uwagi znajduje się intrygujący placek z bekonem – dowód rzeczowy pożarty przez porucznika Monota (który, jak widać, również ceni sobie rozkosze dla podniebienia – myślę, że i dlatego Vivianka zaczęła podświadomie widzieć go bardziej atrakcyjnym ;)), a później już płyniemy wartkim strumieniem maczanych w jogurcie batonów Mars, wina z syropem cytrynowym, paelli, pasztetów z kaczki, ciast orzechowych, specjałów kuchni śródziemnomorskiej i wietnamskiej...
Kulinarne porównania są zresztą w tym przypadku bardzo na miejscu, bo Flipo dużo i ładnie pisze o jedzeniu. Wokół jedzenia kręci się życie sfrustrowanej komisarz, a w końcu to jej oczyma patrzymy na całą historię. Na pierwszych stronach powieści w centrum uwagi znajduje się intrygujący placek z bekonem – dowód rzeczowy pożarty przez porucznika Monota (który, jak widać, również ceni sobie rozkosze dla podniebienia – myślę, że i dlatego Vivianka zaczęła podświadomie widzieć go bardziej atrakcyjnym ;)), a później już płyniemy wartkim strumieniem maczanych w jogurcie batonów Mars, wina z syropem cytrynowym, paelli, pasztetów z kaczki, ciast orzechowych, specjałów kuchni śródziemnomorskiej i wietnamskiej...
Jedyna nutka goryczy, która towarzyszyła mi po skończeniu tej lektury, to żal do komisarz Lancier. Nawet nie chodzi o to, że wredna, choć wielu takim mianem ją określa. Moim zdaniem wcale taka straszna nie jest, w stosunku do jej podopiecznych zarzuciłabym jej wręcz pobłażliwość (zjedzony dowód rzeczowy!), a jej przyjazne, szorstkie żarciki fajnie ożywiały atmosferę. Polubiłam ją. Tym bardziej rozczarował mnie sposób, w jaki zakończyła całe śledztwo. Szczegółów oczywiście nie zdradzę, ale napiszę – Fe, mademoiselle Lancier! Wiem, że twarda z pani babka, ale to już jednak trochę przesada.
Kto ciekaw, niech przeczyta!
***
Za książkę dziękuję Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.
***
G. Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2013.
Smakowitości w książkach lubię, choć potem chodzę wiecznie głodna :)
OdpowiedzUsuńJa to samo! Widocznie literackie rozkosze też trzeba okupić jakąś ofiarą:)
UsuńDobry tytuł : "Pani komisarz..."
OdpowiedzUsuńDobry :)
UsuńTo raczej nie jest książka dla mnie, bo ja się odchudzam ;p
OdpowiedzUsuńBtw. Taka prosta okładka, a taka efektowna... :)
Pozdrawiam,
Sol
A, no to tak, mogłoby być to dla Ciebie ciężkie doświadczenie, ale z drugiej strony może poczynania również wiecznie się odchudzającej komisarz Lancier podniosłyby Cię trochę na duchu :) Okładka rzeczywiście niezła, żółć mocno przykuwa wzrok. Pozdrawiam!
Usuń