niedziela, 8 września 2013

Baudelaire, Hugo i placek z boczkiem w kryminalnej intrydze – „Pani komisarz nie znosi poezji”, Georges Flipo

Zanim przystąpię do relacjonowania moich wrażeń z tej lektury, muszę się do czegoś przyznać. Jeśli chodzi o recenzowanie kryminałów to jestem prawdopodobnie najmniej kompetentną osobą na świecie, bo z wszystkimi klasykami gatunku jestem zupełnie do tyłu. Nigdy w życiu nie miałam w ręku żadnej książki Agathy Christie, obce są mi przygody Sherlocka Holmesa, nie tknęłam tak modnych obecnie skandynawskich kryminałów, nie znam powieści Raymonda Chandlera ani, co gorsza, Georges'a Simenona, którego twórczość wspomniana zostaje w opisie wydawnictwa. W tym wypadku więc moje oczytanie nie wchodzi w grę. Można co najwyżej zaufać mojej czytelniczej intuicji.

A intuicja podpowiada, że to całkiem niezły, lekki kryminałek. Dowcipny, z przymrużeniem oka, bez strachów i mrocznych zagrywek, mimo że same zaświaty zdają się maczać w całej sprawie palce. Bo mamy tu i ducha Baudelaire'a, i kloszarda do złudzenia przypominającego Victora Hugo. Czyli na okrasę odrobina XIX-wiecznej literatury francuskiej – to, co tygryski lubią najbardziej!

Czyta się gładko, intryga wciąga, uczuciowe zawiłości komisarz Viviane Lancier też, a po pochłoniętej lekturze ciche beknięcie aprobaty (przyjęło się) i cała historia kończy jako miłe, choć ulotne wspomnienie. Dlatego do kryminałów mi nie po drodze – wolę cięższe rzeczy, zostawiające coś po sobie, nawet jeśli miałaby to być niestrawność lub nieprzyjemny i skłaniający do myślenia posmaczek. Ponieważ jednak monotonna dieta jest niezdrowa, lekki kryminał Georges'a Flipo uważam za smakowitą odskocznię.

Kulinarne porównania są zresztą w tym przypadku bardzo na miejscu, bo Flipo dużo i ładnie pisze o jedzeniu. Wokół jedzenia kręci się życie sfrustrowanej komisarz, a w końcu to jej oczyma patrzymy na całą historię. Na pierwszych stronach powieści w centrum uwagi znajduje się intrygujący placek z bekonem – dowód rzeczowy pożarty przez porucznika Monota (który, jak widać, również ceni sobie rozkosze dla podniebienia – myślę, że i dlatego Vivianka zaczęła podświadomie widzieć go bardziej atrakcyjnym ;)), a później już płyniemy wartkim strumieniem maczanych w jogurcie batonów Mars, wina z syropem cytrynowym, paelli, pasztetów z kaczki, ciast orzechowych, specjałów kuchni śródziemnomorskiej i wietnamskiej...

Jedyna nutka goryczy, która towarzyszyła mi po skończeniu tej lektury, to żal do komisarz Lancier. Nawet nie chodzi o to, że wredna, choć wielu takim mianem ją określa. Moim zdaniem wcale taka straszna nie jest, w stosunku do jej podopiecznych zarzuciłabym jej wręcz pobłażliwość (zjedzony dowód rzeczowy!), a jej przyjazne, szorstkie żarciki fajnie ożywiały atmosferę. Polubiłam ją. Tym bardziej rozczarował mnie sposób, w jaki zakończyła całe śledztwo. Szczegółów oczywiście nie zdradzę, ale napiszę – Fe, mademoiselle Lancier! Wiem, że twarda z pani babka, ale to już jednak trochę przesada.

Kto ciekaw, niech przeczyta!

***
Za książkę dziękuję Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

***
G. Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2013.

6 komentarzy:

  1. Smakowitości w książkach lubię, choć potem chodzę wiecznie głodna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to samo! Widocznie literackie rozkosze też trzeba okupić jakąś ofiarą:)

      Usuń
  2. Dobry tytuł : "Pani komisarz..."

    OdpowiedzUsuń
  3. To raczej nie jest książka dla mnie, bo ja się odchudzam ;p

    Btw. Taka prosta okładka, a taka efektowna... :)


    Pozdrawiam,
    Sol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, no to tak, mogłoby być to dla Ciebie ciężkie doświadczenie, ale z drugiej strony może poczynania również wiecznie się odchudzającej komisarz Lancier podniosłyby Cię trochę na duchu :) Okładka rzeczywiście niezła, żółć mocno przykuwa wzrok. Pozdrawiam!

      Usuń