czwartek, 5 września 2013

Pogarda, która boli – „Franny i Zooey”, Jerome David Salinger

Salingera, legendarnego odludka literackiego światka, znałam do tej pory tylko z jego najsłynniejszego dzieła – Buszującego w zbożu. Przeczytałam tę książkę jako nastolatka i byłam nią absolutnie zafascynowana, a Holden Caulfield dzierżył przez wiele lat berło mojego ulubionego bohatera literackiego. Mimo to kolejny utwór tego autora trafił w moje ręce dopiero teraz.

Nie jestem pewna, kiedy i gdzie po raz pierwszy usłyszałam tytuł Franny i Zooey, ale prawdopodobnie stało się to za sprawą serialu Gilmore Girls (ach, ten oczytany buntownik bez powodu, Jess!). Dość specyficzny, zapadł mi w pamięć, ale żyłam w przeświadczeniu, że tytułowe postaci to para.

Tymczasem Franny i Zooey to rodzeństwo. Inteligentna i wrażliwa studentka aktorstwa i jej ekscentryczny starszy brat, sławny aktor. Pochodzą z rodziny, w której wszystkie dzieci wyróżniały się wśród rówieśników niespotykanym intelektem. Do legendy przeszły ich poważne, błyskotliwe odpowiedzi w radiowym programie Oto mądre dziecko.

Po przekroczeniu progu dorosłości niezwykła inteligencja nie pomogła jednak dawnym małym geniuszom w przystosowaniu się do życia, a wręcz stała się ciężarem. Najstarszy brat popełnił samobójstwo, inny żyje samotnie na odludziu i dorabia sobie jako „pisarz-rezydent”, Franny natomiast przeżywa kryzys. Egzystencjalny.

Książeczka zaczyna się bardzo niepozornie, bowiem otwierające ją opowiadanie Franny zdaje się raczej zapowiadać historię pozbawionego osobowości, trochę bezmyślnego dziewczątka, które wpakowało się w jakieś kłopoty, najpewniej niechcianą ciążę. Drugie opowiadanie, Zooey, wywraca stereotypowe myślenie czytelnika do góry nogami. To w gruncie rzeczy utwór filozoficzny, spór między bratem a siostrą o istotę religii i sens życia.

Zrażona pierwszymi doświadczeniami w środowisku akademickim Franny jest pełna rozgoryczenia w stosunku do ludzi. Wstręt budzi w niej ich zapatrzenie w siebie, bezduszność i pęd do wiedzy (sama oddziela grubą krechą wiedzę i intelekt od prawdziwej życiowej mądrości). Ucieka od nich w modlitwę, która jednak nie daje jej ukojenia.

Zooey stawia jej diagnozę, moim zdaniem trafną – dziewczyna nie może osiągnąć spokoju, bo w głębi serca zdaje sobie sprawę, że jej pogarda jest sprzeczna z nauką Chrystusa o miłości do innych ludzi. Nie można na siłę przeobrazić Jezusa, który stawia człowieka ponad wszystkimi innymi istotami na ziemi, w milutkiego świętego Franciszka z Asyżu, przyjaciela zwierząt. A zdaniem Zooeya Franny na własne potrzeby właśnie to robi, podobnie jak 98% chrześcijan.
Na Boga, przecież to najinteligentniejsza postać w całej Biblii, fakt niezbity. Pokaż mi kogoś, kogo by On nie przerastał o głowę, a nawet bardziej jeszcze. Pokaż. W obu Testamentach roi się od mędrców, proroków, uczniów, wybranych synów, Salomonów, Izajaszów, Dawidów, Pawłów, ale, mój Boże, kto prócz Jezusa naprawdę wie, o co chodzi? Nikt. (…) Dlaczego nie myślisz o tych sprawach, Franny? Nie żartuję, pytam cię poważnie. Jeżeli nie widzisz Jezusa takim, jakim był w rzeczywistości, twoja modlitwa do Niego nie ma sensu.
Słysząc słowa brata Franny protestuje, ale bez słów przyznaje się do winy już w pierwszej części historii – w trakcie rozmowy z Lanem wyrzuca z siebie jadowite uwagi na temat akademików i gotuje się do ataku na niego samego, a zaraz potem rozpływa się w przeprosinach. Poci się, blednie, w końcu mdleje, nie radzi sobie w walce ze swoją instynktowną niechęcią – ale wie, że walczyć powinna.

To bardzo dobra książka, choć Salinger pisze specyficznie, buduje powieściowy świat z mnóstwa na pozór zbędnych szczegółów. Do jego stylu trzeba przywyknąć. Na pewno jednak warto spróbować.

***
Cytat: J.D. Salinger, Franny i Zooey, Czytelnik, Warszawa 1981.

6 komentarzy:

  1. Tak się złożyło, że nie czytałam "Buszującego w zbożu" chociaż ten tytuł co rusz mi się gdzieś przewija .Widzę, że najwyższa pora sięgnąć po tego pisarza. Przekonałaś mnie swym postem.
    To zdanie, które min. zacytowałaś "Jeżeli nie widzisz Jezusa takim, jakim był w rzeczywistości, twoja modlitwa do Niego nie ma sensu." wprost uderzyło mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Buszujący...” to absolutny must-read! Jeśli nie ze względu na wciąż pojawiające się nawiązania do niego, to po prostu dlatego, że jest to świetna książka. Do tego nie jest to jakiś przykurzony klasyk, czyta się ją bardzo przyjemnie, na pewno nie pożałujesz.

      Jeśli zaś chodzi o „Franny i Zooey”, te dyskusje rzeczywiście dają do myślenia. Na mnie też stwierdzenia Zooeya zrobiły duże wrażenie, bo uważam je za bardzo trafne i aktualne. Jeśli będziesz mieć ochotę na coś bardziej filozoficznego, z religią w tle, to polecam, ale „Buszujący..." będzie lepszy na pierwszy ogień.

      Usuń
  2. Naia,

    autor bardzo na czasie. To prawda, jego styl jest specyficzny - szczególnie w kontekście ówczesnej prozy amerykańskiej :)

    Na dniach rusza premiera filmu dokumentalnego, jego dzieci już się kłócą o publikacje i utwory, które zostawił w szufladach. Także jakiś tam odzew będzie, choć bez przesady - tak naprawdę nigdy nie był bardzo popularny poza Ameryką, a u nas tym bardziej. Widać to choćby po nielicznych recenzjach na blogach :)

    Nie mniej Salingera czytać trzeba, sprawia przyjemność, szczególnie jeśli odrzuci się wszelkie nawiązania do popkultury i jego rzekomych poglądów, o których tak naprawdę (z jasnych przyczyn) niewiele wiadomo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem ogólnie daleka od utożsamiania autora z poglądami wyrażanymi ustami jego bohaterów, profesję pisarza wyobrażam sobie jako idealną maskę i zawsze staram się podchodzić z dystansem. Zdarzało mi się przy tym upierać nawet wtedy, gdy wyrażony pogląd okazywał się w końcu jednoznacznie tym autora:) A o Salingerze rzeczywiście trudno cokolwiek orzec, więc nie ma sensu bawić się w domysły.

      O filmie słyszałam, choć jakoś szczególnie się tym nie interesowałam. Może u innych sprawa wywoła więcej emocji i rzeczywiście Salingera będzie się chętniej czytać. Myślę, że u nas jest on takim autorem jednej książki, bo „Buszujący...” jest akurat bardzo znany (nawet mój prawie-nieczytający chłopak czytał, więc tak mi się wydaje :P).

      Usuń
  3. Pamiętam swoje rozczarowanie i "Franny ..." i "Podnieście strop ..." - nie wiem czemu ale miałem przekonanie, że to książki-manifesty buntu młodego pokolenia ale być może gdy je czytałem sam byłem za młody :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałeś takie przekonanie przed lekturą, a okazało się inaczej? Czy rozczarowało Cię właśnie to, że książki Salingera takimi manifestami się okazały?:)

      Usuń