niedziela, 16 lutego 2014

Krew, pot i whisky pod afrykańskim niebem
– „Zielone wzgórza Afryki”, Ernest Hemingway

Hemingway pozuje z porożami antylop kudu podczas safari w Afryce w 1934 roku.
Ten zbiór wspomnień Hemingwaya z polowań w Afryce to książka bardzo nieoczywista – ilu ludzi, tyle opinii. Zaraz po jej publikacji w 1935 roku nie wzbudziła entuzjazmu u krytyków, czytelnicy też nie byli zachwyceni [1], a i dziś w jej recenzjach pojawiają liczne zarzuty: że nudna, że okrucieństwo wobec zwierząt, że Hemingway taki egocentryczny, przemądrzały i w ogóle antypatyczny. Inni potrafią dostrzec w niej pięknie nakreślony obraz Czarnego Kontynentu, pochwałę prostych uroków życia i zbiór ciekawych, niewydumanych refleksji na temat pisania, religii, historii.

Wszystko zależy od tego, na co kto się nastawi. Ja, przyznaję, spodziewałam się po tej lekturze więcej napięcia, więcej barw, i w zderzeniu z moimi wygórowanymi oczekiwaniami wypadła trochę płasko. Nie jestem jednak rozczarowana. Do Hemingwaya mam stosunek bardzo sentymentalny i z dużo większą gorliwością niż u innych pisarzy doszukuję się u niego pozytywów, a i tych Zielonym wzgórzom Afryki nie brak.

Dla narratora (i autora w jednym) polowanie to sport. Nie zabija dla żądzy krwi, nie czerpie satysfakcji ze sprawiania bólu, a swoje ofiary darzy nawet pewnym rodzajem szacunku i podziwu: „Leżał na tym boku, w który dostał kulę, i nie było na nim żadnego śladu, i pachniał słodko i ślicznie jak oddech bydła, jak woń tymianku po deszczu” (s. 176). Cierpi natomiast, kiedy kilkugodzinne tropienie postrzelonego byka w silnym afrykańskim słońcu kończy się porażką – dręczy go wizja rannego zwierzęcia rozszarpywanego przez śmierdzące hieny, zakałę zwierzęcego świata.
Nie sprawiało mi przykrości zabijanie czegoś, jakiegokolwiek zwierzęcia, jeżeli zabiłem je czysto, bo wszystkie i tak muszą zginąć, i moje wtrącanie się w to conocne czy okresowe zabijanie, które trwa stale, było czymś bardzo drobnym, toteż nie miałem żadnego poczucia winy. Mięso zjadaliśmy, a zachowywaliśmy sobie skórę i rogi (s. 205).
Oczywiście istotnym elementem całej wyprawy jest piękno Afryki, dzikiej i nieskażonej, takiej, jaką niegdyś była Ameryka, kiedy warto było jeszcze za nią walczyć. Swoją fascynację Czarnym Lądem Hemingway opisuje na wzór relacji z ukochaną kobietą. Jest przekonany, że to miejsce, gdzie jest dobrze żyć, „nie tylko pozwolić życiu, żeby przemijało” (s. 214). Czuje prawdziwe szczęście, gdy wraca pod wieczór do obozu, zmęczony upałem i tropieniem zwierza, siada ze szklaneczką whisky i napawa się zapachem Afryki i wieczornym wiatrem. Radość sprawia mu też widok błękitnego nieba, sprężysty krok i precyzja ruchów czarnoskórego tropiciela i ciężar sztucera na ramieniu. O celebrowaniu tych małych przyjemności pisze tak prosto i przekonująco, że aż samemu ma się ochotę ruszyć na safari i poczuć to na własnej skórze.

Na marginesie polowania opisywane są, a właściwie tylko lekko trącane, stosunki między poszczególnymi jego uczestnikami. W kilku trafnych słowach Hemingway kreśli portret swojej drugiej żony, Pauline Marie Pfeiffer, pieszczotliwie nazywanej P.O.M. – odważnej, ciekawej świata kobietki, która jednak jako jedyna w tym towarzystwie przedstawicielka płci pięknej nie uniknęła traktowana w roli maskotki („foksterierek”). Z lekkim niepokojem autor odmalowuje jej fascynację Popem, a także sporo uwagi poświęca swojej rywalizacji z innym myśliwym, Karlem. Choć obaj panowie prześcigają się w kurtuazjach i skwapliwie gratulują sobie swoich wyczynów, przez cały czas wyczuwa się między nimi niezdrowe napięcie. Śledzenie tych iskier przeskakujących między poszczególnymi uczestnikami zdarzeń było bardzo ciekawe. 
Wraz z P.O.M. w Paryżu w 1927 roku.
W jednej z recenzji [2] spotkałam się ze stwierdzeniem, że Zielona wzgórza Afryki to opowieść rozkosznie autoironiczna i zgadzam się z tym. Hemingway nie tylko krytycznie opisuje innych, ale również zdobywa się na dystans i spogląda na swoją osobę oczyma swoich towarzyszy, opisuje siebie przez pryzmat docinków i żarcików na swój temat. Przypomina mi to trochę zabieg, jakiego dokonał Hrabal w Weselach w domu (pisząc o sobie z perspektywy swojej żony, Pipsi) i daje interesujący obraz pisarza.

Główną rolę gra w tej książce oczywiście Afryka i safari, ale dużo tu także wspomnianych już przeze mnie refleksji dotyczących pisania czy historii. Rzemiosło pisarskie zostaje przez Hemingwaya przedstawione jako trudne, niemodne już, tłamszone, jako sztuka wymierająca. Potępia on nowojorskich „pisarzy”, którzy zamiast pisać skupili się na brylowaniu w towarzystwie, i porównuje ich do dżdżownic w butelce. Tylko wychodząc z butelki i oddychając świeżym powietrzem można zacząć naprawdę tworzyć, ale wyjście oznacza samotność, której tamci boją się jak ognia.

Zapytany jednak przez Kandinsky'ego, czy uważa, że pisanie warte jest tego całego zachodu, Hemingway odpowiada zdecydowanie: tak. Porównuje je do Golfsztromu od wieków niewzruszenie omywającego wybrzeża Ameryki. Mimo śmiecia historii i cywilizacji wysypywanego systematycznie do tej błękitnej morskiej wody, pozostaje ona czysta i niezmącona. „I oto palmy naszych zwycięstw, zużyte żarówki naszych odkryć i puste kondony naszych wielkich miłości spływają, nie mając żadnego znaczenia wobec jednej jedynej trwałej rzeczy – prądu” (s. 113).

Nawiasem mówiąc to z tej książki pochodzi sławne już stwierdzenie, że cała amerykańska literatura wyrosła z jednej powieści – Przygód Hucka Marka Twaina. Jest też sporo uwag na temat innych pisarzy, także europejskich... Ale o tym nie będę się rozpisywać, ciekawych odsyłam do książki. Bo mimo wszystko warto!

***
Cytaty: E. Hemingway, Zielone wzgórza Afryki, wyd. Iskry, Warszawa 1980.

Źródła:
[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Green_Hills_of_Africa 
[2] http://www.bookmania.com.pl/recenzje/ernest-heminway-zielone-wzgorza-afryki/

Fotografie: John F. Kennedy Presidential Library / Wikimedia Commons.

12 komentarzy:

  1. Mnie akurat ta książka znudziła i rozgniewała. Tylko polowania, polowania, polowania... Po jej przeczytaniu zraziłam się do twórczości Hemingwaya i do tej pory nie sięgnęłam po inną jego książkę. Nie toleruję czegoś takiego jak zabijanie dla sportu. Rozumiem zabijanie mające na celu zdobywanie pożywienia, ale on strzelał nawet do kozłów, choć wiedział, że koźle mięso nie nadaje się do jedzenia.
    Poza tym w tej książce było za mało informacji o Afryce, o zwyczajach rdzennej ludności :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam Twoją recenzję, spodziewałam się komentarza od Ciebie :)

      Co do tych kozłów - zabił jednego dla poroża, ale kolejnemu napotkanemu darował już życie. Jasne, że nie chodziło mu raczej o mięso, w końcu głodem nie przymierał, ale też nie o czystą zabawę, a o prestiż, o potrzebę wykazania się, udowodnienia sobie i innym swojej męskości, no i ja jakoś jestem w stanie to zrozumieć, mimo że jest to rzeczywiście trochę okrutne. O rdzennych mieszkańcach faktycznie informacji niewiele, ale tu znów wypływa kwestia tego, jak się człowiek nastawi do lektury – to po prostu z założenia nie miała być książka o ludziach Afryki, a o polowaniach.

      Nie zrażaj się tak całkiem, daj mu jeszcze szansę! Wygląda na to, że kiepsko trafiłaś, ale może spróbuj jeszcze z „Komu bije dzwon”? Ewentualnie „Pożegnanie z bronią” albo „Słońce też wschodzi”, nieźle je wspominam.

      Usuń
    2. Aby zobaczyć prawdziwszy obraz Hemingwaya jako człowieka i pisarza najlepiej sięgnąć po "Ruchome święto". To zupełnie inna książka, zaskakująca, bardzo prawdziwa, pisał ją już pod koniec życia wspominając lata spędzone w Paryżu, kiedy dopiero zaczynał, często był głodny. Takiego Hemingwaya lubię, jeszcze może kilka opowiadań.

      Usuń
    3. „Ruchome święto” jeszcze przede mną. Lubię takie rozrachunkowe książki, rzeczywiście dopiero u schyłku życia często pisarze zdobywają się na całkowitą szczerość. Nie wiem jak Koczowniczka, ale ja przeczytam na pewno, dzięki.

      Usuń
    4. Ja akurat mam alergię na mężczyzn udowadniających swoją męskość w tak brutalny sposób...
      Ciekawa jestem, czy zgadzacie się z twierdzeniem Hemingwaya, że cała literatura amerykańska wyrosła z "Przygód Hucka". Czytałam te przygody dwa razy i ze wstydem wyznaję, że niczego niezwykłego w nich nie dostrzegłam. Ot, taka sobie zwyczajna opowiastka dla dorastających chłopców :-)
      Przeczytałam recenzję "Pożegnania z bronią" i obawiam się, że książka może nie przypaść mi do gustu. Chyba zdecyduję się właśnie na "Ruchome święto". Dzięki!

      Usuń
    5. A więc mój autorytet okazał się słabszy niż Zbyszka ;) Ale proszę, jeśli po „Ruchomym święcie” nie skreślisz Hemingwaya ostatecznie, przeczytaj też „Komu bije dzwon”! To świetna książka.

      Co do Hucka – czytałam wieki temu, i chyba nawet nie skończyłam. Musiałabym sobie teraz odświeżyć, żeby się wypowiedzieć, bo wiadomo, że odbiór dziecka jest zupełnie inny. Może się skuszę.

      Usuń
  2. Dobra robota! Bardzo dobra! :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta Hemingwaya z kudu czy ta moja? :) Też się chłop trochę namęczył... ;-) Dziękuję, pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jak mnie ta książka cieszyła :-D ta genialna obsesja z kudu! ta rywalizacja! śmiałam się do rozpuku, a gdzieś w środku lektury aż zamarzyłam sobie taką wyprawę (totalnie wbrew moim poglądom przeciw polowaniom) - Papa Hemnigway urzekł mnie jak dawno :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie, prawdę mówiąc, te safari-klimaty średnio porwały :) W tym przypadku czary Papy Hemingwaya nie zadziałały, ale za to inne rzeczy, głównie smaczki psychologiczne i literackie, zrobiły swoje.

      Usuń
  4. Od bardzo dawna przymierzam się do przeczytania tej pozycji. Niestety ciągle czasu brak :(

    OdpowiedzUsuń