niedziela, 9 marca 2014

Ukraina nie taka zielona
– „Przyjdzie Mordor i nas zje”, Ziemowit Szczerek

Książka Ziemowita Szczerka jest trochę przewrotna, bo opowiadając o Ukrainie tak naprawdę opowiada o nas, o Polsce i Polakach. Jest dla nas bezlitosna – jak w krzywym zwierciadle pokazuje nasze odrażające postaci, naszą protekcjonalność, ograniczenie, naiwność, nasze nieuzasadnione poczucie wyższości, nasze umiłowanie ukraińskich stereotypów. Głupotę. Bo inaczej nie można tego nazwać.

Polska to turyści na Cmentarzu Orląt Lwowskich, którzy rozczulają się i naiwnie sypią groszem słysząc polskie słowa z ust małych ukraińskich oszustów. To bogate półgłówki szukające na wschodzie mocnych przeżyć, egzotyki, „lokalnego kolorytu”. To przypadkowy towarzysz podróży z Gdańska, który żyje stereotypami o Ukraińcach i marzy o zamieszkaniu na ukraińskiej wsi (co nie kłóci się z jego planem, by zostać gdańskim notariuszem). To egzaltowane polonistki, które sepleniąc czytają Sklepy cynamonowe w Drohobyczu i młodzi pijaczkowie których jedyną ambicją jest „przepić Ruskiego”. To wreszcie dwudziestoletni pogranicznicy, którzy naśmiewają się z siwowłosego ukraińskiego pisarza wybierającego się na spotkanie autorskie do Krakowa.

Trochę jak osiłek, który w szkole gnębi młodszych, bo nie mają tak fajnych ciuchów jak on, bo stoją zawsze w kącie i są za słabi, żeby się obronić. Czy to wyraz własnych kompleksów? Chyba tak, bo też nam do Zachodu daleko, wiemy jak to jest stać w pozycji tych pogardzanych i wyśmiewanych, tych gorszych. Niewiele nas dzieli od Ukrainy i inni to widzą, tylko my uporczywie wypieramy tę świadomość. Spotkana w trakcie włóczęgi Niemka, Heike, mówi:
Wytłumacz mi więc, dlaczego za każdym razem, gdy spotykam Polaka, ten mi opowiada, jakie to tutaj cuda widział. Jak to wszystko rozpierdolone do szczętu i nie działa. Każdy opowiada jakieś historie nie z tej ziemi (…). Przecież wy musicie zdawać sobie sprawę, że u was jest tak samo. Przecież nie możecie być tak nierozsądni, by tego nie rozumieć (s. 148).
Sam narrator – alter ego autora – nie jest bez skazy. Bo z jednej strony piętnuje protekcjonalność Polaków, jest mu za nich wstyd, ale przyznaje się do produkowania (ku uciesze czytelników pewnego polskiego portalu) zmyślonych historii utrwalających stereotyp dzikiej i ciemnej Ukrainy.

W tej czarze goryczy tkwi siła Mordoru. Ale tkwi też w metaforyce, w obrazowaniu, w plastycznych porównaniach. W miarę czytania Przyjdzie Mordor i nas zje wędrujemy wraz z narratorem coraz bardziej na wschód, od swojskiego, anachronicznego, zastygłego jak owad w bursztynie Lwowa, od schulzowskiego Drohobycza poprzez Odessę i tatarski Bakczysaraj aż po głęboki wschód, gdzie jest już tylko marazm, ciemność, beznadzieja. Ludzie żyją tam jak ślepe larwy zagrzebane w wilgotnej norze, bo zbyt im daleko do Zachodu, by zdawali sobie sprawę ze swojej niedoli. „Tutaj wszystko się rozmywa, mówił [Taras], tutaj już jest wszystko jedno. Czy Ukraina, czy Rosja, czy cokolwiek. Czy Mordor”.

Im dalej na wschód, tym bardziej czuć zimne tchnienie Rosji. Ona jest ucieleśnieniem zła. Podczas gdy Ukraina to szary i pełen pokutujących czyściec, Rosja to piekło. Mordor, jak mówi Taras, porównując Europę do tolkienowskiego Śródziemia. Zachód jest zielony i urokliwy, kwitnie w nim kultura, a jego ziemie zamieszkują różne rasy (Niemcy jak krasnoludy, Francuzi jak elfy itd.), króluje więc różnorodność. Na Wschodzie tego nie ma. „Zamienia ludzi w monstra, a przestrzeń w sracz”, jest tu więc tylko żywa, śmierdząca masa, kłębowisko orków kotłujących się wśród skał. Minimum różnorodności, maksimum przestrzeni.

W niektórych momentach Szczerek robi się refleksyjny i przypomina mi wtedy Stasiuka i jego Jadąc do Babadag, ale tych momentów nie ma wiele. Stasiukowi chyba bliżej do tego gościa z aparatem, który namiętnie cyka fotki ukraińskim starcom, widząc w nich jakąś mądrość i uduchowienie. Opowieści Szczerka są bardziej realistyczne, naturalistyczne wręcz, dynamiczne i przez to – co tu ukrywać – ciekawsze. Bliskie życiu, bardziej przemawiające do wyobraźni. I do sumienia.

***
Z. Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, wyd. Ha!art, Kraków 2013.

Fotografie:
[1] ithil_luna / sxc.hu
[2] gepixelt / Foter.com / CC BY-ND

8 komentarzy:

  1. fajnie przeczytać Twoją pozytywną opnię o książce Szczerka, bo właśnie w zeszłym tygodniu wypożyczyłam ją z biblioteki. miałam nieco mieszane uczucia, ale teraz już się bardziej cieszę na lekturę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to na pewno przyjemna książka, ale ma moim zdaniem wielką siłę rażenia :) I warto! A skąd mieszanie uczucia? Czytałaś o niej gdzieś coś niepochlebnego?

      Usuń
    2. myślę, że najważniejszym dla mnie jest, aby książka była dobrze napisana, wtedy nawet mało przyjemna może na przekór sprawić wiele przyjemności czytelniczych.
      właśnie nie spotkałam się z nieprzychylnymi recenzjami, ale ogólnie chyba podchodzę do współczesnej literatury polskiej jak do jeża. takie moje małe uprzedzenie ;)

      Usuń
    3. W takim razie śmiało możesz po "Mordor" sięgnąć. Zgadzam się, że te gorzkie pigułki dostarczają czasem paradoksalnie sporo przyjemności.

      Rozumiem Cię z tą polską współczesną, też do niedawna byłam trochę uprzedzona, tolerowałam tylko Olgę Tokarczuk :) A i dalej nie powiem, żebym była z nią jakoś za pan brat, ale teraz to już bardziej z braku czasu i nawału innych lektur... W tym wypadku w każdym razie warto przełamać opory :) A skoro już ją masz, to pierwszy krok za Tobą!

      Usuń
  2. Przeczytałem Twoją recenzję i przyznam szczerze, że z chęcią zapoznam się z tą książką. Sam byłem na Ukrainie, i to nie w zachodniej jej części, tylko dalej na Wschód za Tarnopolem. Spędziłem tam trochę czasu, więc wiem mniej więcej jak tak naprawdę wygląda tam życie. Mój ojciec z kolei długi czas pracował w Rosji, daleko za Moskwą więc też z pewnością chciałby porównać swoje przeżycia z refleksjami z tej książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie będziesz mieć co porównywać! Ja nie mam swoich doświadczeń ze Wschodem, nigdy nie byłam nawet we Lwowie, ale skoro mnie się te rozważania wydały ciekawe, to Ciebie powinny zaciekawić podwójnie :)

      Usuń
  3. Pocieszyłaś mnie, bo ostatnio czytałam głównie narzekania, że w książce Szczerka oprócz przekleństw, wódki i brudu niewiele jest więcej.;( I tak bym ją przeczytała, teraz być może wcześniej niż później.;)
    Bardzo podoba mi się górne zdjęcie w Twoim wpisie - niesamowicie nastrojowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? No cóż, każdy widzi to co chce widzieć :) Ja się upieram, że jest wiele więcej. A wódka (czy też osławiony balsam Wigor), brud i cały ten naturalizm też są tu ważne, po co wygładzać i kolorować, jeśli kolorowo nie jest. Ciekawa jestem Twojej opinii.

      Mnie też się to zdjęcie podoba, lubię takie szarobure, nostalgiczne nastroje. Choć w klimat książki średnio się wpisuje, za dużo w nim spokoju, za mało chaosu i prowizorki, albo chociaż mrocznego tchnienia Wschodu-Mordoru (tu już prędzej to drugie).

      Usuń