niedziela, 2 marca 2014

Zmienić sukienkę na starą i brzydką
– „Lato przed zmierzchem”, Doris Lessing

Na pytanie, czy przy wyborze książki kieruję się tytułem, odpowiadam zawsze, że nie. Ale to nieprawda. Albo przynajmniej prawda tylko częściowo. Bo tak jak przygodę z Faulknerem zaczęłam od Światłości w sierpniu ze względu właśnie na tytuł, tak mając do wyboru kilka książek Doris Lessing, sięgnęłam właśnie po Lato przed zmierzchem. Czemu? Bo tytuł działa na wyobraźnię, bo zmierzch to moja ulubiona pora dnia, i choć w powieści okazuje się tylko metaforyczny, przyciągnął mnie w bibliotece z siłą magnesu.

Oczywiście wiedziałam też, o czym z grubsza rzecz biorąc jest ta książka. Ale po raz kolejny moje oczekiwania i wyobrażenia okazały się mylne. Bo myślałam, że to opowieść o totalnej rewolucji w życiu kobiety, o gwałtownym zrzucaniu fartuszka kury domowej, o przemeblowaniu swojego życia od góry do dołu, a w rzeczywistości przemiana jest subtelna – zachodzi „tylko” w sposobie myślenia o sobie.

Wielbiciele szybkiej akcji na pewno będą rozczarowani, bo chociaż bohaterka dużo podróżuje, krajobraz za oknem się zmienia, od brytyjskiego przedmieścia poprzez tureckie ulice, śródziemnomorskie plaże i zapadłe hiszpańskie wioski, niewielkie ma to znaczenie. To tylko dekoracje, papierowe makiety w tle, naprawdę ważne jest to, co dzieje się w głowie Kate. Towarzysząc jej w podróżach dostrzegamy właściwie tylko to, co uruchamia i podtrzymuje jej wewnętrzną przemianę – od nadopiekuńczej matki i nieskazitelnej pani domu, która swe zadania wykonuje bez zarzutu i mechanicznie jak robot, poprzez kobietę usiłującą trochę desperacko wcisnąć się w rolę kochanki aż po w pełni świadomą, ale gotową stawić czoła rzeczywistości panią w średnim wieku.

Co uświadamia sobie Kate? Że przez całe życie przywdziewała sukienki, jakich oczekiwali od niej inni – i dosłownie, i metaforycznie. Że farbowała włosy, malowała się, dbała o swoją aparycję tylko po to, by pasowała do jej pozycji i nazwiska, do tytułu „szacownej pani Brown”. „Przez całe swoje życie podtrzymywał ją niewidoczny fluid – uwaga innych ludzi” (s. 240). Szczególnie uderza ją to podczas wizyty w teatrze już po powrocie do Londynu, gdzie zarówno aktorzy jak i widownia wydają jej się tylko przebranymi zwierzętami, kukiełkami tańczącymi w takt pociągnięć niewidocznych sznurków. Uświadamia sobie też, że jej poświęcenia na niewiele się zdały – mimo fasady idealnego małżeństwa jej mąż nie może się powstrzymać od przelotnych romansów, które Kate porównuje do kosztowania czekoladek, wybryków małego chłopca. I że ona sama od lat tkwi w dobrowolnym więzieniu.

Po powrocie do Londynu na jej drodze staje Maureen, która jest jakby nią samą sprzed lat. Młodziutka dziewczyna musi dopiero zdecydować, co zrobić ze swoją przyszłością. Wzdryga się na myśl o życiu, jakie wiodła Kate, nie chce się poświęcać i matkować całemu światu. Dlatego też, chociaż mężczyźni ją pociągają, konsekwentnie odrzuca ich oświadczyny. Ale jest też przerażona, gdy słyszy o Mary Finchley – sąsiadce Kate i jej zdecydowanym przeciwieństwie, kobiecie niczym nieskrępowanej, spełniającej wszystkie swe zachcianki, uwodzącej kurierów i listonoszy, oddającej się miłosnym schadzkom na oczach swoich maleńkich dzieci. Maureen to figura wszystkich młodych kobiet, które małżeństwo widzą jako rodzaj pułapki, ale też nie są w stanie – i nie chciałyby nawet – przerzucić się na szokującą swobodę i uczuciową obojętność Mary Finchley.

Dlaczego więc „lato przed zmierzchem”? Ponieważ opisane miesiące to ostatnie lato złudzeń Kate. Życie, do którego wraca obciążona nową świadomością, to ciemność, to zimny wiatr, którego powiew już wcześniej wyczuwa. Będzie przypominało wędrowanie przez skalistą pustynię z umierającą foką w ramionach, jak we śnie Kate. Świadomość będzie ją raniła jak ostre skały raniły boki zwierzęcia. Mimo to będzie szła przed siebie i zmierzała ze swoją foką ku morzu, bo tak trzeba. Nie można porzucić foki na pastwę ciemności i mrozu.

Pozostaną prowokacyjnie wyeksponowane siwe odrosty. Jedyne odstępstwo od nieskazitelnej fasady, jedyny przejaw buntu wobec oczekiwań i wymogów innych.

Nie jest to więc jakiś rodzaj feministycznego manifestu, nie ma żadnego triumfalnego wyzwolenia, nadziei na lepszą przyszłość. To tak naprawdę bardzo przygnębiająca, mistrzowsko opisująca kobiece dylematy opowieść. Kate przejrzała na oczy, postanowiła zrzucić nienaganny kostiumik i wymienić go na znoszoną sukienkę, ale wcale nie jest jej dzięki temu lżej, wręcz przeciwnie. „Prawda was wyzwoli”? Nie tym razem.

***
D. Lessing, Lato przed zmierzchem, wyd. W.A.B., Warszawa 2008.

Fot. vanora / sxc.hu

4 komentarze:

  1. mnie mizerność tej przemiany zawiodła. tyle szarpaniny poszło na nic...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, zostaje trochę niedosyt. Dlatego to tak przygnębiająca historia, bez żadnych nadziei na przyszłość. Niby nie wiemy, jak dalej się potoczyły losy Kate, ale mam wrażenie że prędzej od nowa zacznie farbować włosy i wbijać się w grzeczne sukienki niż postawi się stanowczo rodzinie... Inna rzecz, że to zakończenie chyba bliższe jest życiu. A przynajmniej tak się mnie, nieopierzonemu jeszcze pisklęciu, wydaje ;-)

      Usuń
  2. Ja Cię doskonale rozumiem, bo i ja się czasem kieruję właśnie tytułem (a nawet, o zgrozo, okładką) przy wyborze książki. Tak właśnie trafiłam na "Cień wiatru" czy "Miasto śniących książek"... ;) Nie żałuję.
    Pozdrawiam,
    Sol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, „Cień wiatru” ma przepiękną okładkę! To było dawno i nieprawda, ale też kupiłam ją kiedyś ze względu na oprawę. I też nie żałowałam, ale czasem można się nieźle przejechać... Albo, odwrotnie, przekreślić świetną książkę tylko z powodu szpetnej okładki :)

      Usuń