niedziela, 18 maja 2014

Grecja na wyżynach – „Kolos z Maroussi”, Henry Miller

Królowa Grecja. Uduchowiona, tchnąca wielowiekową historią, dumna kolebka cywilizacji którą z czasem pokrył pył biedy, prostoty, zacofania. Uważni dostrzegają pod tą warstewką dawną świetność, a i w graniczącej z prymitywizmem prostocie widzą coś magicznego.

Pierwsze wydanie Kolosa
z 1941 r.
Jednym z nich jest Henry Miller. Do kraju filozofów trafia na początku II wojny światowej na zaproszenie przyjaciela, również pisarza, Lawrence'a Durrella. Licząc na długie dni odpoczynku i wyciszenia po latach pracy i gorączkowej atmosfery wielkich miast, wyrusza na wielką grecką wyprawę. Towarzyszą mu greccy artyści na czele z poetą Katsimbalisem – tytułowym Kolosem z Maroussi.

Styl podróżowania Millera daleki jest jednak od turystycznych zabaw z aparatem fotograficznym w tle, a Kolos z Maroussi w żadnym wypadku nie przypomina przewodnika. Wędrówka po ruinach starożytnych miast, świątyń i pałaców to dla Millera również, i przede wszystkim, wędrówka duchowa – nie tylko w przestrzeni, ale i czasie. Ponieważ „podróże podejmuje się w duszy, najbardziej zaś śmiałe odbywają się, oczywiście, w bezruchu”. Zmęczony nowoczesnością, sceptyczny co do kierunku, w jakim zmierza współczesna cywilizacja, pisarz jak narkoman chłonie greckie fluidy.

Zachwyca go panująca tu wielka cisza i atmosfera nieskończoności i wieczności, która i w niego zdaje się przenikać: „Stopy moje nigdy nie opuszczą tego statku, oczy moje nigdy nie przestaną widzieć tego pejzażu, przyjaciele moi nigdy nie znikną”. Nie tylko jednak przestrzeń, ale i ludzie zasługują w jego oczach na podziw. Są dumni, szlachetni, pełni życia. Wszystko jest dla nich niezwykłe i cudowne, fascynuje ich świat, kochają go poznawać, kochają eksperymentować, są „żywi do czubków palców”. To dla niego serdeczni i bezinteresowni ludzie, jakich zawsze pragnął poznać we własnym kraju, lecz mu się to nie udało. Są odbiciem królewskiej ziemi, w której przyszło im żyć, gdzie światło jest bardziej świetliste, niebo bardziej błękitne, morze bardziej burzliwe, a góry bardziej wyniosłe i bliższe bogom niż gdzie indziej. Gdzie wszystko jest pełne rozmachu i homeryckie.

Lawrence Durrell i Henry Miller.
Opozycję do tej wizji stanowi zachodnia cywilizacja, cywilizacja wielkich miast, nowoczesnych technologii, radia, telewizji i śmierci. Ta jest jak wielki pająk, który swymi długimi odnóżami zagarnia najdalsze zakątki ziemi, sięga aż po zimne wybrzeża Islandii i falującą Patagonię. Pod pozorem dobrodziejstwa i wygody pochłania kolejne narody, pęta je kablami, zmusza do walki o urojone wartości, a tak naprawdę tłoczy swoim wielkim odwłokiem, dusi i unieszczęśliwia. By wyrazić swój wstręt do współczesnego świata Miller używa bardzo obrazowego języka:
Cały świat stał się ogromnym organizmem, który umiera zatruty gnijącym białkiem. Zatruł się w momencie, kiedy wszystko było przepięknie zorganizowane. Zamienił się w wiadro z flakami, białymi robaczywymi flakami zgniłego jaja, które zepsuło się niewylęgłe. Rozpleniły się w tym świecie szczury i wszy, rozpleniły deklaracje, wstępne postępowanie i protokoły, rozpleniły koślawe bliźniaki i łyse eunuchy, rozpleniła sekta Christian Science, gazy trujące, plastykowa bielizna, szklane buty i platynowe zęby.
To te same hasła, jakie później wykrzykiwali bitnicy. Zapał Millera bardzo się udziela, ale chwilami też męczy. Czy nie był trochę zaślepiony swoim zachwytem? Niekiedy jego podziw dla Greków staje się wręcz absurdalny... Stawia ich na równi z dawnymi herosami, a przecież zdaje sobie sprawę, że i oni nie są doskonali. Widzi greckie kobiety dźwigające ciężkie dzbany wody, stwierdza w duchu, że pewnie ich mężowie w tym samym czasie przesiadują w oberży albo wylegują się pod drzewem oliwnym, ale ani jedno krytyczne słowo nie padnie z jego ust. Na krytykę zdobywa się tylko wtedy, gdy spotka Greka zafascynowanego jego, Millera, ojczyzną. Z kolei z wyżyn, na jakie wynosi się wraz ze swoimi Grekami, spogląda na inne narodowości z niesprawiedliwą pogardą. W pewnym momencie sam przyznaje: „Zawsze byłem zapalczywy i uprzedzony (…), nie szanuję niczego, tylko to, co mi się podoba”.

Na koniec jeszcze jedna ważna kwestia. Kolos z Maroussi jest także książką o żywiole opowieści. „Jaką zdumiewającą rzeczą jest głos! Jakim cudem gorąca magma ziemi zostaje przemieniona w to, co nazywamy mową?” – pisze autor, a tytułem swojej powieści składa hołd greckiemu czarodziejowi słów – Katsimbalisowi. Jego opowieści Miller porównuje do fascynujących aktów pożerania, jego mowa jest narkotyzująca, on sam rośnie w niej do rozmiarów kolosa, którego głos dudni w górskich rozpadlinach. Jest wielki, niezniszczalny, wszechmocny. Wiecznie na pograniczu rzeczywistości i fantazji, swoją pasją potrafi rozdmuchać zerwany przy drodze kwiatek do najpiękniejszego i najbardziej egzotycznego zjawiska na świecie. Jest Grekiem.

Ale przecież nie tylko w Grecji żyją tacy ludzie.

***
H. Miller, Kolos z Maroussi, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 1999.

Fotografie:
[1] babykrul / freeimages.com
[2] Wikimedia Commons
[3] http://www.henrymiller.org/  

2 komentarze:

  1. MIller należy do grona moich ulubionych pisarzy, ale "Kolosa" jeszcze nie miałem okazji czytać. Autor nigdy nie stonował swoich emocji, stąd też jeśli zachwycili go Grecy, to pisząc o nich wychwala ich pod niebiosa. Ale ogólnie był w pełni świadom tego co zawarłaś w ostatnim zdaniu, taki po prostu ma styl. Gdy w "Książkach mojego życia" opisywał pisarzy, którzy wywarli na nim największy wpływ, takich jak Cendrars czy Giono, to też o każdym pisał jak o niemalże Bogu.

    Jako ciekawostkę polecam film "Asleep and Awake" w której pisarz prezentuje swoją... łazienkę
    https://www.youtube.com/watch?v=XPJmm4_rcSU

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Oczywiście jestem okropna i mimo że minęły dwa miesiące dalej nie zdążyłam obejrzeć filmu który polecasz, ale jutro już to zrobię, jak nic! Zaczyna się intrygująco :).

      To właściwie urocze, ten jego entuzjazm, nie wiem czemu w tym przypadku mnie drażnił, bo przecież Hrabala czytam tonami a tam jeden z drugim się tylko prześcigają w zachwytach... Coś nie zaskoczyło, ale zobaczymy jak będzie z innymi jego książkami.

      Usuń