niedziela, 4 maja 2014

O miłości i innych demonach...

Ta książka sama była kiedyś dla mnie jak demon. Miałam kilkanaście lat, głowę wciąż jeszcze pełną mrzonek na temat miłości i przepadłam. Po śmierci mistrza Márqueza postanowiłam do niej wrócić. Żeby sobie przypomnieć, przeczytać pełniej, zauważyć więcej, ale przede wszystkim żeby sprawdzić, czy wciąż czaruje tak jak wtedy. Przypuszczałam, że nie. Że czar prysnął. Ale myliłam się – to, co działało na egzaltowaną panienkę, na młodą kobietę działa jeszcze bardziej!

Bo egzaltowana panienka nie rozumie, czemu miłość jest jak demon. Współczuje tarzającemu się we krwi i łzach młodemu księdzu, płacze razem z nim gdy ten dokonuje bezlitosnego samobiczowania, okrutnego egzorcyzmu na samym sobie, by wygnać z serca diabła pod postacią miedzianowłosej dziewczynki, ale tak naprawdę zupełnie go nie rozumie. Wierzy na słowo, że to śliczne i niewinne miedzianowłose dziewczę ma większą moc i jest straszniejsze od mściwych zjaw z kłębowiskiem węży zamiast włosów i strumieniem plugastw na ustach, ale tego nie dostrzega.

Nie rozumie też jeszcze, że nie zawsze ten, kto kocha efektownie, kocha najmocniej. Jest zachwycona siłą uczucia Cayetana Delaury, który na dowód miłości zjada karaluchy i co noc zdziera sobie palce do krwi by wspiąć się po murze do celi ukochanej, zaś cicha apatia jego małej wybranki robi na niej wrażenie chłodu. Lecz to ona właśnie umiera przy każdym rozstaniu, aż do śmierci ostatecznej, jak wierny Quasimodo przy grobie Esmeraldy, ponieważ „największym bólem, jaki przeraża mnie w śmierci, jest to, że można umrzeć nie z miłości”.

Przy tej pierwszej, niedoświadczonej lekturze skupiłam się na postaci Cayetana, a Siervę Marię krótkowzrocznie spychałam na margines, odrzucały mnie jej kłamstwa, jej ataki, jej skłonność do gryzienia, pryskania śliną, załatwiania się pod siebie jak dzikie zwierzę. Nie potrafiłam jej zrozumieć. Tym razem to ona fascynowała mnie najbardziej. Jest jedną wielką zagadką. Czemu ciągle kłamie? Czemu jest nieprzewidywalna jak wiosenna burza? Czemu na przekór medykom i egzorcystom wciąż żyła, gdy powinna była umrzeć? Czy naprawdę widziała diabły? Czy naprawdę istniała?
Płyta nagrobna rozpadła się już po pierwszym uderzeniu oskarda i z niszy spłynęła kaskada żywych, intensywnie miedzianych włosów. Z pomocą robotników szef robót chciał wydobyć resztę włosów, ale im mocniej za nie ciągnęli, tym więcej ich przybywało, aż pojawiły się ostatnie pasma, ciągle przyrośnięte do dziewczęcej czaszki (…). Kiedy byłem dzieckiem, babcia opowiadała mi legendę o małej, dwunastoletniej markizie, której włosy ciągnęły się za nią niczym tren panny młodej i która, ugryziona przez psa, zmarła na wściekliznę, a wsławiwszy się po śmierci wieloma cudami, czczona była w karaibskich osadach. Grób ten mógł do niej właśnie należeć – to była moja sensacyjna wiadomość owego dnia i zaczątek tej książki.
***
G.G. Márquez, O miłości i innych demonach, wyd. Muza, Warszawa 2003.

Fotografie: Alejandra Borrero jako Sierva Maria i Pablo Derqui jako Cayetano Delaura w ekranizacji z 2009 roku w reżyserii Hildy Hidalgo. Interpretacja, której mam kilka rzeczy do zarzucenia, ale wizualnie i nastrojowo bardzo piękna.

5 komentarzy:

  1. Świetna recenzja! Czasami dobrze jest powrócić do dawno nieczytanych książek :) A co do samej książki to jeszcze nie miałem okazji jej sobie przyswoić. Chyba najwyższa pora na nadrobienie zaległości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Choć to nie do końca recenzja, raczej krótki i osobisty zapis wrażeń. Gdybym miała napisać klasyczną recenzję tej książki, byłaby dużo dłuższa, bo mnóstwo tam ważnych tematów w tle. Oczywiście obraz epoki, Kościół w XVIII wieku, spory między biskupem a siostrami zakonnymi, Święta Inkwizycja, Abrenuncio jako wyzwolony myśliciel, Sierva Maria i jej rodzice jako toksyczny, pokraczny obraz rodziny, niewolnictwo, murzyńskie wierzenia funkcjonujące stale gdzieś obok, magia, demony, cały ten realizm magiczny... Słowem, dużo się tam dzieje! To tak żeby zasugerować, że to nie tylko książka o miłości :) Dla mnie po prostu wątek miłosny był najważniejszy.

      Usuń
    2. Jasne, rozumiem :) Czasami wątki miłosne stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej. Takie odczucia miałem po przeczytaniu "Martina Edena". Niby to międzyklasowa miłość jest tam pierwszorzędnym wątkiem, a tak naprawdę książka ta odkrywa przed nami wiele innych ważnych zagadnień społeczno-egzystencjonalnych. Przypuszczam, że z tą książką jest podobnie :)

      Usuń
  2. Ciekawy wpis. Ogromnie mnie zachęciłaś do lektury tej pozycji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że zachęta okaże się skuteczna. I ciekawa jestem, jak Ci się będzie podobało, bo z tego co się czytałam większość czytelników uważa ją za jedną ze słabszych książek Márqueza.

      Usuń