sobota, 22 listopada 2014

Hormony i jazz w czas dogasającej wojny – „Tchórze”, Josef Škvorecký

Pamiętacie Danny'ego Smirzickiego, trzeźwo patrzącego na świat młodego wojaka, który w Batalionie czołgów wraz z kolegami pilnie odliczał dni do zwolnienia ze służby, ironicznie komentując otaczającą go komunistyczną rzeczywistość? Niektórzy szczęśliwcy być może spotkali się z nim i później, gdy miał już swoje lata i pracował w Kanadzie jako wykładowca literatury (Przypadki inżyniera ludzkich dusz). Ja natomiast miałam ostatnio okazję poznać go jako efektownie cierpiącego z miłości dwudziestolatka. Tchórze to pierwsza książka Škvoreckiego, w której Danny – swoiste alter ego autora, towarzyszące mu przez całe życie – pojawia się po raz pierwszy.

Komunistycznym władzom bardzo się nie spodobała. (Wkrótce po publikacji z wielkim hukiem usunięto wszystkie jej egzemplarze z księgarni, a autor przypłacił ją utratą pracy... oraz z dnia na dzień stał się bardzo sławny). No bo niby o końcu wojny i wyzwoleniu przez radzieckie wojsko, niby źle o Niemcach, przyjaźń Czechy – Rosja, wszystko pięknie, tylko że ci młodzi tacy jacyś mało zaangażowani, zamiast myśleć o świetlanej przyszłości swojego kraju latają za dziewczynami, no i jeszcze ten jazz, to już o pomstę do nieba woła...

Niewystarczająco jest czarno-biała ta książeczka, za dużo tu półcieni, w których kryć się mogą jadowite zalążki zwątpienia i wrogich ideologii. Komuniści to tutaj tajemniczy wichrzyciele. Danny i jego koledzy – smarkacze, którzy walczą bo podnieca ich myśl o strzelaniu i że zaimponują dziewczynom. A starzy rozprawiają się z Niemcami, ale jakoś nieładnie – dopiero jak już przetoczy się grzmot wojennych dział, gdy już Rosjanie wykonają zasadniczą robotę, czeskie miejskie figury dokonują masowych egzekucji. Brutalnie odcinają rękę, do której przecież jeszcze niedawno bezwstydnie się łasili.

Dostaje się w tej książce niemal wszystkim, ale dla swoich rodaków Škvorecký jest najsurowszy. Mali ludzie, którzy swoje bohaterstwo, wyświechtane i brudne, wyciągają z kieszeni gdy już wojna jest praktycznie wygrana, gdy nie ma nic do stracenia, gdy po kolaboranckich wybrykach można wreszcie oczyścić swoje dobre imię i zapisać się na kartach historii jako wzorcowy obywatel. Z młodszymi nie jest lepiej – pierwsi są do bitki, jeśli może ich zobaczyć dziewczyna którą od dawna chcą zaciągnąć do łóżka, ale gdy tylko robi się nudno lub zaczyna im burczeć w brzuchu, zabawę w rewolucję porzucają z niesmakiem. Gdyby wszyscy byli tacy jak oni, nie byłoby żadnej wojny. Oddalibyśmy ją walkowerem.

Na pewno nie warto podsuwać tej książki komuś, kogo chce się wyleczyć z czeskich stereotypów. Tchórze są bowiem groteskowym potwierdzeniem tego wszystkiego, z czym walczy Mariusz Surosz w Pepikach – przekonania, że Czesi są narodem biernym i gnuśnym, bezwolnie poddającym się prądowi historii. Inna sprawa to ten cudowny dystans, który pozwala takiemu Škvoreckiemu spojrzeć na sprawę sceptycznie i bez sentymentów. Gryząca ironia, humor... To też jest przecież bardzo czeskie. To jest to, co u Czechów najlepsze! Więc wszystkim wolnym od stereotypów podsuwać można, a nawet trzeba.

A jazz? Unosi się tu nad wszystkim jak opiekuńczy duch. To jedyna prawdziwa miłość Danny'ego. W jazzie skryła się wolność i prawda, której próżno szukać wśród ludzi, tylko dla niego tak naprawdę warto żyć. Bo przecież nie dla dziewczyn... „Co tam Irena. I tak jej nie kochałem. Albo raczej kochałem ją z braku lepszego towaru”.

***
J. Škvorecký, Tchórze, wyd. Śląsk, Katowice 1970.

Fotografie:
[1] Napafloma-Photographe / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] 50 Watts / Foter.com / CC BY

2 komentarze:

  1. zapraszam Cię do odbioru nagrody Leibster Blog Award i do odpowiedzi na kilka pytań.

    OdpowiedzUsuń