niedziela, 23 listopada 2014

Jeżycjada – słodkie kłamstwo – „Wnuczka do orzechów”, Małgorzata Musierowicz

Jakże inaczej czyta się teraz książki Musierowicz, niż wtedy, mając te szesnaście lat! Mniej wypieków na twarzy, mniej gdybania, mniej marzenia. Tylko takie: „Już tu byłam”, a właściwie to nie byłam, bo nie da się tam być. To taka kolorowa wersja rzeczywistości, podręcznik stosunków międzyludzkich dla początkujących, pożywna strawa dla złaknionej romansu – ale jeszcze nie takiego dorosłego, nie takiego z łóżkiem, golizną i z tym wszystkim – dziewczęcej wyobraźni.

U Musierowicz wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, nikt nikogo nie zdradza, nikt nikogo nie oszukuje, a kłótnie szybko kurczą się do rozmiarów zabawnych epizodów. Szkolne miłości płynnie przechodzą w małżeństwa, małżeństwa w szczęśliwe rodzinki z liczną dziatwą, a raz po raz poczciwą galeryjkę bohaterów zasila kolejny – równie poczciwy, rzecz jasna – bohater (trzeba świeżej krwi, wszak to nie Moda na sukces). W tej części to zaradna dziewczyna z lasu, współczesna Jagienka – Dorotka.

Nielicznie wyjątki od tej reguły, takie jak nieszczęśliwe pierwsze małżeństwo Gabrysi, nieudany związek Natalii czy nieślubna ciąża Róży wydają się czymś sztucznym, jakimś ciałem obcym, i wcale nie przybliżają świata stworzonego w Jeżycjadzie do rzeczywistości. Tym bardziej, że wszystkie problemy zostają ostatecznie przyklepane stertą słodyczy – Gabrysia znajduje nowego męża, dobrodusznego safandułę Grzesia, Nutria wpływa do bezpiecznej małżeńskiej przystani pod ramię z dobrym duszkiem Jeżycjady – Robrojkiem, zaś nieszczęśliwa wpadka Róży zostaje przekuta w podstawę kolejnego udanego małżeństwa (a jej mąż jest wybitnym astrofizykiem!).

Czarodziejka (czarownica?) pióra.
Widzę to wszystko jasno i wyraźnie, ale mimo to lektura Wnuczki do orzechów była dla mnie cudowną zabawą. Bo co z tego, że Borejkowie nie są prawdziwi i nie mają prawa być? W końcu literatura to nic innego jak piękne kłamstwo. A jest coś niesamowicie krzepiącego w tym, że pomimo tych dziesięciu minionych lat, mimo osobistych wzlotów i upadków, dorastania, dojrzewania, zmiany perspektywy, mogę znów zaszyć się wśród nich i przekonać się, że Ignacy Borejko nadal zakłada książki dziwnymi przedmiotami znalezionymi pod ręką, ironiczne żarciki Mili Borejko nie straciły na sile i świeżości, a młodzi bohaterowie nawet teraz – w erze komputerów, internetu, wszechobecnego wyuzdania – wciąż zakochują się od pierwszego wejrzenia, nieznośnie ładnie i nieznośnie niewinnie, o tak:
Nagle – żadnego zmieszania. Radość. Bezpieczeństwo. Wzruszenie. Jakby wróciła, zmarznięta, z dalekiej, samotnej podróży, i otworzyła drzwi do pokoju, w którym było ciepło, jasno i radośnie. Jakby ktoś na nią długo, długo czekał, od dawna, i jakby się ucieszył z jej przybycia. Jakby się palił cichy ogień na kominku. Jakby mruczał kot. Jakby za oknem padał śnieg, a na stole parowała herbata. Jakby tykał zegar, jakby mijały chwile, tygodnie, lata, życie. Jakby wszystko przemijało, tylko nie bezpieczeństwo. I cała, caluteńka została ogarnięta wiernym spokojem, który znalazła w tych oczach. Czuła się, jakby ktoś ją objął.
Kwituję ten wybuch uczuć siedemnastolatki uśmiechem, na wpół rozczulonym, na wpół ironicznym. Czuję się jak sędziwa babcia. Ale równocześnie – niebywałe, jak ona to robi?! – sama odrobinę ulegam czarowi tego nagle wyrosłego Józinka, tego tajemniczego nieznajomego o jasnym spojrzeniu, tak szarmanckiego, zaradnego, poważnie myślącego o życiu, chociaż pamiętam go ciągle jako rudego berbecia w wózku i małego rozrabiakę.

Tak to właśnie działa. Mimo sceptycyzmu, jaki przychodzi z wiekiem, wciąż ulega się magii papierowego świata Jeżycjady. Trochę jest smutno, gdy się po tym wraca do rzeczywistości, ale choć przez chwilę robi się lżej. Najzdrowszy narkotyk na świecie.

***
Za pożyczenie książki serdecznie dziękuję Gizeli! :)

***
M. Musierowicz, Wnuczka do orzechów, wyd. Akapit Press, Poznań 2014.

Fotografie:
[1] Akapit Press
[2] Emilia Kiereś / Wikimedia Commons

17 komentarzy:

  1. Ujęłaś to tak, jak czuję, a jak nigdy nie potrafiłabym zwerbalizować. Jesteś kolejną czarownicą pióra, Jarmilko :)
    babcia Gizela

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? Ale się cieszę! Dziękuję, i dziękuję za książkę, babciu! :)

      Usuń
  2. Jak byłam młodsza to zaczytywałam się w Jeżycjadzie i planuję kiedyś do niej wrócić. Nawet nie wiem, na którym tomie skończyłam...
    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też do pewnego momentu czytałam jedną za drugą, pomijając małe zawirowania na początku (zaczynałam od „Kwiatu kalafiora”, potem dopiero wróciłam się do pierwszych dwóch książek serii). Z tymi, których publikację śledziłam już na bieżąco, bywało różnie – jak mi się udało gdzieś dorwać, pożyczyć, dostać, to czytałam, jak nie – nie szukałam specjalnie. I mam luki, bo na przykład na stówę nie czytałam „McDusi”. Ale na szczęście w przypadku Jeżycjady to w niczym nie przeszkadza. Tobie proponuję wrócić do początku i odświeżyć sobie całą serię, zafundujesz sobie dodatkową przyjemność i nie będziesz się musiała zastanawiać, gdzie skończyłaś :)

      Usuń
  3. Nie wiem czy powracanie jest dobrym pomysłem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, mimo wszystko jest :)

      Usuń
    2. wiem, wiem mam takie powtroty w swojej czytelniczej biografii

      Usuń
  4. Chciałabym znowu znaleźć się w kuchni Borejków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuchni u Borejków akurat w tej części jest niewiele, ale jest za to równie przytulna kuchnia u Pulpecji w jej domu na wsi oraz inna, pachnąca wiśniami, smażonymi jajkami i świeżym masłem, gdzie Ida szybko poczuje się jak w domu :)

      Usuń
  5. Z wielką przyjemnością przeczytałam ten tekst, wśród tej nagonki która się wytworzyła. Mam wrażenie że czytelnicy ( no dobrze czytelniczki) zapominają że to jest tylko fikcja , jak bardzo byśmy nie chcieli by było inaczej ( a chcielibyśmy chcieli - tak czuję).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że chcielibyśmy! Byłoby pięknie :) Cieszę się, że tekst się podobał!

      Usuń
  6. Kilka dni temu skończyłam "Wnuczkę" i poczułam się staro. Naprawdę. I chciało mi się krzyczeć: przecież tak nie ma, przecież miłość czy zakochanie od pierwszego wejrzenia to mit, nikt za nikim tak nie szaleje. Chyba miałam chwilę, gdy drobne pokłady cynizmu przejmują kontrolę nade mną. I przez dłuższą chwilę byłam zła. Na autorkę, że mami, na świat, że nie jest taki jak u niej, na siebie i moje życie, że jest jakie jest. Ale przecież Jeżycjada to, jak słusznie napisałaś, słodkie kłamstwo. Słodkie, ale mimo wszystko nie mdłe. Bo uwielbiam zanurzać się w ten nieistniejący świat dający poczucie bezpieczeństwa i wszechogarniające ciepło. I bardzo chętnie tam wracam. Zwłaszcza do pierwszych książek, które są mi zdecydowanie bliższe. Jakoś okres PRL bardziej kojarzy mi się z tą ostoją dobroci i normalności, jaką tworzyli bohaterowie serii. I może to głupie, ale jakoś telefony komórkowe, interenty, zmywarki w ogóle mi nie pasują :D. A co do samej "Wnuczki" to już dawno nie czytałam książki, w której się tak nic nie działo. Ale i tak było przyjemnie. No to się rozpisałam. Kończę więc i pozdrawiam Naiu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam momenty buntu, też mnie to czasem mierzi, ale chyba szkoda nerwów – lepiej się po prostu sztachnąć głęboko tymi klimatami i zapomnieć na chwilę, jak jest. Mnie też te wszystkie zdobycze cywilizacji wyglądają jakoś nienaturalnie w otoczeniu Borejków, może to przez tę ich rozkoszną anachroniczność, aż by się chciało, żeby na przekór nowoczesności słali listy zamiast maili i niezmordowanie szukali odpowiedzi na wszystkie pytania w czeluściach bibliotek :)

      Rozpisuj się sQrko częściej, bardzo miło mi się czyta Twoje wywody! Pozdrawiam, ściskam i zapraszam ponownie!

      Usuń
  7. A ja pokochałam po prostu tę ,,Wnuczkę do orzechów". Wydawało mi się, jakby to powróciła ta stara (nie chodzi tu o wiek), dobra Musierowicz. Przeczytałam dwie pierwsze strony i już wiedziałam, że to to. Że na to czekałam. To byli CI SAMI bohaterowie i, oczywiście, TA SAMA rodzina Borejków. Stała wśród tylu zmiennych. Te same wartości, to samo ciepło i miłość, która przywraca wiarę.
    Chciałam wrócić do borejkowskiej kuchni, a trafiłam na werandę Pulpecji i o dziwo wcale mi to nie przeszkadzało. ;) Natura i naiwność. A może to nie naiwność, a wiara? Jestem naiwna, co z tego? :)
    Teraz czekam na ,,Feblika".
    Pozdrawiam.
    http://kaniafrania.blogspot.com/2015/03/wnuczka-do-orzechow-triumfalny-powrot.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli naiwność, to błogosławiona :) I dobrze, cudownie jest dać się Musierowicz oszukać, zapomnieć o świecie, w końcu między innymi o to chodzi w czytaniu. „Literatura usankcjonowanym kłamstwem”, jak to pięknie określiła pani Tokarczuk. Popieram, zazdroszczę! I pozdrawiam :)

      Usuń
  8. Za miesiąc następna część Jeżycjady i kolejne tematy do dyskusji.
    Wydawnictwo Akapit Press umożliwiło nabycie książki w przedsprzedaży :) http://www.akapit-press.com.pl/sklep/dla-mlodziezy/feblik---przedsprzedaz-536-30
    Premiera 6.11.2015
    Ja czekam z niecierpliwością, a Wy?

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam 50 lat i nadal jestem wielbicielką Jeżycjady. Nadal jak nastolatka czekam na każda premierę kolejnej książki. Z wypiekami na twarzy wchodze w ten cudowny świat. Być może Jezycjada odmłada? Na pewno w sercu....

    OdpowiedzUsuń