czwartek, 26 lutego 2015

Słodycz brzoskwiniowego ciasta
– „Ostatni dzień lata”, Joyce Maynard

Nie ukrywam, że sięgnęłam po tę książkę głównie po to, żeby dowiedzieć się czegoś o samej Joyce Maynard – przekonać się, jak pisała „dziewczyna Salingera”, ta wybitna studentka Yale, która w wieku lat osiemnastu pojawiła się na okładce „New York Times Magazine”. I dowiedziałam się.

Po pierwsze – miała bujną wyobraźnię i odrobinę zachwiane poczucie rzeczywistości. Trudno uwierzyć w to, że facet świeżo po wycięciu wyrostka i upadku z okna żwawo pastuje podłogi i wymienia koła w aucie, a następnie jako uciekinier z więzienia szukany w całej okolicy jedzie sobie jak gdyby nigdy nic do restauracji na kanapkę z homarem, zaś kobieta, która od kilku lat boi się ludzi i żyje jak odludek, bez słowa sprzeciwu zabiera do domu podejrzanego zakrwawionego typka spotkanego w supermarkecie. A już zajście sprzed lat, wskutek którego Frank trafił do więzienia – trzy osoby padły trupem niemal jednocześnie, jak w greckiej tragedii albo dramacie Szekspira – jest po prostu absurdalne.

Część tych przejaskrawionych motywów odrobinę wygładzili twórcy ekranizacji, dzięki czemu filmowy obraz nie jest tak bardzo oderwany od rzeczywistości. Filmowa Adele na przykład podchodzi do Franka nieufnie i zgadza się go zabrać dopiero wtedy, gdy ten kładzie swą ciężką łapę na ramieniu jej syna, a filmowy uciekinier nie związuje Adele apaszkami, żeby nie obtarły jej skóry (!), ale zwykłym sznurkiem. Jest w obyciu szorstki i bardziej męski niż bohater powołany do życia w powieści Maynard i dzięki temu nie sprawia wrażenia, jakby zabłąkał się tu z kart taniego Harlequina.

Gattlin Griffith jako Henry, Josh Brolin jako Frank i Kate Winslet jako Adele w filmie Długi, wrześniowy weekend
(Labor Day) w reżyserii Jasona Reitmana (2013).
Pomimo jednak tych fabularnych niedociągnięć (których część można zrzucić na karb narratora – opowieść trafia do nas przefiltrowana przez świadomość wrażliwego nastolatka i nie wiemy, w którym momencie kończą się jego wyobrażenia, a zaczyna rzeczywistość) Ostatni dzień lata czyta się lekko i z dużą przyjemnością. Promieniuje z tej książki jakieś dziwne ciepło – i to chyba jest to, o czym mówił Salinger, kiedy wyrzucał Joyce (tak tak, wyrzucał!), że „kocha świat”. Mimo tego, że w powieści roi się od nieszczęśliwych i zagubionych postaci, których życie w jakiś sposób zostało złamane – niesłusznie skazany na lata więzienia Frank, pogrążona w depresji po rozpadzie małżeństwa Adele, jej syn, który za wszelką cenę stara się zrekompensować matce utraconą miłość, skazana na samotne wychowywanie upośledzonego syna Evelyn – to jednak pojawia się jakiś słoneczny promyk nadziei na zmianę, wizja małego domku z dala od świata, gdzie można się schować przed wszelkim złem, hodować zwierzęta, uprawiać ogród i cieszyć się sobą nawzajem. Po prostu.

Ogromną rolę w tej powieści pełnią zmysły, i to nie tylko w sensie napięcia erotycznego, wyraźnie wyczuwalnego w rozgrzanym powietrzu ostatnich dni upalnego lata, ale również w znaczeniu zapachów, dźwięków, obrazów, którymi autorka czaruje czytelnika. Kiedy pisze o czynności na pozór zupełnie banalnej, jaką jest przygotowywanie ciasta z brzoskwiniami, robi to tak, że niemal czuje się w rękach soczysty brzoskwiniowy miąższ, widzi się złociste światło popołudnia wypełniające kuchnię, wyczuwa się słodki, mdlący zapach owoców mieszający się z roślinnymi aromatami późnego lata.

Moim pierwszym skojarzeniem z tą historią była Lucy Crown Irwina Shawa, ze względu na podobny motyw – dziecko-nastolatek, który dostrzega nagle matkę w nieznanym do tej pory ujęciu, jako czyjąś kochankę, i nie do końca jest się w stanie z tym pogodzić – ale to było mylne skojarzenie. Erotyka u Joyce Maynard jest bowiem czymś więcej niż egoistycznym, zwierzęcym zaspokojeniem własnych popędów, a zmysłowość obejmuje różne sfery życia i jest postrzegana jako coś dobrego. Seks jest tu rzeczą tak oczywistą i naturalną jak jedzenie i związana z nim przyjemność, a Frank okazuje się sekretnymi drzwiami do obu światów – nocą zaspokaja u Adele głód dotyku, a za dnia wyczarowuje w jej kuchni istne kulinarne cuda, będące nieocenioną odmianą po latach żywienia się mrożonkami i zupą z puszki.

To dobra książka, nawet mimo naiwnej miejscami historii. Maynard potrafi opowiadać, potrafi budować nastrój i malować słowem, co skutecznie przyćmiewa fabularne niedoskonałości.

***
J. Maynard, Ostatni dzień lata, przeł. Agnieszka Andrzejewska, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.

Za wtajemniczenie w twórczość „dziewczyny Salingera” dziękuję Darii i wydawnictwu Muza SA.

7 komentarzy:

  1. Mnie urzekła właśnie ta naiwność książki, niewiarygodność wydarzeń, a nawet tego, co niezbyt rozgarnięta matka opowiadała chłopcu. To był dla mnie inny świat, który chłonęłam z każdą strona. Film w ogóle mi się nie podobał i "zmęczyłam" go, oglądając po kawałku przez kilka dni.
    Czytałam w tym miesiącu, ale recenzja na blogu będzie dopiero 7 marca, bo to książka wybrana przez Pingerowy Klub Książki i muszę się trzymać terminów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, co mówi Adele to inna bajka, ale w całej powieści, która ma konwencję – jak by nie było – realistyczną takie naginanie rzeczywistości zrobiło na mnie wrażenie po prostu niedopracowania. W baśniowej, onirycznej opowieści takich rzeczy bym się nie czepiała :) A film trochę ściągnął tę historię na ziemię. Czy dobry, czy niedobry – trudno mi orzec, bo na filmach się nie znam :) Ale nie oglądałam go z jakąś szczególną niechęcią. Ciekawa jestem Twojej recenzji, będę czekać!

      Usuń
  2. Ha! Zaczynam dostrzegać między nami coraz większe powinowactwo dusz, bo właśnie czekam na paczuszkę z tą książką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie chyba rzeczywiście łączy nas czytelnicza nić porozumienia :) Bardzo jestem ciekawa, jakie na Tobie zrobi wrażenie, bo z tego co zauważyłam każdy patrzy na nią w zupełnie inny sposób.

      Usuń
  3. Jakie piękne te brzoskwinie, Naiu! Aż mam wielką ochotę wbić się w soczysty owoc upalnym latem. A co do książki, to mimo wspomnianych naiwności i absurdów, to jestem zachęcona, więc przybywa mi kolejna pozycja do listy must read :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniej więcej tak działa proza Maynard :) I dobrze, że jesteś zachęcona, bo tak jak napisałam, to nie jest zła książka. A lato już nie tak daleko, zaraz wiosna, a potem to już zleci :)

      Usuń
  4. Mam w planach tą książkę, bo poleciła mi ją przyjaciółka. Na razie jestem sceptycznie nastawiona, aczkolwiek mam nadzieję, że mile mnie zaskoczy;)

    OdpowiedzUsuń