piątek, 22 maja 2015

Wytrawna goryczka delirycznej prozy
– „Pod Mocnym Aniołem”, Jerzy Pilch

Przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc, żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?
Nie można. Bo pisarz to z natury zwierzę wrażliwe, a zwierzę wrażliwie tylko piciem zagłuszyć może ból istnienia. Bo „świat jest wielką chorobą”, żadna to nowość, tak wielu już o tym pisało. Więc Juruś zagłusza, wódą zagłusza, ironią i finezyjną frazą, która nie opuszcza go nigdy.

Pisze i pije, pije i pisze, a potem trafia na odwyk. „Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków” – zaczyna, „...i to jest moja love story”, chciałoby się dopowiedzieć za hrabalowskim Haňťą. Osiemnaście razy leżał na oddziale deliryków, a co widział i co słyszał – opisuje. Nie bez humoru, z kwaśnym uśmiechem, i niezwykły jest to głos.

Bo jest w tym tragizm, ale głęboko ukryty. I wpada poczciwy czytelnik w konsternację, bo przywykł do marszczenia brwi, do kręcenia głową, do powagi przywykł, a tu komizm, komizm jak malowany, no i jak to tak, śmiać się z takich rzeczy? W końcu się przełamuje i uśmiecha się, śmieje się z „szóstej w południe” i z osobistego Jurusiowego demona, który „wolałby być diabłem Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego albo Tomasza Manna”. No bo ostatecznie cóż złego w śmiechu, śmiech oswaja...

Chwilami śmiech zamiera, a wtedy wkrada się poezja. Azjatycka trawa ciemności, żółtawe chmury zapachu mącznych ciał, zaskakujące metafory, osobliwe modlitwy. Nie sposób o nich pisać – trzeba je przywołać.
Od wielu lat trwała wielka wojna, byliśmy żołnierzami pokonanej i oblężonej samozwańczej armii, wbrew rozsądkowi nie poddawaliśmy się, od dawna nie mieliśmy odwrotu, z naszych domów nie przychodziły żadne wiadomości, ciemny pierścień diabelskich sił zaciskał się nieubłaganie. Zasypialiśmy z czołem opartym o przypadkowy okop, budziła nas kanonada serca, nie wiadomo od jak dawna nie zmienialiśmy mundurów, żywiliśmy się byle czym, tylko jakimś cudem nasze manierki były ciągle pełne, coraz podlejszy samogon trzymał nas przy coraz krótszym życiu (s. 143).
Ojcze mój niebieski i ojcze mój pijany, i pijany ojcze mego pijanego ojca, i wszyscy moi pijani pradziadowie, i wszyscy moi pijani przodkowie, a także wszyscy niespokrewnieni ze mną fataliści, coście widzieli i co wiecie, gdzie leży gwiazdozbiór Mocnego Anioła, wszyscy, coście się w jego granatowo-złotym blasku urodzili i pomarli – bądźcie pozdrowieni (s. 127).

Prawdziwym mistrzem jest jednak Pilch w łączeniu poezji z wulgarnością, we wplataniu liryki miłosnego wyznania w cuchnącą i sztywną od rzygowin rzeczywistość. I jest w tym jakaś szczerość, szlachetna prostota, piękna prostota, jak w tej jasnej końcówce: „Pod wieczór na werandzie z rozległym widokiem będziemy pić herbatę”.

Kończ waść, wstydu oszczędź, ciśnie wam się pewnie teraz na usta, bo widać od razu, że zrecenzowanie tej książki mnie przerasta. Mogę tylko kusić cytatami i prosić, żebyście sami zasmakowali w tej ciemnej i gorzkiej, ziemistej, lepkiej, a zarazem kwiecistej prozie. Bo smakuje jak nic innego, co mieliście wcześniej w ustach. I smakuje wysokoprocentowo.

***
J. Pilch, Pod Mocnym Aniołem, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000.


Fot. cyclonebill / Foter.com / CC BY-SA

18 komentarzy:

  1. Przeczytałam rok temu, dość szybko się czyta, refleksje pojawiają się jak grzyby po deszczu... Ale nie zachwyciła mnie ta pozycja tak, jak zachwycić niby powinna. Doceniam, ale nie zachwalam. Jednak po jakąś książkę Pilcha jeszcze na pewno sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zachwycił styl, ujęło trzeźwe, ironiczne ujęcie tematu. Nie jest to też „mój” autor, ale doceniam kunszt. Naprawdę literatura na poziomie.

      Usuń
  2. Czytałam w ostatnim "Twoim Stylu" świetny wywiad z Pilchem. Narzekał, że wielu czytelników obecnie czyta Jego wywiady, a nie książki. Może coś w tym jest? Po "Pod mocnym aniołem" sięgałam wiele razy, ale nigdy nie przebrnęłam przez pierwsze strony. A widzę, że jednak warto się przełamać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jest tak, że ktoś gdzieś coś usłyszał, a to że alkoholizm, a że choroba Parkinsona, ktoś obejrzał film Smarzowskiego i ciekaw, ile w tej historii fikcji a ile rzeczywistości, no i zrobiła się wokół Pilcha mała sensacja. Ludziom się czytać książek nie chce, bo za długie, bo za trudne, no to czytają wywiady. A Pilch wypowiada się akurat o sobie dosyć otwarcie, więc trochę sam to nakręca; inna sprawa, że gdyby nie nakręcał, to pewnie nie czytaliby ani książek, ani wywiadów. I taka smutna prawda.

      Nie przebrnęłaś przez pierwsze strony, naprawdę? Styl Ci nie odpowiadał, czy tematyka? Bo mnie się akurat czytało bardzo dobrze, nie powiem, żebym musiała się jakoś przełamywać :).

      Usuń
  3. Aj, Pilch to jeden z wielu pisarzy, którego twórczości jeszcze nie poznałem, ale o którym sporo słyszałem i regularnie sobie obiecuję, że wreszcie po niego sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie było to samo, dużo o nim słyszałam, wiecznie sobie obiecywałam, ale jakoś zawsze było coś innego. Potem pojawiła się okazja otrzymania „Zuzy” do recenzji. A od jednej książki prosta droga do kolejnej :). Zwykle w takich sytuacjach zbawienne okazują się przypadki, może kiedyś sam Ci Pilch wpadnie w ręce? Ktoś pożyczy, sprezentuje, w bibliotece nawinie się pod rękę? Bo wiem, że na listach „do przeczytania” taki autor może wegetować latami...

      Usuń
  4. Mnie, szczerze mówiąc, książka rozczarowała. Jest zaledwie cieniem arcydzieł prozy alkoholowej, które cytuje. I, co się rzadko zdarza, film jest lepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MatiPro, a jakie masz zastrzeżenia? Co Ci się konkretnie nie spodobało? Ja co prawda w prozie alkoholowej takiego rozeznania nie mam, mogę sobie co najwyżej porównać z Bukowskim, ale to tak zupełnie inny rodzaj pisania, że chyba nie sposób. Film jest bardzo dobry, ale dla mnie mimo wszystko plasuje się za książką.

      Usuń
    2. Chyba miałem po prostu za wysokie oczekiwania. Plus ten cały kwiecisty styl Pilcha wydaje mi się bardzo sztuczny. Książka zresztą nie zapadła mi w pamięć nawet na tyle, by teraz przedstawić jakieś konkretne zarzuty.

      Usuń
    3. Rozumiem, też mi mnóstwo rzeczy ulatuje z pamięci i ciężko mi po pewnym czasie o książce dyskutować. M.in. stąd potrzeba pisania bloga :).

      Co do stylu – wydaje mi się, że nie jest to jakieś silenie się na cokolwiek, on po prostu tak pisze, ale rozumiem, że nie wszystkim może taki sposób pisania przypaść do gustu.

      Usuń
  5. Naiu, krótko, ale zdecydowanie Cię nie przerosło. Ja uwielbiam i styl, w którym sztuczności nie widzę, i podejście do tematu, i autora, więc jestem całkowicie nieobiektywna :). I dziękuję za przywołanie jednego z najlepszych ostatnich zdań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Aniu! A to zdanie naprawdę ma moc, takie jest proste, a takie obrazowe. Ciepłe, ale zarazem ma się wrażenie, jakby to miejsce, ta weranda z herbatą, była gdzieś bardzo daleko, w jakiejś odległej i nieosiągalnej galaktyce. I jakoś osobiście je odbieram, robi mi się od niego smutno, tęskno za czymś, czego nigdy nie będzie.

      Usuń
    2. Na mnie to zdanie też tak działa, jest tak nostalgiczne i tak oddalone od rzeczywistości. A tak proste. I chyba w tym jego siła, w odniesieniu do całości książki. Pewnie w każdej innej powieści nawet by nie przykuło uwagi. A tu - taka moc.

      Usuń
  6. Świetnie to opisałaś. Lubię Pilcha, choć akurat do tej książki nigdy mnie nie ciągnęło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)! A nie ciągnęło z jakichś konkretnych powodów?

      Usuń
    2. Aaa! Miałam nadzieję, że to może jakieś wątpliwości, które uda mi się rozwiać :). A tak – nie ma dyskusji. Temat jest jaki jest i tego się nie przeskoczy. Ale może jednak kiedyś spróbujesz?

      Usuń
  7. O czym by Pilch nie pisał, to wychodzi fantystycznie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń