środa, 21 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 1. i 2. – relacja

Czy to niezwykła intuicja, czy też tajemnicze znaki na niebie i ziemi – niezależnie od tego, co podpowiedziało organizatorom tegorocznego Festiwalu Conrada, by zaprosić do Polski Swietłanę Aleksijewicz, faktem jest, że na otwarciu tej edycji festiwalu mieliśmy prawdziwą bombę – spotkanie ze świeżo upieczoną Noblistką. Po ogłoszeniu werdyktu zainteresowanie gwałtownie wzrosło i szybko stało się jasne, że bez wejściówek i ogromnej sali się nie obejdzie. Dlatego też ostatecznie wydarzenie odbyło się w miejscu gwarantującym przestrzeń, jakiej wymagało – w Auditorium Maximum. Sala była niemal całkowicie wypełniona, pisarki słuchało więc ponad tysiąc osób.

A o czym mówiła? O miłości. O potrzebie życia powoli, ze smakiem. O poszukiwaniu szczęścia w skomercjalizowanym świecie. Oraz o tym, jak udaje jej się znajdować klucz do ludzi – jak to robi, że nawet agresywnie nastawiony moskiewski taksówkarz już po kilku minutach zwierza jej się, że zostawiła go żona. To siła spokoju – twierdzi pisarka – i współczucie, i chęć zrozumienia. Bo trzeba ludzi kochać, mimo że czasem jest to takie trudne.

Nie jest łatwe również obcowanie z całym tym cierpieniem, o którym nieraz mówią rozmówcy. I Aleksijewicz przyznaje, że po takich książkach jak Wojna nie ma w sobie nic z kobiety czy Ostatni świadkowie psychika pisarza jest w strzępach. Nie sposób patrzeć na chore dzieci, nie można znieść widoku rozjechanych zwierząt. Wszystko to sprawia ból. I jest to ciężar, którego właściwie żaden człowiek nie jest w stanie unieść – ale trzeba próbować. 

 Po krótkim wstępie rozmowa zeszła na Rosję i tematy polityczne – wszak tytuł spotkania brzmiał Rosja nie ma w sobie nic z kobiety. Pisarka wyraziła żal wobec rosyjskiego narodu, przyzwyczajonego do bólu i strachu, czczącego okrutnych przywódców na równi ze świętymi, pozbawionego własnego zdania, zwodzonego wciąż przez propagandę. I niebezpiecznie zmierzającego w stronę nacjonalizmu, co swymi manipulacjami zręcznie podsyca Putin.

Zapytana o przyszłość Białorusi pisarka nie widzi szans na drastyczne zmiany. Łukaszenka drażni się z Putinem, prowokuje go, ale pozostaje jego marionetką, bo jest zależny od rosyjskiej ropy i gazu. I choć zarzeka się, że nie pozwoli na budowę wyrzutni rakietowych na ziemiach białoruskich, w gruncie rzeczy już tylko się targuje. A rakiety na Białorusi to pierwszy krok do ataku na Europę. „Mamy dziś więcej niż trzeba powodów, aby popaść w rozpacz” – mówiła autorka. Tym większej mocy nabiera powtarzane przez nią motto: Idź i pilnuj w sobie człowieka; bo wbrew pozorom wcale nie jest to łatwe.

Spotkanie z Wiesławem Myśliwskim, na którym również frekwencja dopisała (mnie samej pozostał już tylko zimny skrawek podłogi na korytarzu), w większym już stopniu skupiło się na samej literaturze, na jej tworzeniu i inspiracjach. Myśliwski zaczął od skrytykowania pisarzy-celebrytów i pochwały anachroniczności – z dumą oświadczył, że nie ma internetu, a pisze wyłącznie ołówkiem zaostrzonym przy pomocy żyletki. Jak długo więc ma zapas ołówków i żyletek – o co zadbał pewien rozkochany w jego twórczości dziennikarz – może pisać.

Główny wniosek ze spotkania był taki, że Myśliwski to niezwykle przekorny człowiek :). Każdą uwagę prowadzącego zbywał, każde stwierdzenie – podważał, a na pytania o swoją twórczość odpowiadał w stylu „Nie wiem, przecież nie czytam swoich książek” lub „Czego pan ode mnie chce? Żebym analizował swoje utwory? To pan powinien to robić!”. Oczywiście wszystko w lekkim i dowcipnym tonie, toteż ostatecznie rozmowa wzbudziła u publiczności dużą wesołość. Kiedy zrezygnowany Jerzy Franczak rzucił w końcu: „To o czym porozmawiamy?”, pisarz odparł niewinnie „O czym pan chce” (salwy śmiechu z widowni), po czym dodał: „Ale ja panu będę tak odpowiadał”.

Mowa była także o nurcie chłopskim, tak silnym w całym dorobku pisarskim Myśliwskiego. Autor wypowiadał się o kulturze chłopskiej z dużym szacunkiem – jego zdaniem źródłem literatury jest przede wszystkim słowo mówione, nie pisane, mowa chłopska ma natomiast niezwykłą moc („chłopi mówili mało, ale każde ich słowo było jak dzwon”) i jest bardziej bogata, niż nam się wydaje. Pisarz nawołuje również do zgłębiania historii chłopstwa, która po roku '89 została niemal całkowicie zapomniana.

Myśliwski uchylił również rąbka tajemnicy, jeśli chodzi o jego sposób pisania. Przede wszystkim – nie stawia swojemu pisarstwu żadnych zadań. Właściwie siadając do kartki nie jest nawet pewien, o czym będzie pisał. I nie chce wiedzieć, zgodnie ze stwierdzeniem „Piszę, bo nie wiem”. Wszystko zależy od pierwszego zdania – to ono musi mieć odpowiednią potencję, by uruchomić całą opowieść i by poszły za nim zdania kolejne. Nie wszystko przychodzi od razu, a praca pisarza jest żmudna, wymaga dużo samotności i skupienia; nawet siedzenie nad pustą kartką jest jednak potrzebne, bo pomaga wejść w świat, który krąży gdzieś wokół nas. Sam akt tworzenia przypomina w takim wypadku „przygotowaną improwizację”.

Z widowni padło pytanie o literackie inspiracje autora. Podał trzy nazwiska: Kafka (ale tylko jeden jedyny utwór – opowiadanie Budowanie muru chińskiego; powieści zdaniem Myśliwskiego Kafka pisać nie potrafił), Dostojewski (i Idiota) oraz Proust („Przeczytałem cały cykl dwukrotnie!”). Jeśli zaś chodzi o inspiracje płynące z życia – dowiedzieliśmy się, że literatura nigdy nie rodzi się z pięknych pomysłów, zawsze z banału i pospolitości.

Wisienką na torcie było kilka szczegółów z biografii Myśliwskiego. Jak choćby to, że był dobry z matematyki, że zamiast na polonistykę wybierał się pierwotnie na budowę okrętów (ale go nie przyjęli; co by było, gdyby? „Może byłbym lepszym budowniczym okrętów niż budowniczym powieści” – zastanawiał się) i że jako student dorabiał sobie, przerabiając ubrania syna swej gospodyni, wielkiego eleganta. Sztuki krawieckiej nauczył się od wuja – i tak wyjaśniła się tajemnica niezwykłej znajomości terminologii krawieckiej.

Dzień drugi dla mnie oznaczał przede wszystkim spotkanie z Varujanem Vosganianem i Olgą Tokarczuk. W tym pierwszym nie uczestniczyłam co prawda w całości, bo dyżurowałam w Strefie Blogera (przy okazji – serdeczne pozdrowienia dla pani Anny z Biblioteki Podgórskiej!), ale kilka myśli sobie spisałam.

Vosganian, autor głośnej Księgi szeptów (o której będę wkrótce u siebie pisać), mówił o tym, że literatura (i kultura w ogóle) może być doskonałą bronią. Daje możliwość nadawania imion, nazywania cierpiących, ukazania losów ludzi i szacunku do niej. Taką rolę spełnia również Księga szeptów. Pisząc ją, Vosganian korzystał zarówno z osobistych doświadczeń, jak i wspomnień przodków, a do tego wszystkiego posłużył się perspektywą dziecka – dziecka, które potrafi jeszcze być wiernym, nie wie co to grzech, a więc i nie wie czym jest przebaczenie, nie stara się niczego ukryć. Łącząc dziecięce spojrzenie ze starczą mądrością i pamięcią, autor dokonał swego rodzaju zderzenia światów. Dwoma biegunami powieściowego świata są także radosna codzienność, niepowtarzalne smaki i zapachy, oraz tragiczna historia i towarzysząca jej groza.

Pisarz odniósł się także do stwierdzenia padającego z ust niektórych komentatorów: Po co uznanie ludobójstwa, po co po tylu latach się tym zajmować? Odpowiedział na to pytanie obrazowo, rysując wizję dwóch światów, na jakie rozszczepiła się społeczność ormiańska po dokonanej rzezi – ocalonego i umarłego. Niczym w micie o Persefonie. „Być może w 1958 roku w świecie umarłych urodziło się dziecko o moim imieniu” – stwierdził Vosganian, podkreślając tym samym równoległość i współistnienie tych dwóch rzeczywistości. Jego zdaniem połączenie ich jest możliwe tylko dzięki międzynarodowej solidarności i oficjalnemu uznaniu tragedii.

Księga szeptów nie jest książką o nienawiści – podkreślił natomiast autor. I do tej nienawiści nie nawołuje, nigdy nic nie jest bowiem czarno-białe – choć Ormianie wiele wycierpieli za sprawą Turków, to właśnie turecka rodzina ocaliła dziadka autora, gdy ten chorował na tyfus. Chodzi tylko o to, by pamiętać – bo pamięć i literatura to najlepsza obrona. „Nie mieliśmy murów, nie mieliśmy armii, ale mieliśmy pamięć”.

Smacznym przerywnikiem między dyskusjami o literaturze (choć, jak na Festiwal Conrada przystało, również mocno osadzonym w literackich klimatach) było spotkanie z cyklu Literatura na widelcu. W restauracji Pod Nosem u stóp Wawelu zaserwowano nam literackie potrawy zaproponowane przez Bogusława Deptułę, autora książki Literatura od kuchni, który w trakcie tej literacko-kulinarnej godzinki opowiadał o tym, dlaczego na naszych talerzach znalazło się właśnie to, co się znalazło i jaka jest historia podanych frykasów. I nawet zejście na temat martwych ciał moczonych w chemikaliach i wieszanych w kapucyńskich kryptach (ot, oryginalny sposób pochówku) nie zdołało osłabić mojego apetytu.

Na stół powędrował makaron tagliatelle z kurzą wątróbką – inspiracja Lampartem (czy też, w nowym przekładzie, Gepardem) Giuseppego Tomasiego di Lampedusy. I choć na hasło „wątróbka” padł na mnie blady strach, wszystko było tak przyrządzone, że smakowało naprawdę dobrze. Deser natomiast – nietypowo przyrządzony omlet ze śliwkami – zaczerpnięty został ze znanej tylko garstce czytelników książki Straszykoń w różanych sidłach austriackiego autora Fritza von Herzmanovsky'ego-Orlando. Był to wyjątkowo przyjemny sposób oddania hołdu zarówno literaturze, jak i jedzeniu (którego waga, co podkreślił Deptuła, jest ogromna; sam Proust uważał, że świat rekonstruowany bez uwzględnienia jedzenia po prostu nie istnieje).

Później – z powrotem do Pałacu, na Hoomana Majda. Irański pisarz mieszkający w USA, pozostający jednak w bliskim kontakcie z ojczyzną, opowiadał przede wszystkim o Iranie – kraju fascynującym i bardzo nowoczesnym, a zarazem nieludzko dławionym rządami autorytarnymi.

Zapytany o wrażenia pozytywne z pobytów w ojczyźnie Majd odpowiedział, że podoba mu się przede wszystkim siła młodości, którą tam czuć. Nadzieję budzi fakt, że młodzi ludzie, choć nie wierzą w system i nie akceptują go, pozostają w granicach swego kraju, nie próbują uciec przy pierwszej okazji, zależy im bowiem na tym, by coś u siebie zmienić. Zjawisk przygnębiających jest natomiast dużo więcej – zakazy, nieustanna inwigilacja, blokowanie stron w internecie i zastępy policji „pilnujące moralności”… Musi się to zmienić, trudno jednak przewidzieć, jak wyglądałaby irańska demokracja, nawet gdyby udało się ją wprowadzić. Na pewno różniłaby się od tej amerykańskiej czy zachodnioeuropejskiej, wszystko bowiem zależy od kręgu kulturowego.

Fakt, że Iran nie może się poszczycić żadnymi spektakularnymi dokonaniami, a najbardziej słynie w świecie z publicznych egzekucji, jest oczywiście dla jego mieszkańców powodem do wstydu. Ważne jednak, że jest wola zmian – nie drogą rewolucji, a stopniowych reform. I oby ta tendencja się nie zmieniła.

Na koniec Majd powiedział kilka słów na temat swoich powiązań z Polską. Trzy hasła: Greenpoint (zamieszkała przez wielu Polaków część nowojorskiego Brooklynu, gdzie przez pewien czas pisarz również mieszkał), Kapuściński (którego książki bardzo lubi) i wódka. A konkretnie żubrówka, którą uwielbia :).

Wreszcie – wyczekiwane spotkanie z Olgą Tokarczuk, na którym, jak się należało spodziewać, również pojawiły się tłumy. Punktem wyjścia dla dyskusji stała się sienkiewiczowska Trylogia – zdaniem pisarki była ona ważna przede wszystkim jako pewien wzór postrzegania historii w tamtych czasach. Każde pokolenie powinno stworzyć własny tego typu projekt, aby definiować historię na nowo, po swojemu, i próbą takiego działania są również Księgi Jakubowe.

Pisarka zdradziła, że temat rebelii, przewijający się w mniejszym lub większym stopniu w każdej jej książce, towarzyszył jej od samych początków tworzenia (jej pierwszy opublikowany utwór dotyczył buntu psów). Ważny jest on natomiast dlatego, że przesuwa punkty widzenia i oczywistości, pokazuje, że można spojrzeć na świat inaczej.

Na pytanie, czy projektuje sobie swojego czytelnika, autorka odpowiedziała, że nie – zwykle tworzy w uniesieniu, nie myśląc za wiele o tym, do kogo trafią te słowa. Mimo to jednak dostaje później sporo głosów świadczących o tym, że są ludzie o podobnym sposobie myślenia i widzenia rzeczywistości, chcąc nie chcąc więc, do nich kieruje swoje słowa.

Mówiąc o Księgach Jakubowych pisarka zwracała uwagę na aktualność, jakiej nabrał dziś ten utwór (jest to wszak „książka o asymilacji”) i podkreślała powiązania ruchu frankistów z zachodnioeuropejskim oświeceniem. Zapytana o swojego Boga odparła, że Go nie ma. A w odpowiedzi na pytanie o brakujących światach, które oprócz świata Jakuba Franka zasługują jeszcze na uzupełnienie w naszej świadomości, poleciła sięgnąć do historii. To ona jest prawdziwą skarbnicą pisarskich pomysłów i to do niej powinni sięgnąć polscy autorzy, zamiast skupiać się na popularnych gatunkach typu kryminały.

Dla tych zaś, którzy ciekawi są, co pisarze robią ze swoimi literackimi statuetkami – Olga Tokarczuk trzyma je na parapecie w swoim domu na wsi. Najnowszej Nike jeszcze tam nie ma, ale wkrótce dołączy :).

Temat burzy, jaka rozpętała się ostatnio wokół pisarki w związku z jej wypowiedzią w telewizji, pojawił się dopiero na końcu, przy okazji pytań od publiczności. Tokarczuk przyznała, że po roku promowania książki ten nagły atak ją zaskoczył, ostatecznie wyszła jednak na tym dobrze, w ciągu ostatnich dni bowiem otrzymała tyle wyrazów solidarności i wsparcia od ludzi z całej Polski, że nie spodziewała się, że jest to możliwe. Zapytana o czytelników odparła, że ich zdanie jest dla niej bardzo ważne – często zdarza się bowiem, że zwykły czytelnik wprawnym okiem wychwyci więcej, niż wszyscy krytycy (albo nawet sam autor, nieświadom ukrytych w swym dziele treści).

W ten sposób zakończył się dzień drugi Festiwalu. Ciąg dalszy nastąpi, bądźcie czujni!

Zdjęcia – moje, jak widać.

17 komentarzy:

  1. Dziękuję Ci za ten artykuł. I żałuję, że mnie tam nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do usług :). A wybierasz się na inne festiwalowe spotkania?

      Usuń
    2. Niestety, nie mogę być w tym czasie w Krakowie. Dlatego Twoje recenzje są dla mnie tym bardziej cenne.

      Usuń
  2. Na Hoomana Majda bardzo chciałam się wybrać, ale nie udało się, może jeszcze kiedyś. Za to spotkanie z Myśliwskim było genialne!!! Szkoda, że się gdzieś rozmijałyśmy i nie udało się spotkać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja poszłam bardziej „przy okazji”, bo miałam akurat czas i byłam na miejscu, bo książek Majda zupełnie nie znam i o nim samym też niewiele wiedziałam :). Ale świetne w festiwalach jest właśnie to, że trafiają się takie odkrycia. Widziałam Cię po spotkaniu z Myśliwskim, ale ja byłam akurat wtedy unieruchomiona w kolejce po autograf, a Ty już wychodziłaś :).

      Usuń
  3. Tak trochę naiwnie spytam, czy na Conrad Festival były jakieś wystąpienia poświęcone postaci albo twórczości patrona festiwalu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przypominam sobie. Życiorys i twórczość patrona czasem gdzieś się przewija, ale specjalnych dedykowanych wydarzeń nie kojarzę. Ale tak naprawdę biorę udział w tym festiwalu dopiero drugi raz. Może na tych początkowych edycjach coś było?

      Usuń
    2. Pytałem, bo przeglądałem program i niczego nie znalazłem, myślałem że może wychodzi to w trakcie wystąpień, przynajmniej w tle. To byłaby trochę kuriozalna sytuacja; Conrad Festival bez Conrada, to tak jakby na festiwalu w Bayreuth nie zagrali nic Wagnera, ale biorąc pod uwagę nasze rodzime realia, to nie powiem, że byłbym zszokowany :-)

      Usuń
    3. Na spotkaniu z Myśliwskim Franczak wspomniał o Conradzie, à propos tych marzeń pisarza o projektowaniu okrętów ;). Przy okazji Myśliwski podzielił się swoimi wrażeniami z lektury Conrada „po latach” – za młodu ponoć bardzo nie lubił jego twórczości, ale po wielu latach postanowił sobie ją odświeżyć i zachwycił się, ile w tej literaturze mądrości. A skoro jest tak, że do Conrada się dojrzewa, to jest dla mnie nadzieja. Może też kiedyś dojdę do tego etapu :).

      Usuń
    4. No tak, ale dożycie wieku Myśliwskiego wcale nie jest takie proste i oczywiste, czego Ci oczywiście życzę :-)

      Usuń
    5. Nie sprecyzował chyba, na którą wiosnę życia przypadła ta ponowna lektura ;). Ale jeśli przyjdzie mi czekać do osiemdziesiątki, to nie ma szans – przy moim trybie życia i nerwowości prorokuję sobie zawał w okolicach czterdziestki ;).

      Usuń
    6. Spoko, spoko - kobiety rzadko kiedy dostają zawału, to tylko mężczyźni padają jak muchy - wiadomo, wrażliwcy :-)

      Usuń
  4. Super relacja. Wielkie dzieki!

    OdpowiedzUsuń
  5. Teraz, jak już nauczyłam się doceniać spotkania autorskie, zazdroszczę :)
    Powiem tacie o Myśliwskim - mój tata go bardzo lubi, a sam jest po budowie okrętów :)
    A "Lamparta" akurat dopiero co czytałam! Ale nie chciałabym próbować tej wątróbki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochany Książkozaurze! Gdzieś mi umknął Twój komentarz i dopiero teraz na niego odpowiadam, przepraszam :). W takim razie Twój tata ma coś wspólnego z ulubionym autorem! Miłe są takie odkrycia. Ja czytałam „Lamparta” dawno, dawno temu i z fabuły nie zostało mi już w głowie absolutnie nic, a co dopiero pamiętać jakąś wątróbkę :). Ale, choć trudno w to uwierzyć, naprawdę była smaczna! A jak Ci się „Lampart” podobał?

      Usuń
  6. A czy wiecie, ze nagroda Nike skonczyla w tym roku juz 19 lat? http://www.kreatywna.pl/kultura/ksiazki/nagroda-literacka-nike-skonczyla-19-lat-sprawdz-malo-znane-fakty-z-jej-funkcjonowania/

    OdpowiedzUsuń