piątek, 23 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 3. i 4. – relacja

Środa była luźna. Było snucie się po Pałacu, witanie się, pozdrawianie, miłe rozmowy. Wymiany uśmiechów, wymiany spostrzeżeń, przyjemność z samego bycia tu. Dopiero wieczorem przyszedł czas na zasłuchanie.

Gościem spotkania o 20 był Robert Coover. I choć nazwa wydarzenia, Postmodernizm nie jest tym, co myślisz, mogła sugerować poważne naukowe dywagacje, w rzeczywistości skupiono się na niezwykłej twórczości i nawykach pisarskich bohatera wieczoru. A określenie „postmodernistyczny” padło bodajże tylko raz.

Robert Coover
Jak zrodził się styl Coovera? W pewnym momencie po prostu zrezygnował z tradycyjnego sposobu opowiadania, uznał bowiem, że mu nie służy. Zaczął się bawić słowem i eksperymentować, owocem zaś tych eksperymentów są takie utwory jak Impreza u Gerarda – istne kompendium różnych rodzajów narracji. Jak przyznaje Coover, takie pisanie jest dla niego nie tylko wyzwaniem, ale przede wszystkim świetną zabawą.

Ciekawą wizytówką twórczości tego amerykańskiego pisarza – której to twórczości, przyznaję, zupełnie jeszcze nie znam – był przywołany przez prowadzącą fragment z recenzji jego książki, określający dzieło Coovera jako połączenie prozy Agaty Christie (pod wpływem halucynogenów), filmów braci Marx, dialogów Becketta, dekoracji Dalego, pomysłów Pynchona i programu markiza de Sade. Autor uznał, że to bardzo miło z jej strony, że cytuje akurat tę recenzję, gdzie indziej bowiem pisali: „To książka szaleńca”.

Brzmi intrygująco? Z pewnością. A mowa była jeszcze o najlepszej porze na pisanie (noc – bo w ciszy umysł pracuje na najwyższych obrotach), o tym, jakie znaczenie ma miejsce, gdzie tworzymy (jak się okazuje, duże – to właśnie pobyt w Wenecji przyczynił się do powstania Pinokia w Wenecji) oraz o tym, jakie możliwości literackie daje chętnie wykorzystywany przez Coovera motyw hucznej imprezy. Kilka słów autor poświęcił również warsztatom pisania (które jego zdaniem nie mają większego sensu, bo zabijają kreatywność) oraz zdradził, jak radził sobie z organizacją swoich książek w czasach, gdy nie było jeszcze komputerów (stosował ponoć zmyślny system karteczek).

I choć spotkanie, a konkretnie sposób jego prowadzenia, trochę mnie rozczarowało – pytania Agnieszki Taborskiej były od siebie zupełnie oderwane, a każde z nich prowadząca poprzedzała długim i zawiłym wstępem, przez co często gubiłam wątek – czuję się zachęcona do zgłębienia twórczości Coovera. To z pewnością proza nie dla każdego, chciałabym się jednak z nią zmierzyć.

Dr Jakub Chwalba, warsztaty Prawo autorskie kontra bloger – jak wygrać tę walkę?
Tegoroczna edycja Festiwalu Conrada jest pierwszą, w ramach której organizatorzy postanowili więcej uwagi poświęcić blogerom. Stąd też uruchomiona na festiwalu Strefa Blogera, stąd również dwa specjalne wydarzenia dedykowane blogerom – warsztaty dotyczące praw autorskich oraz dyskusja z Mariuszem Szczygłem na temat Czy pisarze czytają blogi? Drugie z nich zaplanowano na niedzielę, pierwsze zaś odbyło się w festiwalowy czwartek w sali na dachu Międzynarodowego Centrum Kultury. Poprowadził je dr Jakub Chwalba z Katedry Prawa Własności Intelektualnej na Wydziale Prawa i Administracji UJ.

W ramach wstępu prowadzący wyjaśnił, jakie wytwory objęte są prawem autorskim i dlaczego nie zalicza się do nich choćby trasa maratonu lub kształt znicza (wszak nie należy popadać w absurdy). Dowiedzieliśmy się m.in. jakie zdjęcia powszechnie znanych osób można zamieszczać na swojej stronie bez obaw, że ktoś wytoczy nam proces oraz dlaczego akcja „Wklej wiewióra” mogła być dla jej inicjatorów źródłem poważnych problemów. I choć spodziewałam się raczej większej ilości praktycznych przykładów związanych z wykorzystaniem różnych materiałów na blogu, wykład Jakuba Chwalby był rzetelnym wprowadzeniem do zagadnień związanych z prawem autorskim.

Ukoronowaniem dnia było wyczekiwane przez wielu spotkanie z udziałem Hanny Krall, Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana. Już na godzinę przed jego rozpoczęciem w korytarzu Pałacu pod Baranami zaczęły się tworzyć niespokojne grupki, a pół godziny później, zaraz po zakończeniu spotkania z Kamelem Daoudem, wszystkie trzy sale, w których można było śledzić zaplanowaną na wieczór dyskusję, szczelnie się wypełniły. Takiego tłumu jeszcze w Pałacu nie widziałam – okupowany był nie tylko korytarz, ale i niemal cała podłoga w centrum festiwalowym. Wszędzie, gdzie tylko dochodził dźwięk z głośników, gęsto było od ludzi. Widząc to naprawdę trudno uwierzyć w tak słabe wyniki czytelnictwa w Polsce...
Cała trójka podpisuje książki...
Serce rośnie, ale oczywiście tak duża frekwencja oznacza też spore niewygody. „Witamy w tropikach” – dowcipnie przywitał publiczność Mariusz Szczygieł wkrótce po wejściu do dusznej i nieprzygotowanej na takie oblężenie sali balowej Pałacu pod Baranami. Nic więc dziwnego, że gdy otwierając spotkanie dyrektor programowy festiwalu Grzegorz Jankowicz zapewnił, że w przyszłym roku spotkamy się już w większych, przestronnych salach, zgromadzeni miłośnicy literatury zareagowali gromkimi brawami.

Przez całe spotkanie Krall, Szczygieł i Tochman rozkosznie się przekomarzali. Jakie były pierwsze spotkania tych dwóch reporterów z legendą polskiego reportażu? „Niech się pan tak nie mizdrzy” – usłyszał Tochman, „Pan pisze tak jak ja pisałam 25 lat temu, tak się nie pisze” – usłyszał Szczygieł. „Powiedzieć to słowo?” – spytała Szczygła rozbrajająco Hanna Krall, zanim zacytowała wypowiedź pewnego chłopca, który grabił u niej liście („Gdybym był Żydem w tamtych czasach… O kurwa!”). I sypała jak z rękawa cudownymi anegdotami, na czele z tą o Leszku Kołakowskim i spotkaniu z pewnym góralem.

A było to tak. Krall i Kołakowski bawili akurat w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie spędzali czas głównie na spacerach po lesie (żeby „te dziewczynki nasze koszmarne”, czyli córka Krall i córka Kołakowskiego, mogły się wyszaleć). I pewnego razu podszedł do nich stary góral, elegancki, ubrany w tradycyjny góralski strój. „Czy mogę o coś spytać?” – odezwał się do Kołakowskiego, a gdy ten się zgodził, zapytał z powagą: „Czy jest Bóg?”. „Nie wiem, ale ta pani ma najświeższe informacje” – odpowiedział wymijająco filozof wskazując na towarzyszkę, ale góral nawet na nią nie spojrzał, tylko odparł smutno: „Więc pan nie wierzy” i odszedł. Kto to był? – zastanawiali się. „Pewnie Pan Bóg” – doszła w końcu do wniosku pisarka…

...a tu bohaterka wieczoru.
I było z uśmiechem, było wesoło, choć pojawiały się i tematy tragiczne. A gdy jedna z uczestniczek spotkania, nauczycielka akademicka, wyznała, że czyta swoim nieczytającym i przyklejonym do smartfonów studentom teksty Hanny Krall, a ci nagle odrywają wzrok od telefonów, zamykają laptopy i zaczynają słuchać, na następne zajęcia zaś przychodzą z jej książką, zrobiło się pięknie. I „warto było przyjść” – powiedziała pani Krall.

Czy rzeczywiście, jak przewiduje pisarka, za kilkadziesiąt lat nikt już nie będzie czytał, zostaną nam tylko obrazki? Nie wiem. Ale takie spotkania jak to pozwalają wierzyć, że jednak nie.

Cudownie jest brać znowu udział w Conradzie. Nie chciałabym być teraz nigdzie indziej na świecie.

4 komentarze:

  1. Kurczę, dlaczego mnie tam nie było. Dziękuję, ja też sięgnęłam po Coovera, dzięki Tobie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakuba Chwalby chętnie bym posłuchała.
    Z roku na rok sobie obiecuję, że pojadę na Conrada, ale jakoś w tym roku również nie wypaliło :/

    OdpowiedzUsuń
  3. no tak, nie dziwię Ci się, sama chętnie bym się pojawiła w Krakowie i aż zielenieję z zazdrości, ale z drugiej strony dzięki za relację, dzięki Tobie chociaż jedną nogą mogę Ci towarzyszyć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo trafne podsumowanie, ja tez nie chciałabym być nigdzie indziej. Zwłaszcza pod koniec wczorajszego spotkania :)

    OdpowiedzUsuń