środa, 28 października 2015

Niewinność o smaku kradzionych jabłek – „Siekiera”, Ludvík Vaculík

W życiu chłopca musi w końcu nastąpić taki moment, kiedy ojciec przestaje być herosem. Niegdyś – silny, mądry i sprawiedliwy, z czasem okazuje się człowiekiem z krwi i kości, z wątpliwościami, słabościami i całą masą życiowych błędów dźwiganych na pokrzywionych plecach. W przypadku ojca narratora i głównego bohatera Siekiery Ludvíka Vaculíka najcięższym z tych błędów była naiwna wiara w komunizm – ustrój, który miał raz na zawsze zabrać bogatym i nakarmić biednych.

Kto jest jednak bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – wiadomo przecież, że ogromna część czeskiego społeczeństwa po wojnie uwierzyła komunistom. Ze swojego pięknego proletariackiego snu budziła się potem w bólach, a w latach 60. społeczne niezadowolenie i rozczarowanie osiągnęło swoje apogeum. Zaczęto stawiać sobie odważne pytania: co zostało z tego wspaniałego socjalizmu, w który wierzyli nasi rodzice? I czy da się jeszcze coś z niego ocalić? Takie pytania stawia również Siekiera, opublikowana w roku 1966, na fali politycznych przemian.

Czas prostytutek

Powieść Vaculíka nie tylko zresztą pyta, ale i krytykuje. I to jak mądrze, jak trafnie! Ironizuje, ukazuje absurdy obowiązującego ustroju, proponuje obrazowe analogie i porównania – i mogę śmiało napisać, że nigdy wcześniej nie czytałam książki, która w tak prostych słowach obnażałaby słabości komunistycznego systemu. Nie dziwię się teraz, że to właśnie Vaculíkowi powierzono napisanie słynnego manifestu Dwa tysiące słów (o czym wspominam tu).

Weźmy choćby scenę, w której narrator rozmawia ze swoim bratem kierowcą o Dvořáku i Smetanie. Brat, nie bacząc na czeskie świętości, stwierdza otwarcie, że nie lubi ich muzyki. Masz do tego prawo – mówi mu narrator. Ale przecież nie zakazałbyś im z tego powodu komponować, ani nie kazałbyś im komponować według wymyślonych przez siebie zasad. Oczywiście że nie – odpowiada brat. Przecież to byłby absurd. I o to właśnie chodzi. Albo ten doskonały dialog:
– Tu już nawet nie chodzi o pomoc – powiedziałem. – Chodzi o to, żeby chociaż krzyknąć! (…) 
– Dobrze, dobrze. Twoja poczciwa dusza sobie krzyknie, ale gazeta zniknie, a my razem z nią – odpowiedział szef dobrodusznie i automatycznie. 
Pomocniczka redakcyjna słabym głosikiem zauważyła: 
– I właśnie tak powoli zmieniamy się w prostytutki… 
Szef w geście wyczerpania podniósł ręce, nie chciało mu się powtarzać w kółko tych samych słów, ale cóż mu pozostało: 
– Jeśli damy się wyrzucić, przyjdą tu jeszcze większe prostytutki. Więc komu to pomoże. 
Po tych wyuczonych słowach zabrzmiała zabawna kwestia Sławka: 
– Racja. W naszych rękach leży decyzja, na jak wielkie kurwy ten mały naród może sobie pozwolić (s. 75).
W państwie komunistycznym prawda staje się na wpół płynna, łatwa do kształtowania niczym plastelina. Jeśli umiesz się nią posługiwać jak należy – masz szansę utrzymać się na powierzchni. „Z prawdą trzeba umieć się obchodzić. Ty nie umiesz” – mówi wezwanemu na dywanik narratorowi dyrektor gazety, potwierdzając ostateczny upadek komunistycznych ideałów. Nikt już w nie nie wierzy, płomienny socjalizm zamienił się w zmyślną grę, liczy się już nie zapał, a twarz pokerzysty. „Obchodzić się z prawdą” – to znaczy po prostu obchodzić ją, bez mrugnięcia okiem.

Ludvík Vaculík w 2010 roku.
Idee ścinane jak drzewa

Nie miałaby jednak powieść Vaculíka tak silnego wydźwięku, gdyby nie wątki osobiste, zaczerpnięte zresztą ponoć po części z autobiografii pisarza. Wracamy do postaci ojca – ojca-herosa, ojca-boga, tajemniczego, imponującego, wszechwiedzącego. Symbolizującego magiczny czas dzieciństwa, bliskość z naturą, nocne złodziejskie wyprawy po jabłka, smakujące tak wspaniale owocem zakazanym. Czas jednak płynie i przydaje ojcu siwych włosów, synowi zaś otwiera na wszystko oczy. I coraz wyraźniejszy staje się kontrast – ojciec-mędrzec i ojciec oszukany, wzorzec i autorytet kontra człowiek bezradny i zwiedziony na manowce, mocarz kontra łysy staruszek w brudnej szpitalnej piżamie.

Bardzo niewiele zostaje z tego niegdysiejszego mędrca i siłacza. Przegrał nie tylko ideowo, ale i moralnie. Niespodziewanie za to z jego cienia wychodzi matka – nieuczona, prosta wiejska kobiecina, która ze stoickim spokojem przyjmuje wszelkie polityczne zmiany, a gdy widzi, że w imię „ideałów” jej mąż odmawia pomocy krewnym, mówi po prostu (ale z jaką mocą!): „No tato! Ja to widzę, ty nie jesteś dobry”.

Siła matki to również siła natury, krępowanej i ograniczanej przez nowy wspaniały komunistyczny świat. Vaculík wykorzystuje przyrodę do metaforycznego opisu oddziaływania systemu na ludzi – nowe myśli i idee są u niego niczym drzewa, które obcina się jeszcze zanim zdążą wyrosnąć.

Natura, drzewa, ścinanie – i tym sposobem dochodzimy do tytułowej siekiery. Można to rozumieć w taki właśnie sposób – siekiera czyli system, który podcina gałęzie, nie pozwala wzrastać i rozwijać się. Ale dla mnie siekiera jest również symbolem pewnej sceny z dzieciństwa, kiedy narrator wraz z ojcem wybierają się na ryzykowną wyprawę, by ukraść trochę drewna z powalonego drzewa. W końcówce powieści bohater powtarza tę akcję wraz z bratem, symbolicznie powracając w ten sposób do czasów kradzieży i społecznej nierówności, które, paradoksalnie nieco, są również czasami niewinności.

Raj utracony

Znajomość historycznego kontekstu na pewno trochę pomaga przy tej lekturze, ale Siekiera nie jest tylko książką o Czechach i ich rozczarowaniu komunizmem. Zmiana perspektywy, jaką przynosi dorastanie, krytyczne spojrzenie na własnych rodziców, poszukiwania własnej ścieżki to przecież kwestie uniwersalne, dotyczące nas wszystkich. Również fragmenty opisujące narodziny nowego, sterylnego i zunifikowanego świata wydają mi się jakoś niepokojąco aktualne:
We wszystkich kierunkach jest to samo, to samo pieczywo, te same organizacje, a w pokoju hotelowym leci z kranu obrzydliwa dezynfekowana woda. Wszędzie tak samo zdrowo i nigdzie na bagnach nie straszy (s. 164).
Vaculík bez fałszywej skromności mówił o Siekierze, że jest intensywna i celna, realistyczna i fantastyczna zarazem, i że mógł taką książkę napisać tylko raz. Oczywiście nie powstrzyma mnie to przed zapoznaniem się z resztą jego twórczości, ale generalnie – wszystko się zgadza. I choć nie jest to lektura najłatwiejsza, wciąga w pradawny, pachnący jabłkami i drewnem utracony świat trochę jak z powieści Myśliwskiego. Niepokoi, zmusza do rozmyślań i czaruje melancholią.
Tu, w świecie wymarłego narodu, jest już wyłącznie legendą to, że gdzieś mieliśmy domek pod lipami, w którym jedni byli ojcem i matką, a drudzy ich dziećmi, a koło naszej furtki chodzili na pole czy na dworzec ludzie i rozmawiali z nami, podczas gdy nieopodal w lasach płynęły potoczki, a ptaki śpiewały (s. 233).
***
L. Vaculík, Siekiera, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

Za przybliżenie polskim czytelnikom – i mnie osobiście – postaci jednego z najwybitniejszych czeskich pisarzy XX wieku i jego słynnego dzieła dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

Książkę kupić można na stronie wydawnictwa. I będą to dobrze zainwestowane pieniądze!

Fotografie:
[1] lennox mcdough / Foter.com / CC BY-ND
[2] Mercy / Wikimedia Commons
[3] Okładka polskiego wydania książki / materiały wydawnictwa  

2 komentarze:

  1. Ta lektura wydaje mi się ciężką, nie znam historycznego kontekstu, o którym piszesz więc mogłabym się nie odnaleźć w tej historii. Wierzę jednak, że wątki osobiste i fragmenty autobiografii wpływają co najmniej korzystnie na odbiór czytelników. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, z pewnością autobiograficzne motywy dodają lekturze smaku. Trudno mi powiedzieć, na ile nieznajomość historycznego kontekstu ciążyłaby Ci przy lekturze, ale gdybyś miała kiedyś okazję sięgnąć po tę książkę, mimo wszystko polecam :).

      Usuń