czwartek, 22 września 2016

Goliat triumfujący – „Wilimowski”, Miljenko Jergović

Tak na pierwszy rzut oka Ernest Wilimowski niewiele ma wspólnego z opowiedzianą w tej książce historią. Tak na pierwszy rzut oka – liczy się tu przede wszystkim profesor Mieroszewski i jego relacja z chorym synem, jego przeszłość, jego zmarła żona, wszystko to, od czego w pewien sposób ucieka lub ku czemu zmierza latem 1938 roku, wspinając się wraz ze swoim dzieckiem i tragarzami do położonego w Dalmacji małego hotelu, o którym kiedyś opowiedział mu poznany przypadkiem bośniacki student. Hotel, zwany Niemieckim Domem, miał być miejscem, w którym chory na gruźlicę młodzieniec cudownie odzyskał zdrowie i powrócił do świata żywych.

Podobnie jednak jak w wielu powieściach środkowoeuropejskich, których akcja rozgrywa się w XX wieku, pierwsze skrzypce gra tu Wielka Historia. Spycha na margines wspomnienia profesora, jego relację z umierającym synem, quasi-miłosny związek z Katariną, właścicielką hotelu, i bezczelnie wkrada się między bohaterów. „Niemcy!” krzyczy ze złością profesor w trakcie pamiętnego meczu Polska-Brazylia, węsząc sabotaż w polskiej drużynie, w której roi się od zawodników o korzeniach niemieckich, i przez dłuższą chwilę okrzyk ten wisi złowrogo między nim a jego niemiecką gospodynią.

Mecz – to on stanowi centralny punkt całej powieści i łączy losy Mieroszewskich z Wilimowskim. Profesor przypisuje temu sportowemu wydarzeniu niemałe znaczenie – wlecze do hotelu skonstruowaną przez siebie antenę, aby odsłuchać wraz z synem transmisji z meczu, licząc na to, że radość z wygranej w magiczny sposób ułatwi mu porozumienie się z dzieckiem.
Dotarli do miejsca, do którego nie prowadzi żadna droga, i to tylko – albo przede wszystkim – z jednego powodu: ojciec wyobraził sobie, że właśnie tutaj Polska pokona Brazylię, a potem będzie walczyła o tytuł mistrza świata. I w ten sposób w ciągu dwóch tygodni swego wielkiego marszu, jak ten Napoleona, i narodowego triumfu, który nie miałby sobie równych w tragicznej i niepewnej historii Polski, piłkarska reprezentacja ułatwi ojcu to, co ma do załatwienia z synem” (s. 71). „Piłka nożna w gruncie rzeczy go nie interesowała. Zastępowała mu jedynie coś ważniejszego, coś, czego nie mógł mieć. Piłka nożna była metaforą (s. 77).
Wilimowski (pierwszy z lewej) w barwach Ruchu Hajduki Wielkie.
Mecz z Wartą Poznań, 15 maja 1937.
Jak wiemy jednak, mecz kończy się wynikiem 6:5 dla Brazylii. Staje się tym samym metaforą okrutną, symbolem wielkiej przegranej sprawy. Nawet mimo tego, że okazuje się jednym z najpiękniejszych i najbardziej emocjonujących starć sportowych w historii, i że Polacy, na czele z Wilimowskim, dzielnie stawiają czoła pełnej herosów drużynie brazylijskiej – niczym Dawid walczący z Goliatem. To chyba nie przypadek, że mały Mieroszewski nosi właśnie imię tego biblijnego bohatera. Ale w tej wersji historii drobny chłopiec ulega mocarzowi.

W tej przegranej kryje się równocześnie jakaś ponura zapowiedź wojny. Atmosfera jest już bardzo napięta, w niemieckim radiu rozbrzmiewa straussowska „histeria symfonicznych finałów”, krążą pogłoski o tym, co Hitler robi z Żydami, i że się zbroi. Wielka Historia już rusza swoim defiladowym krokiem, gotowa zmiażdżyć największych śmiałków.

Miażdży też Wilimowskiego. Bo mimo wszystko jest to też opowieść o nim – o sportowym herosie, którego wojna zrównała z innymi nieszczęśnikami. Nie pomógł fakt, że jako jedyny w dziejach podczas mundialu strzelił Brazylii cztery gole w jednym meczu – i tak musiał rozliczyć się ze swojego pochodzenia. A sprawa nie była prosta. Jergović pisze o ciężkiej sytuacji Górnoślązaków, którzy byli trochę Niemcami, trochę Polakami, „wrośli między sąsiednie tak różne narody niby jakiś żywy cud”. Wojna wymogła na nich jednoznaczną deklarację, i zostały im tylko dwie drogi – mogli zostać „albo zbrodniarzami, albo męczennikami”.

Ernest Wilimowski, rok 1936.
I tak – Fritz Scherfke, strzelec pierwszego gola w tym sławnym meczu, kilkanaście miesięcy później był już szoferem szych gestapo. A Wilimowski? Wilimowski nie wysługiwał się nazistom, ale krótko grał w piłkarskiej reprezentacji Trzeciej Rzeszy, i to wystarczyło Polakom, by uznać go za zdrajcę. Straszny był jego los po wojnie – dla Niemców Polak, dla Polaków Niemiec, nigdzie u siebie, wszędzie obcy, pozbawiony został ojczyzny. Bał się wrócić do kraju. I nikt już nie pamiętał o jego bohaterskich czterech golach. Jak pisze Jergović w zamieszczonej na końcu książki „Nocie o Erneście Wilimowskim”: „Smutek Ernesta Wilimowskiego i ludzi o podobnym losie należałoby opowiedzieć, gdyby jeszcze się dało”.

Pięknie pisze ten chorwacki mistrz pióra o Wielkiej Historii i jej smutnym wpływie na losy jednostek. Ale nie tylko o tym. Tematem, któremu poświęca w swojej opowieści wiele uwagi, jest również choroba – ciężka, nieuleczalna, jak gruźlica, na którą cierpiał bośniacki student, i gruźlica kości, która powoli zabijała małego Dawida Mieroszewskiego. Bohaterowie godzą się ze swoim losem, z poczuciem tymczasowości, uczą się żyć z widmem śmierci:
To żadna tragedia. Człowiek nawet nie czuje się nieszczęśliwy. Może tylko wpada w lekką melancholię wobec tak pewnego i szybkiego odejścia. Nie zaczyna czytać grubych książek, bo nie wie, czy dotrze do końca. On na przykład nigdy nie przeczytał Wojny i pokoju Lwa Nikołajewicza Tołstoja. I choć jest pisarzem – a przecież usiłuje nim być – nie pisze powieści, tylko wiersze i opowiadania. To, czego miarą są dni, tygodnie lub miesiące, w żadnym razie lata. Powieści piszą zdrowi ludzie (s. 43).
Wreszcie – sport. Profesora Mieroszewskiego piłka „w gruncie rzeczy nie interesowała”, poza jej znaczeniem metaforycznym, ale Jergović czuje i kocha futbol, to widać w jego opisach. Fragmenty poświęcone relacji z pamiętnego meczu są tak malownicze i obrazowe, że czytelnik sam zaczyna czuć sportowe ciarki; wydaje mu się, jakby tam był, w czerwcu ‘38, wierząc głęboko, że Polska może pokonać potężną Brazylię i jeszcze wszystko będzie dobrze. Tym boleśniej odczuwa się gorycz porażki. I z tym większym współczuciem myśli się o losach pewnego strąconego z piedestału piłkarskiego bohatera – i pewnego chorego, pozbawionego ojcowskiej czułości chłopca.

***
M. Jergović, Wilimowski, tłum. Magdalena Petryńska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Za sportowe emocje, „romantyczny smutek” i środkowoeuropejską melancholię dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty. 

A wszystkich zainteresowanych historią Wilimowskiego odsyłam do tekstu Marka Bobakowskiego.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Wilimowskiego, wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[2] Tygodnik „Światowid” / Wikimedia Commons
[3] Autor nieznany / Wikimedia Commons
[4] Navaey / Wikimedia Commons
[5] Okładka polskiego wydania książki / ksiazkoweklimaty.pl 

2 komentarze:

  1. Książkę Jergovicia mam na oku odkąd zobaczyłam, że wyszła, a Twoja recenzja utwierdziła mnie w przekonaniu, że naprawdę warto. Jak zobaczyłam o czym jest, byłam bardzo zdziwiona, że ten specjalista od zawiłej bałkańskiej historii wziął się za ten temat. Ale po recenzji widzę, że to zdecydowanie w jego stylu. Jego poprzednie książki mierzą się w jakiś sposób z tym bałaganem narodowym na bałkanach, więc Jergović jak najbardziej nadaje się, żeby zmierzyć się i z Górnym Śląskiem tego okresu! Jesteśmy tak przyzwyczajeni do homogenicznej Polski, że zapominamy, że jeszcze niedawno pytanie o przynależność narodową to nie była taka łatwa sprawa.
    Ze swojej strony mogę polecić inne powieści Jergovicia. Przeczytałam "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", "Wołga, Wołga" i "Rutę Tannenbaum". Tę ostatnią polecam najbardziej. Pięknie napisana (Jergović ma talent do zaskakujących i poruszających metafor) przybliża wielokulturowy Zagrzeb sprzed wojny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze mi się wydawało, że XX-wieczna historia poszczególnych krajów Europy Środkowej to w gruncie rzeczy podobna bajka. Chodzi właśnie o to, o czym piszesz – że jeszcze niedawno przynależność narodowa to wcale nie była sprawa oczywista, że były obszary graniczne, gdzie te odmienne kręgi kulturowe i narodowościowe były bardzo ściśle ze sobą związane. Więc rzeczywiście, czemu ekspert od zagadnień tożsamościowych na Bałkanach nie miałby też zająć się podobnymi zagadnieniami na gruncie polskim, czy też polsko-niemieckim? :)

      A za inne książki Jergovicia już kilka razy miałam sięgnąć – zwłaszcza po bardzo ciekawym spotkaniu z nim na Festiwalu Conrada dwa lata temu, kiedy opowiadał już m.in. o „Wilimowskim” – ale... jakoś nigdy się nie złożyło. Teraz jednak zdecyduję się na „Rutę Tannenbaum”, skoro tak polecasz :). Kusi mnie też poza tym wydany przez Czarne „Ojciec”.

      Usuń