sobota, 17 grudnia 2016

W Krainie Czarów ze słownikiem
– „Alice’s Adventures in Wonderland”, Lewis Carroll

Ilustracja Johna Tenniela z pierwszego wydania Alicji w Krainie Czarów, 1890 r.
W wieku lat 28 po raz pierwszy zapuściłam się do Krainy Czarów. Poznałam wygadaną Alicję, Białego Królika, Kapelusznika, Kota z Cheshire i okrutną Królową. I tę sławną opowieść Lewisa Carrolla zaaplikowałam sobie w jej oryginalnym języku, po angielsku. Czy wyszło mi to na dobre? Trochę tak, trochę nie.

Lewis Carroll, ok. 1856.
Bo tak – z jednej strony prosty tekst i brak skomplikowanego słownictwa, jak przystało na literaturę dziecięcą. A ja miałam dodatkowe wsparcie, bo czytałam Alicję w wydaniu Wydawnictwa Ze słownikiem. Które, jak sama nazwa wskazuje, do książki dołącza słownik, a nawet trzy – w tym jeden w postaci trudniejszych słówek na marginesie. Prosty pomysł, a jakże wygodny, i aż dziwne, że nikt do tej pory na niego nie wpadł.

Drugi plus – to fakt, że miałam przed sobą wszystkie językowe gierki Lewisa Carrolla, jak na dłoni. A w ten sposób śledzenie rozmów Alicji ze stworzeniami z Krainy Czarów, najeżone zabawnymi pomyłkami, wynikającymi z podobieństwa brzmieniowego niektórych słów, lub wręcz ich identycznej formy, ale odmiennych znaczeń, było prawdziwą frajdą. Wiedziałam, dlaczego na wzmiankę o smutnej historii Myszy Alicja spojrzała na jej ogon, i dlaczego to takie zabawne, że według Gryfona podmorskie buty zbudowane są z „soles” i „eels”.

Z drugiej jednak strony – lektura po angielsku sprawiła, że utknęłam na poziomie baśni dla dzieci. I oczywiście nie jest to poziom zły, przeciwnie – opowieść Carrolla, barwna, pobudzająca wyobraźnię, fantastyczna, urzeka sama w sobie. Alicja jako główna bohaterka tej historii jest przeurocza – niczego się nie boi, a jej niewyparzony języczek stale nastręcza jej problemów. Galeria spotykanych przez nią w Krainie Czarów postaci budzi podziw dla nieposkromionej wyobraźni autora, a cała opowieść jest rozkosznie absurdalna. Kapelusznik, który rozmawia z Czasem, znikający Kot z Cheshire (w tłumaczeniu Elżbiety Tabakowskiej pojawia się ponoć jako Kot Znikot, ale nic mnie do tej wersji nie przekona; dla mnie pozostanie Kotem z Cheshire), taniec z homarami, dzieci, które zamieniają się w prosięta, gąsienica popalająca fajkę wodną… Jeden cud za drugim, zaiste (a w końcu Wonderland to dosłownie Kraina Cudów).

Ilustracja Arthura Rackhama, 1907 r.
W Alicji jednak, jak zauważył Maciej Słomczyński [1], kryją się tak naprawdę dwie książki – jedna dla dzieci, druga dla dorosłych. (I nie chodzi tu oczywiście o zarzucane Carrollowi przez nadgorliwych krytyków aluzje seksualne [2]). Oprócz „zwykłej” warstwy fabularnej roi się w niej od ukrytych sensów, aluzji i smaczków, które bez wsparcia tłumacza po prostu… umykają. Dogrzebałam się do nich już po lekturze, czytając opracowania. I choć aby wychwycić nawiązania do żyjących współcześnie Carrollowi postaci lub absurdów ówczesnego systemu edukacji potrzebne byłyby pewnie przypisy, to jednak w wielu innych przypadkach interpretacja tłumacza na pewno pomaga zrozumieć intencję autora.

Rozwiązanie? Czytać oryginał równocześnie z przekładem. I to nie jednym, a najlepiej kilkoma. I takie wyjście Wam sugeruję, ja również za jakiś czas tak zrobię. A sama wersja Wydawnictwa Ze słownikiem? Z czystym sumieniem polecam. Oprócz kilku słówek przetłumaczonych w nie do końca adekwatny sposób, opracowanie jest bardzo dobre, słowniczek na marginesie wygodny, a wszystkie słowa, których przy tekście brak, znaleźć można w jednym z dwóch pozostałych słowników.

Myślę, że fajnym kierunkiem rozwoju dla wydawnictwa byłoby opatrywanie jeszcze tekstu przypisami, które wyjaśniałyby gry słów oraz ujawniałyby aluzje i językowe smaczki. W ten sposób lektura byłaby bardziej pełna, zwłaszcza w przypadku takich dzieł jak Alicja. Ale to ewentualny pomysł na przyszłość.

***
L. Carroll, Alice’s Adventures in Wonderland, wyd. Wydawnictwo Ze słownikiem, Ruda Śląska 2016.

Za moje pierwsze spotkanie z Alicją, z przydatnym słownikiem pod ręką, dziękuję wydawnictwu Ze słownikiem.

Na koniec, nie mogę się powstrzymać, muszę podzielić się z Wami opinią sir Terry’ego Pratchetta na temat Alicji. Jak widać, mimo że książka zainspirowała niezliczoną rzeszę twórców – podobno nawet dla Beatlesów była jednym z najważniejszych źródeł inspiracji – nie wszyscy ją tak uwielbiali :).
„I didn't like the Alice books because I found them creepy and horribly unfunny in a nasty, plonking, Victorian way. Oh, here's Mr Christmas Pudding On Legs, hohohoho, here's a Caterpillar Smoking A Pipe, hohohoho. When I was a kid the books created in me about the same revulsion as you get when, aged seven, you're invited to kiss your great-grandmother” [3]

Źródła:
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Alicja_w_Krainie_Czar%C3%B3w
[2] http://natemat.pl/21833,alicja-w-krainie-czarow-narkotyki-pedofilia-seks
[3] http://www.lspace.org/books/apf/words-from-the-master.html

Ilustracje:
[1] British Library / Wikimedia Commons
[2] National Portrait Gallery / Wikimedia Commons
[3] Wikimedia Commons
[4] zeslownikiem.pl

6 komentarzy:

  1. też miałam problem z Alicją w tym wydaniu - niby książka dla dzieci, ale jednak bardzo specyficzna i ciężko było samemu wyłapać wszystkie niuanse przy takiej lekturze. jednak w tym wypadku znajomość znaczenia słów to za mało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mnie się od czasu do czasu udało wyłapać jakąś uroczą grę słów, ale mam też poczucie, że sporo mogło mi umknąć. Dlatego wersja z dodatkowymi przypisami byłaby ideałem :). Zobaczymy, jak pójdzie mi z pozostałymi książkami, które dostałam od wydawnictwa – „Wehikułem czasu” Wellsa i „Doktorem Jekyllem i panem Hydem” Stevensona. Przy czym tę ostatnią chyba jednak będę czytać równocześnie z przekładem, bo to lektura, o której razem z Pyzą Wędrowniczką będziemy pisać w ramach kolejnego odcinka Nabokoviady (http://literackie-skarby.blogspot.com/search/label/Nabokoviada). Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Urocza ta pierwsza ilustracja! Bardzo lubiłam "Alicję" w dzieciństwie (może jak każda dziewczynka?), ale jakoś nie przyszło mi na myśl, by do niej wracać. Ale pomysł czytania w oryginale ze słownikiem jest świetny! Nawet jeśli gubi się tą druga stronę książki (drugą stronę lustra)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też mi się podobają te ilustracje Tenniela, choć ponoć Carroll miał do nich jakieś zastrzeżenia :). W Twoim przypadku, skoro już kiedyś „Alicję” czytałaś, myślę, że pomysł z czytaniem w oryginale jest nawet jeszcze lepszy. Zachęcam :).

      Usuń
  3. Kapitalny jest ten pomysł z anglojęzycznymi przekładami klasyki. Dwa w jednym, nie dość, że młode pokolenie sięga po wspaniałe dzieła, to jeszcze szlifuje język. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Mnie też bardzo podoba się dobór tytułów – nie ma to jak uczyć się języka od najlepszych :).

      Usuń