czwartek, 12 stycznia 2017

Duchy, boczek z gruszkami i zbuntowany Jezus –
„Baj-o-dużenie”, Patrycja Prochot-Sojka

W świecie stworzonym przez Patrycję Prochot-Sojkę, w jej mitycznych Głuchołazach, wszystko jest niezwykłe i zarazem wszystko jest zwyczajne. Duchy żyją wraz z ludźmi w jednym domu, Śmierć pachnie drogimi perfumami i podkochuje się w Bogu, a Bóg jest zapracowany i Maryja ma do niego żal, że zaniedbuje rodzinę.

Kiedyś niemieckie Ziegenhals. Później, po wojnie, przemianowane na Głuchołazy. Niewielkie miasteczko na pograniczu polsko-czeskim. Umieszczając akcję nagrodzonego w konkursie Promotorzy Debiutów 2015 zbioru Baj-o-dużenie właśnie tam, a nawet wzorując niektórych ze swych bohaterów na postaciach autentycznych, Patrycja Prochot-Sojka udowadnia, że nawet niepozorne miejsca i ich mieszkańcy mogą być na swój sposób magiczne, mają swoją historię i kryją swoje tajemnice.

Na pierwszy rzut oka jednak niewiele w nim magii: „Ziegenhals nie wyglądało wcale na dzieło Boga, było za ciasne i za zwyczajne” (s. 31). Nic więc dziwnego, że niektórzy, zmęczeni tą ciasnotą i prowincjonalnością, marzyli o ucieczce. Chcieli zobaczyć wielki świat, jak Leonia, śląca w świat buteleczki z rozpaczliwym listem: „Jestem Leonią, córką młynarza. Niech mnie ktoś uratuje”. Zwykle jednak im się to nie udawało, miasto trzymało ich bowiem mocno w swoich zaborczych, opiekuńczych ramionach. Mimo ucieczki z cygańskim taborem córka młynarza w końcu wraca – trochę tylko bardziej poraniona, rozczarowana, z większym bagażem bolesnych doświadczeń. Duszne Ziegenhals, od którego próbowała uciec, ostatecznie okazało się dla niej schronieniem.

Z Ziegenhals / Głuchołazami jest tak, jak z dzielnicą krawca Khalida Al-Churi: „Nie ma nic bardziej świętego niż zwyczajni ludzie w zwyczajnej dzielnicy Albacin” (s. 94). Może to dlatego w tym małym, pogranicznym miasteczku Bóg, Maryja i święci są tak blisko zwykłych ludzi. Ich obraz w książce Patrycji Prochot-Sojki zaskakuje, bliżej im bowiem do kapryśnych greckich bóstw niż do nieskazitelnych postaci, które znamy z Pisma Świętego, z żywotów i obrazów w kościele. Wpadają w gniew, zazdroszczą, grzeszą pychą, dzielą ludzkie uczucia, obawy, potrzebę bliskości i zwierzeń.

I problemy mają takie jak my – nawet Bóg bywa zmęczony pracą, nawet Maryja potrzebuje przyjaciółki, nawet Jezus buntuje się przeciwko rodzicom. Jest w tym ich przedstawieniu pewien humor, oczko puszczone przez autorkę w stronę czytelnika: „Po spotkaniu z Maryją Ludwiczka nabrała pewności, że Królowa Świata jej po prostu zazdrości, bo nigdy z Józefem ani też z Bogiem tak naprawdę nie stworzyła normalnego związku” (s. 70). Zwyczajność i niezwyczajność spotykają się też tu – Bóg, Maryja i Jezus są tu zupełnie zwyczajni, i to jest właśnie tak niezwykłe.

Widok na kościół św. Wawrzyńca w Głuchołazach, pochodzący z XIII w. To tutaj Leonia, córka młynarza, wzbudziła w młodym Jezusie zew przygody, to tutaj Ludwiczka przychodziła rozmawiać ze swoją przyjaciółką – Maryją.
Ponoć niektórzy czytelnicy mieli autorce za złe sprowadzenie Boga i Maryi do profanum, zarzucali jej obrazę uczuć religijnych. Ciekawe wydaje mi się, że akurat ta niewinna w gruncie rzeczy zabawa wizerunkiem Boga budzi tak wielkie emocje, podczas gdy są w Baj-o-dużeniu fragmenty mocniejsze – i jeszcze przez to ciekawsze! – jak choćby ten, w którym rzeźnik Bruno Fritz, rozmyślając o swoim fachu i o psie, którego katował w dzieciństwie, do świń w rzeźni porównuje ludzi modlących się do Boga:
„Przychodzą ufni, prosząc o łaskę, o pomoc (…). Nie zawsze przecież ją dostają, a mimo to ciągle wierzą, ciągle zajmują swoje miejsca w ławach i proszą. A później, gdy pójdzie coś nie tak jak trzeba, patrzą na Boga zdziwieni jak moje oswojone świnie” (s. 67).
Lekko heretycki charakter mają również uczucia, jakimi mężczyźni z tych opowiadań darzą swoje kobiety. Nawet jeśli je krzywdzą, jak Fritz Ludwiczkę, równocześnie ubóstwiają je – stawiają na boskim piedestale, modlą się do nich. „Gdy pojawiła się Jefronka, Kleist nie przestrzegał przykazania – Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną” (s. 193). To pewien stały element większości historii, pojawiających się w zbiorze – opętańczą miłością darzy malarkę Gerle Farkas księgarz Jeremiasz, również u Michała Soroczyńskiego zdaje się rodzić uzależniająca fascynacja Anną.

Patrycja Prochot-Sojka
Autorka podkreśla, że duże znaczenie ma dla niej sensualność jej pisania: „Jeśli Emma Puschke przygotowuje najlepsze potrawy, to chcę, by czytelnik poczuł smak strudli z jabłkami, szpecli z gulaszem czy boczku z gruszkami i fasolą. Jeśli Śmierć używa ulubionych perfum Bouquet de Catherine, to nad książką powinien unosić się zapach jaśminu, róży, wanilii i piżma”. I rzeczywiście, niektóre jej opisy silnie oddziałują na zmysły:
„Tkaniny w sklepie Azisa poukładane były w osobnym pomieszczeniu, każdy według swego koloru, a każdy kolor z kolei miał swój zapach. Kadzidła, olejki i wszelkie pachnidła charakteryzowały poszczególną barwę. I tak na przykład purpura posiadała dymny aromat tytoniu, słodkiego miodu i czarnego pieprzu, niebieski pachniał dzikimi jagodami i drewnem cedrowym, zielony lawendą i rozmarynem, złoty imbirem i owocem karamboli, czarny wiśnią i gardenią, a biały kamelią i liściem lukrecji” (s. 101).
Baj-o-dużenie jest opowiedziane pięknym, niemal hipnotyzującym językiem. Momentami nierówne tempo opowieści, wrażenie przegadania w kilku miejscach to, jak sądzę, coś, co zniknie, gdy autorka nabierze pisarskiej wprawy. I tylko jedna rzecz sprawiła mi dużą przykrość – słaba redakcja i brak korekty. W książce mnożą się błędy interpunkcyjne i literówki, zdarzają się niekonsekwencje (w obrębie jednego akapitu nazwy czy imiona zapisane inaczej), błędy w nazwiskach („Elizabeth Bennt”, „Hubert de Givennchy”, „Jane Austin”). Trochę psuje to przyjemność lektury.

Mimo to była to dla mnie bardzo ciekawa literacka podróż. Głuchołazom Prochot-Sojki blisko do innych sennych światów, które bardzo lubię – tego z powieści Olgi Tokarczuk i Danieli Hodrovej. Wszystkie te pisarki w podobny sposób czarują rzeczywistość, zasiedlają ją duchami, przemieniają w arenę cudownych wydarzeń, które nikogo w świecie przedstawionym nie dziwią, a równocześnie mocno trzymają się ziemi, pokazując, że magia miejsc kryje się w ich historii i tradycji. Dlatego w cytowanym już wcześniej przeze mnie wywiadzie autorka Baj-o-dużenia mówi:
„Mocno zachęcam do rozmów z dziadkami, do pytań o ich dzieciństwo, młodość. O miejsca, w których żyli. Zdarzają się cudowne historie, związane z gusłami, zabobonami, miejscowymi legendami. Powtarzam, że trzeba słuchać, rozmawiać, bo bliscy nie żyją wiecznie. Odejdą razem ze starym światem, który dla mnie jest o wiele bardziej magiczny niż darowane nam tu i teraz”.

***
P. Prochot-Sojka, Baj-o-dużenie, wyd. MaMiKo, Nowa Ruda 2015.

Za kilka dni spędzonych w niezwykłym Ziegenhals w towarzystwie ludzi i duchów dziękuję pani Apolonii i wydawnictwu MaMiKo.

Wypowiedzi autorki pochodzą z wywiadu zamieszczonego pod adresem: http://plus.nto.pl/magazyn/a/pisanie-jest-proba-porzadkowania-swiata-zapamietywaniem,11418045

Fotografie:
[1] zdjęcie własne,
[2] Ebielmaj / Wikimedia Commons,
[3] fotografia z okładki książki / zdjęcie własne.

2 komentarze:

  1. Kupiłaś mnie już wstępem, a potem już tylko coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że chcę to przeczytać. Czyli kolejna pozycja do listy, o której wspomniałam w komentarzu do "Pod śniegiem". Tylko przykro mi bardzo, jak czytam o kulejącej redakcji i braku korekty, bo mnie takie rzeczy (nagminne, bo wiadomo, że coś się zawsze zdarzyć może) strasznie wytrącają z równowagi i utrudniają czytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam, żeby wstęp był takim „haczykiem” :). Bo o ile o znanych autorach i głośnych tytułach można napisać byle co, a i tak mnóstwo osób przeczyta, to z debiutami, zwłaszcza w małych wydawnictwach, jest trudniej, trzeba się postarać, żeby kogoś zainteresować. Cieszę się, że mi się udało! Ale ostrzegam lojalnie, że z powodu tej redakcji i korekty będziesz cierpieć; już ja cierpiałam, a co dopiero Ty, zawodowiec!

      Usuń