sobota, 13 maja 2017

Cztery siostry i morze – „Nad morze”, Petra Soukupová

Po lekturze Pod śniegiem Petry Soukupovej, książki, która zachwyciła mnie bolesnym, ale niezwykle prawdziwym obrazem relacji rodzinnych, postanowiłam lepiej poznać twórczość autorki. Na półce od dłuższego czasu czeka Zniknąć, o którym również słyszałam wiele dobrego, ale na pierwszy ogień poszła inna książka, pożyczone mi przez koleżankę (pozdrawiam, Gizelko!) K moři – czyli debiut Soukupovej.

Na tle pierwszej przeczytanej przeze mnie powieści pisarki K moři wypada blado, ale i tak jest to kawał dobrego pisarstwa (doceniony zresztą prestiżowym czeskim wyróżnieniem dla młodych twórców – Nagrodą im. Jiřiego Ortena). Podobnie jak w Pod śniegiem zasadniczą rolę odgrywają tu relacje między siostrami, w tym wypadku jednak nieco bardziej skomplikowane, ponieważ dziewczynki pochodzą z dwóch różnych rodzin. Druga różnica to fakt, że nie mamy tu do czynienia z samymi dorosłymi kobietami, a dwoma podlotkami, jedną starszą pannicą i jednym bachorem (wybaczcie, ale trudno o czulsze określenia dla tego rozpieszczonego monstrum, jakim jest Johanka).

Ramy czasowe powieści są bardzo rozległe, losy bohaterów śledzimy bowiem tak naprawdę w ciągu kilkudziesięciu lat. Ponad połowę książki stanowi jednak relacja z tygodniowego wyjazdu nad morze, na który Petr zabiera swoje cztery córki. I to akurat łączy dwie powieści Soukupovej, o których piszę – w tych kilku dniach bowiem niczym w soczewce skupiają się relacje między siostrami i ojcem, podobnie jak w Pod śniegiem w całą prawdę o rodzinnych stosunkach bohaterów zostajemy wtajemniczeni w ciągu jednego powieściowego weekendu.

Każda z sióstr ma swój własny świat, który, patrząc oczyma wszechwiedzącego narratora, częściowo poznajemy. Dowiadujemy się, jak się nawzajem widzą i co o sobie myślą. To właśnie w tych ich spostrzeżeniach, niewypowiedzianych i wypowiedzianych komentarzach, gestach, kryje się istota ich wzajemnych relacji. Przyjemność z lektury polega na analizowaniu tych rzeczy. To one sprawiają, że lektura ciekawi, mimo że na pierwszy rzut oka wygląda to jak suche sprawozdanie z wakacyjnego wyjazdu, na którym nic niezwykłego się nie dzieje.

Przyznaję jednak, że nie przez cały czas jest tak samo ciekawie. Podczas gdy Pod śniegiem w zasadzie nie ma momentów słabszych, przez cały czas udaje się autorce doskonale utrzymać uwagę czytelnika, w przypadku K moři chwilami wieje nudą, a opisy chodzenia na plażę, czytania, posiłków, rozmyślań, zaczynają nużyć.

Petra Soukupová z córeczką Marlą. Fot. Milan Soukup
Inny mój zarzut to fakt, że momentami pisarka odrobinę traci dystans. O Pod śniegiem pisałam: „Autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje”. W tej drugiej, dojrzalszej chyba książce Soukupová nie sugeruje nam ani przez chwilę, jak mamy oceniać bohaterów, daje nam tylko ich słowa, czyny i motywacje, na podstawie których sami musimy sobie wyrobić zdanie, i to jest świetne! Tutaj natomiast czasem zdradza się ze swoim stosunkiem do postaci, zwłaszcza do Johanki – pisze o niej wprost, że to „zła”, „najmniej dobra” spośród sióstr.

A skoro już mowa o bohaterach – dostrzegłam tutaj wyraźne typy osobowości, wykorzystane i rozwinięte później w Pod śniegiem. Na przykład grubiutka i zakompleksiona Adéla, która robi wszystko, by przypodobać się ojcu, a mimo to wciąż czuje się gorsza, jest prototypem kury domowej Blanki; Johanka mocno przypomina rozpieszczonego Olivera, a Bára, ze swoim cielęcym zauroczeniem R., który wyraźnie nie zamierza się z nią na poważnie związać, przypomina naiwną, uwikłaną w romans z żonatym facetem i przyklejoną do telefonu w oczekiwaniu na znak od niego Kristýnę. Tropienie tych podobieństw było bardzo ciekawe i na pewno na wspomniane typy zwrócę uwagę przy lekturze Zniknąć.

Osobiście do tej lektury zabrałam się z podwójnym zaciekawieniem ze względu na porównania do Do latarni morskiej Virginii Woolf, powieści, którą uwielbiam. W tych porównaniach jest jednak sporo przesady, a wszelkie podobieństwa są zupełnie nieświadome, bo autorka ponoć powieści Woolf nigdy nie czytała (i nawet nie ma tego w planie – ale dlaczego, tego nie rozumiem; może uda się ją kiedyś o to spytać). Te podobieństwa to przede wszystkim motyw morza oraz próba zatrzymania kilku dni z życia bohaterów, utrwalenia ich niczym w bursztynie, i wykorzystania tej wakacyjnej widokówki do scharakteryzowania bohaterów i ich wzajemnych relacji. Miłośnicy prozy Woolf, którzy nie wiedzą, czego spodziewać się po Soukupovej, będą jednak rozczarowani, bo ze względu na technikę pisarską i styl są to dwa różne światy – ten Virginii jest bardziej marzycielski, oderwany, sentymentalny, podczas gdy Soukupová jest bardzo konkretna i dosadna.

Mimo kilku słabszych fragmentów K moři czyta się z dużym zaciekawieniem, ale ważne jest też, być może najważniejsze, to, co w czytelniku po tej lekturze pozostaje. We mnie została refleksja o ludziach, którzy szokująco nieodpowiedzialnie podchodzą do posiadania i wychowywania dzieci. Dla jasności (i tu będzie osobisty wtręt) – jestem ogromną fanką dzieci, chciałabym ich widzieć na świecie jak najwięcej i nie mogę doczekać się własnych, ale równocześnie zdaję sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialność oznaczają. Dopóki nie będę pewna, że jestem w stanie zapewnić im szczęśliwą rodzinę, nie zdecyduję się na nie. Tymczasem bohaterowie Soukupovej zupełnie nie mają takich hamulców; szczególnie oburza sposób, w jaki zafundowała sobie macierzyństwo Bára – na zasadzie samolubnego kaprysu, niekochanego chłopaka wykorzystując jak byka rozpłodowego. W świecie tej powieści niemal wszyscy mają dzieci, ale mało kto potrafi się nimi zaopiekować i je zrozumieć – i to akurat wydaje mi się niepokojąco zbliżone do naszej rzeczywistości.

***
P. Soukupová, K moři, wyd. Host, Brno 2007.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] www.petra-soukupova.cz,
[3] okładka książki ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz.

9 komentarzy:

  1. Co najmniej zaskakujące jest to porównanie Soukupovej do Woolf. Co prawda czytałam, jak dotąd, jedynie "Pod śniegiem", ale nie ma tam ani śladu Virginii, jest za to, zgoda zupełna, dosadna i konkretna.
    A wiesz, że podczas lektury "Pod śniegiem" miałam podobną refleksję o rodzicielstwie? Przecież Blanka i Olga wydają się w roli matek totalnie pogubione - rzucają się z jednej skrajności w drugą, od przebłysków uwielbienia dla dzieci do skrajnego wyczerpania ich absorbującą obecnością. Miałam wrażenie, że pisarka przemyca banalną i prawdziwą tezę: do rodzicielstwa nijak nie da się przygotować, ćwiczy się je w praktyce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *Na końcu pierwszego akapitu mojego komentarza powinno być jeszcze: "Soukupova" ;-)

      Usuń
    2. Pavel Janoušek, autor tego porównania, twierdził, że powieść Soukupovej nawiązuje do „Do latarni morskiej” „tvarem i myšlenkou”, czyli formą i pomysłem. Myślę, że chodziło mu o te rzeczy, o których piszę, kilka wakacyjnych dni nad morzem i relacje skupione jak w soczewce, bo to, że Soukupová i Woolfová ;) piszą zupełnie inaczej, widać na pierwszy rzut oka.

      Rzeczywiście, autorka pisze o macierzyństwie i wychowaniu dzieci w tak hmm jaskrawy sposób, że nie sposób chyba nie mieć momentami podobnych refleksji :). Ciekawa jestem, w jaki sposób na jej twórczość wpłyną jej własne doświadczenia jako matki, czy jakoś zmienią perspektywę – bo niby „Pod śniegiem” napisała już po urodzeniu córki, ale to było jeszcze wtedy maleństwo :).

      Usuń
  2. W "Zniknąć" dopiero znajdziesz opuszczone dzieciaki. Mam nadzieję, że ukaże się kiedyś polskie wydanie i tej powieści, bo mimo słabszych momentów jestem jej szalenie ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie już się zacznę psychicznie przygotowywać do lektury. Pożyjemy, zobaczymy – może ktoś się pokusi :).

      Usuń
  3. Strasznie ale to strasznie sie cieszę ze trafiłam na Twój blog. Twoje gusta czytelnicze są niestandardowe i to mi sie podoba. O większości recenzowanych książek nigdy nie słyszałam. Pare tytułów już wypisałam i napewno po nie sięgnę. Do tego pięknie piszesz. Obserwuje i będę zaglądać. Zapraszam rownież do mnie
    Pozdrawiam

    Czytankanadobranoc.blogspot.ie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Też się cieszę :). Dużo u mnie Czechów, może dlatego recenzowane przeze mnie książki nie są Ci znane, bo choć literaturę czeską czyta się u nas coraz chętniej, to jednak wciąż w pewnym sensie pozostaje niszowa. Miło mi, że udało mi się Ciebie zainteresować. Zajrzę również do Ciebie, pozdrawiam!

      Usuń
  4. W najbliższym czasie raczej nie sięgnę, ale dobrze wiedzieć, że Soukupova się pisarsko rozwija. Byłoby niedobrze, gdyby jej kolejne książki były takie jak pierwsza ;) A poważnie to zaintrygowało mnie to, że jak się okazuje, wraca do tych samych motywów, rodzinnych relacji. Ciekawe, co szykuje teraz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma jakieś swoje ulubione tematy, widać w tematyce rodzinnej Soukupová czuje się najlepiej. I chyba dobrze, że tego się trzyma, bo pisanie o rodzinie wychodzi jej to świetnie! Też na pewno będę śledzić jej dalsze pisarskie poczynania, a na razie mam jeszcze do nadrobienia „Zniknąć” :).

      Usuń