środa, 1 listopada 2017

Weinstein, książki jak wino i małe miasta – Festiwal Conrada 2017, dzień 3. i 4.

Relacja z tegorocznego Conrada, odsłona druga! Dzień trzeci festiwalu opiszę bardzo skrótowo, bo żadne ze spotkań mnie nie porwało i notatek zrobiłam niewiele. Na pierwszy ogień poszła „Planeta Lem. Bereś | Gajewska | Orliński | Fiałkowski”, czyli dyskusja na temat życia i twórczości Stanisława Lema, z udziałem Wojciecha Orlińskiego, autora najnowszej biografii Lema, Agnieszki Gajewskiej (Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w twórczości Stanisława Lema), Tomasza Fiałkowskiego (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski) oraz Stanisława Beresia (Rozmowy ze Stanisławem Lemem).

Rozmowa była dosyć chaotyczna. Zaczęło się od stwierdzenia, że Lem czuł się nieczytany i niedoceniony, później kilka słów o przyjaźni Lema z innymi pisarzami, jak Mrożek czy Błoński (krytykowali swoje utwory, ale nie psuło to ich relacji) oraz pytanie o to, dlaczego w pewnym momencie przestał pisać powieści (bardzo banalne wytłumaczenie – bo przestało go to zajmować). Następnie rozmowa zeszła na kwestię żydowskiego pochodzenia Lema i pogromu Żydów lwowskich, który przeżył, i ten temat zdominował spotkanie – mimo apelu Wojciecha Orlińskiego, by zmienić ton rozmowy na pogodniejszy :).

Prof. Gajewska, która jako pierwsza zajęła się tematem pogromu w twórczości Lema, mówiła o tragikomicznych opisach zagłady w Głosie Pana. Wszyscy dyskutanci byli zgodni, że to pierwsze spotkanie ze śmiercią w wieku 20 lat naznaczyło pisarza do końca życia, i stąd jego epizody depresyjne oraz powracające nocne koszmary. „Do końca życia nie wyszedł z szafy”, stwierdzili. Był więc geniuszem, który niósł na swoich barkach bardzo ciężkie brzemię – ale skrzętnie to ukrywał. I taka była chyba puenta spotkania.

O 16 w Pałacu Czeczotki zawitali debiutanci nominowani do tegorocznej Nagrody Conrada – Katarzyna Boni, Anna Cieplak, Natalia Fiedorczuk, Maciej Sieńczyk i Grzegorz Uzdański. I choć byłam bardzo ciekawa tego, co mają do powiedzenia młodzi autorzy, spotkanie okazało się zwyczajnie nudne, wydumane, przeintelektualizowane; jedyne naprawdę ciekawe pytanie padło dopiero ze strony publiczności.

Co mi zostało w głowie i na papierze? Wszystkie książki tegorocznych nominowanych mają ze sobą coś wspólnego – powstały z poczucia niepokoju, że sytuacja wygląda tak, a nie inaczej, trochę w obronie pewnych grup społecznych, które łatwo zignorować lub zinfantylizować. To książki o relacjach. Wyjątkiem jest powieść Macieja Sieńczyka, która dotyczy relacji „między nim a nim” :).

Ciekawe pytanie od publiczności, o którym wspominałam, dotyczyło natomiast tego, czy nominowani młodzi autorzy, którzy jak jeden mąż piszą o sprawach „niemiłych”, byliby w stanie dla odmiany napisać książkę o rzeczach „miłych”. Spodobało mi się ogromnie, bo sama zawsze ceniłam autorów, którzy potrafią tworzyć literaturę ambitną, ale nie depresyjną, przytłaczającą, a podnoszącą na duchu, optymistyczną w wymowie.

Sieńczyk odpowiedział, że raczej tak, ale potrzebowałby najpierw wprowadzić się w stan relaksu, a obecnie życie dostarcza mu zbyt wielu stresów :). Anna Cieplak stwierdziła, że w jej książce – oraz innych nominowanych – jest chyba również pewien element czułości, ale ponieważ to książki o rzeczywistości, nie da się uniknąć trudnych spraw. Natalia Fiedorczuk przy tej okazji podzieliła się swoim uwielbieniem dla „miłej” książki Shirley Jackson Moje życie wśród potworów, a Grzegorz Uzdański – dla „miłego” serialu Przystanek Alaska :).

Wreszcie przyszedł czas na „W imię miłości, w imię wolności. Spotkanie z Agnetą Pleijel”. Towarzysząca mi Ola z Parapetu Literackiego bardzo czekała na to spotkanie i jej ekscytacja trochę mi się udzieliła, na nieszczęście – bo wydarzenie niestety nie było ani w połowie tak ciekawe, jak się zapowiadało. I to nie z powodu autorki; słabym jego punktem było ewidentnie prowadzenie, które zupełnie nie pozwoliło jej zaprezentować na spotkaniu się od najlepszej strony. Prowadząca Agnieszka Drotkiewicz już na wstępie zadała pytanie tak zagmatwane, że nie zrozumiał go nikt łącznie z autorką, więc z zakłopotaniem się z niego wycofała. Później niestety nie było dużo lepiej. Występująca w roli drugiej prowadzącej tłumaczka Justyna Czechowska wtrąciła natomiast kilka osobistych wyznań, które, choć chwytały za serce, wydały mi się jednak trochę nie na miejscu. Wrażenie do reszty popsuła słaba organizacja spotkania – wydawanie słuchawek do tłumaczenia symultanicznego trwało całe wieki (a do tego ponoć nie wystarczyło ich dla wszystkich), denerwowały również zmiany kanałów w trakcie wydarzenia.

Mimo tych wszystkich trudności udało mi się jednak wyłuskać z rozmowy kilka ciekawszych myśli. W kwestii pisania Pleijel stwierdziła, że najważniejsze to być uczciwym wobec siebie, nie unikać trudnych, wstydliwych tematów. Takim tematem był dla niej m.in. rozwód rodziców oraz konflikt lojalnościowy matka/ojciec. Innym – związek z ojcem jej córki, o którym również w trakcie spotkania mówiła bardzo otwarcie. Był bardzo inteligentnym, oczytanym człowiekiem, z którym łączyła ją silna więź, ale także złośliwym, zazdrosnym o jej pisanie, za które karał ją agresją lub chłodem. Dopiero po rozstaniu zostali prawdziwymi przyjaciółmi, dziś zaś chodzi na jego grób i dziękuje mu za wszystko, co od niego dostała. Dziś rozumie, dlaczego Proust w zakończeniu swojego wielkiego cyklu dziękuje wszystkim, którzy sprawili mu ból.

Pisarka przyznała również, że pisanie jest dla niej sposobem na radzenie sobie z osobistymi doświadczeniami i traumą. „Wróżba pomogła mi polubić małą dziewczynkę, jaką byłam” – wyznała. Dlatego też gorąco polecała pisanie, nawet w sytuacji, kiedy wszyscy dookoła mówią ci, że robisz to źle.

Zapytana o dzisiejszą sytuację kobiet – czy biorąc pod uwagę sprawę Weinsteina i akcję #metoo możemy rzeczywiście powiedzieć, że sytuacja ta tak bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat – pisarka odpowiedziała, że mimo wszystko doszło do dużych zmian. Tak, kobiety wciąż są wykorzystywane, ale dziś już radzą sobie z tym i potrafią o tym głośno mówić. A co budzi w niej największy niepokój? Widok ludzi, którzy są poniżani.

I jeszcze jedna rzecz, dla której mimo wszystko warto było wybrać się na to spotkanie – przeczytany przez tłumaczkę fragment Zapachu mężczyzny, opisujący narodziny dziecka. Rodząc swoją córkę, Pleijel próbowała znaleźć ukojenie w literaturze i uświadomiła sobie wtedy, że opisów wydawania dziecka na świat jest w dziełach literackich zaskakująco niewiele. Sama więc postanowiła akt rodzenia opisać tak szczegółowo i dokładnie, jak to tylko możliwe. I, uwierzcie, ten opis naprawdę zapiera dech! Mimo wszystko więc wydarzenia nie uważam za całkowitą katastrofę.

Małe rozczarowania festiwalowego dnia trzeciego osłodził nam za to zdecydowanie dzień czwarty. Zaczęło się od fantastycznego spotkania „Dlaczego ludzie nie lubią księgarń?” z Jorgem Carriónem, autorem publikacji Księgarnie i, jak się można domyślić, wielkim entuzjastą księgarni.

Kupowanie książek gość porównał do nabywania wina – można to robić byle gdzie, ale można również wybrać się do winiarni i zasięgnąć rady ekspertów. Kosze wyprzedażowe nie są złe, dają bowiem książkom życie, którego potrzebują, ale dobrze też, że są książki, które kupić można wyłącznie w księgarniach, „towary luksusowe”. Jaka powinna być jego zdaniem dobra księgarnia? Na pewno nie powinna przypominać świątyni; dobrze natomiast, jeśli stwarza przytulną, domową atmosferę, w której bez problemu można nawiązać kontakt z ludźmi i książkami.

Ten kontakt jest bardzo ważny, ponieważ to on jest największym atutem księgarni w walce ze sprzedażą internetową. W ten sposób księgarz staje się „koordynatorem emocji”, a księgarnia – nową przestrzenią religijną, przypominającą o tym, co sprawia, że jesteśmy ludźmi. „Amazon tego nie ma” – podsumował gość.

Opowieści o księgarniach w różnych zakątkach świata – Carrión odwiedził ich bowiem tysiące! – brzmiały mocno egzotycznie na tle Polski, gdzie miejsca zajmujące się sprzedażą książek z trudem walczą o przetrwanie. Podobno rośnie w siłę „turystyka księgarniana”. Podobno w Porto jest księgarnia (i rzeczywiście jest, sprawdziłam – Lello & Irmao) tak piękna, że za wstęp płaci się 4 euro. Podobno księgarnie w Barcelonie oferują „przymierzalnie książek” i kursy kreatywnego czytania (co za genialny pomysł w dobie, gdy wszyscy uczą się tylko kreatywnie pisać!).

Kiedy Marcin Wilk zwierzył się ze swojego niepokoju związanego z zamykaniem księgarni w Polsce (w tym tych najstarszych, z długą tradycją – jak Matras na krakowskim rynku), Carrión zasugerował, że może należałoby pójść właśnie w stronę turystyki, zamieszczając piękne księgarnie w przewodnikach… Wypowiedział się również na temat popularnego obecnie łączenia księgarni z innego typu lokalami – jego zdaniem nie ma w tym nic złego, bo kawa, wino, teatr czy kino doskonale pasują do książek. A o tym, czy miejsce zasługuje na miano „księgarni” czy nie, decyduje nie powierzchnia przeznaczona na książki, a duch miejsca.

Podkreślił też, jak ważne są dobrze zaopatrzone działy dziecięce – bo w ten sposób wychowujemy przyszłych czytelników. Dodał, że w Hiszpanii nawet w czasach kryzysu ludzie nie przestawali kupować książek dzieciom.

Mowa była jednak nie tylko o księgarniach. Zapytany o los papierowych książek w dobie rosnącej popularności e-booków Carrión odpowiedział, że nie ma skłonności do myśli apokaliptycznych, jego zdaniem papierowe egzemplarze przetrwają, bo mają swoje niewątpliwe zalety – nie rozładowują się, nie psują się wskutek upadku… Są jak łyżka, wymyślone dawno temu, a mimo to wciąż się ich używa :). Gość pięknie mówił również o związkach między książką jako przedmiotem a naszą osobistą pamięcią. Jeśli mamy do dyspozycji papierową książkę, zwykle wyraźniej zapisuje nam się w pamięci, gdzie ją czytaliśmy i w jakich okolicznościach.

Kilka słów Carrión poświęcił także własnej biblioteczce. Stwierdził, że nie jest bibliofilem, stara się jednak zawsze kupić coś w księgarni, która zrobiła na nim wrażenie. Poza tym do książek ma stosunek dosyć nonszalancki, co nie oznacza, że o nie nie dba – te najważniejsze ustawia wysoko, poza zasięgiem niszczycielskich rączek dzieci, i nie pożycza ich, ale za to chętnie udostępnia u siebie w domu. Na pytanie osoby z publiczności, czy nie myślał nigdy o otwarciu własnej księgarni, odpowiedział, że owszem – ale to nie byłby dobry pomysł, zbyt bowiem przywiązany jest do swojego obecnego trybu życia, do tego, że może przesiadywać w domu, pisząc i czytając. Przeczuwa, że byłby typowym księgarzem robiącym niechętne miny na widok wchodzącego klienta :).

Zapytany z kolei o polską literaturę, wymienił Heban Kapuścińskiego oraz Ferdydurke Gombrowicza – tę drugą książkę również dlatego, że sam mieszkał przez pewien czas w Buenos Aires, gdzie legenda Gombrowicza jest wciąż żywa. Przy okazji opowiedział w formie anegdoty, w jaki sposób Ferdydurke zostało przełożone na język hiszpański. Przyjaciele Gombrowicza, zdenerwowani tym, że jego dzieło nie jest dostępne w ich języku, zaczęli go wypytywać o szczegóły; rozpoczęły się regularne spotkania, w trakcie których Gombro opowiadał im, co dzieje się na poszczególnych stronach, a oni… po prostu pisali, a później z ich połączonych wersji powstał przekład :).

Spotkanie „Jak się żyje w małym mieście? Bałuk | Grabowska | Podbielska | Szczygieł”, poświęcone zbiorowi reportaży Światła małych miast, stworzonemu przez uczniów Polskiej Szkoły Reportażu, było świetne. Moja relacja z niego będzie jednak krótka, bo spisywanie tutaj opowiedzianych w trakcie wydarzenia historii to już zupełnie nie to samo – zwłaszcza fantastycznej narracji Agaty Grabowskiej po prostu na piśmie nie sposób oddać :).

Sam pomysł na zbiór podsunął nie kto inny, jak Mariusz Szczygieł. Na jednych z zajęć zaczął opowiadać słuchaczom, jak to kiedyś „jeździło się w Polskę”, jak sam w latach 90. kursował od jednego małego miasta do drugiego, dowiadując się, co ludzie sądzą o niedawnych przemianach ustrojowych i nowej rzeczywistości, w której się znaleźli. Młodzi reporterzy uświadomili sobie, że rzeczywiście w świadomości wielu z nas małe miasta istnieją już tylko jako światła, które mijamy podczas nocnej podróży między Warszawą a Krakowem czy Wrocławiem. Nie wiemy, co się tam dzieje, nie wiemy, jak się tam żyje. Od małomiasteczkowej rzeczywistości dzieli nas mur, który przecież wcale nie jest nie do przeskoczenia – jak zauważył Kamil Bałuk, po serii reportaży Filipa Springera z byłych miast wojewódzkich ludzie wypytywali go, „jak tam jest”, jak gdyby sami nie mogli się tam wybrać i zobaczyć na własne oczy.

Na „bohaterów” swoich tekstów autorzy wybrali jak najbardziej „zwyczajne” miasteczka, pozbawione szczególnych konotacji historycznych. Wyjątkiem były Sejny, położone na pograniczu polsko-litewskim, jak jednak stwierdzili goście, nie trzeba wcale dwóch narodowości, by powstały konflikty – można się „tłamsić we własnej bandzie”. I choć opowieści o tej małomiasteczkowej rzeczywistości brzmiały bardzo zabawnie i rozbrajająco, miały w gruncie rzeczy smutny wydźwięk – pokazywały bardzo silne podziały w tych lokalnych społecznościach oraz niechęć do obcych. Sympatię budzi za to wielka duma mieszkańców małych miast z miejsca, w którym żyją. „Jak wytrzymujesz w tej Warszawie?” – pytali oni często reporterów.

Choć projekt stworzenia i wydania zbioru był dużym wyzwaniem, dzięki entuzjazmowi młodych autorów udało się go zrealizować. Mało tego – udało im się nawet pozyskać sponsora, firmę Orange. Jak mówią, ten sukces to przede wszystkim zasługa tego, że w trakcie zbierania materiałów i pisania swoich tekstów wzajemnie się nakręcali, chwaląc swoje pomysły i pozytywnie zazdroszcząc sobie bohaterów. Szczygieł podkreślił przy tej okazji, jak stymulująca dla reportera jest praca w większej grupie, na przykład w redakcji. „Freelancerzy mają trudniej”.

Osoby, które zainteresowały opowiadane historie, mogły zabrać ze sobą do domu egzemplarz Świateł małych miast. Książki oczywiście rozeszły się jak ciepłe bułeczki :).

Na zakończenie dnia wzięłam jeszcze udział w wydarzeniu „Świat po katastrofie. Spotkanie z Hugh Howeyem”. Howey, amerykański twórca literatury science fiction i postapo, komentował naszą dzisiejszą rzeczywistość społeczno-polityczną, mówił o wszechobecnej agresji i tłumaczył, dlaczego jako obywatel Stanów Zjednoczonych, kraju, który nigdy nie doświadczył ustroju totalitarnego, pisze o tego typu systemie w swoich książkach.

Autor zwrócił uwagę na to, jak trudna jest w dzisiejszych czasach rozmowa o równości – natychmiast pada hasło „komunizm”, a to prowokuje powszechną wściekłość. Gniew to duży problem dzisiejszego społeczeństwa; choć napędza zmiany, prowadzi do nieprzemyślanych rewolucji, których przywódcy nie mają pomysłu, czym zastąpić pogrzebany system. Tak stało się m.in. na Kubie.

Mowa była również o nowoczesnych technologiach, które Howey, w odróżnieniu od innych twórców literatury s-f, traktuje z dużą ostrożnością. Sam jest zafascynowany społecznością amiszów, na temat których wraz z prowadzącym Grzegorzem Jankowiczem trochę się spierali. Gość podkreślał, że młodzi amisze mają wybór – po ukończeniu 18. roku życia na rok wyprawiani są „w świat”, by zobaczyć, jak wygląda życie poza ich społecznością, a mimo to większość wraca. Prowadzący odparł, że to jednak kwestia tego, jak zostali wytrenowani – by bać się świata zewnętrznego.

Na pytanie, dlaczego mimo drastycznych doświadczeń XX wieku ludzie nadal tak łatwo ulegają ideologiom i poddają się indoktrynacji, pisarz odpowiedział, że ludzie ignorują naukę, jaka płynie z historii. Dzieci nie mają pojęcia, przez co przeszli ich rodzice, nie chcą ich słuchać; by się przekonać, muszą sami popełnić te same błędy. Autor ubolewał nad tym, że mimo wszystkiego tego, co przeszliśmy, żyjemy wciąż w czasach, gdy potrzebne są wojska. Środki wydawane na zbrojenia moglibyśmy równie dobrze przeznaczyć na rozwój nauki, na odkrywanie kosmosu, tymczasem tracimy czas i pieniądze na bezsensowne walki.

Jak poradzić sobie z konfliktami? Howey przekonywał m.in., że w amerykańskim rządzie powinno być dużo więcej kobiet – optował za 50%. W ten sposób udałoby się zmniejszyć polityczną agresję. Obecnie jeśli nawet widzimy kobiety na najwyższych szczeblach, są to często kobiety tak samo agresywne jak mężczyźni, upodabniające się do nich; brakuje im kobiecej wrażliwości. Rozmowa zahaczyła o aferę Weinsteina; Howey mówił o milczeniu molestowanych kobiet, o strachu, że ich życie zostanie zniszczone, a mężczyźnie wszystko ujdzie na sucho. Podkreślił, że nie wolno bagatelizować wyrządzonej im krzywdy – dla wielu osób życie z poczuciem ośmieszenia i upokorzenia jest gorsze niż śmierć.

Czy wobec tego żyjemy w wyjątkowo złych czasach? Dlaczego książki s-f rysują tak przygnębiającą wizję świata? Pisarz stwierdził, że nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać – dawniej, w prymitywnych plemionach, połowa ludności ginęła w morderstwach. Choć tyle mówi się o zagrożeniach ze strony terrorystów, większe jest prawdopodobieństwo śmierci w wypadku samochodowym niż w ataku terrorystycznym. Mniejszości, owszem, bywają traktowane źle, ale przynajmniej nie są już dziś niewolnikami, podludźmi. Dzisiejsze science fiction musi natomiast wstrząsać, aby pokazać ludziom pewne problemy, ostrzec ich.

Na pytanie, dlaczego literatura postapo jest dziś tak popularna, Howey odparł, że to po prostu współczesny wariant od zawsze cieszących się zainteresowaniem historii typu „zagubieni w lesie” – o poszukiwaniu drogi do domu. Podobne opowieści snuto od zarania dziejów, można je odnaleźć także w twórczości Szekspira, w tradycji amerykańskiej natomiast – choćby w westernach. Dziś wątek ten podejmuje właśnie s-f i postapo.

Zapytany o dodatkowe sposoby na rozwiązanie międzyludzkich konfliktów i stworzenie kultury dialogu autor przekonywał, że musimy wyjść z naszych małych grupek, w których okopujemy się, zamykamy się na innych, traktując ich jak wrogów. Musimy też położyć nacisk na edukację – w szkole potrzebna jest przystępnie wykładana filozofia – oraz sami lepiej poznać siebie, zrozumieć swoje emocje i reakcje. Być może wtedy uda się, przynajmniej częściowo, rozwiązać problemy, z którymi boryka się dziś świat.

Optymistyczną nutą kończę relację numer dwa. Wkrótce – część trzecia, czyli wydarzenia sobotnie i niedzielne. W piątek nie było mnie na festiwalu, ponieważ dzień spędziłam z przemiłym gościem z Czech, Ivanem Binarem. Relacja ze spotkań z nim ukaże się (prawdopodobnie) w osobnym poście :).

6 komentarzy:

  1. Świetna relacja, dziękuję!
    Niestety jednak nie udało mi się w tym roku dotrzeć do Krakowa, mam nadzieję, że w 2018 mi się to uda :)
    A kupiłaś coś przy okazji Festiwalu?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! W takim razie może w przyszłym roku się spotkamy :). Nie, środki mam ograniczone, czasu na czytanie jak na lekarstwo, a miejsca na półkach nie przybywa, więc ograniczyłam kupowanie książek do koniecznego minimum ;). Z festiwalu przywiozłam tylko te „Światła małego miasta”, bo bardzo ciekawie je zaprezentowali na spotkaniu.

      Usuń
  2. Ech widzę, że powinnam była przyjechać dzień wcześniej. A pozostaje mi żałować, że nie byłam na opowieściach o księgarniach i reportażach z małych miasteczek.Pomysł na kursy kreatywnego czytania jest świetny, powinny je prowadzić biblioteki,choć może częściowo te rolę spełniają już w nich obecne Dyskusyjne Kluby Książkowe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, z tymi spotkaniami trudno przewidzieć – są takie, które zapowiadają się rewelacyjnie, a wychodzą słabo, i odwrotnie, czasem zapowiadające się nieciekawie okazują się świetne. A jeszcze kiedy indziej po prostu przewidywania się sprawdzają :). Więc ciężko układać plan, najlepiej jednak przyjechać na cały tydzień :D.

      Myślę, że Dyskusyjne Kluby Książkowe faktycznie częściowo tę rolę spełniają, a przynajmniej powinny. Ale nie mam pojęcia, jak to wygląda w praktyce, bo nigdy w żadnym nie byłam. Przypomniał mi się teraz przy tej okazji ostatni tekst Moniki, o ten: https://literyjakkwiaty.wordpress.com/2017/11/01/czasami-sie-wkurzam/ Faktycznie, jest to pewien problem, że niektórym po lekturze zostają tylko takie „okrągłe, nic nie znaczące zdania”, a wystarczyłaby może drobna stymulacja w postaci takich rozmów, klubów, kursów, żeby jednak otworzyć jakieś furtki w głowie i „ugryźć” książkę jakoś inaczej, wnikliwiej, ciekawiej. W przypadku blogerów to akurat wydaje mi się, że kluczowy jest często czas – jak się chce przeczytać jak najszybciej, raczej nie ma mowy o wgryzaniu się ;).

      Usuń
    2. A, a jak było na Witkowskim? :)

      Usuń
  3. O Witkowskim niedługo na blogu napisze 😆. Na początek dałam Rusinka 😊

    OdpowiedzUsuń