poniedziałek, 12 lutego 2018

Nędznicy po ukraińsku, czyli opowiadania Iwana Franki

Ten tekst powstał trochę z przekory. Bo choć opowiadania Iwana Franki, przeczytane w ramach przedmiotu obowiązkowego na studiach, autentycznie mnie zachwyciły, bardzo możliwe, że nie poświęciłabym im osobnego tekstu. Gdyby nie to, co przytrafiło mi się później na egzaminie.

„Nawet Frankę pani przeczytała?”, powiedziała tylko pani profesor z nutką lekceważenia w głosie, po czym przystąpiła do biadolenia, jak mogłam nie sięgnąć po żaden ze staroruskich i staroserbskich eposów. Skutek tego szkolnego podejścia? O słowiańskich eposach nigdy u mnie nie przeczytacie, za to z wielką przyjemnością opowiem Wam o tym, dlaczego opowiadania Franki to moim zdaniem wielka literatura – i dlaczego bardzo chciałabym, żebyście i Wy je poznali.

Człowiek znaczy mniej niż świnia

Przede wszystkim – historie, które chyba wzruszyłyby nawet kamień. Opowieści o ludziach i biednych i pogardzanych, jak dziadek Onufry (opowiadanie Pańszczyźniany chleb), zawsze głodny, noszący w kieszeni twardy, czarny, stary chleb, na widok którego zapłakał nawet ekonom, bezlitośnie batożący pracujących na roli wieśniaków. Bohaterowie Franki to jednostki liczące się dla urzędników mniej niż skrępowana powrozami świnia (Świńska konstytucja), zmuszane przez los do ciężkiej i niebezpiecznej pracy w kopalniach, gnębione przez możnych panów lub przez bezlitosny system.
„Do tej chwili nic nie rozumiałem i nie zastanawiałem się nad tym: kazali pracować – pracowałem, bili – cierpiałem, bo widziałem, że i inni to znoszą (…). Ale te łzy ekonoma od razu mi wszystko w duszy do góry nogami przewróciły. Zrozumiałem, że musi być straszne zło, straszna niesprawiedliwość na świecie, kiedy nawet taki zwierz nad nią zapłakał” (s. 91).
Franko pokazuje, że mimo zmian, które nastąpiły pod koniec XIX wieku, mimo zapisów konstytucyjnych i mimo zniesienia pańszczyzny, prości ludzie, chłopi i robotnicy nadal nie znaczą nic. Czasy, o których pisze, to doba „nowomodnych kijów”, które, w przeciwieństwie do tych tradycyjnych, odczuwa nie tylko sam chłop, ale i jego najbliżsi – kar pieniężnych. W zainspirowanym prawdopodobnie Płaszczem Gogola opowiadaniu Historia kożucha biedna rodzina z powodu kary za nieobecność w szkole chorego dziecka traci to, co dla nich zimą najcenniejsze – jedyny w domu ciepły kożuch. Po tygodniu udaje im się go odzyskać, ale przechowywany przez ten czas w wilgotnej komorze, okazuje się zgniły i niezdatny już do użytku, co w praktyce skazuje rodzinę na głodową śmierć.

Koniec ery łyżkarzy

Status społeczny prostego człowieka nie zmienia się więc, zmieniają się za to, i to w sposób odczuwalny i dotkliwy, inne rzeczy. W życie ludzi wkracza biurokracja – jak i w przypadku łyżkarza z opowiadania Przemysł domowy. Człowiek, który od lat wyrabiał w domowym warsztacie łyżki, słynąc w okolicy ze swojego kunsztu, zostaje zmuszony do zaprzestania działalności, ponieważ za jej rejestrację zgodnie z przepisami musiałby zapłacić więcej, niż zarobiłby przez kilka lat.

Iwan Franko w roku 1898.
Przemiany te oznaczają jednak nie tylko utratę środków utrzymania dla wielu ludzi. Nowe przepisy i postępująca biurokratyzacja skazują także na bezpowrotne odejście pewną kulturę i sposób życia. Franko z sentymentem i czułością wręcz opisuje dawne profesje oraz oddających się im z zapałem ludzi, a w zamykającym zbiór osobistym opowiadaniu W kuźni wspomina chwile, gdy jako mały chłopiec towarzyszył przy pracy swojemu ojcu-kowalowi. W jego kuźni zawsze panował radosny gwar, sąsiedzi wpadali na kieliszek wódki i pogawędki, miejscowi gawędziarze dzielili się swoimi historiami, a klienci, za zachętą ojca, sami pomagali w pracach kowalskich. I choć ta epoka domowych warsztatów, spotkań i anegdot już dawno minęła, autor wraca do nich z nostalgią i wyznaje, że ogień z kuźni jego ojca wciąż tli się w jego sercu.

Niskie wiejskie strzechy

Obraz wiejskiej społeczności odmalowany przez Frankę nie jest jednak czarno-biały, autor nie dzieli świata na „dobrych chłopów” oraz „złych panów”. Także ludzie prości z tych opowiadań bywają zawistni, nietolerancyjni, szyderczy. Nie bez powodu w zbiorze znalazł się chwytający za serce utwór Mały Miron – historia chłopca, który widzi świat inaczej niż inni, za co jest bezustannie karcony przez rodziców i piętnowany przez otoczenie. Franko zwraca uwagę na dramat ludzi, których nieprzeciętna wrażliwość i indywidualność zostają zdławione w ciasnych wiejskich chatach.
„Zdarzają się po naszych wsiach dość często takie dziwne istoty. Od małego wszystko w nich nie takie jak u ludzi: i chód, i twarz, i włosy, i uczynki, i słowa. A kiedy dziecko takie będzie zmuszone całe życie spędzać pod ciasną wiejską strzechą, bez możliwości rozszerzenia kręgu doświadczeń, bez głębszej wiedzy, kiedy ciemni rodzice zaczną wbijać mu w głowę, by wszystko robiło «tak jak ludzie», to uda im się w końcu zdławić jego indywidualność” (s. 157).
Czy to nie jest uniwersalna opowieść? Czy nie jest tak, że wciąż jednostki wrażliwe i myślące, ale przez to „inne”, są usilnie wtłaczane w przyjęte formy? A przeciętni rodzice zamiast małego oryginała wolą skrojoną na miarę blondyneczkę z samymi piątkami w dzienniczku? Pisałam przecież o tym wcale nie tak dawno, bo omawiając Onego Zośki Papużanki.

Zawsze wie lepiej

Inny utwór, który uderza wręcz uniwersalnością i ponadczasowością – Doktor Besserwisser – jest również dowodem na to, że Franko potrafi nie tylko wzruszać, ale i bawić. Opowiadanie to, jak już sam tytuł sugeruje, jest przepyszną satyrą na ludzi, co „zawsze wiedzą lepiej”. Tytułowy doktor Besserwisser zostaje porównany do ezopowskiego mysikrólika, który schował się wśród piór orła i lecąc na jego grzbiecie chwalił się, że potrafi się wznieść wyżej.

„Dziś może kogoś serdecznie ściskać, a jutro plunie mu w twarz; w tego, komu dziś zwierzał się z najtajniejszych pragnień swojej duszy, jutro ciśnie kamieniem. To jest właśnie oznaka prawdziwej niezależności jego charakteru” (s. 147) – pisze o tym wszędobylskim typie Iwan Franko. I dodaje:
„Przyjemnie jest mieć świadomość, że gdy człowiek zrobi czy napisze jakieś głupstwo, tuż obok znajdzie się szczery przyjaciel, który zaraz, w imię dobra publicznego, udowodni ci, że jesteś idiotą i że on sam zrobiłby to znacznie lepiej. W sercu budzi się radosne uczucie: no, jeszcze nie zginęła Ukraina, póki ma takich synów” (s. 148)
Dźwięki i zapachy ukraińskiej wsi

W opowiadaniach Iwana Franki pobrzmiewają jeszcze echa czasów, kiedy sztuki opowieści można się było uczyć od wiejskich gawędziarzy. Ukraiński pisarz opowiada wprost przepięknie – prosto i bezpośrednio, a zarazem chwytając za serce, do głębi wzruszając czytelnika losem swoich bohaterów. Jego proza jest przy tym niezwykle malownicza. Wręcz czuć w niej poranny powiew wiatru i wilgotny zapach szuwarów u schyłku dnia, słychać rozćwierkane koniki polne i brzęczenie much, jak żywa staje nam przed oczami wieczorna mgła na polach, spod której, „niczym dziecko spod ciepłej pierzyny”, odzywają się derkacze.

Cudowna literacka podróż, której nie spodziewałam się w uczelnianych murach. I tylko szkoda, że tak nie potrafią jej tam docenić.

***
I. Franko, Opowiadania, przeł. Zofia i Stanisław Głowiakowie, wyd. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1978.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] Sergei Prokudin-Gorskii, Library of Congress / Wikimedia Commons.

7 komentarzy:

  1. Współczuję sytuacji na egzaminie, ale mnie bardzo zachęciłaś do sięgnięcia po ten zbiór i przy okazji go na pewno wypożyczę :-). Zresztą mam jakiś czas natykania się wszędzie na wzmianki o France: na przykład okazuje się, że bardzo wysoko cenił "Placówkę" Prusa, którą niedawno skończyłam i w nocie krytycznej obficie cytowano jego zachwyty nad postaciami z tej powieści. A jeszcze wcześniej natknęłam się na wzmiankę o tym, że startował w konkursie na powieść o życiu na Kresach. Podobno napisał coś bardzo zbliżonego w klimacie do tego, o czym piszesz we wpisie: czyli obrazował trudną dolę ciemiężonego chłopa. I przegrał. Wygrała Rodziewiczówna ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to chyba rzeczywiście musi być jakieś literackie przeznaczenie! :) A i ja się przy okazji zainspiruję – z Franki zdaniem się teraz liczę, więc jeśli chwalił „Placówkę”, to ją też muszę przeczytać ;). Konkurs na powieść o życiu na Kresach, bomba! Ale z jury musiało być coś nie tak, skoro go nie doceniło – jak moja pani profesor ;).

      Usuń
  2. Nie powiem, zafrapowałaś mnie.;)
    Zaskoczyła mnie postawa Twojej egzaminatorki, jakie "niewychowawcze".;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki był mój cel, więc cieszę się bardzo! A na egzaminie też byłam zaskoczona, i zasmucona lekko :(. Przykre doświadczenie.

      Usuń
  3. Z opisu wielce przypomina mi to opowiadania mojego ukochanego Czechowa. Dobry trop? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I teraz będzie bardzo wstydliwe wyznanie: nie czytałam Czechowa :). Przymierzam się od stu lat, ale wciąż do siebie nie dotarliśmy! Ale bardzo możliwe, bo prawdopodobnie obydwaj mocno inspirowali się Gogolem. Dziękuję Ci w każdym razie za ten moment wstydu, to dodatkowy motywacyjny kop, żeby wreszcie tę zaległość nadrobić. I może wkrótce będę się w stanie szerzej wypowiedzieć ;).

      Usuń
    2. Żadne zawstydzanie nie było moim celem :) Ja natomiast nie czytałam Gogola. Za to opowiadania Czechowa są wspaniałe (zwłaszcza w przekładach m.in. Brzechwy, Dąbrowskiej i in.), też sporo w nich absurdów i dramatów biurokracji. Przede wszystkim zaś, zwykły człowiek. Czarny humor obok ludzkich tragedii.

      Usuń