niedziela, 25 lutego 2018

Polska nie-perełka na dnie – Tomasz Kowalczyk, „Maszynopis z Kawonu”

Zapowiadanej delikatności zabrakło, a nieliczne dobre fragmenty były jak kwiatki... na wysypisku.
Cykl Polskie perełki na dnie stworzyłam, by choć trochę pomóc młodym polskim autorom – tym mało znanym, wydawanym w niewielkich nakładach przez niszowe wydawnictwa, które nie stać na szeroko zakrojone kampanie reklamowe. Drażniło mnie, że książki przeciętne są promowane z takim rozmachem, podczas gdy naprawdę wartościowe pozycje pozostają gdzieś na obrzeżach uwagi, czekając, aż ktoś je dostrzeże.

Oczywiście musiałam się liczyć z tym, że nie wszystkie przysyłane mi przez autorów książki, nawet mimo obiecujących zapowiedzi i recenzji, będą naprawdę dobre. Pierwsza taka sytuacja spotkała mnie jednak szybciej, niż się spodziewałam, bo już teraz – na samym początku akcji. Z przykrością muszę stwierdzić, że Maszynopis z Kawonu Tomasza Kowalczyka to żadna perełka.

Moja lista zarzutów jest długa, największe zastrzeżenia budzi chyba jednak sposób, w jaki autor ubiera swoje myśli w słowa. Pseudoartystyczny, niby-poetycki, opierający się na nagromadzeniu trudnych terminów, co ma zapewne świadczyć o oczytaniu i elokwencji, ale w gruncie rzeczy brzmi do bólu pretensjonalnie. „Poczułem się, jakby ktoś wbił rękę w zegar mojego DNA i zawirował sekundnikiem, zezwalając na repetę sprzężeń tych samych asumptów, w tym samym punkcie odniesienia i koincydencji” (s. 30) – pisze na przykład autor. W innym miejscu wspomina o pukaniu do drzwi „wyrwanym z otaczającego oniryzmu” (s. 24), o „turbinach nakręconych na perfekcyjne wykorzystanie archetypu duszy” (s. 103) i o tym, że „zaczęły kiełkować w nas jajeczka, które nakazywały nam zedrzeć z siebie skorupy istnienia i kopulować się [sic!] z esencją metafizycznej istotności” (s. 108).

Widać i czuć wyraźną inspirację twórczością takich pisarzy jak Bruno Schulz (w jednym miejscu pojawiają się nawet jego „telluryczne ingrediencje”), ale, cóż, Tomasz Kowalczyk drugim Schulzem nie jest. Oczywiście, nie brakuje w literackim panteonie gigantów, przez których teksty brnie się z trudem, ale przecież nie o sam trud chodzi. Tymczasem u polskiego autora mamy do czynienia ze zwykłym efekciarstwem („Mnie się nie chce myśleć o złudzie pieniężnej. Zatapiam się ostatnio w Mannie i Fraengerze” – odpowiada bohater na pytanie znajomego, co słychać), za którym kryje się tylko mocno banalne przesłanie – świat jest zły i niczego nie rozumie.

Wyjątkowo karykaturalnie ten sposób opisu rzeczywistości prezentuje się w połączeniu z całą masą błędów językowych, składniowych, stylistycznych (Bogu dzięki przynajmniej ortograficznych brak). Jak twierdzi stopka redakcyjna, nad publikacją czuwała korektorka, ale naprawdę trudno mi w to uwierzyć. Jak mogła bowiem nie zauważyć, że autor nie ma pojęcia, jak się używa imiesłowów („idąc, na horyzoncie rozpościerały się bloki mieszkalne”, „żując go, rozprzestrzenił się po mojej jamie ustnej słodki brokat”, „opuszczając różne wehikuły, zmienia nam się pogląd”), notorycznie używa słowa „prominentny” w niewłaściwym znaczeniu („i tylko zapach prania krzeszący swoje spoiwo z zakamarków zaświatów wydawał się prominentny”) oraz słowa „wyzierać” w niepoprawny sposób („białe otoczenie wyziera we mnie zapach”, „ceglasta gęba kominka wyzierała skonsumowane polana”). Takie błędy drażnią, ale prawdziwą furię wywołał u mnie widok „dlatego, bo”. Jak można było przepuścić coś takiego w wydanej drukiem książce?

W całej powieści roi się od nieporadnych językowo, pokracznych, udziwnionych sformułowań. Naprawdę trudno dociec, co autor miał na myśli, pisząc o tasiemkach żywicznych soków, które „próbowały, rozciągnąwszy swoje włókienka, dosięgnąć błyszczących genitaliów chmur” (s. 9), o „negroidalnym płomieniu świecy” (s. 22), „enigmatycznie odzianym ciele” (s. 29) czy „persyflażu ptomain świata” (s. 95). Zaskakują „skwierczące oczy” ukochanej (mimo szczerych chęci trudno mi się pozbyć skojarzeń z cebulą na patelni), „jędrna i wypełniona gazem” pupa czy „sklepienie czaszki przypominające trzon filozofii”. W osłupienie wprawiły mnie również zdania typu: „Wydostałem się z tej krótkiej rozmowy jak delfin wyskakujący ku niebu, aby zaczerpnąć haustu powietrza, w połączeniu z samochodem wyjeżdżającym ze zmurszałego garażu” (s. 13), „Powszechnością jest wymiana członków i macic na kształt kruszących się żarówek” (s. 140) czy też „Ekspedientką, kurczowo trzymającą się reguł syderycznej sprzedaży, była hybryda składająca się z połowy wszystkich znienawidzonych przeze mnie ludzi, a w połowie z papieża i wszystkich matek kościelnych, tak jakby doszło do lepkiej kopulacji między nimi wszystkimi” (s. 103).

Już na podstawie powyższych cytatów można też zauważyć, że autor nie tylko lubuje się w trudnych słowach, ale i wykazuje niepokojącą skłonność do obrzydliwych obrazów. Cielesność może być oczywiście wdzięcznym tematem dla literatury, ale „zabrudzone odbyty szukające oazy w jedwabnym dotyku papieru”, „zużyte kobiety przez niezaspokojone członki” czy też spostrzeżenie, że „każdy dzień to czopek mizantropii zaszczepiany doodbytniczo podczas porannej defekacji” [jak?!] przekraczają zdecydowanie granice dobrego smaku (szokując do tego kulejącą logiką i składnią). W dodatku odmalowane w książce fantazje nabierają momentami wręcz chorobliwego zabarwienia. „Miała uśmiech ckliwy i naiwno-dziecięcy, jakby ją tłuste putta z renesansowych fresków smyrały swoimi peniskami po rozognionych sutkach” (s. 99) – pisze autor, a prócz tego funduje nam dziwną scenkę z dziewczynką masturbującą się przy muzyce fortepianowej.

Kiedy indziej jego bohater fantazjuje o tym, że nożem do mięsa zabija swoją matkę. Proza Kowalczyka wręcz kipi gniewem i nienawiścią – i to jeszcze jedna rzecz, która tak bardzo w niej odrzuca. Czasami jego bohater nie przebiera w słowach – w momentach furii mówi o „gorących, napalonych sukach”, których „cipy pragną dogłębnego przeczyszczenia wibrującym bolcem” (s. 89). Szczególnie dziwacznie wyglądają te fragmenty w zestawieniu z przesłodzonym gruchaniem zakochanych gołąbków, gdy na scenę wkracza Tosia. „To jest mój mały kwiatuszek i muszę o niego dbać” (s. 74) – rozmyśla facet, który jeszcze niedawno mordował w myślach swoją matkę ze słowami „To, kurwa, wszystko twoja wina, suko!”.

Tosia jest w ogóle postacią problematyczną. Z jednej strony – kreowana na istotę niewinną i uroczą, trochę dziecinną w tym, co mówi i jak mówi (po dziecinnemu sepleni). Kiedy więc z jej ust padają słowa takie jak „Kochanie, nie denerwuj się. Tych idiotów nie zmienisz. To są zwykłe rekwizyty”, „Ja tak bardzo nienawidzę ludzi” czy „Dzisiaj wyjątkowo nie chciało mi się rzygać”, pojawia się jeden wielki zgrzyt. Płomienna nienawiść, jaką obydwoje darzą ludzkość, dziwi, biorąc pod uwagę stwierdzenia narratora, że „trzeba kochać i być dobrym dla innych”. Mówi, że na świecie byłoby lepiej, gdyby tylko ludzie podchodzili do siebie z miłością i dobrocią – może więc zmienianie świata warto zacząć od siebie?

Żal, że w ogólnym rozrachunku to tak słaba książka – bo trafiło się również w Maszynopisie z Kawonu kilka fragmentów, obrazów, które uważam za naprawdę dobre. Kilka prostych, ale zaskakująco obrazowych metafor i jeden ujmujący moment smutnej szczerości, bez epatowania wyższością – jak kwiatek na wysypisku. Niestety toną one w cuchnącej pianie efekciarskiego stylu i pseudointelektualnych wynurzeń, do których prędzej czy później autor z lubością powraca.

Myślę, że taki a nie inny sposób pisania to trochę zgubny efekt zapatrzenia w ulubionych twórców, wśród których Tomasz Kowalczyk wymienia m.in. Prousta, Joyce’a i Leśmiana. I choć jego Maszynopis z Kawonu byłby doskonałym polem do ironicznych popisów krytycznoliterackich (już wyobrażam sobie tekst na jego temat w „Koktajlu z maku” Marty Syrwid), postanowiłam skupić się na rzeczowym wypunktowaniu elementów, które sprawiają, że ta książka jest po prostu zła.

Gdybym miała autorowi coś doradzić, byłoby to: więcej pokory, więcej prostoty oraz zaprzyjaźnienia się nie tylko ze słownikiem wyrazów obcych, ale i poprawnej polszczyzny. I więcej delikatności, o której przecież autor w wypowiedziach na temat tej książki tak często wspomina. Niestety, ja tutaj delikatności nie widzę.

***
T. Kowalczyk, Maszynopis z Kawonu, wyd. Poligraf, Brzezia Łąka 2015.

Ilustracje:
[1] ulleo / pixabay.com
[2] wydawnictwo Poligraf / wydawnictwopoligraf.pl

13 komentarzy:

  1. Szkoda, że natrafiłaś na taką okropność. Drażni mnie, że takie najeżone błędami powieści trafiają do bibliotek i są chwalone przez wielu blogerów. :( Z tego, co wiem, firmy self-publishingowe zatrudniają redaktorów i korektorów, tyle że są to osoby mające ogromne problemy z językiem polskim. Ostatnio przebrnęłam przez powieść „Zamordować dziecko”, w której też było mnóstwo szkolnych błędów, i po przeczytaniu ze zdumieniem dowiedziałam się, że redagował ją ktoś, kto ukończył filologię polską i prowadzi blog z poradami językowymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to drażni, a tutaj historia podobna, choć chyba jeszcze bardziej szokująca: korektę tej książki robiła pani, która jest doktorem nauk humanistycznych i podobno przez wiele lat była redaktor naczelną wydawnictwa Ossolineum. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba z takim wykształceniem i doświadczeniem nie zdawała sobie sprawy z takich błędów, więc tłumaczę sobie to w ten sposób, że z jakichś względów zrobiła tę korektę nieuważnie i na kolanie – co też chwały nie przynosi :(.

      Usuń
  2. „Poczułem się, jakby ktoś wbił rękę w zegar mojego DNA i zawirował sekundnikiem, zezwalając na repetę sprzężeń tych samych asumptów, w tym samym punkcie odniesienia i koincydencji” - przecież to jest piękne :D :D :D. Dawno żadne zdanie mnie tak nie rozbroiło. Pozostałe cytaty również perełki. Podziwiam Cię, że dałaś radę przebrnąć przez te bełkoty, bo ja bym pewnie rzuciła w kąt, choć nieczęsto zdarza mi się nie doczytywać książek. Jednak bardziej niż pseudoartyzm autora (choć dzisiaj wyjątkowo chciało mi się rzygać, jak czytałam te cytaty ;)) boli mnie to, co zrobiła, a raczej czego nie zrobiła korekta i redakcja. Dotyka mnie to osobiście, bo niejako psuje mi to reputację. Pewnie trochę przesadzam, ale jest to bardzo smutne. Zadziwia mnie też, że komuś nie było wstyd się pod korektą podpisać. Poza tym wkurza mnie fakt, że ktoś bierze za coś pieniądze, a potem swoją pracę olewa. Redakcja i korekta to naprawdę nie jest praca dla każdego, a fakt ukończenia studiów filologicznych i ogólna znajomość języka polskiego nie są gwarantem, że ktoś się do tego nadaje... Pozdrawiam załamana ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że choć w ten sposób ta publikacja wzbudziła uśmiech na Twojej twarzy, Aniu ;). Ja właśnie też cierpię na tę chorobę, że nie potrafię nie kończyć, a w tym przypadku doszło jeszcze zobowiązanie, jakiego się podjęłam wobec autora. Więc brnęłam dzielnie do końca.

      Jeśli chodzi o korektę i redakcję – redakcji tutaj nie było wcale, a co do korekty, zajrzyj pięterko wyżej, co piszę w odpowiedzi na komentarz Koczowniczki. To nawet nie ktoś z przypadku, ale osoba, która powinna mieć język polski w małym palcu. Biorąc to pod uwagę, cała sprawa jest podwójnie smutna. A może i potrójnie :(. Podzielam więc poczucie załamania! Ale też pozdrawiam ;)

      Usuń
  3. Hej, czy przypadkiem to nie jest ten poemat, który swego czasu autor starał się wcisnąć dosłownie każdemu z blogosfery? I o dziwo był masowo recenzowany, ale raczej w stylu: "ja się na poezji nie znam, ciekawa rzecz, ale nie moja bajka"? Wiedziałam, wiedziałam, że coś tu śmierdzi :D a tymczasem recenzje były takie: https://www.goodreads.com/review/show/1216977342
    O jak ja się cieszę, że mnie te odbyty nie skusiły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie poemat, jest to pisane prozą – ale reszta się zgadza ;). Ze dwie czy trzy trzeźwe recenzje czytałam, ale większość była faktycznie na zasadzie: „ambitna literatura, bo trudno się czyta”. A tę opinię Olgi tłumaczę sobie tylko obawą, by nie urazić uczuć autora, bo szczerze nie rozumiem, jak książka pełna takich potworków językowych może się podobać :(. Ja żałuję, że mnie nikt o odbytach nie ostrzegł, rzeczywiście kuszące to one nie są ;(.

      Usuń
    2. Okej, wreszcie się dowiedziałam, bo mdło zazwyczaj to było określane i byłam pewna, że to poemat. A tu proza poetycka, no dobrze. Ech :(

      Usuń
  4. Na podstawie wyimków nasuwa się tylko jeden komentarz: to jakaś (literacka) masakra. Nawet nie grafomania, tylko nadgrafomania. Miałam kiedyś nieprzyjemność czytać podobną książkę nadesłaną przez debiutanta z przerostem ego i brakiem znajomości polskiej gramatyki. Była to książka wyjątkowa, bo po raz pierwszy i jedyny odkąd założyłam bloga... poinformowałam grzecznie autora, że jednak jej nie zrecenzuję, ponieważ nie byłaby recenzja, a wynotowywanie błędów i "pastwienie się" nad autorską nieudolnością ;) Między innymi dlatego - czynnik nieprzewidywalności i zerowa tolerancja dla literackiej szmiry w najgorszym tego słowa znaczeniu - nigdy nie zdecydowałabym się na stworzenie podobnego cyklu. Podziwiam odwagę, sama idea też bardzo szlachetna, bo perełek wśród mało znanych, słabo promowanych książek na pewno nie brakuje, ale też współczuję... Przez co przyjdzie Ci się przekopać podczas tych poszukiwań...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A był chociaż zainteresowany tymi błędami, które mu miałaś do wytknięcia? Czy się uniósł honorem i obraził? Bo mam wrażenie, że tacy ludzie często nie potrafią przyjąć krytyki i zrobić z niej użytku. Wolą się zamknąć w przekonaniu, że są wspaniali i wszystko robią jak trzeba, tylko czytelnicy głupi i nie rozumieją. A przez to jeszcze bardziej się literacko staczają.

      A cykl postanowiłam stworzyć, kiedy zaczęłam pomagać Rafałowi z promocją „Mamy” i uświadomiłam sobie, jakie to trudne. Wcześniej chyba trochę idealistycznie myślałam, że dobra literatura mimo wszystko zawsze się przebije, a tu się okazało, że jednak nie, że mało kto chce pomóc i że bez „pleców” i bez kasy pisarz zostaje skazany na wegetowanie sobie gdzieś tam na uboczu. I do szału mnie to doprowadzało – że o wiele gorsze książki, ale wydane w dużych wydawnictwach, są na ustach wszystkich, i że bez wpływów nic się z tym nie da zrobić. Oczywiście tekst na moim blogu to też jest mało znaczący drobiazg, ale dla takiego debiutanta, którego książkę kupiło najwyżej kilku kumpli i rodzina, każda odrobina uwagi w postaci uważnej lektury ich tekstu i napisania o nim jest na wagę złota, tak mi się wydaje (dla mnie by była).

      Tylko, no, zapomniałam o tym małym fakcie, że choć robię to wszystko dla ludzi takich jak Rafał, to jednak nie wszyscy piszą jak Rafał, a wręcz nie pisze tak nikt ;). I kończy się to w ten sposób. Ale mimo wszystko nadal patrzę w przyszłość z optymizmem! Nawet jeśli nie wyłowię zbyt wielu prawdziwych perełek, mam przynajmniej poczucie, że robię coś dobrego dla ludzkości ;).

      Usuń
  5. Hm, nie wiem, czy doradzałbym delikatność... Gdyby nie wcześniejsze zarzuty, to jej brak pewnie nie byłby wadą. Książka niech będzie niedelikatna, wulgarna, obrazoburcza, chamska - niech tylko będzie dobra.

    Ciekawe, czy po latach u autora to dzieło będzie wywoływać rumieniec wstydu, czy nadal będzie uważał je za majstersztyk?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację, chodziło mi raczej o konsekwencję – skoro już mówi tyle o delikatności, to wypadałoby, żeby ta delikatność się w tej książce rzeczywiście pojawiła. Oczywiście zgadza się, można pisać zupełnie nie-delikatnie, a dobrze; wulgarnie i bezpośrednio, a na swój sposób pięknie. Taki Bukowski nawet jak pisał o wypróżnianiu się i rzyganiu, nie czułam niesmaku, raczej wesołość ;).

      Nie wiem, jakie emocje będzie wywoływać w autorze to dzieło po latach, też jestem ciekawa. Trzymam kciuki naprawdę bardzo mocno, by się nie zamknął w banieczce samouwielbienia, tylko zrozumiał, co było nie tak.

      Usuń
  6. Podziwiam Twoja cierpliwość i opanowanie. Gdyby to na mnie trafiło książkę rzucilabym w kąt po pierwszych 14 stronach.A notka o niej nurzalaby się w jadzie o repecie sprzężen wprost proporcjonalnej do liczby rozprzezonych metafor w tym tekście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po takim pięknym, jakże adekwatnym komentarzu aż żałuję, że nigdy nie przeczytam Twojej recenzji tej pozycji ;).

      Usuń