środa, 16 maja 2018

Tyfus i miłość, której nie było – „Gorączka”, Mary Beth Keane

Z sensacyjnej historii kucharki Mary Mallon, Tyfusowej Mary, pierwszego w Stanach rozpoznanego przypadku nosicielki tyfusu, Mary Beth Keane upichciła trochę opowieść o życiowej pasji, z której nie sposób zrezygnować, a trochę – love story. Kluczowy składnik upichconego dania, czarujący alkoholik i narkoman Alfred Briehof, jest jednak od początku do końca wymysłem autorki. I co z tym fantem zrobić?

O tym, kim była Tyfusowa Mary, jak zyskała swój przydomek i dlaczego ostatecznie na kilkadziesiąt lat została odizolowana od społeczeństwa w małej chatce na szpitalnej wyspie North Brother, szczegółowo pisać nie będę. Tę historię bez problemu znajdziecie w internecie. Skupię się natomiast na tym, jaką Mary Mallon prezentuje nam autorka Gorączki, oraz co akcentuje (a co dopisuje) w jej historii życia – i z jakim efektem.

Portret głównej bohaterki jest nakreślony bardzo starannie – Keane pokazuje ją jako kobietę wybuchową i temperamentną (jak na Irlandkę przystało), pewną siebie, silną i niezależną, ale nie wolną od wątpliwości i obaw. Mary walczy jak lwica z lekarzami i wymiarem sprawiedliwości, upiera się przy swoim, domaga się prawa do wykonywania ukochanego zawodu, ale tak naprawdę wypiera prawdę o sobie, zdaje sobie sprawę, że może rzeczywiście stwarzać zagrożenie dla otoczenia, przypomina sobie małego synka rodziny Kirkenbauerów, u której pracowała, zmarłego na tyfus – i nie potrafi sobie wybaczyć.

Artykuł gazecie, opisujący przypadek „Tyfusowej Mary”.
Trudno jednak jej się dziwić, że nie chciała przyjąć do wiadomości swojego nosicielstwa. Wyobraźmy sobie, że jest coś, co kochamy robić najbardziej na świecie, i co w dodatku zapewnia nam w miarę dostatnie życie, aż pewnego dnia ktoś mówi nam, że nie możemy dalej realizować się w tej pasji, nie i basta! Mary była kucharką z powołania, uwielbiała swój zawód i nie potrafiła się pogodzić z tym, że zamiast gotować będzie musiała od rana do nocy harować za grosze jako praczka. Nie dziwię się więc, że potajemnie wracała do zawodu, choć zdawała sobie sprawę z zagrożenia – i Mary Beth Keane też zdaje się temu nie dziwić. Tylko czy aby nie jest to z jej strony trochę zabieg à la Nabokov i Lolita, oddawanie głosu postaci, która świadomie postępowała źle, i stawianie jej w lepszym świetle, niż na to zasługuje?

Toksyczna miłość, której nie było

Również poprzez stosunek Mary do Alfreda autorka kreuje bohaterkę jako kobietę skrywającą w sobie ogromne pokłady czułości. Twarda, samodzielna i pyskata Mary Mallon pozostaje bezbronna wobec uroku swojego życiowego partnera, który nigdy nie zdobył się na to, by zaproponować jej małżeństwo, a do tego nieustannie uprzykrzał jej życie, najpierw swoim alkoholizmem, później – uzależnieniem od morfiny i heroiny. Postać Alfreda jest zresztą również nieoczywista, daleko mu do pięknego hultaja, który bez skrupułów wykorzystuje oddaną mu kobietę; to facet bez wątpienia również zakochany w Mary, na swój sposób dobry, ale słaby i podatny na pokusy. Złożony obraz ich toksycznego, choć opartego na szczerym uczuciu związku, był dla mnie mocną stroną całej powieści.

Dlatego też poczułam się trochę oszukana, gdy po sprawdzeniu źródeł odkryłam, że w rzeczywistości żadnego związku nie było, a Alfred Briehof to wytwór wyobraźni autorki. Natknęła się ona jedynie na wzmiankę o przyjacielu-imigrancie, a całą resztę historii dopisała. By ocieplić wizerunek Mary, by dodatkowo uzasadnić wrogość otoczenia i opinii publicznej wobec niej (kobieta żyjąca z mężczyzną bez ślubu!) i, cóż, zapewne też po to, by uczynić całą opowieść bardziej atrakcyjną dla czytelników, zwłaszcza tych płci pięknej. I choć taki czytelnik, uświadomiwszy sobie, że dał się zwieść, może mieć do autorki żal za doszywanie na siłę tak obszernego, fikcyjnego wątku (bo czy naprawdę trzeba do historii życia Mary Mallon, ciekawej samej w sobie, dopisywać jeszcze romans?) trzeba przyznać, że wątek ten jest po prostu bardzo dobrze zrobiony. A prawem autora jest zmyślać i koloryzować, jeśli tylko nie mamy do czynienia z biografią, a jedynie opowieścią zainspirowaną czyimś życiem.

Ciała ofiar katastrofy parowca General Slocum,
wyrzucone na brzeg wyspy North Brother.
Nowy Jork? Tak. Historia medycyny? Mało!

Relacjonując losy swoich bohaterów, Mary Beth Keane maluje również obraz Nowego Jorku z początku XX wieku – kulturowego tygla, przyciągającego obcokrajowców, dla których rzeczywistość okazuje się jednak bardzo odległa od „amerykańskiego snu”. Miasto jest brudne i pełne śmierdzących targowisk, samotnym osobom trudno znaleźć wygodne lokum i skazane są na przytułek lub spanie w wynajmowanych pokojach wraz z kilkunastoma innymi lokatorami, wcale nie jest też łatwo znaleźć pracę, a kiedy już się to uda, nierzadko trzeba harować od rana do nocy w fatalnych warunkach. Mowa oczywiście o czasach, gdy przepisy bezpieczeństwa jeszcze praktycznie nie istniały – autorka obrazowo pisze m.in. o wielkim pożarze w fabryce odzieży Triangle Shirtwaist, który pochłonął życie prawie 150 osób, ale wspomina również o katastrofie parowca General Slocum (ponad 1000 ofiar – aż do ataku na World Trade Center było to najtragiczniejsze wydarzenie w historii Ameryki) oraz, oczywiście, o zatonięciu Titanica.

Nie zgadzam się za to ze stwierdzeniem z okładki, że równoprawnym bohaterem powieści jest również ówczesny rozkwit medycyny. Rozczarowująco mało uwagi autorka poświęca fenomenowi nosiciela gorączki tyfusu, nie wyjaśnia, w jaki dokładnie sposób Mary zarażała innych i jak dochodzili do tego lekarze. Jesteśmy wraz z Mary w szpitalu i na wyspie North Brother, ale rozmowy medyków pozostają za zamkniętymi drzwiami gabinetu i wiemy tak samo mało jak ona. Być może pisarka bała się zanudzić czytelnika medycznymi detalami, być może nie czuła się pewnie w tej tematyce, ale jestem pewna, że przy wsparciu medycznego konsultanta można by było wzbogacić tę opowieść o dodatkowy, fascynujący wymiar.

Tak wygląda dziś wyspa North Brother, gdzie
przetrzymywano Mary. Na końcu recenzji podaję link do strony,
na której obejrzeć można więcej zdjęć tej upiornej wyspy.
Poza tym drobnostki – zabrakło mi na przykład wyjaśnienia, dlaczego po tym jak Mary przestała stawiać się do kontroli, przez tyle lat nikt specjalnie jej nie szukał. Skoro była aż tak niebezpieczna, dlaczego Soper nie postawił całego miasta na nogi, aby ją odnaleźć? A skoro już mowa o Soperze – o nim także chętnie przeczytałabym więcej, bo to interesująca postać, pozostająca do końca trochę w cieniu. Jaka była jego motywacja, kiedy tak zawzięcie tropił Mary? Czy był bezwzględnym karierowiczem, czy naprawdę leżały mu na sercu losy ludzi, których zarażała?

Podobało mi się natomiast to, że pewne fragmenty historii autorka przedstawia z perspektywy Alfreda, i że tworzą one z perspektywą Mary pewną przeplatankę – jedno wydarzenie widzimy zawsze oczyma tylko jednego z nich; kiedy jedno o czymś opowiada, drugie milczy. W ten sposób część opowieści pozostaje zawsze osnuta tajemnicą i sami musimy sobie ją dopowiedzieć.


Cieszę się więc, że spędziłam swoją majówkę z Gorączką. Czyta się bardzo przyjemnie, a dzięki lekturze dowiedziałam się, kim była Tyfusowa Mary i jak wyglądało życie w Nowym Jorku sto lat temu. Pamiętajcie jednak – to nie jest biografia, to nie jest dokument. To po prostu powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, zainspirowana losami autentycznej postaci. Oraz próba zrozumienia, co ta postać, znienawidzona i potępiana, mogła myśleć i czuć.

***
M. B. Keane, Gorączka, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 (premiera: 23 maja).

Na koniec ciekawostka związana z historią Mary Mallon. Szpitalna wyspa North Brother, na której Mary spędziła w izolacji dużą część swojego życia, od lat 60. jest opuszczona. Dziś, ze swoją mroczną historią (była miejscem śmierci wielu chorych na gruźlicę, a u jej wybrzeży wyłowiono setki ciał po wspomnianej katastrofie parowca General Slocum) i postapokaliptycznym krajobrazem, stanowi jedno z najbardziej upiornych miejsc w Nowym Jorku. Jej zdjęcia można zobaczyć na przykład tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Lupo / Wikimedia Commons,
[3] Gustav Scholer / Wikimedia Commons,
[4] reivax / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony Wydawnictwa Literackiego / www.wydawnictwoliterackie.pl.

8 komentarzy:

  1. Jestem historykiem, więc ta książka jest idealna dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w takim razie można potraktować jako uzupełnienie wiedzy historycznej – akurat jeśli chodzi o realia historyczne, z tego co wiem, autorka nie zmyślała ;).

      Usuń
  2. Nęciła mnie ta Tyfusowa Mary właśnie ze względu na tę medycynę - coś w stylu medycznego Alienisty, ależ to by mogło być smakowite. Widzę, że bym się trochę rozczarowała. Już mniej mnie nęci. Bo ileż można tych pseudohistorycznych obyczajów z romansem? Może lepiej się pokusić o "Alias Grace" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca wiem, o co chodzi w „Alieniście”, ale tam też chyba w centrum jest wątek kryminalny, a tego w „Gorączce” nie ma w ogóle. Byłam przekonana, że powieść będzie właśnie pokazywać, jak Soper dochodził do tego, że to Mary roznosi tyfus, ale nie, tak naprawdę akcja zaczyna się już w momencie, kiedy zagadka jest rozwiązana i zaczyna się gehenna bohaterki. I medycyny mało. Za to miłości, tej zmyślonej, dużo. Więc niestety, ale faktycznie myślę, że mogłabyś się rozczarować :).

      Usuń
  3. Ależ to dobra recenzja jest Aniu. Wielkie dzięki za nią, bo książką się interesuję od jakiegoś czasu i już wiem, czego oczekiwać. Czuję się zawiedziona, że jednak mało o samej medycynie ówczesnego czasu, liczyłam bardzo na ten wątek, wszak książka o chorobie. Dobrze za to, że jest Nowy Jork. Zaciekawiłaś mnie też osobą Alfreda, mimo że to fikcyjna postać, to interesuje mnie jego perspektywa. I oczywiście, a zasadzie przede wszystkim, główna bohaterka mnie bardzo intryguje, choć jeśli zabieg jak w "Lolicie", to od razu przestaję jej ufać. W każdym razie książka wciąż mnie interesuje, jak wypatrzę w bibliotece, na pewno po nią sięgnę, już zdecydowanie bardziej świadoma tego, z czym będę mieć do czynienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) Mnie też od razu zainteresowała, głównie tym wątkiem medycznym, który niestety trochę rozczarował. Warto się nastawić, sięgając po tę książkę, raczej na obyczajówkę i romans z historią w tle. Natomiast jeśli o tę „Lolitę” chodzi, tego porównania użyłam chyba trochę na wyrost, chodziło mi o sam mechanizm przedstawiania wydarzeń, ale te historie to jednak zupełnie inna bajka – Nabokov świadomie stworzył niegodziwego bohatera, który wybiela się w oczach czytelnika, to ze strony pisarza i jego postaci oszustwo, a Mary Beth Keane chyba po prostu współczuje swojej bohaterce i dlatego w taki a nie inny sposób przedstawia jej motywy, przemyślenia i odczucia. Nie sądzę, żeby chciała nam celowo zamydlić oczy :). Jeśli będziesz mieć okazję, przeczytaj, chętnie wtedy z Tobą o tym porozmawiam :).

      Usuń
    2. W taki razie obiecuję, że podejdę do kreacji bohaterki bez żadnych uprzedzeń i założeń, a jak przeczytam, to sobie o tym pogadamy :)

      Usuń