piątek, 1 czerwca 2018

Sherlock po angielsku – lekko (za lekko?), łatwo i przyjemnie

Nauka języków to dziś podstawa, a najlepiej, jak wiadomo, uczyć się przez zabawę. Na przykład – czytając w oryginale. Ponieważ jednak, zwłaszcza na początku nauki, nie jest to proste, powstaje wiele wydawniczych serii, ułatwiających zapoznawanie się z dziełami w językach obcych. Nie tak dawno pisałam u siebie o dwóch tego typu pozycjach od wydawnictwa [ze słownikiem], dziś biorę pod lupę publikacje wydawnictwa 44.pl i Ringier Axel Springer, również do nauki angielskiego.

Twórcy serii postanowili nie bawić się w tłumaczenie pojedynczych słówek, ale po prostu zestawić oryginalny tekst z jego przekładem. Pomysł bardzo dobry. Znikają bowiem problemy typu „nie ma tłumaczenia słówka, którego potrzebuję” czy „jest tłumaczenie, ale nie w tym znaczeniu, co trzeba” – przekład całości w końcu musi mieć sens.
Seria ma z założenia przybliżać klasykę literatury pięknej – zainaugurowana przez Przygody Sherlocka Holmesa, w kolejnych tomach ma uczyć angielskiego m.in. wraz z Piotrusiem Panem, Guliwerem, Moby Dickiem czy Lordem Jimem. I to też jest dobra myśl, bo w końcu miło móc się pochwalić, że czytało się Robinsona Crusoe czy Alicję w Krainie Czarów w oryginale. Ale, ale! Zanim popłyniemy na fali samozachwytu, muszę zauważyć, że…

...są to adaptacje.

Nie mamy więc do czynienia z oryginalnymi tekstami powyższych dzieł, lecz ich literackimi opracowaniami (co wydaje się oczywiste – seria dla początkujących i Moby Dick?). I ja to oczywiście rozumiem, wszak wiele klasycznych dzieł nie było pisanych językiem lekkim, łatwym i przystępnym. Ale z tego powodu seria nadaje się tylko dla czytelników na pewnym, niezbyt zaawansowanym, poziomie znajomości języka. Dla pozostałych może się okazać zbyt małym wyzwaniem.

Bo język adaptacji jest bardzo prosty. Na moim przykładzie: zwykle czytanie po angielsku zajmuje mi sporo czasu i mocno się męczę, ale The Adventures of Sherlock Holmes w serii wydawnictwa 44.pl byłam w stanie czytać bardzo szybko praktycznie bez zaglądania do przekładu. Na stronę polskojęzyczną spoglądałam co jakiś czas raczej z przyzwoitości, i to bardziej pod kątem jakości przekładu, dokonanego, jak głosi stopka wydawnicza, przez „Redakcję”. Jakość nie jest najgorsza, wyłapałam co prawda kilka niezręcznych sformułowań, powtórzeń i literówek, ale czytało mi się dobrze. Tylko że, znów – język jest chyba zbyt prosty, by uczyć się na nim literackiego przekładu (a na taką naukę, prawdę mówiąc, też trochę liczyłam).
Dla kogo?

Z myślą o czytelnikach bardziej zaawansowanych mam wizję osobnego cyklu w ramach serii, przybliżającego już oryginalne, nie zaadaptowane wersje utworów, zestawione z kanonicznymi ich przekładami. Oczywiście domyślam się, że to kwestia dodatkowych wydatków związanych z prawami autorskimi, ale nie tracę nadziei, że kiedyś czegoś takiego się doczekamy.

Wracając zaś na ziemię – myślę, że seria „Czytamy w oryginale” jest po prostu przyjemnym sposobem na podszlifowanie swojego angielskiego dla osób nie znających jeszcze języka za dobrze. Jeśli nie jesteście pewni, czy to poziom odpowiedni dla Was – można zawsze kupić jeden tom na spróbowanie. Nowe tytuły wychodzą od kwietnia co dwa tygodnie i są dostępne w salonikach prasowych i kioskach Ruchu, a także na stronie Literia.pl. Pełna lista wygląda tak:

Przygody Sherlocka Holmesa (premiera 18 kwietnia), Rozważna i Romantyczna (premiera 2 maja), Wyspa skarbów (premiera 16 maja), Piotruś Pan (premiera 30 maja), Robinson Crusoe (premiera 16 czerwca), Przygody Tomka Sawyera (premiera 27 czerwca), Moby Dick (premiera 11 lipca), Przygody Guliwera (premiera 25 lipca), Alicja w Krainie Czarów (8 sierpnia), Ostatni Mohikanin (premiera 22 sierpnia), Lord Jim (premiera 5 września), Drakula (premiera 19 września), Tajemniczy ogród (3 października), Biały Kieł (premiera 17 października), Trzech panów w łódce (premiera 31 października) Czarnoksiężnik z Krainy OZ (premiera 14 listopada), Pollyanna (premiera 28 listopada), Opowieść wigilijna (premiera 12 grudnia).

Dużo napisałam o formie i wydaniu, mało o treści, czyli samych przygodach Sherlocka Holmesa. Dziwnie jednak czułabym się, recenzując utwory Arthura Conan Doyle'a na podstawie ich skróconych i zaadaptowanych wersji. Nadrobię to, kiedy tylko sięgnę po pełne, oryginalne teksty autora.

*** 
A. Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa w wersji angielskiej i polskiej, adaptacja: Katarzyna Duda, przeł. Redakcja, wyd. 44.pl, 2015/2018.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

7 komentarzy:

  1. Wielka szkoda, że to tylko adaptacje. Rozumiem zamysł, jednak trochę przykro, że wydawnictwa nie myślą o tych, którzy angielski chcą wnieść na wyższy poziom, a nie utrwalać podstawy. Chociaż czytanie w innym języku zawsze pomaga w płynności posługiwania się nim. Ja od dłuższego czasu czytam "Mit urody" w oryginale i idzie mi opornie ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi adaptacjami to chyba taka praktyka od lat, pamiętam z domu podobne książki z zaadaptowanymi wersjami klasyków, z których angielskiego uczył się jeszcze mój tata. Ale fakt, byłoby miło, gdyby ktoś pomyślał o takiej serii dla osób na trochę wyższym poziomie znajomości języka.

      A ten „Mit urody” to chyba nie jest literatura piękna, tylko bardziej naukowa? Pewnie też dlatego czyta się trudniej?

      Usuń
    2. Odpowiedź po latach... wybacz.
      Tak, to prawda, wydawnictwa chyba po prostu lubią te ułatwione wersje książek, bo na nich świetnie można uczyć się języka. Gdybyśmy mieli czytać klasyków w oryginale to mogłoby być trudniejsze :). Ale jednak to rozumienie na zupełnie innym poziomie, którego nie powinno się pozbawiać czytelnika. Więc apeluję o serie dla tych bardziej zaawansowanych ;).

      Tak, "Mit urody" to esej feministyczny. Więc czyta się opornie i przez to, nie ukrywam, rzadko po niego sięgam ;). Następnym razem przeczytam jakąś przyjemną beletrystykę w oryginale.

      Usuń
  2. A moja córka z okazji Pierwszej Komunii dostała polsko-angielską Biblię. Czytamy ją na zmianę- ja po angielsku, ona po polsku, tak żeby każdej było trudniej ☺bo pierwszym językiem mojego dziecka ciągle jest angielski,a moim zawsze będzie polski.
    Angielski znam jednak całkiem nieźle i choć raczej plynnie czytam w tym języku , to lubie takie dwujęzyczne formy. Owszem, zerkam wówczas na polską wersję, bo zwyczajnie jestem jej ciekawa.
    Pozdrawiam
    http://czytamiznikam.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze sobie myślałam, że to fantastyczna sprawa, takie wychowywanie się dziecka w dwujęzyczności – mając kontakt z dwoma językami od małego, kiedy najwięcej się chwyta, bez większego trudu przyswaja obydwa :). Zawsze też trochę tego zazdrościłam ;). Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Lektura w sam raz dla mnie. Ale ja mam tak, że z czytaniem po angielsku nie mam problemów, rozumiem dużo, za to w konwersacjach wypadam gorzej. Świetnie, że zrecenzowałaś tę książkę. Myślę, że taka forma z adaptacją się sprawdzi na polskim rynku wydawniczym. Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, mówienie w każdym obcym języku to i dla mnie wyższa szkoła jazdy ;). A też, jeśli się nie wyjeżdża często za granicę, nie ma za bardzo możliwości ćwiczenia. Za to z czytaniem nie ma problemu, publikacje podobne jak powyższa wyrastają jak grzyby po deszczu. Też pozdrawiam!

      Usuń