niedziela, 23 września 2018

W poszukiwaniu straconej wolności – „Guwernantka”, Vladimír Macura [patronat]

„Marzenia są jak garść puchu: wystarczy najlżejszy powiew i nie ma po nich śladu” (s. 220).

Vladimír Macura porusza w swojej Guwernantce cały szereg tematów – maluje portret XIX-wiecznego Wrocławia, pokazuje różne postawy względem rewolucyjnych ruchów w dobie czeskiego odrodzenia narodowego, zwraca uwagę na problem tożsamości narodowej polskich mieszkańców niemieckojęzycznego Wrocławia, zastanawia się nad istotą poezji. Będę jednak szczera – wszystkie te wątki zeszły dla mnie na dalszy plan w stosunku do historii młodej kobiety zamkniętej w klatce nieszczęśliwego małżeństwa z jednym z największych XIX-wiecznych czeskich poetów.

Mowa o Františku Ladislavie Čelakovskim, który w powieści Macury ukazany zostaje jako postać antypatyczna, z niezwykle przerośniętym ego. Myśli sobie na przykład tak:

„Ale Szyjkowski, dyletant, który z mozołem pnie się na niemiecki Parnas, pewnie nie przeczytał żadnego z moich wierszy. Goni za nie wiadomo jakimi nowinkami z zagranicy, a nie widzi, że najprawdziwsze źródło najczystszej poezji ma tuż pod nosem” (s. 47).

Tymczasem jego poezji, choć formalnie doskonałej, brak uczuć – dlatego Antonie nigdy nie powiedziała o niej, jak o poemacie dyletanta Szyjkowskiego, że „żyje i oddycha”. Oschłość poety, brak fantazji, małoduszność przejawiają się na różne sposoby – Čelakovský nie włącza się aktywnie w wydarzenia w Pradze, a nawet bezlitośnie potępia tych, którzy decydują się po wolność sięgać czynami, nie słowami.

Jest próżny i kłótliwy. „Gardzi spokojną pogawędką, musi się kłócić” (s. 34). Uważa, że żona powinna być bezgranicznie szczęśliwa, że wybrał właśnie ją: „Ma w domu poetę, i to z prawdziwego zdarzenia, jada z nim przy stole, sypia w jednym łożu – jeszcze jej nie dość?” (s. 80). W pewnym momencie obwinia ją wręcz o to, że on sam zaczyna fantazjować o służącej. Trudno nie ulec wrażeniu, że traktuje ją wyłącznie jako „narzędzie” rozładowywania erotycznego napięcia, narzędzie, którym w gruncie rzeczy gardzi:
„Najchętniej czytałaby od rana do wieczora, a gdyby miała więcej czasu, ani chybi sama zaczęłaby pisać powieści. Występowałby w nich nudny profesor, pewna głęboko nieszczęśliwa kobieta o wzniosłych ideałach i cała chmara zakochanych młodych awanturników. Nawet gotować nie umie, laleczka z porcelany. Przy spełnianiu obowiązku małżeńskiego zamyka oczy i aż do końca leży jak kłoda. A w myślach niewątpliwie rozpamiętuje co pikantniejsze sceny z romansów albo z własnych nieprzyzwoitych snów” (s. 98).
Pięknym dodatkiem do książki są fotografie i ryciny dawnego Wrocławia.
Čelakovský odmalowany przez Macurę nie szanuje żony, chce ją sobie całkowicie podporządkować: „Jestem zły, bo ucieka w świat słów, który nie wypowiedziałem ja” (s. 50). Ma pretensje, że Antonie zamyka przed nim szufladę w szafce, porównuje ją z byłą żoną, która nigdy nie miała przed nim żadnych tajemnic. Momentami jego pretensje osiągają wymiary wręcz absurdalne: „Dzisiaj bladość jest wprost niewiarygodnie zaraźliwa. Marie zbladła tylko raz w życiu: kiedy umarła” (s. 55).

Marie wciąż jest w jego głowie, do Antonii zdaje się żywić nie tylko pogardę, ale wręcz nienawiść: „Patrzyłem na rozczochrane ciemne włosy i niemal życzyłem jej zbliżającego się nieuchronnie bólu” (s. 83). Posuwa się nawet do skandalicznego stwierdzenia, że „jest tu tylko w zastępstwie pewnej nieboszczki” (s. 117). Czytelnik odnosi więc wrażenie, że bohater ożenił się po raz drugi tylko po to, by uciec od myśli o starości, „powstrzymać przemijanie” („sądziłem, że będę przy niej młodnieć” – przyznaje), oraz by jego dzieci nie pozostały bez kobiecej opieki. Guwernantką – tym, rzeczywiście, miała być. „Wodzę wzrokiem za swoją rodziną jak kwoka za kurczętami. Jak guwernantka za podopiecznymi” (s. 29) – żali się Antonie.

Pomijając zresztą jego ukochaną Marie, która zasłużyła sobie na tę atencję swoją potulnością, posłuszeństwem i pokorą, Čelakovský z powieści Macury nie znosi kobiet. Najchętniej każdą z nich zamknąłby na cztery spusty w domu, między kuchnią a pokojem dziecinnym. „To takie nieprzyzwoite, kiedy kobiety i mężczyźni podróżują jednym dyliżansem. Zwłaszcza w nocy. Powinno się tego zakazać. Co na to Kościół? Czemu te kobiety ciągle gdzieś nosi? Nie mogą usiedzieć w domu? Mało to bałaganu jest już na tym świecie?” (s. 165).

Czy był taki naprawdę? W pewnym momencie Macura jak gdyby wygląda spomiędzy linijek powieści, z uśmiechem – jako pisarz ma prawo do takich zmyśleń, a postać, o której pisze, nie ma nic do powiedzenia:
„Oprócz tych skromnych śladów wszystko inne zniknie, zwietrzeje jak zapach cynamonu unoszący się nad filiżanką kawy u państwa Jungmannów. Choć jeśli o nim napiszę – jeśli ktoś o nim napisze – przyszłe pokolenia będą mogły go poczuć. Nie ma znaczenia, jakim byłeś człowiekiem, którędy podążały twoje myśli i nad czym się trudziłeś – zostanie po tobie tylko to, co ktoś pospiesznie naskrobie piórem (…). I nieważne, że za owym zapisem stoi czyjaś złośliwość albo niebezpieczna skłonność do fantazjowania: zawrze się w nim twoje dalsze życie” (s. 84).
Guwernantka wpisuje się więc w popularny dziś w literaturze czeskiej nurt tworów z pogranicza biografii i fikcji. W podobny sposób historię życia autentycznych postaci opowiadają również Jan Němec w Historii światła czy Jan Novák w doskonałym Nie jest źle.

A jak to wszystko wygląda ze strony Antonie? „Czuję, że jestem nie tam, gdzie powinnam” – przyznaje nieszczęśliwa bohaterka. Na początku, we Wrocławiu, wydaje jej się, że chodzi o tęsknotę za ojczyzną, ale kiedy wracają do Pragi, uświadamia sobie, że nie ma znaczenia, gdzie mieszka. Wychowana do życia w posłuszeństwie, jest jednak rozgoryczona losem, który jej przypadł: „Mąż sprawił mi nową poduszeczkę do igieł i tkaninę do haftu, żebym już nie miała wątpliwości, czym powinnam się zajmować przez resztę życia” (s. 95). Marzy o podróżach, o przygodach, o wielkim uczuciu, zadowoliłaby się też realizacją marzenia o uruchomieniu szkoły dla panien, ale musi podporządkować całe swoje życie i ambicje mężowi.
„Zazdrościłam mu [Pepiemu] ogromnych, bezkresnych przestrzeni, obcych miast, nowych twarzy i doświadczeń, a także odwagi, która pozwoliła mu wszystko rzucić i pójść w świat. Gdyby František czytał w moich myślach, pewnie zaraz by się obruszył (…). I te nowe doświadczenia, też coś! Niech nas Bóg przed nimi chroni – powiedziałby mąż” (s. 94).
I ma rację, bo w głowie jej męża znajdujemy takie oto myśli: „Dostaję wysypki na myśl o tym przemożnym pragnieniu Antonii – zresztą nieudolnie skrywanym – żeby się stąd wyrwać i uciec od naszej banalnej codzienności (…). Czyż nasze życie nie polega na spełnianiu obowiązków?” (s. 156). Pytanie – dlaczego w takim razie zgodziła się na to małżeństwo? Z człowiekiem, do którego starała się ustosunkować życzliwie, ale mimo to od pierwszych chwil budził w niej wstręt? Tłumaczy to sobie sama tak:
„Najwyraźniej od dawna przyświecało mi hasło «Wspierajmy poetów». Troska o nich to przecież służba ojczyźnie! Jak to więc możliwe, że spotkał mnie tak pospolity, ordynarny koniec: wspólne łóżko, upstrzone plamami krwi i nasienia, zastawiony naczyniami stół, mnóstwo szycia i codzienna mordęga z dziećmi?” (s. 128).
Miała mimo wszystko nadzieję, że życie, które wybiera, pozwoli zrealizować jej pragnienia: „Zawsze marzyłam, żeby podróżować do odległych krajów, czegoś dokonać, stworzyć coś, czego wcześniej nie było, przeżyć wielką miłość. Kiedyś Cyganka wywróżyła mi daleką wyprawę – przez jakiś czas myślałam, że Wrocław jest spełnieniem tej wróżby. Ale czar wkrótce prysł. Miałam nadzieję na więcej. Podobnie było z wielką miłością: wciąż pytałam, kiedy wreszcie się pojawi, bo to, co czułam, nie odpowiadało moim wyobrażeniom” (s. 215). Szuka więc dla siebie szczelin wolności – w wolnych chwilach w tajemnicy pisze wiersze i wyobraża sobie, że w łóżku obok niej zamiast starego męża leży ktoś inny: „Wyobrażałam sobie inny dotyk i inne uściski i ani przez moment się tego nie wstydziłam” (s. 197).

Czymś na kształt hasła przewodniego powieści Macury jest ELEGIA, rozumiana jako „tęsknota za tym, co dalekie, nieosiągalne”. Čelakovskiemu wydaje się, że coś o tym wie, ale tak naprawdę to jego żona żyje swoją wielką elegią, pogrążona w melancholii, rozczarowana życiem, jakie przypadło jej w udziale. Dlatego tak dobrze rozumie elegijną poezję Szyjkowskiego, zagubionego w obliczu swojej niejasnej narodowej tożsamości: „Słyszę słowa o utraconej miłości i utraconej ojczyźnie. O utraconym języku, którym dało się niegdyś rozmawiać o zaprzepaszczonej ojczyźnie. ELEGIA: zanurzam się w niej jak w wielkiej łzie” (s. 33). Prócz tego Antonie, świadoma swojej drugorzędnej roli w sercu męża, stwierdza w pewnym momencie, że sama jest dla niego elegią: „A przecież mam być tylko namiastką, wspomnieniem o zmarłej. Tęsknotą za tym, co dalekie. ELEGIĄ” (s. 146).

Ten akcent odrobinę ociepla demoniczny wizerunek Čelakovskiego w oczach czytelnika. Wszyscy bohaterowie tej powieści są na swój sposób nieszczęśliwi, uwięzieni, bezradni wobec paraliżującej tęsknoty, co dobrze oddaje również atmosferę tamtej historycznej epoki. Ze względu na ten nastrój oraz wspaniałe pióro Macury, umiejętność wejścia zarówno w skórę starzejącego się poety, jak i jego młodej, spragnionej życia żony, i za wiarygodność obydwu narracji, obydwu języków, obydwu sposobów opowiadania świata – zdecydowanie warto sięgnąć po Guwernantkę.

***
V. Macura, Guwernantka, przeł. Michał Kunik i Olga Czernikow, wyd. Amaltea, Wrocław 2018.

W recenzji Agnieszki Szymik na portalu histmag.org wyczytać można trochę więcej na temat historycznego tła powieści – polecam. O książce z zachwytem pisała też Księgarka na regale.

2 komentarze:

  1. Z przykrością przeczytałam te cytaty. Straszny człowiek, współczuję tej nieszczęśliwej kobiecie, jego żonie, która w dodatku żyła bardzo krótko, bo zaledwie 35 lat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te same emocje towarzyszyły mi przy lekturze. A jak sobie pomyślę, ile było wtedy takich ukrzyżowanych kwiatów, takich Antonii, ambitnych, spragnionych życia, a zdegradowanych w małżeństwie do roli nałożnicy i matki dzieciom – myślę sobie, że bądź co bądź, ale jednak nie żyjemy w takich złych czasach.

      Usuń