poniedziałek, 12 listopada 2018

Krytyka umiera, Facebook to potwór, a eksperymentalne ziemniaki trudno sprzedać – Festiwal Conrada 2018: Przemysły Książki

Co roku Festiwalowi Conrada towarzyszy pasmo Przemysły Książki, w ramach którego odbywają się spotkania dotyczące szeroko pojętej branży książkowej. Gości przepytuje Marcin Wilk (Wyliczanka). Tegoroczny program pasma był wyjątkowo interesujący – mowa była m.in. o tym, czy aby pisać o książkach potrzebne jest wykształcenie uniwersyteckie, o roli internetu w dzisiejszym życiu literackim i o doli małych wydawców. Część ze spotkań prześledziłam w całości, z niektórych musiałam wyjść wcześniej, poniżej jednak garść zanotowanych obserwacji.

W debacie „Magister krytykiem. O znaczeniu wykształcenia uniwersyteckiego” udział wzięli prof. Ryszard Koziołek i Bernadetta Darska, aktywnie włączyły się jednak w rozmowę również siedzące na widowni Inga Iwasiów i Paulina Małochleb. Iwasiów stwierdziła m.in., że krytyk to „zawód” w zaniku, że nie ma już żadnego wpływu na sprzedaż, jego działania niewiele już też mają wspólnego z komentowaniem życia literackiego, a uczenie krytyki nie ma większego sensu. Wpływ i dochody zyskują blogerzy, ale zdaniem Pauliny Małochleb to już nie jest krytyka. Koziołek nie widział wszystkiego w aż tak czarnych barwach („Być może biorę lepsze leki niż Inga”). Po pierwsze – w blogach dostrzega nową, również ważną formę wypowiedzi, po drugie – uważa, że krytycy wciąż są potrzebni, aby uczyć czytelnika, jak wejść w krytyczny dialog z książką, po trzecie – krytyk ma wciąż nad blogerem przewagę w postaci oparcia w środowisku akademickim.

W tym wszystkim uwierał mnie jak zwykle twardy podział na „niedouczonych” blogerów i wykształconych krytyków. Wiem, uogólnienie na potrzeby dyskusji, ale w końcu jest też spora grupa osób, które mimo dyplomu literaturoznawcy ograniczają się do pisania na blogu. (Jest, prawda?). Darska zwróciła uwagę, że na blogach powstają też naprawdę dobre teksty, ale winą za to, że giną one w powodzi tych nieprofesjonalnych i niestarannych, obarczyła wydawców, którzy traktują książkę jak produkt i będąc świadomymi niskiej jakości merytorycznej tekstów i filmów pozwalają się promować popularnym blogerom. Tylko, z drugiej strony… czy można winić wydawcę za to, że chce na swoich książkach zarobić? Czy w imię dbania o wysoki poziom recenzji na blogach mają szlachetnie umrzeć z głodu?

Na „Egzaminie z liter”, czyli spotkaniu o kursach kreatywnego pisania z udziałem Filipa Modrzejewskiego i Izy Michalewicz – a właściwie na tym jego fragmencie, na którym mogłam zostać – nie usłyszałam raczej niczego nowego. Padły dość oczywiste stwierdzenia, że talentu nie można się nauczyć, ale można go rozwinąć; że aby dobrze pisać, trzeba dużo czytać; że ważne jest, aby naprawdę chcieć. Ciekawe było za to pytanie, czy zdaniem gości mogłaby dziś powstać druga Czarodziejska Góra. Zdaniem pana Filipa raczej nie, ponieważ czyta się i sprzedaje inne, mniej wymagające rzeczy, ale jako czytelnik bardzo by sobie tego życzył. Iza Michalewicz dodała, że faktycznie jest dziś tendencja do schlebiania gustom czytelników, jednak autor powinien umieć infekować innych swoją pasją.

Debata „O wpływie Internetu na życie literackie” z udziałem Justyny Sobolewskiej, Łukasza Najdera i Olgi Wróbel (Kurzojady) zaczęła się od krótkiego, lecz brutalnego podsumowania sytuacji w wykonaniu Najdera: fora i blogi, które kiedyś zabiły kulturę polemiki, są już dziś strupieszałe; dziś to samo, co one kiedyś, robi Facebook. Facebook natomiast, z czym zgodziła się Sobolewska, jest potworem, z którego najlepiej byłoby wyjść, ale tkwimy już w uzależnieniu od niego zbyt głęboko. Zgoda, że bywa narzędziem promocji i informacji, ale zarazem jest i narzędziem kompromitacji; daje możliwość dyskusji każdemu, także ludziom z małych ośrodków, ale rzadko te dyskusje są merytoryczne. Zdaniem Najdera to „forum internetowe na sterydzie”, przede wszystkim miejsce hejtu. W dodatku kultura internetu narzuciła nam mordercze tempo przyswajania książek i informacji, przez co czytelnik miota się między euforią (z powodu nowych tytułów) a rozpaczą (że nie będzie miał ich kiedy przeczytać). Fakt, skądś to znam(y).

Wątkiem pobocznym debaty okazało się „czyste”, etyczne promowanie książek. Marcin Wilk zwrócił uwagę, że to blogerzy – od których takiego podejścia się wymaga – rozpoczęli dyskusję na ten temat. Tymczasem, jak zauważył obecny na sali Maciej Jakubowiak, krytycy również są uwikłani w różnego rodzaju zależności, sympatie i antypatie – żaden z nich nie siedzi całe życie w piwnicy, odizolowany od literackiego świata. Podobna uwaga padła z ust Ani Karczewskiej: wygląda na to, że ograniczają nas przede wszystkim nie pieniądze, ale emocje – fakt, że wśród literatów i wydawców są ludzie, których lubimy i którym nie chcemy zaszkodzić.

W trakcie debaty „Czekam na przelew” o finansach w literaturze Aleksandra Małecka (Korporacja Ha!art) opisała sytuację na rynku, porównując książkę do worka ziemniaków; dystrybutorzy wolą niestety rozmawiać z wielkimi wytwórcami ziemniaków, zamiast z małymi wytwórcami eksperymentalnych ziemniaków :). Do tego duże wydawnictwa pozwalają sobie na wydawanie literatury pop, by zarobić na ambitniejsze tytuły, podczas gdy małe oficyny, dbając o swoje dobre imię, ograniczają się do tych drugich. Pragmatyczni, jak wyznała Bogna Świątkowska (Fundacja Bęc Zmiana), często radzą im, żeby po prostu zaczęli wydawać książki, które się sprzedadzą – proste :). A ponieważ przelewy z ministerstwa przychodzą nieraz skandalicznie późno, mali wydawcy nie mają innego wyjścia, jak zapożyczać się lub brać kredyty jako osoba prywatna. Nie jest to jednak problem wyłącznie polski – Świątkowska zauważyła, że w podobnej sytuacji znajdują się małe oficyny na całym świecie. Cieszyć się czy płakać?

Podobne obserwacje pojawiły się na debacie „Wydawczynie. O sile małych oficyn” z przedstawicielkami małych wydawnictw – Julianną Jonek-Springer (Dowody na istnienie), Kamą Buchalską (Książkowe Klimaty) i Anitą Musioł (Pauza). „Fantastyczne hobby polegające na traceniu pieniędzy odłożonych na emeryturę” – tak podsumowała ich działalność Kama, cytując swojego wspólnika, Tomka Zaroda. I tym razem padło stwierdzenie, że mali wydawcy nie mają kasowych tytułów, które zarobiłyby na te niszowe („może poza Szczygłem”). Hasło Karakteru, „Wydajemy co nam się podoba”, jest tak naprawdę hasłem wszystkich małych wydawców – ale trzeba za to płacić.

Co jeszcze sprawia, że prowadzenie małego wydawnictwa nie jest pracą lekką, łatwą i przyjemną? Rozmówczynie zauważyły, że wymaga ono dużej odporności na stres, „bo zawsze coś idzie nie tak”, i wyznały, że brakuje im czytania dla przyjemności. Mała oficyna musi też znosić zalew różnych, nieraz bardzo dziwacznych, wydawniczych propozycji (a jeśli ma się biuro w domu, jak Anita Musioł, zdarzają się też wizyty niezapowiedzianych gości). Tu padły przykłady (Klimaty – serie z RPA czy z Chin, „bo to też południe”, Pauza – „wiem że pani nie wydaje polskiej prozy, ale ja mieszkam w Szwajcarii”, Dowody – „non-fiction o klonie Jezusa w dobie transformacji”). I jeszcze jeden problem – nieterminowość tłumaczy i autorów, którzy niekiedy wręcz znikają na długie miesiące.

W czym więc tkwi tytułowa „siła małych oficyn” – oprócz tego, że „wydają, co im się podoba”? Na przykład w tym, że pomagają sobie nawzajem. I tutaj cichą bohaterką spotkania została Julia Różewicz z wydawnictwa Afera, która z Klimatami w przyjaznej atmosferze dzieli się czeskimi hitami, a dla Dowodów przetłumaczyła wywiad z księdzem Czendlikiem, tylko dlatego, że to taka fajna książka, którą sama chciała wydać :). Tylko w małych wydawnictwach są też możliwe różne odjechane historie, jak 100 egzemplarzy najnowszej książki Szczygła dzięki czyjejś uprzejmości lecące samolotem na Targi Książki w Krakowie (bo zabrakło!).

Jest o czym rozmyślać, prawda? Jeśli macie jakieś ciekawe obserwacje na tematy poruszone w debatach lub na temat samych wypowiedzi gości – podzielcie się, proszę!

45 komentarzy:

  1. Pojechanie po blogerach zawsze robi tak zwanej zawodowej krytyce dobrze na ego. Te same dyskusje rok w rok, te same wnioski i biadania. To monotonne i trochę już nudne, tym bardziej że nic z tego nie wynika, poza tym, że organizatorzy festiwalu mają odfajkwoany punkt programu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Podobne miałyśmy wrażenie, wszystko kończy się na narzekaniu. Nie wiem, czy to po prostu jest taki temat, na który nie da się rozmawiać inaczej, czy jest jakiś sposób, żeby wyjść z tej banieczki niechęci i rozgoryczenia i zacząć bardziej konstruktywną rozmowę?

      Usuń
    2. Byłam na niektórych z tych spotkań, tak jakoś wyszło, i zadziwiło mnie to, że w tych dyskusjach tak rzadko mówiono o konkretnych osobach/blogach/youtuberach itd. Nie pamiętam, jak dokładnie brzmiało pytanie do Bernadetty Darskiej, ale w którymś momencie poproszono ją o to, żeby wymieniła jakiś warty uwagi, niesztampowy blog, na którym pisze się o książkach. Zastanawiała się chwilę i wskazała blog Szafa Sztywniary. Nie słyszałam o nim wcześniej, ale sprawdziłam potem w domu - autorka czasami, raczej rzadko, rzeczywiście o literaturze pisze, ale nie jest to typowy blog książkowy, a chyba właśnie o takich miały traktować te panele. Moim zdaniem to sugeruje, że BD recenzji internetowych raczej sama nie czyta, bo gdyby czytała, to z marszu wymieniłaby co najmniej dziesięć ciekawych miejsc, w których o literaturze piszą amatorzy. Przypuszczam, że profesor Koziołek tym bardziej na takie strony nie zagląda. Więc o czym ci ludzie w ogóle rozmawiali i na jakiej podstawie wyrażali swoje opinie o roli nieprofesjonalnych krytyków?

      Na tych spotkaniach kilka razy padały jakieś niedomówienia: "ten bardzo znany autor, w którego reportażach są takie babole, że...", "ten autor, który właśnie przeszedł z wydawnictwa Dowody na Istnienie do Czarnego" (czy jakoś tak, nie pamiętam dokładnie, czy właśnie o te firmy chodziło). Być może ten światek jest zbyt mały, żeby kogoś skrytykować otwarcie, ale skoro tak, to jak potem można wymagać takiego prawdziwego obiektywizmu i szczerej krytyki od zwykłych nieprofesjonalnych recenzentów?

      Usuń
    3. Ten przykład z Szafą Sztywniary faktycznie nie był zbyt trafiony ;). Darska zastrzegała, że to nie jest właściwie blog książkowy, ale chodzi jej o to, żeby pisać o książkach tak jak autorka tamtego bloga pisze o swoich rzeczach.

      Może właśnie to jest problem z tymi dyskusjami, może dlatego nie za wiele z nich wynika? Biorą w nich udział tak naprawdę ludzie z jednej strony „barykady” (wyimaginowanej). Są debaty krytyków i są debaty blogerów (sobotnia dyskusja w Księgarni pod Globusem miała być chyba trochę połączeniem tych dwóch światów, ale temat był jednak trochę inny). Bernadetta Darska miała być najwyraźniej taką osobą trochę i z tego i z tego świata, ale, jak zauważasz, wygląda na to, że nie orientuje się za dobrze w książkowej blogosferze.

      Ja też nie lubię tych niedomówień, ale i rozumiem opory przed otwartą krytyką. Ludzie nie chcą sobie robić wrogów, głupio im też krytykować kolegów po fachu. Ja bym była jak najbardziej za szczerą, uczciwą, konstruktywną krytyką, taką, która nie pogrąża, ale uczy, ale to wymaga odwagi, i na tym chyba polega problem. Łatwiej jest szeptać komuś za plecami.

      Usuń
    4. W ogóle nie wiem, czemu te dyskusje mają służyć. Czytałem swego czasu o dość żenujących kulisach rankingu blogów książkowych Pressu, które potwierdzały, że ci wszyscy mainstreamowi krytycy o blogach nie mają pojęcia, nie znają i nie czytają, za to lubią sobie wyciągać co fajniejsze kwiatki z opinii na LC i wyrabiać na tej podstawie pogląd o całości. Klasyczny syndrom oblężonej twierdzy, tylko jakoś oblegających nie widać :)

      Usuń
    5. Na tego rodzaju spotkaniach wałkuje się ciągle te same tematy, a pomija równie ważne kwestie, tzn. istotne przynajmniej moim zdaniem: np. osobistą satysfakcję blogera/vlogera z pisania/mówienia o literaturze i brak technicznych czy formalnych ograniczeń.

      Blogerów/vlogerów nie ogranicza wierszówka: możemy napisać (powiedzieć) o książce tylko kilka zdań, ale i tekst, który w prasie zająłby kilka szpalt lub nawet stron. Nikt we wpis czy wypowiedź na vlogu nie ingeruje (np. dokładając idiotyczne śródtytuły) - to jest od początku do końca twórczość własna. Tekstowi/wypowiedzi możemy nadać dowolną formę (również wizualną) i styl - decyzja należy do nas. Sami wybieramy sobie lektury, mogą to być nawet starocie sprzed wieków. Decydujemy o częstotliwości, z jaką publikujemy. Nikt nie ma prawa wymagać od nas obiektywizmu. Możemy być anonimowi. Mamy możliwość bezpośredniej interakcji z czytelnikami/widzami naszych blogów/vlogów (tym samym wystawiamy się na potencjalną krytykę i musimy się z nią mierzyć). Podsumowując: blog/vlog to nasze miejsce w sieci i decydujemy o wszystkim, co się na nim znajdzie.

      Konsekwencją tej do/wolności bywa często (właściwie najczęściej) kicz i grafomania, ale od czasu do czasu trafiamy w sieci na oryginalną, fajną stronę czy kanał, do których potem przez lata będziemy wracać.


      Większość blogerów/vlogerów nie zarabia na swoich stronach/kanałach, zajmujemy się książkami, bo to po prostu lubimy. Z różnych względów ostatnio piszę rzadko, ale jednak piszę, bo na co dzień nie mam z kim rozmawiać o książkach, nie o takich, które ja czytam. Blog zmusza mnie więc mimo wszystko do myślenia. To jest dla mnie najważniejsze. Mniejsza o zasięgi i o to, co tam sobie ktoś na mój temat uważa, zwłaszcza profesjonalny krytyk:).

      Usuń
    6. To, co dla nas jest zaletą, okazuje się wadą, gdy przychodzi do rozmów z wydawcą. "Nie mamy gwarancji, że recenzja ukaże się w jakimś realnym terminie", cytat autentyczny.
      Nasza osobista satysfakcja i poczucie, że robimy to, co lubimy, jakoś faktycznie nie wypływa w tych dyskusjach, bo satysfakcja nie przynosi zysków :P

      Usuń
    7. Właśnie dlatego na takich spotkaniach siedzę na widowni, gdzieś daleko z tyłu, i się nie odzywam, bo nie identyfikuję się z żadną ze stron: ani z profesjonalnymi krytykami, ani z osobami, które tworzą blogi/vlogi po to, żeby promować literaturę, czytelnictwo i (ewentualnie) trochę na tym zarobić.

      Świetnie, że komuś się to udaje, naprawdę, ale takich osób jest niewiele, a blogów/vlogów o literaturze mnóstwo, więc skupianie się w takiej sytuacji na finansach i pomijanie wszystkich innych kwestii to trochę zakłamywanie rzeczywistości. Tak samo jak mówienie o istotnym wpływie blogerów/vlogerów (zresztą krytyków też) na sprzedaż książek - mam wrażenie, że z naszymi opiniami liczymy się przede wszystkim my sami, we własnym gronie, i może dzięki temu rzeczywiście niektóre tytuły popularne wśród blogerów sprzedają się odrobinkę lepiej.

      Usuń
    8. Powiedzmy, że nie zakłamywanie, ale zaklinanie rzeczywistości: jacyś mityczni ktosie zarabiają, wy też możecie, tylko musicie więcej, szybciej, hałaśliwiej, z megazdjęciami. I potem wszyscy się zabijają, żeby przeczytać 5 książek tygodniowo, napisać 6 postów, 10 fotek na insta.
      Ja się od dłuższego czasu zamknąłem w dość wąskim kręgu blogów i z żalem zauważam, jak coraz ich mniej, coraz rzadziej wpisy, bieda, bieda :(

      Usuń
    9. O tym, że blog daje swobodę jeśli chodzi o objętość tekstu, była mowa na spotkaniu, też chyba w ramach Przemysłów Książki, na którejś z poprzednich edycji Conrada. Pamiętam, że zaproszeni goście (Inga Iwasiów i jeszcze ktoś) bardzo narzekali na te narzucane w prasie ograniczenia. Ale faktycznie, o tych zaletach które Aniu wymieniasz nie mówi się za wiele, za to temat pieniędzy powraca jak bumerang, jak gdyby na blogach rzeczywiście zarabiali już niemal wszyscy i to nie wiadomo jakie pieniądze. No ale kasa zawsze budzi emocje, wiadomo.

      To, że nikt z nas nie ma wpływu na sprzedaż – ani krytycy, ani blogerzy – to był główny wniosek z tej debaty pod Globusem. Więc w zasadzie nie wiadomo, o co te kłótnie :).

      Piotr, takiego wydawcę jak od tego cytatu to chyba od razu można sobie darować :).

      Usuń
    10. Darowałem sobie, choć z bólem serca, bo to dobry wydawca. Pomijając idiotyczny mail, który do mnie wtedy wysmarowano :) Tyle że jakaś klątwa padła, bo kupuję ich książki regularnie, a od tamtej pory jakoś o prawie żadnej nie napisałem na blogu.

      Usuń
    11. Oj, to szkoda! Miałam nadzieję, że to jakiś wydawca, którego książek nikomu nie szkoda. Chyba ciągle jeszcze trochę się łudzę, że podejście do blogerów i klasa w kontaktach z nimi idzie jednak w parze z renomą wydawnictwa i jakością wydawanych przez nie książek. A widać niekoniecznie :(.

      Usuń
    12. A nienienie :) To było tak surrealistyczne przeżycie, że sobie je do dziś hołubię w serduszku. Powinienem co prawda napisać, że dała znać o sobie klasa pani z marketingu, a nie wydawnictwa, ale stosunki na innej płaszczyźnie i z inną osobą ułożyły się równie niemiło, więc być może to u nich taki ogólny stan umysłu.

      Usuń
  2. Kiedy, retorycznie (jak rozumiem) pytasz "czy można winić wydawcę za to, że chce na swoich książkach zarobić? Czy w imię dbania o wysoki poziom recenzji na blogach mają szlachetnie umrzeć z głodu?", to w gruncie rzeczy zza tych pytań wyziera nieprzyjemna prawda, że wydawanie książek to taki sam biznes jak każdy inny, i podobnie jak w przypadku produkcji gumki do majtek, sznurka do snopowiązałki i garnków liczy się sprzedaż. Pewnie krytykom literackim wykształconym kierunkowo trudno przychodzi pogodzić się z myślą, że już nie sprawują rządu dusz, a jednocześnie powodzenie rozzuchwala autorki i autorów blogasków, którzy znajdując poklask dla swojej ignorancji i głupoty upewniani są, że są na właściwej drodze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie da się od tego uciec – książki to też biznes. Przy czym stając w obronie wydawców, myślę przede wszystkim o tych małych oficynach, dla których sprzedaż jest tak naprawdę kwestią być albo nie być. A mimo to ma się wrażenie, że to właśnie oni cenią sobie bardziej rzetelną opinię niż byle jak sklecony tekst czy bełkotliwy filmik z tysiącami wyświetleń, inaczej niż niektórzy duzi wydawcy. I chyba nie chodzi tylko o to, że małych wydawców po prostu nie stać na to, żeby blogerom płacić :).

      Nie powiem, żeby te emocje, którymi się dzieliła Darska, były mi całkiem obce. Też mnie czasem boli, że wydawca bardziej chwali się tekstem pełnym literówek, a nawet notorycznie powtarzanych błędów w nazwisku autora czy tytule książki, u poczytnego blogera niż moją recenzją, nad którą siedziałam trzy dni. Ale taka smutna prawda, że ten tekst z literówkami „sprzeda” więcej książek niż moje elaboraty, a rynek jest bezlitosny.

      Usuń
    2. Zdaję sobie sprawę z "niewidzialnych praw rynku" ale żyłem w naiwnym przekonaniu, że słowo drukowane ma za sobą także jakąś głębszą misję a nie tylko przynoszenie pieniędzy właścicielom wydawnictw. Nie mam złudzeń, że to mrzonka, ale oczekiwałbym przynajmniej od niektórych wydawnictw zwykłej przyzwoitości i rzetelności. Pisałaś o spotkaniu poświęconym "Uchu igielnemu" - z Twojego postu wynikało, że była to jedna wielka feeria zachwytów. Właśnie czytam "Ucho..." i przykro mi to pisać, ale (przynajmniej na razie) wygląda na najsłabszą część z pentalogii Myśliwskiego poświęconej przemijaniu, z przemyśleniami w stylu Paulo Coelho i nie wierzę, że tego nikt z tych, którzy nadymali na spotkaniu balon ze sprężonym powietrzem tego nie dostrzegał.

      Usuń
    3. Oczywiście, że ma też głębszą misję! Gorąco w to wierzę. Dlatego też zresztą lubię tych małych wydawców, bo choć im też zdarzają się wpadki, to jednak wydają faktycznie to co lubią i co jest dobre, a nie, jak czasem ci duzi – kupę opakowaną w sreberko :). Co do Myśliwskiego... Ja jeszcze nie czytałam, ale zaproszeni goście, profesor i prowadzący, rzeczywiście wydawali się szczerze zachwyceni. Może tutaj działa już magia nazwiska? Akurat w tym wypadku samo wydawnictwo niewiele chyba nawet musi robić, wystarczy hasło „Myśliwski” i wszyscy padają na kolana :).

      Usuń
  3. Nie uważam, że potrzeba uniwersyteckiego wykształcenia by móc w rzetelny i merytoryczny sposób uprawiać krytykę literacką. A prawda jest taka, że większość (niestety, ale tak jest) blogerów nie uprawia krytyki, nie dzieli się przemyśleniami a ubiera w tanie hasła kolejne modne okładki lub co gorsza kręci filmiki reklamujące kolejne bestsellery, popełniając przy tym masę błędów i szczerząc zęby (wciąż siedzi mi w głowie Pani, która na YT opowiadała, że Conrad był neutralizowanym Brytyjczykiem).Na szczęście istnieją jeszcze blogi, gdzie kompetentny człowiek, w rzeczowy sposób prezentuje dobrą literaturę,przedstawiając argumenty za i przeciw.

    Druga kwestia to towarzystwo wzajemnej adoracji, które z piedestału i samonadania decyduje, że książka Ą to wiekopomne arcydzieło a o książce B lepiej zapomnieć (uprzednio nie czytając) bo wydawca/autor jest spoza kręgu. Ile znakomitych tytułów przeszło bez echa bo Nogaś&Co go nie pobłogosławili? Tutaj wielka zasługa Pani Ani i pozostałych tropicieli doskonałej literatury, że o takowej piszecie.
    W ostatnim punkcie chciałabym wyrazić poparcie dla opinii Pana Filipa Modrzejewskiego gdyż najprościej rzecz ujmując zainteresowanie trudną i wymagająca literaturą spada a cztelnicy chętniej i nierzadko bezkrytycznie sięgają po przepisywane po stokroć historie o biednych i pokrzywdzonych, kipiące od nadmiaru emocji a niekoniecznie odwołujące się do intelektu. Cóż- znak czasów, czy się nam to podoba czy nie.
    Dziękuję Pani za ten wpis. Świetne podsumowanie wspomnianych dyskusji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O neutralizowanym Brytyjczyku pisała (nie oglądałam filmiku, ale czytałam wpis) Olga Kowalska z Wielkiego Buka - tak dla jasności:). I też mnie to określenie zadziwiło.

      Usuń
    2. Wielki Buk to co prawda nie moja bajka ale akurat w stwierdzeniu, że Conrad był naturalizowanym Brytyjczykiem nie ma nic kontrowersyjnego bo naturalizacja to nadanie obywatelstwa cudzoziemcowi a Conrad został obywatelem Brytyjskim 19 sierpnia 1886 r. (podanie w tej sprawie złożył 2 lipca 1886 r.)

      Usuń
    3. Marlow, ale ta blogerka mówiła, że Conrad był neutralizowanym Brytyjczykiem. Nie „naturalizowanym”, tylko „neutralizowanym”. :)

      Usuń
    4. Czym innym jest neutralizacja, a czymś odmiennym - na szczęście - naturalizacja.
      Blogerka myli pojęcia i, jak się okazuje, nie tylko w filmie ale i w publikowanych tekstach więc trudno mówić tu o przejęzyczeniu.

      Usuń
    5. Dajcie spokój :-), przejęzyczyła się i tyle, przecież jasne jest, że nie ma czegoś takiego jak "neutralizowane" obywatelstwo, choć może rzeczywiście nie dla wszystkich :-)

      Usuń
    6. Dałam spokój jako że podobne 'przejęzyczenia' dobitnie świadczą o jakości publikowanych tam tekstów.

      Usuń
    7. Na tle innych blogów reklamowych i tak jest tam całkiem nieźle. Na każdym blogu pewnie dałoby się znaleźć jakieś potknięcia, nawet na tych, które pretendują do miana "intelektualnie nośnych".

      Usuń
    8. Potknięcia ludzka rzecz.
      Swoją drogą podoba mi się określenie "blogi reklamowe" - takowe zdecydowanie nie leżą w kręgu moich zainteresowań 😊

      Usuń
    9. W moim też nie, ale nie da się zaprzeczyć, że to one są mainstreamem jeśli chodzi o blogi książkowe. Wiadomo, że miłośnicy "Braci Karamazow" i "Czarodziejskiej góry" to mniejszość, która w blogosferze raczej nie ma czego szukać. C'est la vie.

      Usuń
    10. Pani Magdo, i bardzo się cieszę, że tak Pani uważa. To działa też w drugą stronę – jest wiele osób z wykształceniem humanistycznym i filologicznym, które nie potrafią sklecić dwóch sensownych zdań o książce. Żaden to wyznacznik.

      Co do tych świetnych tytułów, które przepadają bez błogosławieństwa Nogasia i spółki – to jest coś, co mnie absolutnie najbardziej w tym wszystkim smuci. I to jest też główny powód, dla którego czasem żałuję, że nie mam takiego zasięgu i takich wpływów jak popularni blogerzy. Bo kiedy piszę o wspaniałej książce, która stoi o półkę wyżej niż wszystkie te usilnie promowane hity, a recenzję wyświetla jakaś garstka (ile z tej garstki czyta ją w całości i daje się przekonać?), to chce mi się czasem – nie przesadzam! – płakać z bezsilności. Co dopiero musi czuć wydawca? Czy autor takiej książki? Na pierwszym miejscu układy i pieniądze, a literatura gdzieś w tym wszystkim ginie. Smutne, smutne i wstrętne.

      Oczywiście ja też się z panem Filipem zgadzam. To jest głos prawdziwego miłośnika literatury, który jednak wiele lat przepracował w tej branży i nie ma złudzeń co do niej.

      Ja Pani dziękuję za lekturę i za komentarz, i za dobre słowo. To są takie rzeczy, które sprawiają, że jeszcze mi się chce :).

      Co do Olgi – zgadzam z Marlowem, to jest akurat osoba, która ma wiedzę i warsztat, żeby pisać o książkach na poziomie. Tyle tylko, że w tym momencie Wielki Buk to jest ogromny projekt, który na pewno jednej osobie jest trudno ogarnąć. Przy takim tempie czytania i recenzowania potknięcia są niestety nieuniknione.

      Usuń
    11. Pani Aniu, proszę nadal pisać i publikować. Ten Pani projekt może wydawać się mały, ale tak naprawdę jest wielki pod wieloma względami i dociera do rzeszy osób, które szukają w literaturze nieoczywistości.
      Pozdrawiam ciepło.

      Usuń
    12. O błogosławieństwach Nogasia w pewnych kręgach krążą interesujące anegdoty :P Mnie okrutnie zirytowała u niego raptowna zmiana frontu po zmianie pracodawcy. W Trójce co tam lansował, to lansował, ale była to półka od średniej wzwyż, choć w tym mnóstwo dętych arcydzieł, a w Agorze nagle i Bondę polubił, i Cherezińską...

      Usuń
    13. Przypomniała mi się sytuacja, gdy Nogaś napisał, że "Królestwo" Twardocha podoba mu się bardziej od "Króla", a moją pierwszą myślą było "Twardoch spaprał robotę" :D
      Nogasizm dźwignią handlu, niestety.

      Usuń
    14. Nogasizm :) No niestety, jest dźwignią handlu, chociaż ja się nauczyłem starannie omijać sporą część jego polecanek. A propos Nogasia i Twardocha, to do dziś mam nieprzeczytanego Dracha, bo go pan redaktor bardzo starannie streścił w audycji :P

      Usuń
    15. Piotr, a co to za anegdoty? Zaintrygowałeś ;). Przyznam, że mnie ten cały szał na Nogasia nawet w jego szczytowym okresie jakoś ominął, właściwie znałam jego działalność tylko z opowieści, za to zaczął mnie irytować, kiedy wybrałam się na kilka spotkań autorskich, które prowadził. Wydawał się na nich niemiłosiernie znudzony. Nie wiem, może ma po prostu taki sposób bycia, ale jakoś straszliwie mi się to kłóci z tymi entuzjastycznymi ponoć jego opiniami o książkach. Musi się to wydawać nie do końca szczere.

      Pani Magdo, dziękuję i również najcieplejsze pozdrowienia ślę! :)

      Usuń
    16. Anegdotki to w cztery oczy :) Chociaż raczej były to pełne rozgoryczenia refleksje o sposobach działania.
      To znudzenie to musi być sposób bycia, bo jak słuchałem N. w radio, to nawet jak chwalił w samych superlatywach, to nie miało to przełożenia na ton głosu :D

      Usuń
    17. Okej, przypomnę się zatem, jeśli kiedyś będzie okazja ;). Że pełne rozgoryczenia refleksje – tego mniej więcej się spodziewałam.

      Usuń
  4. Aniu, dzięki za to podsumowanie! Już podlinkowałam w mojej październikowej Czytelni :)

    Co do kursów kreatywnego czytania - pamiętam, jak czytałam "Wszystko, co lśni" Elizabeth Catton i miałam nieodparte wrażenie, że to wszystko jest za bardzo obliczone - że autorka z precyzją odmierza, kiedy ma być zwrot akcji, jak stopniować napięcie, jakie szczegóły zdradzić i kiedy. Wyczuwałam stosowanie chwytów według jakiegoś scenariusza. Po skończonej lekturze przeczytałam w posłowiu, że autorka skończyła ileś takich kursów, zanim napisała tę powieść... Jak widać - da się, i ludzie to kupują.

    Jeśli chodzi o kwestie "kto lepszy", bloger, czy krytyk, to nie chcę tu wydawać wyroków, bo nie lubię uogólnień. Tak jak różni są blogerzy, tak różni są krytycy. I bloger, który po prostu czyta książki i o nich rzetelnie pisze może być bardziej etyczny od krytyka, który zna wszystkich w branży i kierują nim chociażby zwykła sympatia do autora, która może wpływać na odbiór książki.

    Wiem jedno - po prostu trzeba robić swoje i robić to rzetelnie, traktując czytelników tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani i biorąc odpowiedzialność za słowa. Ale może to nie jest zbyt popularna filozofia tam, gdzie blog / magazyn książkowy ma być narzędziem (auto)promocji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amen (słowa nie lubię ale pasuje).

      Usuń
    2. Super, Aniu, dzięki! Miałam pisać do Ciebie w tej sprawie, ale czujna jesteś i mnie ubiegłaś :).

      Catton to Eleanor :). Ona chyba nie tylko uczestniczyła, ale i prowadzi teraz takie kursy. Pewnie masz rację, że w tej powieści jest trochę wszystko obliczone, to taka pieczołowicie zaprojektowana konstrukcja, ale ja byłam akurat jedną z tych, co się dali na to złapać, mnie się podobało :).

      Co do samych kursów. Wiem, że sama idea do wielu ludzi nie przemawia, osobiście też uważam, że w pisaniu najważniejsza jest wrażliwość, a tego na kursie nie sposób się nauczyć. Ale, jako że z racji swojej dorywczej pracy spędziłam na zajęciach z kreatywnego pisania już dobre kilkaset godzin, powiem, że abstrahując od samych technicznych umiejętności pisarskich, można na nich skorzystać na wiele innych sposobów – rozmawiając z pisarzami, poznając innych ludzi nakręconych na pisanie i dyskutując z nimi, czytając książki, te dobre i te złe, ucząc się krytycznego myślenia. Nawet jeśli się nie wierzy w to, że pisania można się nauczyć :). To jest temat-rzeka.

      Masz rację z tymi krytykami, to jest właśnie to, o czym była mowa pod koniec debaty o internecie. Tylko jakoś tak się przyjęło, że jak krytyk, to niezależny, a bloger na pewno kupiony. Ja tam za każdym razem, gdy czytam jakąś szczególnie zjadliwą recenzję krytyka, zastanawiam się, czy czasem ktoś mu po prostu nie zalazł za skórę.

      Pod ostatnim akapitem powtórzę za panią Magdą – amen :).

      Usuń
    3. Tia, a propos niezależnej krytyki wystarczy przypomnieć trójkąt Karpiński-Dunin-Kurkiewicz i od razu się traci złudzenia :P

      Usuń
    4. Karpowicz :). Ano właśnie!

      Usuń
    5. Oczywiście, że Eleanor - myślałam jedno, napisałam drugie ;) Mnie się nie do końca podobało, może dlatego, że wszystko tak poprawne i doszlifowane do ideału było, że w końcu się przejadłam tą przewidywalną poprawnością ;) Ale doceniam ciężką pracę autorki.

      Jeszcze tylko słówko w temacie bloger-krytyk. Zaczynają mnie ostatnio drażnić i nużyć debaty "kto lepszy", zwłaszcza że, jak wyżej wspomniano i co ja ostatnio też zauważyłam, krytycy objeżdżając blogerów, nie mają pojęcia, o kim mówią. Wystarczy poczytać dyskusje na FB. Państwo nie potrafią wymienić nazw czytanych, długo istniejących blogów książkowych, a naprawdę nie trzeba ich daleko szukać. Tymczasem blogosfera książkowa to nie jest jeden worek i ciężko świecić oczami za wszystkich, którzy kiedykolwiek coś o książkach w internecie napisali, a sądząc po tonie wypowiedzi, tego się od blogerów oczekuje. Mam wrażenie, że zarzuty opierają się na jakimś wyobrażeniu zbiorczej ciemnej masy, które przybiera kształt "typowego" zdjęcia z instagrama z nogami i książką (już pomijam to utożsamianie blog=instagram). Jednak gdy podpytać o konkretne przykłady, to zapada cisza.

      Usuń
    6. Jeszcze utożsamianie blog=instagram to pół biedy, gorzej, że jednak częściej blogerzy=autorzy opinii na LC, bo wiadomo, każdy kto napisze komentarz w internecie to już bloger.

      Usuń
  5. Bardzo ciekawa dyskusja, z przyjemnością przeczytałam. Relację ze spotkań również - Naiu, zazdroszczę zwłaszcza tego dot. małych wydawnictwach. Wszystkie lubię i sekunduję im, oby działały jak najdłużej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, to o małych wydawnictwach było chyba najciekawsze. Też było trochę narzekania :) ale jednak w tym wypadku to jest uzasadnione narzekanie, nie jak te wieczne przepychanki krytyków i blogerów, narzekanie dla narzekania. I tym samym dużo przyjemniej się tego słuchało. Też trzymam kciuki, żeby tacy ludzie z pasją działali i nigdy tej pasji nie tracili, z korzyścią dla nas. Mimo że łatwo nie jest.

      Usuń
    2. Myślę, że tak naprawdę to jest b. trudny biznes, chyba wyłącznie dla pasjonatów i ryzykantów. Tym bardziej cieszy, że co jakiś czas pojawia się nowe wydawnictwo, jak niedawno Pauza.

      Usuń