niedziela, 18 listopada 2018

Powieść pełna ciszy. Czeska zapowiedź: Jiří Hájíček, „Zaklinacz deszczu”

„To moja najbardziej osobista książka” – mówi Jiří Hájíček o powieści Zaklinacz deszczu, której polska premiera już pod koniec miesiąca. Bohaterem jest urzędnik po czterdziestce, który mimo kochającej żony i pięknego mieszkania w centrum Budziejowic czuje się wypalony, cierpi na bezsenność i szuka ucieczki od monotonii codziennego życia.

Według samego Hájíčka Zaklinacz to trochę książka o wieku między 35. a 50. rokiem życia, który dla mężczyzny jest niebezpieczny. Łatwo wtedy wpaść w pułapkę rutyny – człowiek chodzi do pracy, spłaca kredyt hipoteczny, jego życie wydaje mu się jałowe i zaczyna szukać czegoś, co przywróci mu magię czasów młodości. Dlatego Zbyněk, główny bohater powieści, angażuje się w pomoc swojej dawnej miłości w odzyskaniu rodzinnej ziemi. W wywiadach przy okazji publikacji Zaklinacza Hájíček podkreślał, że jego książka to fikcja, jednak rzeczywiście sporo łączy go z bohaterem. Podobnie jak on, pisarz na co dzień pracuje jako urzędnik oraz mieszka w mieście, ale pochodzi z okolic wiejskich, do których wciąż go ciągnie.

To napięcie między miastem a wsią to częsty motyw twórczości Hájíčka, ważny dla niego również osobiście. Jak przyznaje, ze względów praktycznych wybrał mieszkanie w mieście, ale tęskni za prostotą i leniwym rytmem wiejskiego życia. Z lekką zazdrością śledził poczynania swojego przyjaciela, który sprzedał wszystko i żyje teraz w przyczepie na łonie natury, jednak on sam nie czuje się już na siłach na takie szaleństwo – potrzebuje łazienki i wygodnego łóżka. Tym tęsknotom daje za to wyraz w swoich książkach, w Zaklinaczu na przykład pisząc o „Indianach”, którzy rozbijają obozowisko na łące Zbyńka.

Nie bez przyczyny też we wszystkich swoich książkach Hájíček wraca do południowych Czech. To region, z którym jest związany przez całe życie i choć chętnie podróżuje, nie wyobraża sobie mieszkania gdzie indziej. Uważa siebie za lokalnego patriotę i lubi też książki o lokalnym kolorycie, takie jak pisane przez Otę Pavla opowieści znad Berounki czy – z obcego podwórka – opowiadania Flannery O’Connor czy Trumana Capote’a o amerykańskim Południu. I odwrotnie, nie jest fanem pojęć takich jak „globalizacja” i nie potrafiłby z pewnością napisać czy „powieści globalnej” czy choćby „europowieści”. W swojej małej ojczyźnie czuje się najlepiej.

W jaki sposób lokalność przejawia się w jego książkach, oprócz tego, że pisze o miejscach, które dobrze zna? Na to pytanie odpowiada, odwołując się do stereotypu „rybiej krwi” – przekonania, że mieszkańcy południowych Czech są zimni i zamknięci w sobie. I opowiada historię usłyszaną niegdyś od swojej koleżanki. Podróżując po tej części kraju wzięła kiedyś autostopowicza. W odróżnieniu od innych osób łapiących okazję, nie czuł się w obowiązku zabawiać jej rozmową – przez całą drogę wyglądał tylko przez okno i patrzył na widoki. „Jego milczenie przypominało mi twoje książki” – skwitowała koleżanka. Jej słowa dały Hájíčkowi do myślenia: w jaki sposób czyjeś milczenie może przypominać książki, które, jako pełne słów, są przecież przeciwieństwem milczenia? Doszedł w końcu do wniosku, że cisza pozostaje między linijkami. I że ta cisza – to dla niego dom.

Jeśli więc jesteście ciekawi, jak wygląda powieść pełna ciszy, zapraszam do lektury Zaklinacza deszczu w przekładzie Doroty Dobrew. Premiera książki – pod Skarbowym patronatem i z moim blurbem – już 29 listopada.

A o poprzedniej wydanej po polsku książce Hájíčka, Rybiej krwi, przeczytacie tutaj.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
http://ceskobudejovicky.denik.cz/kultura_region/na-jiriho-hajicka-stali-frontu-podepisoval-se-skoro-hodinu-20161018.html
http://nakladatelstvi.hostbrno.cz/download/recenze-pdf/EG40_06-11_rozhovor-Hajicek.pdf
http://nakladatelstvi.hostbrno.cz/download/recenze-pdf/Hajicek-rozhovorLN.pdf
http://nakladatelstvi.hostbrno.cz/download/recenze-pdf/hajicek.pdf
http://kultura.zpravy.idnes.cz/destova-hul-recenze-04b-/literatura.aspx?c=A161111_124138_literatura_ts

Ilustracje:
[1] Jakub Stadler / Wikimedia Commons
[2] Okładka czeskiego wydania książki ze strony wyd. Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[3] Okładka polskiego wydania książki ze strony wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl

4 komentarze:

  1. Ja tak "trochę" nie na temat, ale chciałam tylko napisać, że dzięki Twojej relacji z Festiwalu Conrada zdecydowałam się znów zgrzeszyć i kupić kolejną książkę - mimo że miałam już tego nie robić w tym roku. A przynajmniej w tym miesiącu. Chodzi mi o „Ucho igielne” Wiesława Myśliwskiego. Tak mnie rozczuliło łamane na ubawiło czytanie jego wypowiedzi, że aż stwierdziłam, że muszę. Bo tak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jeszcze, czy powinnam się czuć winna czy nie – niektórzy mówią, że ten najnowszy Myśliwski jednak nie za bardzo ;). Ja wciąż jeszcze nie czytałam. Ale cieszę się, że magia mojej relacji zadziałała! :)

      Usuń
  2. Pociągają mnie takie opowieści pełne ciszy między wierszami :-). Nie znam jeszcze niestety "Rybiej krwi", więc pewnie od niej zacznę. Ostatni kontakt z książką o podobnym (być może) charakterze miałam jakiś roku temu i była to "Pieśń koguta" Viktora Fischla i może nie była ona tak zupełnie pełna ciszy, bo bohater książki - wiejski lekarz, prowadził nieustanne dialogi ze swoim przyjacielem, głośnym kogutem. Ta niewielka powieść podziała na mnie - no nie wiem - terapeutycznie, odprężająco, wyciszająco, jakoś tak. Ciekawi mnie, jak byłoby to z Jiřím Hájíčkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znów się zagapiłam z komentarzami, wybacz! :) Dobrze, że mi przypominasz o tej „Pieśni koguta”, bo to jest taka książka, która mi się co rusz gdzieś przewija, i ciągle od ludzi słyszę że dobra, ale wciąż się za nią nie zabrałam. Na razie więc nie potwierdzę ani nie zaprzeczę, że to podobne klimaty do Hájíčka :). I myślę, że zacząć od „Rybiej krwi” to dobry pomysł. Te książki się niby łączą w trylogię, razem z „Selskim baroko”, nieprzetłumaczonym jeszcze na polski, ale bardzo luźno, właściwie tylko tematyką.

      Usuń