Kiedyś w pięknych i beztroskich czasach licealnych na lekcji języka polskiego miałam okazję przeczytać ciekawe i bardzo pomysłowe opowiadanie. Jego bohater czyta powieść, w której opisano, jak pewien mężczyzna zmierza do czyjegoś domu, do czyjegoś pokoju, by dokonać zabójstwa. Końcówka odsłania zaskakującą prawdę – to właśnie ów bohater jest planowaną ofiarą „książkowego” zabójcy i w momencie gdy pada ostatnie zdanie, szaleniec ze sztyletem wbiega do pokoju. Historia w historii, szkatułka w szkatułce, rosyjska matrioszka. Ten utwór, który zrobił na mnie spore wrażenie, nosił tytuł Ciągłość parków, zaś jego autorem był Julio Cortázar, z którego nazwiskiem spotkałam się wtedy po raz pierwszy.

Te ze zbiorku Tango raz jeszcze przypominają to pierwsze, pamiętne. Cortázar sam ponoć przyznał, że fabuła wielu jego opowiadań wywodzi się ze snów, i to widać, dlatego określenie „oniryczne” opisuje je chyba najlepiej. Swobodnie łączą elementy realne i namacalne z tym, co zmyślone, sprzeczne z rozsądkiem, jakby wyjęte wprost ze snu, zaś do zespolenia tych dwóch światów dochodzi często w zakończeniu, gdzie zabieg ten wytrąca czytelnika z równowagi i każe mu zrewidować zupełnie swój dotychczasowy pogląd na opowiedzianą historię. Efekt jest świetny – taki mocny, niepokojący akcent w końcówce zawsze uważałam za wyznacznik dobrze skonstruowanego opowiadania.
Inna sprawa, że momentami narracja staje się aż drażniąco niejasna, jak na przykład w ostatnim opowiadaniu, Wstęga Moebiusa, gdzie opisy stanu ducha bohaterki były dla mnie zupełnie nie do ogarnięcia... Ale może to tylko mnie ostatnio wyjątkowo męczą zawiłości i niedopowiedzenia, może jestem aktualnie w nastroju czytelniczym pt. „Podaj mi wszystko na tacy”. Jeśli ktoś lubi tego typu oniryczne klimaty – i sprawnie napisane opowiadania, które, jak wiadomo, zasługują być może na większy nawet podziw niż sprawnie napisane powieści – to pewnie mu ten zbiór przypadnie do gustu.
Na szczególną uwagę zasługuje Clone, głównie ze względu na oryginalny pomysł, szczegółowo objaśniony przez autora w dodatkowej notatce. Całe opowiadanie opiera się na formie utworu muzycznego, Musikalisches Opfer Bacha. Bohaterowie opowiadania to ósemka śpiewaków, tworzących skomplikowaną sieć towarzyską, każdy z nich zaś odpowiada pewnemu instrumentowi, i tak jak w kolejnych częściach Musikalisches Opfer współgrają ze sobą określone instrumenty, tak w analogicznych fragmentach opowiadania biorą udział utożsamiający je bohaterowie, a wszystko zmierza do finału, w którym pojawiają się wszyscy z wyjątkiem jednego. Bardzo ciekawa koncepcja, a do tego przyjemnie się czytało te pełne zapału wywody Cortázara. Pisarska pasja aż kipi.
I jeszcze jedno opowiadanie, które polecam, tym razem nie ze względu na jakieś rzucające się w oczy walory artystyczne czy arcyciekawe pomysły konstrukcyjne, ale dlatego, że jest po prostu ładne – W orbicie kotów. Urocze poszukiwania prawdziwej twarzy ukochanej, budowanie tego wizerunku z gromadzonych cierpliwie okruchów codzienności, i ostateczne uświadomienie sobie daremności tych wysiłków w obliczu tajemniczej więzi Alany i Ozyrysa – kobiety i kota.
***
J. Cortázar, Tango raz jeszcze, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983.
![]() |
Julio Cortázar |
***
J. Cortázar, Tango raz jeszcze, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983.
Pisarstwo Cortazara (zwłaszcza jego opowiadania) jest szalenie niepokojące. Nie czytałam akurat tych, o których tu Naiu piszesz, ale te, które czytałam przede wszystkim takie wrażenie na mnie wywołały. Ciągły, narastający niepokój. Niestety nie pamiętam w tej chwili tytułów, a sprawdzić też nie mam jak, ale np. opowieść o mężczyźnie wymiotującym królikami, rodzeństwie, których dom zaczynają zajmować obcy, albo o tajemniczej figurce mogą przyprawić o dreszcze. Ja w nich oczywiście widzę realizm magiczny bardziej niż sugerowaną mu nierzadko fantastykę.
OdpowiedzUsuńAh, i jeszcze ta harmonia, muzyczność języka Cortazara. Aż mam ochotę do niego powrócić :)
Podpisuję się pod tym, co napisała sQra - opowiadania Cortazara mają w sobie coś niepokojącego. Jest w nich coś nieodgadnionego, mrocznego. Aż sprawdzę, czy ww. teksty znalazły się w dwutomowej edycji Muzy.
OdpowiedzUsuńmiałam koło 18-19 lat gdy odkryłam Cortazara. Niektóre z opowiadań pamiętam do dziś, do niektórych wracam; jest tam tyle moich uczuć... Tak mi w nich dobrze i ciepło ...
OdpowiedzUsuńNie ma przypadków. Właśnie czytam "Książkę dla Manuela". I dodam tylko, że kot Cortazara nazywał się... Theodor W. Adorno. Pozdrawiam fanów Argentyńczyka.
OdpowiedzUsuńUwielbiam Cortazara, w czasach licealnych właśnie przeczytałam prawie wszystkie jego książki, a po latach kupiłam wydanie dwutomowe opowiadań autora. I ponieważ mam je wszystkie w dwóch książkach, nie pamiętam dokładnie, które są z jakiego zbiorku, wydawanego oryginalnie osobno.
OdpowiedzUsuń"Ciągłość parków" zrobiło na mnie wielkie wrażenie, to było na długo przed odkryciem Borgesa i potrząsnęło to moją świadomością odnośnie tego, jak można konstruować historię. (Choć podobny schemat widziałam już na ekranie w "Niekończącej się opowieści"). Ale moim ulubionym chyba opowiadaniem pozostanie "Koniec zabawy"... Ach, tyle jest w sumie tych naj, naj, naj... Bo jeszcze "Zajęty dom", "List do znajomej w Paryżu" (Muza mówi, że to z "Bestiarium"), "Sezon ręki", "Południowa autostrada" i wiele innych, których teraz nie pamiętam.
Anko, wszystkie te opowiadania są w II tomie opowiadań Muzy.
A cóż to była za fajowa szkoła, że opowiadania Cortazara czytaliście!:))
OdpowiedzUsuńTak pamiętam te chwile zachwytu i oniemienia podczas czytania jego opowiadań. Jednak zawsze było mi bliżej do prozy Marqueza:)
sQrko, Aniu,
OdpowiedzUsuńzgadzam się z Wami co do niepokoju dominującego w opowiadaniach Cortázara, potwierdzają to te z opisywanego przeze mnie zbiorku. Szczególnie przychodzi mi tu na myśl ta tajemnicza społeczność spędzająca życie w mrokach metra, ciągle w ruchu, nigdy nie wychodząc na powierzchnię, i, co najbardziej zastanawiające, rosnąca w siłę mimo niewygód takiego życia, ale ta niepokojąca atmosfera towarzyszy rzeczywiście wszystkim utworom, czemu sprzyja to przenikanie się rzeczywistości i sennych widziadeł. Tych wymienianych przez Ciebie sQrko ja z kolei nie znam ale to co piszesz brzmi bardzo intrygująco, więc pewnie na tym zbiorze się u mnie nie skończy. No i fakt, że styl Cortázara jest doskonały.
Dea,
Ja tak naprawdę też go odkryłam w okolicach 19. wiosny, kiedy przeczytałam "Grę w klasy", chociaż i tu mam wątpliwości, bo wydaje mi się, że zbyt wiele z bogactwa tej książki uroniłam i wypadałoby do niej wrócić. Ładnie piszesz o jego opowiadaniach; dobrze mieć takie przytulne literackie miejsca, do których chce się wracać :)
Debe,
Pewnie masz rację z tymi przypadkami :) A imię kota - rewelacja, i cóż za uroczy wyraz uznania dla niemieckiego filozofa! Ciekawe, czy dopuszczalne były jakiekolwiek zdrobnienia? :)
Chihiro,
To już wiem, na które opowiadania zwrócić szczególną uwagę w następnej kolejności :) Najlepiej by było też sobie sprawić to dwutomowe wydanie Muzy, mieć wszystkie od razu w jednym miejscu... Zazdroszczę Ci, że już w liceum miałaś tak rozwinięty zmysł czytelniczy i tyle wtedy książek pochłonęłaś, ja miałam w tamtych czasach jeszcze pstro w głowie i zerowy zapał do szperania w książkach, co potwierdza ta historia z Cortázarem.
Papryczko,
Szkoła szkołą, ale mieliśmy wyjątkowo udanego nauczyciela, widać było, że zależy mu, żeby wtłoczyć coś do tych naszych opornych matematyczno-fizycznych łepetyn i choć minimalnie zaszczepić jeśli nie miłość, to chociaż szacunek dla wielkiej literatury :) Ja się jeszcze nie mogę zdecydować, czy Cortázar czy Márquez. Mnie też zawsze Márquez wydawał się bliższy, ale pewnie jeszcze dużo książek i jednego i drugiego będę musiała przeczytać, żeby stwierdzić ostatecznie... a i wtedy nie wiadomo. Obydwaj coś w sobie mają :)
Márquez jeszcze przede mną, ale ,,Gra w klasy,, już leży na mojej półce dzięki recenzji Kasi :)
OdpowiedzUsuńTeraz czuję również potrzebę zapoznania się z tą pozycją.
Czuję, że proza tego autora zaspokoi moje potrzeby czytelnicze.
"Jeśli ktoś lubi tego typu oniryczne klimaty – i sprawnie napisane opowiadania, które, jak wiadomo, zasługują być może na większy nawet podziw niż sprawnie napisane powieści – to pewnie mu ten zbiór przypadnie do gustu."
OdpowiedzUsuńAle przecież on nigdy nie zabiegał o to, żeby "przypadać do gustu". Nic nie było mu bardziej odległe. Donoso napisał kiedyś, że Cortazar nienawidził pisania i z czasem przeniósł tę nienawiść na czytelnika. Czytelnik był dla niego takim okropnym, nienasyconym monstrum, które przeszkadzało mu w majsterkowaniu i spędzaniu siesty z dawno nieaktualną gazetą w ręku.
Biedronko,
OdpowiedzUsuńTeż mi się wydaje, że się nie zawiedziesz. A Kasia zachęcać umie :) i bardzo dobrze, bo "Gra w klasy" to akurat takie sztandarowe dzieło Cortázara, warto przeczytać. Sama mam ochotę na powtórną, bardziej świadomą lekturę, natknęłam się ostatnio na wypisane przez siebie kiedyś cytaty z "Gry..." i narobiłam sobie jeszcze większego smaka.
Telemachu,
Ciekawa sprawa, nie wiedziałam, że aż tak go pisanie męczyło. Taki się wydawał pełen zapału w tej notatce dołączonej do "Clone"... Przypuszczam w takim razie, że to się u niego z czasem zmieniało z czasem, bo pewnie gdyby od początku wiedział, że widmo czytelnika będzie go tak dręczyć, w ogóle by z pisaniem nie zaczynał :) W każdym razie z tamtego mojego zdania nie wynika, że to Cortázar zabiegał o przypadnięcie komuś do gustu. Widać wyszło mu to trochę "od niechcenia" :) bo niektóre z tych opowiadań naprawdę zachwycają. Pozdrawiam.
Nie wiem jak mogła mi umknąć ta recenzja! Nie będę oryginalna przyznając ponownie, że Cortazar ma w sobie szaleństwo i niepokój (swoją drogą czasem wydaje mi się, że to taki literacki odpowiednik Salvadora Dalego...) Choć znana jest mi jedynie "Gra w klasy", która w dużej mierze postawiona została na głowie, a wątki spacerowały na granicy snu i jawy, planuję zabranie się za opowiadania w najbliższym czasie, tym barzdiej, że Muza pokusiła się o wznowienie pierwszego tomu. Chyba zakupię go lada chwila!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło :)
i dlatego właśnie postanowiłem się wtrącić; poza tym, a właściwie przede wszystkim, to z jaką czułością piszesz o nim (i jego dziełach oczywiście), to jak starannie dobierasz słowa świadczy o ogromniej fascynacji połączonej z chłodną i rzeczową analizą ... zresztą autor jest jedyny w swej odrębności i nie bez znaczenia jest fakt że "miał wielu naśladowców lecz ani jednego ucznia" jak napisał lub napisała któraś z jego licznych krytyczek
OdpowiedzUsuńpozazdrościć Ci weny i kunsztu to zbyt mało
ja zazdroszczę Ci czasu, który poświęcasz na czytanie i pisanie o czytaniu
Co za miłe słowa, bardzo dziękuję! Szczególnie mnie cieszy ta domieszka chłodnej i rzeczowej analizy, cieszę się że tak to odbierasz, bo wydaje mi się że największym moim problemem jest właśnie brak dystansu, patrzenie na lekturę przez pryzmat rozgorączkowania i zachwytu, zamiast trzeźwego przyglądania się jej okiem obiektywnego obserwatora. Oczywiście zupełnie bezdusznie traktować książek też bym nie chciała, ale taki złoty środek właśnie najbardziej by mi odpowiadał, więc cieszę się :)
Usuń