czwartek, 26 lipca 2012

Uwięziona w sieci żalu i niedomówień – „Wiosenna noc”, Tarjei Vesaas

Moje drugie spotkanie z Vesaasem to coś z przeciwległego bieguna klimatycznego. Tym razem zamiast późnej jesieni i surowej norweskiej zimy jest pogranicze wiosny i lata, duszna biała noc, pachnąca ziołami i deszczem, stanowiąca tło dla ludzkich dramatów, wielkich radości i wielkich nieszczęść.

Vesaas jest jak wąż – potrafi w mig zmienić skórę na inną, pasującą równie doskonale. Natura gra w jego twórczości pierwszorzędną rolę, i niezależnie od tego czy jest to świat o metalicznym połysku lodu, uśpiony pod warstwą śniegu, czy wiosenny, ciepły i żywy, nie sposób go nie zobaczyć, nie poczuć, nie pogrążyć się w jego magii. I nie chodzi tu tylko o pejzażyk w tle, bo klimatem tym zawsze przesiąka też cała akcja książki, zachowania bohaterów, ich słowa i myśli.

Wszyscy aktorzy tego małego przedstawienia, które rozegrało się w ciągu jednej nocy w domu na norweskiej prowincji, opętani zdają się więc być czymś w rodzaju wiosennej gorączki. Rzecz jasna okoliczności jak najbardziej to usprawiedliwiają – ludzie bowiem, którzy przybywają pod wieczór do domu osiemnastoletniej Sissel i czternastoletniego Hallsteina, pozostałych po raz pierwszy od dawna bez kurateli rodziców, przywożą ze sobą rodzącą kobietę. Wkrótce jednak okazuje się, że to nie tylko to. Położna zostaje w porę sprowadzona, poród sprawnie odebrany i wydawałoby się, że po tak szczęśliwym rozwiązaniu wszyscy powinni już w spokoju ducha udać się na spoczynek. „Nikt tej nocy nie zaśnie” – zapowiada Hallstein powtarzając słowa Krystyny, jednej z przybyszów, i przepowiednia ta się sprawdza. Dom bowiem staje się areną dla psychicznych starć między członkami tej tajemniczej rodziny. W ciągu tych kilku godzin napięcie, jakie panowało do tej pory w ich wzajemnych relacjach, sięga zenitu.

Czytelnik zostaje wraz z Sissel i Hallsteinem wplątany w tę sieć wzajemnego żalu, oczekiwań, skrupułów, gdzie brodzi się jednak jak we mgle, bo nic nie jest do końca jasne. Z każdą chwilą atmosfera robi się coraz bardziej gęsta i duszna, nie do zniesienia, i ma się w końcu ochotę uciec stamtąd jak najdalej, wybiec na powietrze, prosto w tę wiosenną noc, orzeźwić się haustem chłodnego, nasiąkniętego roślinnymi aromatami powietrza. Przyznam, że czułam się podobnie jak przy lekturze Światłości w sierpniu – też miałam wrażenie, jak gdybym obracała się wśród przybyszy z kosmosu, których za nic nie mogłam rozgryźć, i podobnie jak wtedy poczułam w końcu irytację i rozczarowanie. Może za wiele chciałam, może chciałam za bardzo, a może był to po prostu nieodpowiedni moment na tę lekturę? Norweska wiosna według Vesaasa jest, podobnie jak zima, absolutnie piękna, ale tym razem książkę zamknęłam z ulgą i z ulgą powróciłam do świata, który znam.

***
T. Vesaas, Wiosenna noc, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972.

Ilustracja: Sandø, Eilif Peterssen, 1889.

2 komentarze:

  1. Ta książka ma rzeczywiście taki dziwny klimat. Mnie on nie przeszkadzał, raczej mnie zafascynował, ale w pełni rozumiem Twoje odczucia. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mógł to być jednak ten niewłaściwy moment :) Byłam wtedy akurat w stanie dużego napięcia nerwowego, wszystko mnie drażniło, więc niestety i panu Vesaasowi i jego enigmatycznym bohaterom mogło się przez to dostać... Zrobię sobie kiedyś powtórkę, zobaczymy czy wtedy będę mieć do nich większą cierpliwość. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń