O ile po lekturze Sekretów córek złotnika mogłam mieć pewne podejrzenia, o tyle po Burzliwym lecie jestem już pewna – Jeanne Bourin uwielbia znęcać się nad swoimi bohaterami. Na próżno wzruszony pierwszymi porywami młodych serc czytelnik liczy po cichu na szczęśliwe zakończenie z gołąbkami wzlatującymi do nieba i finalnym wielkim pocałunkiem. Autorka co prawda – być może w jakimś odruchu litości – doprowadza historię do punktu, który ostatecznie za coś w rodzaju happy endu uznać by można, ale jest to happy end wykrzywiony, karłowaty i zupełnie „nie tak”.
O ile jednak ten pisarski sadyzm łączy obydwie powieści, o tyle do bohaterów poddanych tym okrutnym zabiegom z jednej i drugiej historii mam już mocno odmienny stosunek. Sekrety... bardzo przeżyłam, do późna w nocy szlochałam nad wyklętą i przeklętą Floriną, wzruszającą prawie tak jak Anna Karenina. Postaciom z tej powieści można było współczuć, ich namiętności nie sprawiały wrażenia bezsensownych kaprysów, zaś ich nieszczęścia sięgały serca, a nie rozgorączkowanej głowy czy tylko pulsującego miejsca między nogami. W Burzliwym lecie roi się natomiast od niestałych i nieodpowiedzialnych dzieciuchów, które chciałoby się przełożyć przez kolano i otrzeźwić solidnym laniem. I nie mam tu na myśli tylko małoletniej Ody, która jest popisowym przykładem tego, jak nie należy wychowywać dzieci, ale i jej starszych, na pozór rozsądniejszych kuzynów.

Lubi przecież takie chwyty. Nagłe zwroty akcji, pojawianie się znienacka przeszkód nie do przeskoczenia... Na moment wprowadza bohatera – a wraz z nim i czytelnika – w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, po to tylko, by go później z większą siłą przytłoczyć nieszczęściem. Mam wrażenie, że jest w tym dość impulsywna, jakby na szybko i bez namysłu realizowała swoje szaleńcze fabularne pomysły. Zaczyna wątki i w ułamku sekundy kapryśnie je ucina, jak w historii z Amalrykiem – mroczną gwiazdą tej historii, która pojawia się na chwilę, przez moment rozbudza zmysły, doprowadza bohaterkę na skraj szaleństwa, a później zostaje nagle i lekceważąco wręcz usunięta, jak bożek strącony pomiędzy śmiertelników.
W całym Burzliwym lecie fascynuje mnie więc przede wszystkim sama autorka. To ona jest najważniejszym i najciekawszym z bohaterów. Co naprawdę myśli, co chciała wyrazić poprzez takie a nie inne pokierowanie historią, jaki ma stosunek do stworzonych przez siebie postaci? Gdybym tylko mogła z nią porozmawiać...
Pochwaliłabym ją za dar opowieści. Za cenne realia epoki, za skupienie się na szczególe. I za tę subtelną, kobiecą erotykę, pożądanie skrywane za dziewiczym rumieńcem, tak rozbrajające i uroczo odmienne od dzisiejszego wulgarnego ekshibicjonizmu. Jej proza dostarcza autentycznej przyjemności czytania. Ale ta impulsywność i niekonsekwencja, które objawiły się w Burzliwym lecie, nie podobają mi się. Dobry pisarz nie daje się ponieść wyobraźni, dobry pisarz nie pozwala, aby rządziły nim kaprysy. To on steruje historią, nie historia nim. I dlatego zachwytu, jaki przeżyłam przy Sekretach kobiet złotnika, tym razem niestety brak.
***
J. Bourin, Burzliwe lato, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.
Ilustracja: Tristan i Izolda, August Spiess, 1881.
Ilustracja: Tristan i Izolda, August Spiess, 1881.
Niedawno wpadła mi w oko właśnie ta książka. Powiem szczerze, że o autorce nie wiedziałem nic, więc odpuściłem sobie kupno "Burzliwego lata". Teraz jednak nie wiem, czy chcąc w końcu zapoznać się z jej twórczością wybrać właśnie tę, czy może "Sekrety kobiet złotnika"?
OdpowiedzUsuńZacznij od „Sekretów”, zdecydowanie! Zresztą to moim zdaniem naturalny porządek, skoro „Burzliwe lato” jest kontynuacją. „Lato” pewnie kusi bo jest go pełno w księgarniach, ale za to może „Sekrety” uda się już upolować gdzieś w bibliotece albo kupić gdzieś w niższej cenie? :)
UsuńJa należę do osób, które lubią szczęśliwe zakończenia. Może to naiwne, ale tak już mam. Zawsze jestem zawiedziona, gdy nie układa się wszystko na koniec. Czasem otwarte zakończenie czy smutne jest potrzebne, skłania do przemyśleń, ale na ogół wolę happy endy :)
OdpowiedzUsuń