niedziela, 19 lipca 2015

Holokaust w czasach znieczulicy – „Medaliony”, Zofia Nałkowska

Nie czytałam Medalionów w szkole. Nie były moją lekturą obowiązkową, nie sięgnęłam też po nie sama z siebie, z ciekawości. Ale kiedy kilka tygodni temu dzięki pewnej biograficznej książce, o której mowa wkrótce, przypomniałam sobie postać Zofii Nałkowskiej, postanowiłam nadrobić szkolne zaległości i sięgnąć po jej słynny zbiór – owoc pracy w Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich.

Co jednak można o tej książce napisać? Nie bez przyczyny Wilhelm Mach powiedział o niej, że „obezwładnia piszącą dłoń krytyka” [1]. Styl Nałkowskiej jest niemal przejrzysty – przyjmuje ona metodę podobną do tej, którą kilkadziesiąt lat później w swoich reportażach zastosowała Swietłana Aleksijewicz. Nie komentować, wycofać się, oddać głos ludziom i nieubłaganym faktom. Oszczędna i sucha relacja w połączeniu z szokującą treścią potęgować ma wrażenie, jakie wywiera lektura. Milczenie Nałkowskiej jest milczeniem oceniającym.

Powściągliwość i prostota są jednak też wyrazem zwątpienia w słowo i w literaturę, które przyszło po Wielkiej Wojnie. Nazistowskie zbrodnie w pewien sposób przekreślają cały dorobek naszej cywilizacji, „niszczą wszelkie pojęcia o człowieku – istocie rozumnej” [2], odbierają artystom głos. Powtarza się pytanie Theodora Adorno „czy możliwa jest poezja po Auschwitz?” [3].

Przerażająca jest też łatwość, z jaką uczestnicy wydarzeń – zbrodniarze i ich pomocnicy – przekraczają granice i odnajdują się w tym nowym świecie zwyrodniałych norm, w tej „rzeczywistości apokaliptycznej” [4]. Więc tak niewiele wystarczy, żeby zacząć traktować ludzkie ciało jak surowiec, mięso na przemiał? Tak niewiele, żeby zapomnieć o człowieczeństwie i skwitować proces otrzymywania mydła z ludzkiego tłuszczu słowami „coś z niczego”?

Wreszcie – obrazowość. Kadzie z ludzkimi ciałami, otwarte rany, wybijane oczy, wyłamywane palce, ciemne bunkry, w których składowano trupy i zamykano nieposłusznych, ściśnięte więźniarki obracające się ku słońcu jak kwiaty, jak zwierzęta… Zamiłowanie Nałkowskiej do bogatych w szczegóły obrazów także tutaj dochodzi do głosu i pomaga w przekazaniu prawdy o wojennym okrucieństwie.

Nie czytałam Medalionów w szkole – i to trochę źle, a trochę dobrze. Myślę, że gdybym sięgnęła po nie mając te naście lat i niewielki bagaż lektur za sobą, przeżyłabym te historie mocniej. Z drugiej strony – tym sposobem przeżyłam je bardziej świadomie, na chłodno. Bez złudzeń. Zdaję sobie sprawę, że można ludzi omamić, obudzić w nich bestię, wytresować do zabijania, bo każdy ma w sobie tę najniższą strunę, o której pisał Ladislav Fuks.

Ale ten brak emocji – bo jednak spodziewałam się piorunującego wrażenia, a niczego takiego nie było – trochę mnie też niepokoi. Parafrazując Gombrowicza: „Jak to nie przeraża, jeśli przeraża?”. I zaczynam się zastanawiać, i dochodzę do wniosku, że to nie tylko kwestia wieku i czytelniczych doświadczeń, ale i utraconej wrażliwości. Media kipią od okrucieństw, przyzwyczajają nas do nich. Krew, odcięte głowy, mózg na ścianie – to już nie robi na nas wrażenia, przecież to tylko fikcja. Tymczasem działo się to naprawdę i dzieje się nadal. Jak pisze Hanna Kirchner:
Wezbrana rzeka świadectw wojennych i utworów, które w wojnie były zakotwiczone i z jej upiorem się zmagały, nie wysycha i przelała się już przez granice stulecia. Wojna jest zarazem przeszłością, teraźniejszością i wciąż majaczącą groźbą. Wojna nie kończy się nigdy [5].
***
Z. Nałkowska, Medaliony, wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1984.

Cytaty: 
[1] Za: M. Sprusiński, Posłowie [w:] Z. Nałkowska, Medaliony, Poznań 1984, s. 52. 
[2] Tamże, s. 51. 
[3] Za: H. Kirchner, Nałkowska albo życie pisane, Warszawa 2011, s. 575. 
[4] M. Sprusiński, dz. cyt., s. 53. 
[5] H. Kirchner, dz. cyt., s. 574.`

Fotografie:
[1] BrittneyBush / Foter.com / CC-BY-NC-ND
[2] Zdjęcie własne

5 komentarzy:

  1. Widzisz, a ja czytałam "Medaliony" w szkole i jakoś na mnie nie podziałały - chyba właśnie przez to opisywanie "na chłodno". Dziwne to w sumie, bo równie obdarte z emocji Opowiadania Borowskiego silnie na mnie działały. Ale i tak bardziej trafiał do mnie taki Herling-Grudziński i jego "Inny świat".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to może zupełnie nie jest to kwestia wieku? A może za dużo już o holokauście wiemy, żeby nas cokolwiek szokowało? Trochę to straszne... A z tych lektur wojenno-obozowych ja też chyba najbardziej przeżyłam „Inny świat”. Mam wrażenie, że rzeczywistości rosyjskich łagrów poświęca się w literaturze mniej miejsca niż niemieckim obozom koncentracyjnym, a szkoda.

      Usuń
  2. Musiałabym sobie przypomnieć. Z całą pewnością czytałam "Medaliony" w szkole, pamiętam, że nawet były jedną z tych lektur, które faktycznie przeczytałam i (jakkolwiek w tej tematyce to dziwnie brzmi...) podobały mi się. Aczkolwiek niewiele więcej już teraz pamiętam, niestety. Z takimi książkami zawsze jest ten problem, że jak sięgnie się po nie w złym momencie, to można je zignorować, pominąć, bo przecież to tylko szkolna lektura... Na całe szczęście nie była to książka, która by odrzucała, a rzeczywiście mnie zaciekawiła i robiła wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, łatka lektury szkolnej często robi książce większą krzywdę niż przysługę. Z jednej strony – więcej osób o niej słyszy i do niej dociera, z drugiej – pod groźbą bata... Więc może to i lepiej, że nie przerabiałam „Medalionów” w szkole (choć ja akurat z łatką lektur nie miałam nigdy problemów). A Ty może sobie je odświeżysz? Grube nie są, pewnie kwestia jednego wieczoru :).

      Usuń
  3. Tyle lat minęło... chyba czas odświeżyć.

    OdpowiedzUsuń