sobota, 12 grudnia 2015

Lament Sinobrodego – „Ekożona”, Michal Viewegh

Jest sporo rzeczy, które mnie drażnią w pisarstwie Michala Viewegha. Ale jedna przemawia zdecydowanie za tym, żeby go czytać – dystans do samego siebie. W Ekożonie po raz kolejny pokazał, że potrafi otwarcie z siebie kpić.

To nie tajemnica, że niemal każdy z głównych męskich bohaterów książek Viewegha ma w sobie coś z niego samego. Swoje własne doświadczenia pisarz przetwarza na literaturę z pomysłem i humorem, zawsze nasuwając pytanie: gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fikcja? Podobieństwa i analogie zachęcają do śmiałych hipotez, ale sam autor nie potwierdza ani nie zaprzecza, wymyka się, krzyczy „Hola, nie tak szybko!”, śmieje się czytelnikowi w twarz. Mówi, jak w końcówce Wychowania dziewcząt w Czechach: „Nie możesz tej literatury traktować tak serio”. Śmiało wykorzystuje przy tym zainteresowanie swoją osobą – bo przecież, o czym pisał z takim zachwytem Mariusz Szczygieł w Lásce nebeskiej, w Czechach Viewegh nie jest zwykłym pisarzem. Jest celebrytą, stałym rezydentem plotkarskich gazet i portali, a każda informacja o jego życiu prywatnym jest na wagę złota.

Nie inaczej jest w przypadku Ekożony. Mojmir, główny bohater książki, to najpoczytniejszy czeski pisarz – jak Viewegh, ma piękną młodą żonę – jak Viewegh, i jest ojcem jej dwóch uroczych córeczek – jak Viewegh (nawet imiona córek się zgadzają). Osią powieści są jego problemy małżeńskie – w kilka lat po ślubie z potulnego Kopciuszka jego ukochana Hedvika przeistacza się w feministyczną aktywistkę, założycielkę Centrum Matki oraz entuzjastkę zdrowego żywienia, jogi i feng shui, zaniedbując zupełnie potrzeby męża. Z plotek i wywiadów wiemy, że również Viewegh cierpiał z powodu podobnej sytuacji.

W tym samym wywiadzie Viewegh zaprzecza jednak, jakoby Ekożona była opowieścią o jego małżeństwie. Elementem, który odróżnia sytuację powieściowej pary od autora i jego żony jest przede wszystkim postać douli – duchowej opiekunki Hedviki, która wprowadza się do domu Mojmira i jego spodziewającej się dziecka małżonki, by pozostać tam przez następne siedem lat. To czysta fikcja, w co nietrudno uwierzyć – wszak chyba nawet święty nie wytrzymałby aż siedmiu lat pod jednym dachem z obcą kobietą, której nie znosi i która nie znosi jego, a do tego jest prawdopodobnie lesbijką i żywi do jego żony coś więcej niż czysto matczyne uczucia. Doula wprowadzona zostaje do powieści przede wszystkim w jednym celu – by ukazać Mojmira w komicznym, karykaturalnym świetle, jako tępego troglodytę, szowinistę, tyrana, Sinobrodego tłumiącego wszystkie naturalne odruchy i potrzeby ambitnej Hedviki. Równocześnie swoim sposobem opowiadania i widzenia świata narratorka ośmiesza samą siebie, efekt humorystyczny zostaje więc podwojony.

Ostrzem ironii Viewegh dźga tu praktycznie każdego – zarówno żałośnie żebrzącego uwagi męża, spragnionego ekskluzywnych kolacji na plaży u boku wystrojonej, wypachnionej i wpatrzonej w niego jak w obrazek żony (czyli swoje wykrzywione alter ego), jak i sabotującą każdy jego ruch doulę z głową pełną natchnionych bredni o wilczych kobiecych instynktach oraz głupiutką Hedvikę i całe stadko jej wojujących przyjaciółek, które w feministycznym amoku upierają się nawet, by sikać na stojąco. Nawiasem mówiąc, podobno Veronika Vieweghová czytając tę książkę śmiała się, co też jest oznaką sporego dystansu do własnej osoby – niejedna przewrażliwiona żona po czymś takim natychmiast wniosłaby pozew o rozwód, nawet mimo słodkiej dedykacji i nawet biorąc pod uwagę, że tylko częściowo stanowiła inspirację dla powieściowej Hedviki, osóbki tak mdłej, naiwnej i łatwej do zmanipulowania jak to tylko możliwe.

Czuję zresztą, że przez tę wszechobecną ironię lektura Ekożony nie tylko dla żony Viewegha może być rodzajem próby. Z pewnością znajdzie się wiele osób (i w większości przypadków będą to kobiety), które kpiny autora wezmą do siebie i zareagują oburzeniem. Bo można tę powieść postrzegać jako zwykłą, humorystyczną opowiastkę, spojrzenie z przymrużeniem oka na dzisiejsze relacje damsko-męskie, a można również dostrzec w niej zjadliwą satyrę na współczesną kobiecą emancypację, fascynację ekologią, Dalekim Wschodem, życiem w zgodzie z naturą i wszystkim co alternatywne.

Sięgając głębiej trafiamy również na wspomnianą kwestię autobiografizmu. Czy pod tą grubą warstwą humoru rzeczywiście kryje się niechęć i tłumiona złość odtrąconego męża, spragnionego niewolnicy czekającej cierpliwie z półmiskiem ciepłych kotletów? Czy z Michalem Vieweghiem było podobnie jak z Mojmirem, który pewnego dnia w akcie bezsilności pomyślał „Muszę coś z tym zrobić”, a następnie „Już wiem. Napiszę o tym książkę”? Sama Veronika przyznaje, że Ekożona była dla jej męża sposobem na odreagowanie i wyrzucenie z siebie żalów i pretensji... „Pozornie humorystyczna powieść”, czyż tak?

Te dociekania dodają na pewno lekturze smaku, ale są bezowocne, bo pomijając te drobne wyłomy autor jak zwykle świetnie się maskuje. Skupmy się więc przede wszystkim na humorze – bo niezależnie od tego, czy jest jakieś drugie dno, Ekożona jest bezdyskusyjnie zabawna. Sposób, w jaki Viewegh ustami Mojmira komentuje otaczającą go rzeczywistość, jego cięty dowcip, bezlitosny sarkazm i błyskotliwa metaforyka sprawiają, że ta lektura to świetna rozrywka. Proponuję przenieść się do świata spersonifikowanych pomidorów, tańców brzucha w wykonaniu ciężarnych alias „ruchów wielorybów ugrzęzłych na mieliźnie” oraz zjadanej bez zastanowienia „czekolady energii twórczej” – i po prostu dobrze się bawić.

***
A na koniec – polski smaczek. Wraz z całą resztą kobiecego świata przeciwko biednemu Mojmirowi spiskuje sama Olga Tokarczuk:
Bierze z szafki nocnej jej MaMy Kalendarz i otwiera go za pomocą szkarłatnej zakładki. Pierwsze co widzi, to motto tygodnia autorstwa Olgi Tokarczuk: „zdałam sobie sprawę, że zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość; że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie”.
Apostoł rozumu Mojmir, który dwa lata temu w Bolonii postawił swojej polskiej koleżance dwie absurdalnie drogie szesnastoletnie whisky, irracjonalnie odbiera to jako ordynarną niewdzięczność. Bezsilnie przegląda kalendarz. Ma wrażenie, że spiskują przeciwko niemu wszystkie kobiety świata (s. 142-143).
Biedak :)

***
M. Viewegh, Ekożona, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

Za to, że odważył się zaryzykować i mimo mojego chłodnego stosunku do Michala Viewegha postanowił wysłać mi egzemplarz recenzencki Ekożony – dziękuję panu Mirkowi z wydawnictwa Stara Szkoła :) Książkę można kupić m.in. na stronie wydawnictwa. Dostępny w sprzedaży przed Świętami jest również pakiecik Ekożona + Ostatnia arystokratka z autografami autorów – polecam!

Tych, którzy rozumieją trochę czeski, odsyłam jeszcze raz do wspomnianego fragmentu wywiadu z autorem Ekożony i jego małżonką. Zobaczcie też, jak w Show Jana Krause Veronika Vieweghová opowiada o pracy douli, Centrum Matki, wychowywaniu dzieci w domu i życiu ze sławnym pisarzem :)

Fotografie:
[1] Jonas Tana / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Okładka czeskiego wydania Ekożony, wyd. Druhé město / www.biomanzelka.cz
[3] Okładka polskiego wydania, wyd. Stara Szkoła

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz