czwartek, 26 maja 2016

Zainfekowana wirusem zachwytu – „Listy”, Katherine Mansfield

„Nie można uciec od piękna… jest wszędzie”.

Lektura listów Katherine Mansfield to cudowny rzut oka za kulisy życia pisarki. Na jej codzienność, na to, co chciałaby pewnie ukryć przed czytelnikiem – zmienność nastrojów, kaprysy i złośliwostki, ale i na to, co najbardziej w niej urzeka – gorączkowe pragnienie życia, nieustanny zachwyt światem i umiejętność spojrzenia na niego oczyma dziecka.

Kasia JEST zresztą dużym dzieckiem, co sama wiele razy podkreśla. Ze swoim entuzjazmem i zadziwieniem wszystkim co widzi, z marzeniami, które bezustannie snuje, nawet ze swoimi humorkami i dąsami. W liście do męża pisze, że są jak parka siedząca pod liściem rabarbaru i pokazująca sobie nawzajem cuda wyjęte ze swoich kieszeni. I wciąż roztacza przed nim wizje ich wspólnej szczęśliwej przyszłości, małego domku, w którym na stole pachną róże, i gdzie obydwoje oddają się swoim twórczym aspiracjom.

Marzyć nie przestaje ani na chwilę, nawet wtedy, gdy – co my już wiemy, ona jeszcze nie – zostaje jej tylko kilka miesięcy do śmierci. Wydaje się, że wtedy właśnie, jakby przeczuwając swój los, marzy najbardziej desperacko i rozpaczliwie, próbuje się tych marzeń uchwycić, pisze o domu, w którym kiedyś zamieszka, o ogródku, który założy, o wszystkich rzeczach, które napisze wiosną, gdy już wyzdrowieje, o „nowym życiu”, które zamierza rozpocząć. Przez to jej listy z ostatniego roku życia wywierają szczególnie wstrząsające wrażenie.
Czuję się „chora” i tęsknię – tęsknię za Tobą, za naszym domem, naszym wspólnym życiem i za malutkim dzieciątkiem. A w mojej duszy podnosi się coś bardzo ciemnego, nieokreślonego i przerażającego, co zagraża tym marzeniom… (s. 151).
Ale obok smutku i zadumy jest tu też dużo uśmiechu. Listy Kasi bywają też rozczulająco zabawne. Pisze, że chciałaby być krokodylem, bo to jedyne zwierzę, które nie kaszle. Spacerującym po pokoju muchom przypisuje dyskusję o ratyfikacji traktatu pokojowego „między nami a Mucholandią”. Nie znosi fasoli, bo to „jarzyna wyzuta z fantazji”. A czekoladki z likierem wraz z tajemnicą, którą kryją, są dla niej „przerażające”. W dniach gorszego nastroju (co naprawdę da się wyczuć) bywa cudownie ironiczna, jak we fragmencie o Szwajcarii:
A jedzenie zupełnie pozbawione nerwu, rozumiesz? Zdaje się leżeć i czekać na człowieka; nawet befsztyki są pokorne. Nie ma sposobu nawiązania kontaktu z tym jedzeniem; niczym nie pociąga, nie rozbudza ciekawości ani chęci bliższego zapoznania się i zadzierżgnięcia stosunków. Szparagi są zawsze martwe, a do purée de pommes de terres ma się ochotę mówić: „wuju”. (…) A przy tym ludzie w tym hotelu wyglądają jak żywy cmentarz. Nie widziałam nigdy takich mumii; to znaczy ludzi należących do minionej epoki. Kołnierze na fiszbinach (pamiętasz je?) są ostatnim krzykiem mody, jak również siatki na włosy i srebrne klamry do pasków, i zapinane buciki. Puder nie został jeszcze wynaleziony (s. 338).
Leżaczek i gazetka. Rok 1917.
Ironiczna za to bywa rzadko, gdy pisze o współczesnych jej pisarzach brytyjskich – wtedy po prostu wpada w gniew. Krytykuje, gani, widzi w nich jedynie grupę zaabsorbowanych sobą komediantów, cierpiących na erotyczną obsesję. „Mogłoby to być śmieszne, gdyby nie było takie wstrętne” – pisze. Są oczywiście chlubne wyjątki, jak zaprzyjaźniony z nią D.H. Lawrence – któremu również wytyka pewne rzeczy, jak podejście do miłości, ale przyznaje, że „namiętność robi z niego prawdziwego pisarza” – czy jej główna rywalka, Virginia Woolf („Psiakrew, Virginio, jak Ty dobrze piszesz! Wściekle dobrze”!).

Choć jednak stan angielskiego piśmiennictwa wyraźnie leży jej na sercu, stanowczo przykazuje samej sobie, by nie tracić czasu na roztrząsanie tej kwestii. Uważa, że jej zadaniem, podobnie jak wszystkich artystów, jest robić swoje najlepiej jak się potrafi, nie oglądając się na innych.

Idąc tym tropem – wiele uwagi poświęca również samemu pisaniu, swoim metodom twórczym, swojemu warsztatowi. Żali się, że pisanie jest dla niej wyczerpujące, ponieważ za każdym razem musi całkowicie wejść w rolę tego, o kim pisze, „zagubić się całkowicie w jego duszy”, ale zaraz później podkreśla, że „każda chwila bez pracy jest nieszczęściem”. Dzieli się tym ze swoimi przyjaciółmi artystami, podkreślając łączącą ich więź oraz fakt, że wszyscy ludzie sztuki tworzą plemię, którego reszta świata nie rozumie.
Mieszkam tu u „krewnych”, są najdrożsi, tylko – to nie artyści. Wiesz, co to znaczy. Kocham ich, byli dla mnie niesłychanie dobrzy i mili, ale nie należą do naszego świata. Tęsknię za moim ludem, za swoim własnym koczowniczym plemieniem (s. 253).
Wracam jednak do tego, co dla mnie osobiście najpiękniejsze. Kasia jest niesamowitą obserwatorką, godziny spędza na obserwowaniu owadów i innych zwierząt w ogrodzie, jej pisarstwo ma swoje korzenie w zadziwieniu i zachwycie, i jest zarazem nieustannym słaniem tych miłosnych liścików do świata, o którym pisał Hrabal.
Ja lubię straszliwie niemodne rzeczy – i ludzi. Lubię zasiadać na progach domów i rozmawiać ze staruszką, co przynosi pigwy, i jeździć na spacery trzęsącym wózkiem, i słuchać orkiestry, która w ciepłe wieczory grywa w publicznych ogrodach, i rozmawiać z kapitanami małych, zniszczonych parowców, a właściwie to lubię rozmawiać z różnego rodzaju ludźmi w najróżniejszych miejscach. Cóż to za straszliwie długie zdanie; ciągnie się bez końca. Chcąc go dokończyć, można by nad nim spędzić całe życie (s. 396).
Śliczna 24-latka. Rok 1912.
W jej piersi płonie szał życia, w głowie ma tysiące planów i marzeń, co rusz zapala się jak pochodnia. Tryska entuzjazmem, śmieje się, podskakuje jak mała dziewczynka. Niektórzy twierdzą, że podobny napad radosnego uniesienia doprowadził ją do śmierci – dostała krwotoku po tym, jak co tchu wbiegła po schodach, chcąc pokazać mężowi, jak dobrze się czuje. Nie wiem, czy to prawdziwa historia, ale jeśli tak – to było piękne odejście. Takie, na jakie zasłużyła.

Z tą radością i zachwytem była trochę jak istota z innej planety. Nie czuła się dobrze wśród ludzi, nazywała ich „mechanicznymi tworami”, porównywała z roślinami cisnącymi się w małych doniczkach, podczas gdy dawno już ktoś powinien przesadzić je do ogrodu. Narzekała, że większość z nich „nie potrafi stać się dziećmi”. „Dlaczego ludzie nie chcą żyć szczerzej i swobodniej?” – pytała. U osób spotkanych na swej drodze stale wypatrywała symptomów własnej „choroby”.

Na szczęście miała blisko siebie kogoś również zainfekowanego wirusem zachwytu, kogoś, kto ją rozumiał i zapalał się podobne jak ona. Męża, Johna Middletona Murry’ego. Adresata większości listów, towarzysza jej dziecięcych zabaw, człowieka, z którym chciała dziesięć lat wędrować w słońcu, ale niestety nie było jej to dane.
Co do mnie wierzę w małżeństwo, wydaje mi się jedyną zadowalającą formą stosunku. Jakże inaczej zdobyć spokój ducha, niezbędny do radowania się życiem i do pracy? Czyż wzajemne poznanie się nie jest ciekawszą przygodą od wymiany pocałunków z licho wie ilu osobami? Całe życie schodzi na owym poznawaniu się, a staje się ono z czasem coraz „bardziej cudowne”. Brzmi to zapewne po staroświecku, ale trudno. Smażenie z M. konfitur, wyszukiwanie w „Alpine Flora Book” nazw kwiatów, których tam nigdy nie ma, rozmowa, a nawet przyglądanie się jak M. ceruje swoje skarpetki n a  c y t r y n i e, zajmuje mi cały czas wolny od pracy (s. 378).
Wszystko to samo w sobie wystarczyłoby, żebym zachwyciła się listami Katherine Mansfield. Ale było jeszcze coś – tym razem pojawiła się akurat w momencie, w którym jej potrzebowałam. Towarzyszyła mi w ważnym okresie w moim życiu i dodawała mi odwagi, kreśliła śmiałe wizje, podsuwała mi w swoich listach odpowiednie słowa. Pomogła mi lepiej zrozumieć (i wyrazić) siebie. I stała się przez to najbliższą mi ze wszystkich pisarek, a do niej i do jej listów już zawsze będę wracać z sentymentem. Jak do przyjaciółki.

***
K. Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 1978.

A tutaj pisałam o opowiadaniach Kasi, kilka zdań poświęcając również jej relacji z Virginią. Tym, których interesują powiązania między tymi dwiema pisarkami i chcieliby się dowiedzieć więcej, odsyłam W zacisze biblioteki, gdzie znajdziecie obszerne fragmenty dziennika Virginii dotyczące Katherine: tu i tu.

Fotografie:
[1] Archives New Zealand / Wikimedia Commons
[2] Ottoline Morrell / Wikimedia Commons
[3] Wikimedia Commons

10 komentarzy:

  1. Ciekawi mnie na poufałość z autorką. Skąd ona wynika?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki ciekawski! :) Niewiele więcej mogę zdradzić ponad to, co napisałam w tekście, nie wchodząc w swoje życie osobiste. Pomogła mi, po prostu :). Zrozumieć, czego chcę, czego potrzebuję, co mi się marzy. I dużo się w moim życiu zmieniło, z jej drobną pomocą. Enigmatyczne, wiem, ale trochę za wcześnie na szczegóły :).

      Usuń
    2. Enigmatyczne i jasne zarazem. Życie osobiste niech osobistym pozostanie - ja ukontentowany odpowiedzią jestem.

      Usuń
    3. Bardzo mnie to cieszy :). Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Uczucia wobec swojej pracy, jak widzę, miała sprzeczne. Z jednej strony pisanie bardzo ją męczyło, z drugiej – bez pisania nie czuła się szczęśliwa, nie mogła bez niego żyć. „Ja lubię straszliwie niemodne rzeczy – i ludzi” – widzę, że mam z tą autorką coś wspólnego, bo ja też lubię niemodne rzeczy i ludzi uważanych za niepopularnych. Bardzo ciekawie napisałaś o tych listach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dużo u niej jest tych sprzeczności, raz pisze tak, raz tak, dlatego wspomniałam o humorkach :). To nie tylko dotyczy pracy, w jednym liście na przykład pisze do męża, że nie potrzebują pieniędzy, mogą żyć „jak dwoje jedwabników na liściu morwy”, a kilka dni później, jak przyjemnie byłoby mieć pieniądze, ładny dom i służbę... Raz pisze, że bez ludzi wariuje, niedługo potem, że naprawdę kocha tylko chwile samotności. I tak ciągle :).

      Ale pisanie, myślę, naprawdę kochała, co nie znaczy też, że go równocześnie nie nienawidziła – wielu pisarzy twierdzi podobnie, że ta praca to straszna katorga, ale jest warta tego wysiłku. Jak to napisał Tomasz Mann: „Pisarz to człowiek, któremu pisanie przychodzi trudniej niż innym ludziom” :).

      Witaj w klubie, bo ja też lubię niemodne rzeczy i ludzi. Dlatego tak mi się spodobał ten cytat. Może i była humorzasta, złośliwa, obrażalska, miała swoje wady, jak każdy człowiek, ale mimo wszystko czuję, że pod wieloma względami to moja bratnia dusza.

      Dzięki, Koczowniczko. Bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał, a listy Cię zainteresowały! Naprawdę są warte tego, żeby poświęcić im trochę czasu.

      Usuń
  3. Katherine Mansfield miała rację co do pisania Woolf. Sama, czytając eseje Woolf, też myślałam coś w stylu: „Psiakrew, Virginio, jak Ty dobrze piszesz! Wściekle dobrze”! A co do zmiennych nastrojów Mansfield... też dobrze to znam niestety :P Może kiedyś skuszę się na przygarnięcie jej listów, żeby podczytywać co dzień kilka. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też :). Virginia była bardzo mądrą kobietą i miała niesamowite pióro, żadne wyrazy uznania dla jej pisarstwa nie są przesadzone!

      A zmienność nastrojów ja również doskonale znam – ja i osoby z mojego otoczenia ;). Więc i w tym punkcie doskonale Kasię rozumiem. Humorki, skłonność do złośliwostek – przecież to takie ludzkie. A kobiece na pewno.

      Przygarnij te listy, naprawdę warto. Można je kupić na Allegro w przyzwoitej cenie, a dostarczają mnóstwa radości!

      Usuń
  4. Cudownie się czyta ten wybór listów, prawda? Niektóre listy z opisem drobnych, codziennych sytuacji to perełki stylu i humoru. Często wspominam tę lekturę i cieszę się, że tak pięknie ją opisałaś. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie :). To jest właśnie u niej niesamowite, że potrafi spojrzeć na takie małe, pozornie bez znaczenia rzeczy, jak nikt inny na nie nie spogląda. I opisać je z humorem i fantazją :). Szczególnie podobają mi się fragmenty, w których pisze o swoich obserwacjach zwierząt lub dzieci. Ja też na pewno będę długo tę lekturę wspominać. I dziękuję Ci za miłe słowo :). Pozdrawiam ciepło!

      Usuń