sobota, 29 października 2016

Polityka, Holokaust i kobiecość – Festiwal Conrada 2016, dzień 3. i 4.


Festiwal trwa. Trzeci dzień był jeszcze mocno burzliwy, stopniowo jednak emocje opadają, robi się spokojniej i... literacko, po prostu. Zapraszam na drugą część relacji.  

Spotkanie z rodziną Peszków

Jaką rodziną są Peszkowie? Szczerość do bólu, dobre i złe emocje, wybuchowe momenty, zwłaszcza, kiedy sobie popiją, a popić lubią. „Normalna polska rodzina” – z uśmiechem stwierdziła na wstępie Marysia. „Udało nam się osiągnąć status przyjaźni” – powiedział z kolei jej ojciec, przyznając równocześnie, że miłość to już dla niego problem, bo miłość to coś, co przemija.

W trakcie spotkania rodzina Peszków opowiadała o tym, jak dochodziła do tego, co ma dziś. Jak wszyscy nawzajem uczyli się siebie. Ze strony ojca pojawił się szacunek i wyrozumiałość, ze strony syna – dystans, odejście od lekko bałwochwalczego stosunku do rodzica, z kolei córka porzuciła aktorstwo na rzecz muzyki, aby mieć własny świat i „nie zamordować swojego ojca na scenie”.

Przyjemnie się ich słuchało. Bo miałam wrażenie, że to również dla nich ważna rozmowa. Że nie tylko dla publiczności, ale z własnej potrzeby, szczerze, analizują swoje wzajemne relacje, wspominają zarówno to, co było dobre jak i to, co było złe.

Poznaliśmy też kilka rozczulających historii. Jak to Marysia „za złotówkę” czytała Błażejowi jego lektury, ale bywała też do tego zmuszana, bo kiedy rodzice wychodzili, brat straszył ją w nocy. Jak pewnego razu Jan zastał 5-letniego Błażeja szlochającego na sedesie, i kiedy zapytał go, co się stało, usłyszał: „Tatusiu, czy ja muszę umrzeć?”. Wyznali też, że co dwa lata spędzają razem Święta. I dzieci, „już pod pięćdziesiątkę”, ale są oburzone, kiedy rodzice sugerują, że mogliby gdzieś wyjechać.

Niestety tym razem siedziałam dość daleko ;).
Mowa była też o płycie Jezus Maria, którą ojciec i brat wokalistki z początku mocno krytykowali, obawiając się, jaki będzie jej odbiór w konserwatywnej Polsce. I nie bez przyczyny – Marysia przyznała, że dostawała listy z pogróżkami, a jeden człowiek w galerii („Nie mówiłam ci tego, żebyś się nie martwił” – rzuciła w kierunku ojca) popchnął ją.

Jan Peszek powiedział wtedy, że dobrze, że go wtedy nie było, bo zabiłby tego człowieka. I właśnie te słowa spotkały się z silną krytyką jednej ze słuchaczek, kiedy przyszedł czas na pytania od publiczności. Oburzona pani zarzuciła mu, że jest takim samym frustratem jak hejterzy, których krytykuje, skoro mówi coś podobnego. Na tym jednak nie koniec – słuchaczka rozkręciła się i zaczęła komentować twórczość Marysi, nie unikając mocnych słów („Mam panią w dupie!”), zarzucając jej, że sprofanowała jeden z najpiękniejszych fragmentów Biblii, Pieśń nad pieśniami (tymczasem zdanie, o które jej chodziło, „Pan jest pasterzem moim” nie pochodzi oczywiście z Pieśni nad pieśniami) i pytając napastliwie: „Jeśli pani nie wierzy w Boga, to w co pani wierzy?”. Oczywiście, każdy ma prawo do własnego zdania, ale ten atak był zdecydowanie za ostry i przeczył wartościom, jakich oburzona pani zdawała się bronić.

Dla równowagi pojawiło się później kilka bardzo pozytywnych głosów. „Jestem fanem państwa twórczości” – stwierdził dumnie jeden ze słuchaczy i przez kilka minut rozpływał się nad wspaniałością dokonań artystycznej rodziny. Starszy pan, którego widzę na niemal każdym spotkaniu, powiedział, wywołując salwy śmiechu i brawa: „Dzisiaj czuję na tej scenie radość życia”. I dodał, że brakuje nam dziś takiej cywilnej odwagi. Za odwagę mówienia o swoim ateizmie podziękowała Marysi również inna słuchaczka. „Sama jestem ateistką, ale wszyscy w naszym kraju automatycznie zakładają, że jest inaczej; czuję się z tym jak przedstawicielka mniejszości etnicznej” – wyznała. Kolejna pani broniła Jana Peszka za jego skrytykowane wcześniej słowa: „Sama jestem matką i gdyby ktoś skrzywdził moje młode, zrobiłabym dokładnie to samo”.

Na koniec pojawił się wątek umierania za idee, którego Marysia jest zdecydowaną przeciwniczką, jako osoba kochająca życie i uznająca je za najwyższą wartość. Jak jednak powiedział jej ojciec: „Oczywiście, nie wiemy, jak byśmy się zachowywali, gdybyśmy żyli w czasach, kiedy ludzie byli zmuszeni biegać po kanałach. Pewnie byśmy biegali. Ale teraz trzeba żyć”.

Spotkanie z Eustachym Rylskim

W Polsce pisarze mają zbyt mało do powiedzenia w temacie polityki – stwierdził już na wstępie Eustachy Rylski. Kiedy któryś próbuje zabrać głos w tym temacie, jest to u nas traktowane jako rodzaj ekstrawagancji, podczas gdy na Zachodzie, w państwach dojrzałej demokracji, artyści mieli i mają aktywny wkład w sprawowanie rządów. De Gaulle, Llosa, Havel, Churchill – wymieniał przykłady. Jego zdaniem również w Polsce potrzebny jest rząd intelektualistów.

Nawet Rosja liczy się z pisarzami, choć oczywiście tutaj pisarze wywierają często wpływ negatywny (vide: Sołżenicyn, który zdeprawował Putina). Zdaniem Rylskiego nie ma wątpliwości, że wielu wielkich rosyjskich prozaików, gdyby żyło dziś, poparłoby aneksję Krymu. W Rosji jednak ten ścisły związek między polityką a literaturą wynika jednak z tego, że cała Rosja zanurzona jest w literaturze – stwierdził pisarz, i na dowód przytoczył historię, jak to podczas pewnego zakrapianego spotkania z Rosjanami, rozmowa zeszła na ich ulubiony temat – kobiety; nie kobiety z krwi i kości jednak, ale te z literatury…

Z czasem festiwalowa dyskusja zeszła na polską politykę. Rylski mówił o swoim niejednoznacznym statusie jako pisarza – dla lewicy dziwadła, dla prawicy „swojego człowieka”. Ma zresztą sporo przyjaciół z kręgów prawicowych, choć zupełnie nie zgadza się z nimi w kwestiach politycznych – uważa, że ich projekt na państwo jest katastrofalny i nikt, niezależnie od tego czy wierzący czy nie, nie powinien się na niego godzić.

Mówił również o podziale mentalnym, klasowym w Polsce i zastanawiał się, czy Polska da się namówić na wojnę domową (bo takich, którzy do niej namawiają, nie brak). Stwierdził, że Jarosław Kaczyński byłby „bardzo interesującą postacią literacką”, i opowiedział o nim – moim zdaniem bardzo niesmaczny – polityczny żart. Poruszył też temat Unii Europejskiej, która jest jego zdaniem jednym z najpiękniejszych i najpotężniejszych tworów w historii, i wyraził się dość dosadnie: „Trzeba być ostatnim skurwysynem, żeby pytać, czy Unia ma sens”. Na szczęście, kiedy mimo wszystko jeden ze słuchaczy postawił to pytanie, wymieniając liczne problemy gospodarcze państw Unii, pisarz odbył z nim krótką, ale bardzo rzeczową, inteligentną dyskusję.

Poglądy polityczne Rylskiego i jego sposób wypowiadania się o polskim rządzie bardzo nie przypadł do gustu jednej ze słuchaczek (tej samej, która wcześniej tak mocno atakowała Marysię Peszek). Stwierdziła, że skoro festiwal przynajmniej częściowo finansowany jest przez Ministerstwo Kultury, gość nie powinien wyrażać się o rządzących w ten sposób. Tak bezsensowna uwaga moim zdaniem w ogóle nie wymagała komentarza – zwłaszcza że już wcześniej Rylski mówił o tym, że każdy pisarz, choć przyjął demokrację i zgadza się z jej zasadami, ma prawo mówić i pisać o tym, co mu się nie podoba. Pisarz odparł jednak, że skoro tak, to przed każdą imprezą, w której bierze udział, musiałby sprawdzić sponsora, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś złego na jego temat.

Na koniec wypłynął temat Kościoła. Lekko zamarłam, ale na szczęście na napastliwą wypowiedź jednego ze słuchaczy Rylski odpowiedział – po raz kolejny – w sposób bardzo wyważony. „Jestem starym klerykałem” – wyznał, i stwierdził, że mimo wszystko mamy wielu naprawdę dobrych duchownych. Dla przykładu przytoczył historię, w której główną rolę odegrał arcybiskup Życiński – kiedy Rylski i jego żona zadzwonili do kurii w sprawie ociemniałej kobiety, która skarżyła się, że odkąd jest biedna, żaden ksiądz nie przychodzi do niej po kolędzie, Życiński osobiście zajął się tą sprawą, odwiedził kobietę i zapewnił, że jej dom nie będzie już więcej pomijany.

Ludzie z prowincji. Dyskusja z udziałem Radki Franczak, Andrzeja Muszyńskiego i Macieja Płazy

Trójka polskich pisarzy opowiadała w trakcie tego spotkania o tym, czym jest dla nich prowincja. Szybko dało się dostrzec różnice w pojmowaniu tego pojęcia przez poszczególnych uczestników rozmowy. Maciej Płaza uważa, że prowincja niesłusznie kojarzy się źle, a on osobiście jest dumny ze swojego prowincjonalnego pochodzenia, miasta zaś nie zna i nie rozumie. „Prowincjonalność jest pewną wartością” – powiedział. Z kolei Radka Franczak stwierdziła, że dla niej prowincja jest pewnym stanem umysłu, czymś zamkniętym i niechętnym zmianom, dlatego ona niekiedy wstydzi się, że wywodzi się z niewielkiego Słupska.

Rozmówcy zgodzili się jednak, że określenie „prowincja” jest bardzo względne – co innego będzie się bowiem w nim zawierało, jeśli naszym punktem odniesienia będzie Warszawa, a co innego – jeśli Nowy Jork. Względne jest również stosowane jako przeciwieństwo słowo „centrum”. „Mieszkałam w Warszawie, teraz mieszkam w Berlinie, jestem w ścisłym kontakcie z Nowym Jorkiem, ale moim osobistym centrum wciąż pozostaje Słupsk” – przyznała Radka Franczak.

W trakcie spotkania prowadząca Katarzyna Trzeciak przeczytała fragment powieści Franczak, w którym pojawia się „prowincjonalny”, zakorzeniony nawet po wyjeździe z rodzinnych stron, szacunek do chleba. Maciej Płaza stwierdził przy tej okazji, że opozycja prowincjonalność – centralność działa również w czasie, prowincjonalność jest bowiem utożsamiana z tradycją (szacunek do chleba, powiązany również – jak zauważył Muszyński – z pracą, w tym pracą na roli), centralność zaś – z nowoczesnością (duże supermarkety, towary ze sklepowych półek).

Poruszony został również temat wspólnotowości na prowincji. Płaza potwierdził, że ponieważ w małych miejscowościach ludzi jest mniej, relacje rzeczywiście są wyraźniejsze (co nie znaczy, że silniejsze). Andrzej Muszyński z kolei zauważył, że ta prowincjonalna wspólnotowość nie jest wcale tak silna, jak na przykład więzi, których doświadczył w środowisku emigracyjnym w Wielkiej Brytanii, te mają bowiem silne fundamenty – takie jak wspomnienia, praca.

Prowadząca zadała w pewnym momencie pytanie, czy trzeba wyjechać z prowincji, aby o niej pisać. Po krótkim zastanowieniu jednak goście doszli do wniosku, że nie. Choć bowiem oni sami wyjechali, to znaleźli kilka przykładów doskonałych pisarzy z prowincji, którzy na niej pozostali. Maciej Płaza stwierdził jednak, że takich pisarzy jest na pewno mniej.

Kiedy jedna ze słuchaczek zaczęła analizować twórczość trójki gości i mówić o tym, że zaliczyłaby ją raczej do nurtu wiejskiego niż prowincjonalnego, Andrzej Muszyński rozłożył ręce: „Cieszę się, że nie jestem krytykiem literackim, bo nie potrafiłbym się poruszać w tych definicjach i problemach. Zostawiam to innym, czym jest moja książka”. Słowa te dowcipnie skomentował Płaza: „Czyli, jak to pisał Tuwim, znasz się na literaturze jak ptak na ornitologii?”. Po czym dodał przekornie, że wiedza literaturoznawcza to trochę sztuka dla sztuki – nie jest nikomu na nic potrzebna. Przy czym, jak zastrzegł, mówi to z sympatią, sam w końcu jest literaturoznawcą.

W odpowiedzi na kolejne pytanie goście przyjrzeli się trochę głębiej kwestii wstydu, towarzyszącego prowincjonalnemu pochodzeniu. Właśnie wtedy Maciej Płaza dumnie zadeklarował, że on niczego się nie wstydzi, Radka Franczak zaś wyznała, że ona odczuwa wstyd – związany z narzucanym przez prowincję życiem według pewnego schematu, który dotyka być może bardziej kobiety niż mężczyzn. Andrzej Muszyński natomiast wstydzi się raczej rzeczy obiektywnych – na przykład tego, że jego sąsiad wyrzuca śmieci na pole.

Pod koniec spotkania Muszyński wypowiedział bodaj najpiękniejsze zdanie całego spotkania: „Prowincja to jest tam, gdzie widać gwiazdy nad głową”. Cytuję je jako ładne zamknięcie tej części relacji.

Spotkanie z Gézą Röhrigiem

Węgierski pisarz opowiadał w trakcie tego spotkania o niełatwych tematach. Zaczął od historii o swoim dzieciństwie, spędzonym najpierw w domu dziecka, skąd uciekał w poszukiwaniu własnej przestrzeni na grób ojca, później zaś – w domu przybranych rodziców, gdzie mieszkał w dawnym pomieszczeniu dla służby.

Później mowa była o czasach komunizmu na Węgrzech i o tym, że po przyjeździe do Polski w latach 80. wystarczyły mu trzy sekundy, żeby stwierdzić, że to o wiele lepsze miejsce niż Budapeszt, gdzie wtedy mieszkał. Działalność w opozycji nie wydawała się tu czymś tak smutnym i żałobnym jak w jego ojczyźnie i samizdat działał o wiele prężniej. To właśnie wizyta w Polsce, na festiwalu Marchewka, uświadomiła mu, że można angażować się politycznie i grać przy tym dobrą muzykę – inną niż prymitywne kompozycje, które prezentował on ze swoimi przyjaciółmi z zespołu Huckleberry :).

Zapytany o swój debiut poetycki pisarz odpowiedział, że wiedział, że będzie to porażka, ale uparł się przy wierszach. Porównał to do historii swojego kolegi, który ożenił się z pewną kobietą, mówiąc, że wytrzyma z nią najwyżej cztery lata, dłużej się nie da – ale mimo to brnął w małżeństwo, wiedział bowiem, że te cztery lata są tego warte.

W opowieściach gościa pojawiła się również postać dziadka, niezwykle dla niego istotna. To właśnie jego imię przyjął pisarz podczas swojej ceremonii obrzezania, już po wyjeździe do Izraela. To z dziadkiem mały Géza odbywał pierwsze rozmowy o Bogu, niełatwe zresztą, bo na pytanie, czy wierzy, dziadek odpowiadał hasłami w stylu: „Bóg nie musi istnieć po to, żeby być”. „Dziś wiem, że chciał mnie w ten sposób chronić” – stwierdził pisarz, czasy bowiem nie sprzyjały wierzącym. To dziadek również opowiedział mu o holokauście (za co zresztą później go przepraszał).

Wiele uwagi gość poświęcił opisywaniu swoich doświadczeń z wizyt w Auschwitz. Jak stwierdził, już jadąc tam czuł, że będzie to miejsce, które odmieni jego los. Wkrótce poczuł uzdrawiającą moc dawnego obozu. Wynajął w Oświęcimiu pokój, wyłączył telefon, zerwał łączność ze światem, i przez wiele dni codziennie przychodził tam rano i wychodził późnym popołudniem. Poczuł, że właśnie tam, nigdzie indziej, powinien być. I cieszył się, że to miejsce przetrwało, aby zaświadczyć o cierpieniu ludzi, którzy tam żyli i umierali.

W pytaniach od publiczności pojawił się wątek głośnego filmu Syn Szawła, w którym Géza Röhrig zagrał główną rolę. Słuchacz był ciekaw, w jaki sposób gość radził sobie z emocjami, jakie towarzyszyć musiały mu przy realizacji tego obrazu. Pisarz odparł, że jego receptą było bieganie – biegał aż do upadłego, po czym dzwonił po żonę, aby po niego przyjechała. I dodał, że nie możemy zatracać się w tych uczuciach, musimy nad nimi panować i musimy wracać mimo wszystko do Auschwitz, jesteśmy bowiem winni tamtym ludziom pamięć.

To nie jest kraj dla starej prozy. Dyskusja z udziałem Sofiji Andruchowycz, Marii Nikitiuk, Natalki Śniadanko i Haśki Szyjan

Choć zapowiedziano obecność czterech pisarek, na scenie pojawiły się tylko trzy – nieobecna była Marysia Nikitiuk. Na wstępie prowadząca spotkanie Iryna Vikyrczak wyjaśniła, dlaczego zostało w ten sposób zatytułowane – to nie nawiązanie do powieści Cormaca McCarthy’ego, ale do rosyjskiej bajki To nie jest las dla starych wilków. Następnie zapytała zaproszone pisarki, co sądzą o współczesnej literaturze ukraińskiej i jak ich zdaniem prezentuje się ona na tle innych literatur na świecie.

Haśka Szyjan wyraziła przekonanie, że nowa proza ukraińska nie odbiega od poziomu światowego, dotyczy także kontekstu społecznego aktualnego na całym świecie. Natalka Śniadanko dodała, że kultura ukraińska rozwija się wręcz szybciej niż inne, ze względu na brak ciągłości jej rozwoju – obecnie nadrabia zaległości z okresu, kiedy znajdowała się w strefie wpływów Rosji. Praktycznie z dnia na dzień powstają zupełnie nowe literackie obszary – literatura dziecięca, literatura tworzona przez kobiety, literatura komentująca politykę…

Prowadząca zapytała również o to, gdzie leży granica między starą a nową literaturą ukraińską, i przyznała, że dla niej był to moment, gdy po latach szkolnego czytania ukraińskich klasyków uświadomiła sobie, że nie wszyscy ukraińscy pisarze są martwi. Natalka Śniadanko stwierdziła, że stało się to, gdy literatura ukraińska wyszła z getta – kiedy wydawcy, utrzymujący się z pirackich tłumaczeń klasyki i odmawiający wydawania młodej prozy, „bo nikt tego nie będzie czytał”, przekonali się do nowości i zaczęli je publikować. Dziś wydawanie młodej prozy stało się procesem komercyjnym, biznesowym (o czym pisarka mówiła z zadowoleniem – co jest moim zdaniem ciekawe, biorąc pod uwagę dyskusje trwające obecnie w Polsce, i chyba nie tylko w Polsce).

Sofija Andruchowycz wyznała natomiast, że ona bardzo lubi określenie „stara” – kojarzy jej się z czymś pięknym, z tradycją. Nie zamierza więc deprecjonować starszej literatury ukraińskiej, ale uważa, że literatura powinna być przede wszystkim bardzo różna. Haśka Szyjan dodała, że piękne w dzisiejszej ukraińskiej kulturze jest to, że jest żywa.

Autorki mówiły również o tym, co jest w ich książkach uniwersalne, a co wymaga odpowiedniego kontekstu. Andruchowycz stwierdziła, że w swojej najnowszej powieści Felix Austria, choć jej akcja osadzona jest w czasach Cesarstwa Austro-Węgierskiego, porusza kwestie uniwersalne – zależności łączących ludzi oraz budowania iluzji. „Zmieniają się czasy i technologie, ale ludzie nie” – powiedziała pisarka. Również Haśka Szyjan przyznała, że stara się pisać o problemach uniwersalnych, jak w swojej debiutanckiej powieści Hunt, Doctor, Hunt! (niestety jeszcze nie przetłumaczonej na język polski) – historii Brazylijczyka Spirydona, który trafił na Ukrainę.

Natalka Śniadanko stwierdziła z kolei, że u niej jest trochę inaczej – że opisywane przez nią problemy mają pewien kontekst lokalny, znany jednak na przykład czytelnikom polskim (jak choćby świadomość człowieka migrującego). Pewne cechy z pewnością łączą jej twórczość – i wielu innych twórców ukraińskich – z prozą francuską czy niemiecką, ale ma ona również swoje cechy indywidualne, niepowtarzalne.

Poruszony został również temat inności – element wspólny dla twórczości zaproszonych pisarek. Haśka Szyjan, nawiązując do historii opowiedzianej w swojej książce, zasygnalizowała, że inność w Ukrainie Zachodniej wciąż jest jeszcze problemem. Sofija Andruchowycz zauważyła, że inność powinna nie tylko być akceptowana, ale i przez każdego w sobie rozwijana, ponieważ wspólnota potrafi dokonać wielkich i dobrych rzeczy (jako przykład podała Majdan), ale też wiele razy w historii wyrządziła ludzkości wielkie krzywdy i wykrzywiła poglądy jednostek.

Iryna Vikyrczak wspomniała, że leciała kiedyś samolotem z Oksaną Zabużko i rozmawiały o pewnym kanonie współczesnej literatury ukraińskiej – stereotypowym jej obrazie w oczach wydawców z Zachodu, według którego ma ona mieć nostalgiczny, galicyjski charakter. Natalka Śniadanko stwierdziła, że to cechy dość typowe dla literatury z Ukrainy Zachodniej (którą zresztą reprezentowały wszystkie obecne pisarki), ale ten kanon oczywiście nie jest do końca prawdziwy, powstaje bowiem wiele różnych, oryginalnych utworów.

Przy okazji pytania jednej z autorek wypłynął również temat literatury faktu na Ukrainie. Autorki zgodnie stwierdziły, że nie jest ona specjalnie rozwinięta i nie ma walorów literackich – powstaje na szybko i służy tylko odnotowaniu faktów. Wciąż brakuje również ukraińskiej publicystyki twórczej.

W odpowiedzi na pytanie o kobiety i kobiecą perspektywę w literaturze ukraińskiej Sofija Andruchowycz wspomniała swoją powieść Siomga (którą czytałam w ramach przygotowań do Festiwalu Conrada i która bardzo mi się podobała). Opisywała w niej traumy związane z okresem dojrzewania, opierając się, jak się dowiedziałam, w dużej mierze na własnych doświadczeniach – nie było więc to dla niej łatwe. Książka została przyjęta dosyć ostro, pewnie za sprawą kontrowersyjnej tematyki i odważnych opisów, co sprawiło, że autorka nieco zamknęła się w sobie, odwagi do pisania dodały jej jednak na nowo pozytywne głosy czytelniczek, które dziękowały jej za tę powieść, która dotyka ich własnych przeżyć. Dodatkową osłodą była z pewnością opowieść Natalki Śniadanko – jak pewnego razu siedziała w kolejce do lekarza, czytając Siomgę, a kiedy zobaczyła to lekarka, powiedziała: „O, Andruchowycz! Moja ulubiona pisarka!” i wpuściła ją do gabinetu bez kolejki :).

Ostatecznie jednak debata trochę mnie rozczarowała. Dowiedziałam się z niej kilku rzeczy na temat nowej literatury ukraińskiej, w rozmowie zabrakło mi jednak konkretów, smaczków, ciekawostek na temat zaproszonych autorek i ich książek. Może niepotrzebnie się na to nastawiałam, w końcu temat spotkania od początku sugerował, o czym będzie mowa. Mimo wszystko jednak czuję pewien niedosyt.

Po spotkaniu miałam okazję krótko porozmawiać z autorkami. Najbardziej sympatyczne wrażenie wywarła na mnie Sofija – skromna, urocza dziewczyna, która na moje pytanie odpowiedziała krótko i z lekkim zakłopotaniem. Najbardziej pewna siebie spośród nich wydawała się Haśka Szyjan, za to Natalka Śniadanko sprawiała wrażenie autorki o największym autorytecie.

W kolejnej, ostatniej już części relacji opowiem Wam między innymi o spotkaniu z Richardem Flanaganem (które już za mną; jaki z tego Flanagana przemiły, uśmiechnięty człowiek!) oraz z Eleanor Catton (które jeszcze przede mną – dziś o 19:30), a także o kilku innych, ciekawych rozmowach. Wypatrujcie!

12 komentarzy:

  1. To że Conrad Festival tylko z nazwy związany jest z Conradem, to szybko do mnie dotarło. Ale obecność jako "prelegentów" skandalizującej piosenkarki i jej taty aktora, ogłaszających, jak piszesz, że lubią wypić, to już zakrawa na kuriozum. To już chyba bardziej uzasadnione byłoby zaproszenie Grażyny Szapołowskiej znanej autorki :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He he :). Organizatorzy chcieli pewnie urozmaicić trochę program, i ja w sumie nie mam nic przeciwko trochę mniej „książkowym” wydarzeniom na tego typu festiwalach, ale może to już rzeczywiście była lekka przesada, bo akurat z literaturą Peszkowie nie mają wspólnego właściwie nic. Chyba żeby za literaturę uznać teksty piosenek ;). Moja mama też była zdziwiona, skąd się wzięli na takim festiwalu. I oznajmiła przy okazji, że podziela zdanie oburzonej pani :).

      A Conrad przede wszystkim patronuje tej imprezie, jako postać, która łączyła literaturę polską ze światową. Wymyślić serię wydarzeń dotyczących samego Conrada byłoby pewnie trudno, ale myśl niezła, do rozważenia i podsunięcia organizatorom...

      Usuń
    2. Na upartego Peszek to aktor, który ma na swoim koncie niejedną rolę. Wśród nich jest choćby postać Piotra Kiena, genialnego sinologa, ale i odludka, głównego bohatera powieści "Auto da fé" Eliasa Canettiego. Wg mnie adaptacja teatralna jest naprawdę udana.

      P.S. Szczerze podziwiam za wytrwałość! Ja byłem dzisiaj na Targach, potem wybrałem się na spotkanie z Eleanor Catton i obecnie czuję się fizycznie wykończony :)

      Usuń
    3. Myślę, że organizatorzy twardo stąpają po ziemi :-) bo kto by przyszedł na opowieści o Conradzie, trochę studentów, doktorantów i może jeszcze parę osób w wieku przed- i emerytalnym, gdzie tam Conradowi do autorów, którzy są aktualnie na listach bestsellerów w Empiku :-).
      Marię Peszek polubiłem od razu, kiedy jakiś czas temu przeczytałem, jak to przeżywała ciężką depresję leżąc w hamaku na plaży na Bali. Jak tu jej nie współczuć? Ona cierpi w miejscu, o którym inne kobiety mogą tylko pomarzyć. Poruszające.

      Usuń
    4. @Ambrose, no tak, w ten sposób zawód aktora będzie zawsze związany w pewien sposób z literaturą, choć z punktu widzenia festiwalu literackiego to związek dosyć luźny. Ale dzięki za informację o udanej adaptacji „Auto da fé”, uwielbiam tę książkę. Co do wytrwałości – moim zdaniem to targi szczególnie wykańczają; ja po dojeździe i piętnastu minutach spędzonych w Expo, w tym tłumie i hałasie, byłam bardziej wykończona niż po całym dniu spotkań na Conradzie ;). Ale żeby nie było, festiwal też pochłania sporo energii. Ja po tym tygodniu jestem kompletnie wykończona. Gdybym mogła, spałabym trzy dni :).

      @Marlow, ale wiesz co, mógłbyś się zdziwić, bo na te mocno teoretyczne rozmowy o literaturze, czy na przykład spotkanie o Josephie Rothcie, przyszło też naprawdę sporo osób. Oczywiście, nie tyle co na Peszków ;) ale jest spore grono słuchaczy, którzy na Conradzie chodzą na wszystko. A na spotkania o Conradzie to już na pewno chętnie by przyszli. Szkoda, że oddałam już ankietę, ale spróbuję podrzucić pomysł organizatorom. Co do depresji na plaży na Bali – nie wiem, jak to skomentować, nie mam słów ;).

      Usuń
    5. Niniejszym wyrażam zdziwienie :-) To budujące, że ciągle jeszcze istnieje etos "oldskulowej" inteligencji, czytającej nie to co promowane i modne ale to co ważne. Tak na marginesie, wydawnictwo Austeria, przeprowadza "ofensywę" twórczości Rotha, szkoda tylko, że w tak krakowsko-poznańskich cenach :-).

      Usuń
    6. To prawda, budujące, dlatego tak chętnie przychodzę, słucham pytań i komentarzy słuchaczy. Naprawdę fajni są :). Ja samego Rotha jeszcze nie czytałam, ale czytałam przed festiwalem o nim i byłam na połowie spotkania, czuję się teraz zmotywowana, żeby wreszcie po niego sięgnąć. Tylko te ceny faktycznie trochę szalone...

      Usuń
    7. Ale, ale! Jest go sporo w mojej rzeszowskiej bibliotece, i to wszystko dostępne (co niestety potwierdza Twoją smutną tezę). Jak tylko doczytam to, co mam, i zwolnię miejsce na koncie, biorę :).

      Usuń
    8. Gwarantuję, że nie będziesz zawiedziona "Marszem Radetzy'ego". Roth kumplował się z Wittlinem a to już galicyjskie (czytaj: Twoje) klimaty (tak przypuszczam) :-)

      Usuń
    9. Tak, galicyjskie to jak najbardziej moje :). I właśnie od „Marszu Radetzky'ego” chciałam zacząć, dziękuję!

      Usuń
  2. Jestem pod wrażeniem Twoich relacji i muszę Ci osobiście podziękować za to, że dzięki Tobie mogłam poczuć atmosferę pierwszych dni Festiwalu. Gdybyś potrzebowała noclegu podczas Big Book Festiwalu, trochę luźniejszego i bardziej oldschoolowego, ale nie mniej inspirującego), to zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że choć w ten sposób mogłam przybliżyć Ci ten festiwalowy klimat pierwszych dni :). Wydaje mi się, że na początku tygodnia ta atmosfera była bardziej burzliwa, później trochę się uspokoiło. Co oczywiście nie znaczy, że było mniej ciekawie.

      Dziękuję też za propozycję noclegu. Mam co prawda w Warszawie siostrę, i zwykle zatrzymuję się u niej, ale na przykład w tym roku podczas Big Booka akurat jej nie było, i dlatego (oraz jeszcze z kilku innych powodów) w końcu zrezygnowałam z przyjazdu. Więc dodatkowa opcja noclegu zawsze może się przydać :).

      Ja Big Booka znam i też lubię, byłam na zeszłorocznym i bardzo, bardzo mi się podobało! To co prawda tylko dwa dni, ale organizatorzy maksymalnie wykorzystują ten czas, i zapraszają naprawdę ciekawych gości. W moim sercu jest na drugim miejscu, zaraz po Conradzie :).

      Usuń