poniedziałek, 23 stycznia 2017

Z pamiętnika dręczyciela – „Świnki morskie”, Ludvík Vaculík (nowe wydanie)

Vladimir Nabokov twierdził, że dobry czytelnik to czytelnik wielokrotny, i jest to myśl, którą często za nim powtarzam. Mimo tego więc, że na świecie roi się od książek, których jeszcze nie miałam w rękach, a powinnam, zdarza mi się wracać do dawnych lektur. Czas i doświadczenia zmieniają perspektywę, sprawiają, że dostrzega się zupełnie inne rzeczy niż za pierwszym razem.

Tak było i z moim powrotem do Świnek morskich Ludvíka Vaculíka. Po raz pierwszy czytałam je prawie cztery lata temu, na pierwszym roku bohemistyki, zachęcona rekomendacją lektora od czeskiego. Skromną białą książeczkę znalazłam w bibliotece i z mieszaniną ekscytacji i strachu zanurzyłam się w rozważaniach praskiego bankiera, ojca i męża, ot, zwyczajnego Vaszka, który z czasem zamienia się w okrutnego oprawcę tytułowych świnek. Teraz Świnki trafiły do mnie w nowym wydaniu, w odświeżonym tłumaczeniu, postanowiłam więc sprawdzić, jak zadziałają na mnie dziś.

I działają wciąż niezwykle mocno, ale mój odbiór jest też dziś bogatszy. Przede wszystkim dlatego, że po drodze zdążyłam zapoznać się z twórczością Ladislava Fuksa, który porusza w swoich książkach bardzo podobną tematykę. Przemiana niepozornego Vaszka w psychopatycznego dręczyciela mocno przypomina metamorfozę pana Kopfrkingla, tytułowego palacza zwłok. I tu, i tu chodzi o kontrast – szaleństwo rodzi się w głowie odpowiedzialnego męża i ojca, statecznej głowy rodziny, kogoś, kto wydaje się pewny jak skała, silny, mądry i godny zaufania. Kiedy z nim zaczyna dziać się coś niedobrego – to jak gdyby stopniowo pękał fundament całej rodziny. Jeśli więc lubicie prozę Fuksa, a zwłaszcza wspomnianego Palacza zwłok, myślę, że Świnki morskie też Wam się spodobają.

Przy drugiej lekturze zwróciłam też uwagę na niuanse, dotyczące charakteru Vaszka, na to wszystko, czego nie mówi nam wprost, ale co jesteśmy w stanie wyczytać między wierszami. Jeszcze zanim zaczyna praktykować swoje obrzydliwe eksperymenty na zwierzątkach, widać, że to nieprzyjemny typ. Ewidentnie mizogin – jak on pluje jadem na małe dziewczynki!
„Nie muszą nic robić, nie mają praktycznie żadnych zmartwień, a kiedy potem chcą o kogoś zadbać, jedynie mu szkodzą z winy swoich tępych matek. Tępych znaczy ozdobionych, leniwych i tuzinkowych. Ach, wy, tego typu dziewczynki – waszych matek mam powyżej uszu. Boję się, wy groteskowe specjalistki od niczego, nawet nie od fortepianu, z kim ożenią się nasi chłopcy. Zrzucimy was ze schodów” (s. 27).
A uwaga, którą raczył poświęcić swojej żonie, przedstawiając członków swojej rodziny? „Jest nauczycielką, ale mniejsza o to”? Vaszek wyraźnie nie lubi swojej Ewy, mało tego, nie przepada również za synami. Jest niecierpliwy, porywczy, ma skłonność do mądrzenia się, a jako czytelnicy zdajemy sobie sprawę, że do mędrca mu daleko. Już po pierwszych stronach możemy więc stwierdzić, że coś w tym na pozór zwyczajnym faceciku jest nie w porządku.

Dziś, czytając Świnki, nie mam wątpliwości – ten człowiek nie był psychicznie zdrowy. Przy pierwszym spotkaniu z nim sądziłam, że jest po prostu zepsuty, pozbawiony empatii i zły, ale takie elementy jak historia z niebieską kurtką Vaszka, niezdrowe sny, dziwne przejęzyczenia i pozbawione sensu wstawki, jak gdyby coś przebijało się do jego świadomości („Drogie dzieci, rozewrzyjcie nóżki, coś wam opowiem. Zabiłyście już kiedyś coś większego?”), czy zakończenie, które interpretuję jako coś, co wydarzyło się głównie w głowie bohatera, przekonują mnie, że narrator powieści Vaculíka był czystej wody szaleńcem.

Co jednak doprowadziło go do bram tego szaleństwa? Czy było to po prostu coś, co od urodzenia tkwiło głęboko w nim, i może tkwi w każdym z nas (jak twierdzi Fuks), a w zetknięciu ze zdanymi na jego łaskę stworzeniami ujawniło się? Myślę, że nie, a przynajmniej nie tylko – myślę, że znaczenie miało tu również jego środowisko pracy, Bank-Gang Narodowy, które tłamsząc go, wzbudziło w nim agresję. Ta natomiast znalazła ujście w dręczeniu słabych i bezbronnych świnek.

I tu dochodzimy do wielopiętrowej metafory komunizmu, która jest rdzeniem, najważniejszym elementem tej powieści. Tak jak terror i atmosfera podejrzliwości w Banku Narodowym budzi w pracownikach złość i niezdrowe instynkty (nie chodzi tu tylko o Vaszka – w końcu to jego kolega Karasek był jego guru sadystycznych praktyk na świnkach), tak reżim komunistyczny, ścisła kontrola nad obywatelami, stale towarzyszące im obawy i poczucie niepewności sprawiają, że czują oni potrzebę odreagowania. Zło rozprzestrzenia się jak wirus, nie wsiąka w ludzi niczym w gąbkę, ale sprawia, że szukają oni kozła ofiarnego, na którym mogą sobie odbić swoje krzywdy i swój strach.

Mało tego – na niego zrzucają również winę za własną bierność i strach przed działaniem. Vaszek nienawistnie myśli o świnkach, atakując poniekąd siebie: „Dlaczego w skałach nie piszczysz i nie krzyczysz w żelaznej przepaści? Dlaczego nie zaczniesz działać ze wszystkich sił, dopóki je jeszcze masz, choćby w ten najbardziej desperacki sposób, który swoją szaleńczą daremnością zaskarbi sobie uznanie boskie?” (s. 145)

Na tym poziomie metafory pojawia się ktoś taki jak inżynier Maelström (od wiru z opowiadania Poego) – ten, który wie, że coś jest nie w porządku i chce o tym mówić, ale zostaje uciszany lub po prostu nikt nie chce go słuchać, bo to niebezpieczne. Nigdy nie ma towarzystwa, zawsze siedzi sam przy stole, jest traktowany jak wyrzutek – zajmuje dokładnie taką pozycję, jak prawda w systemie komunistycznym. Inni jej nie tykają, mają bowiem swój mały świat, swoją strefę bezpieczeństwa, w której jest duszno i ciasno… ale przynajmniej jest. „Z biura do biura krążą złe domysły, ale o działaniach ratunkowych nie pomyśli nikt” – pisze Vaszek.

Ludvík Vaculík
Druga odsłona metafory to zachowanie Vaszka wobec świnek. Dzięki jego skrupulatnie spisywanym obserwacjom poznajemy różne typy ofiar, w zależności od tego, jak zachowują się względem oprawcy. I tak: są potulne owieczki, które od razu przystosowują się do sytuacji, są osobniki, które dają się złamać z czasem, ale są i buńczuczni wojownicy, którzy wolą sami zadać sobie ból, niż zdać się na łaskę dręczyciela. „Z tymi zapadniętymi oczami i najeżoną sierścią wyglądała jak ktoś, kogo okropne pobito, ale nie złamano psychicznie” – pisze o Rudzielcu Vaszek. Pod tym względem świnki okazują się zaskakująco podobne do ludzi…

I choć tematyka tej książki, jak widać, jest bardzo mroczna, nie brak tu również miejsca na odrobinę – często czarnego – humoru. Autor rozluźnia w ten sposób atmosferę, aby za chwilę z większą siłą przytłoczyć nas jakimś niepokojącym motywem. Zabawne bywają obserwacje Vaszka, autentycznie bawią też jego rozmowy z synami – u chłopców widać żywą inteligencję, która w połączeniu z przekorą skutkuje naprawdę dowcipnymi dialogami.
„– Jakoś, jakoś! Nigdy niczego nie zrobiło się jakoś. Wszystko, co zrobiono na świecie, zrobiono w dokładny i ściśle określony sposób. A nie jakoś, jakoś! 
Na to Paweł zamknął w końcu buzię, a otworzył ją Vaszek: 
– Tyle że, tatusiu, każdy sposób, który został wykorzystany do zrobienia czegoś, mógł być przed jego odkryciem oznaczany wyłącznie słowem: jakoś. 
Odwróciłem się do niego: 
– Ty? Nie przypominam sobie, żebym cię o coś pytał. No ale, wybornie, Vaszku! Wybornie. Od dziś ciebie będę pytał, czy Paweł wyczyścił klatkę! 
– Wybornie. A ja będę ci odpowiadał zgodnie z prawdą. 
– Jakich odpowiedzi będziesz mi z reguły udzielać? 
– Z reguły, że jej nie wyczyścił” (s. 140).
Kilka lat i kilka przeczytanych od ostatniej lektury książek sprawiło więc, że mój odbiór Świnek morskich lekko się zmienił. To też z pewnością jedno z tych dzieł, do których warto wracać co pewien czas, za każdym razem bowiem odsłaniają przed nami nowe konteksty.

Nie zmieniło się za to jedno – bardzo Wam tę powieść polecam. Jest niepokojąca, przytłaczająca, prawdziwa, i tak jak pisze Milan Exner, „w żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo”.

***
L. Vaculík, Świnki morskie, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Za możliwość odkrycia tej lektury na nowo oraz za towarzyszącą jej mieszankę grozy, wstrętu i fascynacji dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła

Ilustracje: 
[1] vantagepointfl / pixabay.com
[2] zdjęcie własne
[3] okładka czeskiego wydania książki / www.ludvikvaculik.cz 
[4] Vitjan / Wikimedia Commons
[5] okładka książki / Stara Szkoła  

5 komentarzy:

  1. Ogromnie interesujący tekst. Powtórne czytanie danego dzieła to sprawa niezwykle ciekawa - obserwując jak zmienia się nasz odbiór utworu, możemy śledzić zmiany zachodzące w nas samych, nasz czytelniczy, czy psychologicznych rozwój. Z drugiej zaś strony możliwość ponownego czytania lektur to swoisty luksus - chyba nikt z nas nie dysponuje na tyle dużą ilością wolnego czasu, by nie przejmować się tym, że tyle jest jeszcze wartościowych pozycji, po które nie sięgnęliśmy.

    A co do samego utworu, to kusi, by się z nim zmierzyć. Zachęca mnie podobieństwo do prozy L. Fuksa. Co prawda nie obcowałem z "Palaczem zwłok", czytałem za to "Wariacje na najniższej strunie", które przypadły mi do gustu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Tak, ja bardzo lubię obserwować, jak się zmieniłam, na podstawie tego, jak odbieram po latach niektóre książki, dużo to zdradza o nas samych. Dlatego myślę, że mimo deficytu czasu warto sobie zaaplikować raz na jakiś czas taką powtórkę, przynajmniej jeśli chodzi o te ważne dla nas dzieła.

      Mnie przy tej drugiej lekturze wręcz uderzyło podobieństwo do prozy Fuksa, klimat jest bardzo w jego stylu, wybitnie niepokojący. Do tego „Palacza” blisko „Świnkom” też fabularnie, więc skojarzyły mi się przede wszystkim z tym tytułem, ale mimo wszystko myślę, że jeśli spodobała Ci się proza Fuksa, to „Świnki” też Cię zainteresują.

      Usuń
  2. Dziękuję Ci za tę recenzję. Czytałam przedtem inną, której autor pisał następująco: „Rodzina zakochuje się w tych włochatych stworzonkach – również twardo myślący i rozmiłowany w liczbach ekonom. Sympatia do gryzoni sprawia, że poznaje się lepiej z kolegami z pracy (...) Czy miło spędziłem czas przy tej książce? O, żebyś wiedział! No i się uśmiałem. Serio. To zabawna opowieść”. Autor nie wspominał o dręczeniu zwierząt. Nie rozumiem, jak można powieść z wątkami męczenia zwierząt uznać za zabawną. :(
    Porównanie do Fuksa, znanego mi z kilku powieści, zachęca do sięgnięcia po Vaculíka. Mam potrzebę czytania mrocznych książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam podać źródła cytatu:
      http://kurierliteracki.blogspot.com/2017/01/ludvik-vaculik-swinki-morskie-powiesc.html

      Usuń
    2. Przytoczony przez Ciebie fragment mocno mnie zaskoczył, ale dopiero teraz miałam chwilę, żeby przeczytać na spokojnie całą recenzję. No cóż, mogę powiedzieć tylko tyle – ten pan zupełnie tej książki nie zrozumiał. Toksyczność relacji łączącej narratora z jego świnkami (zresztą podobnie jak jego kolegi Karaska, z którym to rzekomo zbliżył się dzięki zwierzątkom) jest oczywista praktycznie od samego początku, od momentu, kiedy Karasek, zapytany o to, jak skłonić świnkę, by wdrapała się człowiekowi na ramię, radzi, aby położyć ją na rozgrzanej płycie kuchenki. Potem jest m.in. podtapianie świnek w wannie i umieszczanie ich na kręcącej się z różną prędkością płycie adaptera. Absolutnie nie zgadzam się z tym, że „to zabawna opowieść, którą można przeczytać po prostu, bez przymusu i doszukiwania się ukrytych sensów”, bo bez uwzględnienia tych wielopiętrowych metafor jej lektura po prostu nie ma sensu. A zabawna momentami jest, ale w bardzo przewrotny i okrutny sposób, bardziej w znaczeniu „groteskowa”. Jeśli szukasz, Koczowniczko, czegoś mrocznego, w klimacie Fuksa, to będzie strzał w dziesiątkę, słowo blogerki :).

      Usuń