czwartek, 16 lutego 2017

Zamek, tym razem straszny – „Dziennik kasztelana”, Evžen Boček


Evžen Boček tym razem straszy. I to na serio.

Po sukcesie cyklu o arystokratce, której perypetie, jak się okazało, Polaków bawią tak samo mocno jak braci Czechów, polski wydawca pisarza proponuje nam jego debiut – wydaną po raz pierwszy w roku 1999 powieść Dziennik kasztelana. Widać po niej, że ścieżka twórcza Bočka w ciągu tych kilkunastu lat mocno się zmieniła; w jego pierwszej książce raczej niewiele jest humoru i absurdu, zaskakuje za to nastrojem grozy i niesamowitości.

Okładka pierwszego wydania książki,
jeszcze pod pseudonimem Jan Bittner.
Pozostaje za to forma dziennika, którą Boček wyraźnie lubi. Tym razem jest to dziennik pewnego sfrustrowanego Pražáka, który nie chce już być Pražákiem, postanawia więc objąć posadę kasztelana na 300-letnim zamku gdzieś na Morawach. Liczy na to, że z dala od hałaśliwej stolicy wreszcie odnajdzie spokój, a może i naprawi relacje z żoną. Szybko się okazuje, że nie będzie mu to dane, bo na zamku… dzieją się dziwne rzeczy.

Mamy tu klasykę, czyli mroczne zamkowe historie, zagadkowe zgony, nocne kroki na korytarzu i gramofon, który ni stąd ni zowąd w środku nocy zaczyna sam grać, ale też nietypowe, niepokojące motywy, jak obwieszony lustrami gabinet byłego kasztelana, pęknięty ołtarz w zamkowej kaplicy czy woskowa lalka-podobizna zmarłej Marii Arnoszty, jednej z dziedziczek hrabiowskiej rodziny zamieszkującej niegdyś zamek. Nie jestem koneserką horrorów, jakoś trudno mnie przerazić, ale Boček naprawdę dobrze buduje „straszny” klimat – kładąc się spać po wieczornej lekturze Dziennika miałam jednak lekkiego pietra (nawet mimo tego, że moje maleńkie M3 w niczym nie przypomina zamczyska pełnego mrocznych zakamarków i korytarzy, a ewentualny duch z braku miejsca raczej zadreptałby w miejscu, zamiast urządzać swoje straszne przechadzki).

Choć, jak zauważyłam, sporo czytelników na to narzeka, mnie podobała się w tej historii aura tajemnicy – fakt, że zakończenie tak naprawdę niczego nie wyjaśnia. Urwana opowieść może i pozostawia niedosyt, ale za to pobudza wyobraźnię, a do tego uwiarygodnia formę dziennika, o co Boček wyraźnie dba – każdy wpis kasztelana już na wstępie zdradza jego stan ducha i jasne jest dla czytelnika, czy od ostatnich zapisanych słów przydarzyło mu się coś wstrząsającego, czy nie. Jeśli tak – pisze chaotycznie i nerwowo, jeśli nie – spokojnie i ze szczegółami snuje swoją historię. (To się może wydawać oczywistością, ale niektórzy autorzy fikcyjnych dzienników jednak o tym zapominają). 

Zamek w Miloticach, gdzie kasztelanem jest Evžen Boček :) 
Tytułowy kasztelan z tej powieści jest dosyć ciekawy jako postać, z tym swoim wiecznym wkurwem na miejski styl życia i wszystko co współczesne (łącznie ze współczesną literaturą, która „przeraża go równie mocno jak rak prostaty”) i uroczo autoironicznymi komentarzami. Niczym nowym nie jest za to jego zatwardziały racjonalizm, bo w końcu w większości opowieści ze zjawiskami paranormalnymi w tle musi się pojawić ktoś taki – kto zostaje brutalnie wytrącony z przeświadczenia, że istnieje tylko to, co widzimy i słyszymy.

Plus za sympatycznego księdza Zbyszka z Polski! Nie jestem z tych, którzy jakoś strasznie oburzają się na czeskie podśmiechujki z Polaków, tacy już ci nasi Czesi są, „śmiejące się bestie”, ale mimo wszystko miło było napotkać w czeskiej książce polską postać tak mądrą, dobrą, jednoznacznie pozytywną. I to w dodatku księdza.

I jeszcze jeden plus – za to, że, podobnie jak w Arystokratkach, Boček po raz kolejny korzysta ze swoich doświadczeń jako kasztelana. A ponieważ Dziennik kasztelana nie jest już tak naszpikowany absurdami, możemy podejrzewać, że przedstawiony tu obraz pracy na zamku jest trochę bardziej bliski rzeczywistości. Relacje z personelem, użeranie się z ludźmi z urzędu powiatowego, remonty, renowacje, archiwizacje, sprzątanie – to wszystko, ten opis funkcjonowania powieściowego zamku, nawet jeśli leciutko podkoloryzowany, był dla mnie bardzo interesujący. (No i ciekawe, czy upierdliwy Furman był wzorowany na jakimś urzędniku, który Bočkowi dawał się we znaki? Hmm…).

Oczywiście Dziennik kasztelana nie ma jakichś wielkich ambicji, to wciąż lekka, czysto rozrywkowa – dla tych, którzy lubią się bać – literatura. Ale spędziłam przy niej kilka przyjemnie strasznych godzin. I choć dopiero nieskrępowanym humorem Bočkowi udało się naprawdę podbić serca czeskich (i polskich) czytelników, dla mnie ta powieść jest dowodem na to, że autor ten potrafi równie skutecznie wywoływać śmiech, jak i ciarki na plecach.

***
E. Boček, Dziennik kasztelana, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] ipetrov.cz,
[3] DaBler / Wikimedia Commons
[4] lubimyczytac.pl


Cykl o arystokratce na Literackich skarbach:

9 komentarzy:

  1. O, dobrze wiedzieć, że to dzieło wcześniejsze niż Arystokratki, jakoś tego nie doczytałam ;) A lekturę planuję już niedługo i bardzo jestem ciekawa tego mroczniejszego i bardziej serio wcielenia Bočka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, trochę inaczej się to czyta ze świadomością, że to pierwociny. Dobrze, że Boček ostatecznie skręcił w stronę humoru, bo w rozbawianiu jest mistrzem, ale gdyby chciał jeszcze kiedyś wrócić do mrocznych klimatów, to myślę, że też by mu to świetnie wyszło. Czekam na Twoje wrażenia :).

      Usuń
  2. Lubię się bać (jak pewnie wiesz), ale mało mi było tego strachu w "Dzienniku". Może mam za duże wymagania, a może ten lekki styl wszystko tu popsuł. Wynudziłam się jak mało kiedy. Jasne, fabuła zapowiadała się doskonale! No i coś utknęło, a ja razem z "tym", bo nie dałam rady nawet doczytać z poczucia straty czasu... Może spróbuję kiedyś Bočka z humorem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, trudno stwierdzić, ale może to faktycznie trochę kwestia stylu, i tego, że czytasz i lubisz bardziej klasyczne horrory? Ja bardzo niewiele ich czytałam, więc nie padły cieniem na mój odbiór „lżejszego” Bočka :). A co do nudy, ja jej zupełnie nie odczułam; wciągnęło mnie, czekałam niecierpliwie na kolejne „incydenty” w zamku. Możesz spróbować z Bočkiem zabawnym, może faktycznie tam jego styl będzie dla Ciebie bardziej na miejscu :).

      Usuń
  3. Autora kojarzę wyłącznie za sprawą Twojego bloga, ale ośmielę się stwierdzić, że dostrzegam pewną, bardzo niewielką analogię pomiędzy jego twórczością a dorobkiem Gombro, któremu także zdarzyło się "popełnić" dzieło z pogranicza grozy i powieści niesamowitych. Tyle, że Opętani, czyli utwór, który mam na myśli pisany był pod pseudonimem i długo, długo pozostawał dzieckiem niechcianym.

    A co do otwartego zakończenia to za sprawą literatury japońskiej przywykłem już do niego i zacząłem nawet dostrzegać wiele pozytywów takiej formy zamykania dzieła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może wstyd, ale nie znałam tej książki :). A szkoda, rozejrzę się za nią! Brzmi to rzeczywiście bardzo ciekawe, powieść grozy, trochę „pod publiczkę”, w wydaniu Gombrowicza.

      Akurat „Dziennik kasztelana” też został wydany po raz pierwszy pod pseudonimem, ale Boček nie czekał aż 30 lat, aby się zdradzić z autorstwem ;). Podejrzewam, że to by było chyba na tyle, jeśli chodzi o rzeczy, które łączą te dwie książki, bo „Dziennik kasztelana” to „zwykła” literatura rozrywkowa, podczas gdy, jak sądzę z opisów i Twojego tekstu, u Gombrowicza mimo wszystko chodziło o coś więcej. Pisarz tej klasy nawet jeśli bierze się za literaturę „komercyjną”, wychodzi mu arcydzieło :).

      Bočka niezmiennie polecam jako odskocznię od trudniejszych, ambitnych dzieł. A otwarte zakończenia też mi specjalnie nie przeszkadzają, przeciwnie, dają czytelnikowi pewną władzę – w końcu może sobie sam dopowiedzieć, co było dalej :).

      Usuń
    2. Uwielbiam "Opętanych" Gombrowicza. Pewnie dlatego, że to Gombrowicz, za nic nie porównałabym ich do "Dziennika kasztelana", ale skojarzenia całkiem trafne :)

      Usuń
  4. Podczas lektury "Arystokratki", kiedy szukałam wiadomości na temat autora - ten tytuł mi już mignął. Cieszę się, że można po niego śmiało sięgnąć. Istnieje możliwość, że nawet bardziej mi przypadnie do gustu niż nastawiona na wieczny śmiech jego późniejsza książka... Chociaż jako depresant "Arystokratka" wciąż chyba nie ma rywalki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się całkiem podobało :). Co prawda wolę „Arystokratki”, bo nie tylko w swojej kategorii literackiej są świetne, ale i widać w nich bardziej świadomego, wyrobionego pisarza, który w humorze odnalazł „własną” stylistykę. Poza tym chyba wolę się śmiać, niż bać :) ale ciekawe, jak będzie u Ciebie.

      Usuń