sobota, 15 sierpnia 2015

Koronkowe i kwieciste sadomaso
– „Zwierzenia Fanny Hill”, John Cleland

Rebecca Night w tytułowej roli w serialu BBC Fanny Hill  na podstawie powieści Clelanda (reż. James Hawes, 2007).
Wydane w 1748 roku Zwierzenia Fanny Hill (w oryginale: Memoirs of a Woman of Pleasure, szerzej później znane po prostu jako Fanny Hill), u nas także pod tytułem Pamiętniki Fanny Hill, są pierwszą w historii literatury brytyjskiej powieścią pornograficzną. Nosiłam się z zamiarem ich przeczytania od dawna, ale bezpośrednim impulsem było Plastikowe M3. Zainspirowana tym kreatywnym i jakże nowoczesnym sposobem pisania o seksie postanowiłam sprawdzić, jak się świntuszyło prawie 300 lat temu.

Oczywiście fabule nie należy w tym wypadku poświęcać wiele uwagi. Jest ona w końcu tylko pretekstem do prezentowania scen kolejnych zbliżeń, których opisy stanowią jakieś 80% całej książki. W krótkich przejściach pomiędzy nimi narratorka, tytułowa Fanny Hill, lakonicznie opisuje, co było dalej i jak trafiła do łóżka kolejnego amanta. Zamknę więc całą historię w jednym zdaniu – w wieku lat piętnastu śliczna Fanny zostaje sierotą i za sprawą pewnej znajomej damy trafia do Londynu, gdzie kończy jako kurtyzana.

Opisy miłosnych aktów wynagradzają jednak niedostatki fabuły. Gdy tylko lody zostaną przełamane (co, jak się można domyślić, nie trwa z reguły zbyt długo) i ochocza parka przystępuje do dzieła, Cleland zamienia się w czarodzieja słów – nie szczędzi anatomicznych szczegółów, sypie jak z rękawa błyskotliwymi porównaniami, a wszystko to spowija koronkami pięknego, kwiecistego stylu.

Nie jest przy tym wulgarny – i wszystkie głosy twierdzące inaczej (a w internecie jest ich niemało) uważam za czyste nieporozumienie. Pewna plotka zresztą głosi, że Fanny Hill była owocem zakładu – autor postanowił udowodnić, że można pisać o profesji kurtyzany w sposób pozbawiony wulgarności. I rzeczywiście, najmocniejsze słowo w tej książce – padające zresztą, jeśli dobrze pamiętam, tylko raz – to „dziwka”. Fanny nie należy do wstydliwych, ale jak na damę przystało unika prostackich, ordynarnych określeń, które zastępuje całym szeregiem zmyślnych eufemizmów, obrazowych metafor i sympatycznych porównań. Przykłady? Będą wkrótce, w osobnym tekście, na który ta barwna metaforyka zasługuje.

Z drugiej strony – choć Cleland wraz ze swoją Fanny raz po raz zaskakuje jakąś efektowną wizją, nadużywa też pewnych ulubionych określeń, przez co mimo porównań i metafor z czasem opisy zbliżeń stają się trochę monotonne. Gdy „słodkie soki” po raz pierwszy „gaszą miłosny pożar”, na twarzy czujemy przypływ gorąca, ale przy trzeciej czy czwartej pożarniczej interwencji zamiast rumieńca jest już tłumione ziewnięcie. Na ostatnich kartach powieści przed znudzeniem ratują nas już głównie nietypowe pozycje i okoliczności, w jakich dochodzi do zbliżenia, mam więc wrażenie, że ilość odbytych przez bohaterów stosunków z lekka przerosła autorską inwencję językową.

Choć książka Clelanda może sprawiać wrażenie zbioru błahych, lubieżnych historyjek do rozbudzania zmysłów, z perypetii Fanny wyłaniają się również pewne refleksje. Choćby myśl, rozwinięta później pięknie przez D.H. Lawrence'a w Kochanku Lady Chatterley – że w łóżku nie ma podziałów klasowych. Głupkowaty parobek odpowiednio hojnie obdarzony przez naturę jest tu większą personą niż bajecznie bogaty i wszechstronnie wykształcony dżentelmen.
Nawet jeśli rzeczywiście stałam ponad nim w hierarchii społecznej, to czy jego zdolność sprawiania mi wyrafinowanych rozkoszy nie podnosiła jego rangi i nie czyniła go bardziej odpowiednim… dla mnie? Każdemu jego przyjemność – niech ci, co chcą, nadal karmią się i zachwycają dziełami malarstwa, rzeźby i muzyki. Dla mnie, w tym szalonym wieku, z moim apetytem na rozkosz, który był jednym z najsilniejszych moich instynktów, właśnie talent do sprawiania przyjemności, którym natura obdarzyła przystojnego mężczyznę, czynił zeń człowieka prawdziwie wartościowego (s. 101).
Mimo że nie wybrała sobie swojego losu, Fanny mimo wszystko czuje się panią sytuacji. Szybko odnajduje się w swoim położeniu, nie zrzuca odpowiedzialności za nie na mężczyzn i ich chuć, przeciwnie – świadomie ją wykorzystuje dla własnej przyjemności. Nie sprawia wrażenia udręczonej swoim zawodem, chętnie i z zaciekawieniem poddaje się seksualnym eksperymentom i nawet w odrażającym akcie sadomasochistycznym jest w stanie odnaleźć swoją dawkę rozkoszy. Realizuje więc model kurtyzany, jaki wymarzyła sobie Zofia Nałkowska – spędza w ten sposób kilka upojnych lat, przechodzi swoją fazę eksperymentów i „wyszumienia się”, by skończyć (uwaga, spoilery!) jako przykładna małżonka.

Okładka wydania z 1910 r.
Na wizję Nałkowskiej się krzywiłam, ale takie a nie inne zakończenie tej historii akurat nie wydaje mi się dziwne czy nie na miejscu. Co prawda Fanny trochę zbyt nagle przypomina sobie o swojej miłości życia, Karolu, i po kilkudziesięciu stronach jej radosnych łóżkowych harców zapewnienia, że przez cały ten czas ani na chwilę nie przestała myśleć o swoim lubym nie brzmią zbyt wiarygodnie, ale cała koncepcja nie jest niedorzeczna. To, że lubiła seks i bez większej przykrości oddawała się swojej nieczystej profesji nie oznacza, że po ponownym połączeniu się z ukochanym nie mogła zrozumieć, że jej zabawy były pozbawione smaku, a prawdziwą satysfakcję przynosi jedynie stosunek uświęcony miłością.

Inna sprawa, że w gruncie rzeczy chodziło pewnie przede wszystkim o to, by złagodzić odrobinę przekaz dzieła – w końcu był wiek XVIII i od początku było jasne, że nie obejdzie się bez skandalu. Moralizatorskie zakończenie niestety nie wystarczyło. Cleland napisał Fanny Hill w trakcie pobytu w więzieniu, z którego wyszedł w marcu 1748, już w listopadzie zaś z powodu tej szokującej publikacji z powrotem trafił za kratki. Towarzyszył mu jego wydawca, a wszystkie egzemplarze kontrowersyjnego dzieła pospiesznie usunięto z księgarni. Na szczęście dzięki pirackim i nielegalnie rozprowadzanym wersjom przetrwało i możemy je po dziś dzień czytać – myślę, że nie bez rumieńca, nawet mimo upływu czasu.

***
J. Cleland, Zwierzenia Fanny Hill, tłum. Łukasz Tabaka, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006.

Fotografie:
[1] Fotos z filmu / www.berkeley-lobato.com/word/?p=103
[2], [3] Ilustracje autorstwa Édouarda-Henriego Avrila do wydania Pamiętników Fanny Hill z 1908 roku. Fot. Wikimedia Commons
[4 ] Chick Bowen / Wikimedia Commons

16 komentarzy:

  1. A ja właśnie poświęciłam fabule uwagę :) Bo świetnie przedstawiła historię naiwnego, wiejskiego dziewczątka, wykorzystywanego przez rajfurkę i mężczyzn, ulegającego demoralizacji i wreszcie w pewnym sensie biorącego los w swoje ręce. Ciekawie zarysowana moralność XVIII-wiecznego społeczeństwa, realia życia i perspektywy kobiet w tym czasie.
    Chociaż oczywiście, nie ukrywam, czytałam głównie dla scen erotycznych :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widziałam tu za bardzo tego tła, o którym piszesz :). W sensie – obracamy się w zasadzie tylko w tym środowisku „burdelowym”, nie poznajemy właściwie innych kobiet niż kurtyzany i służące kurtyzan i innych mężczyzn niż tych odwiedzających domy rozkoszy, więc trudno wysuwać jakieś ogólnie wnioski na temat społeczeństwa brytyjskiego tamtych czasów. Fanny psychologicznie też nie jest dla mnie zbyt wiarygodna, w zasadzie nie widzę u niej jakiejś wielkiej przemiany – sprawia wrażenie zdemoralizowanej od całego początku i trudno określić ją jako wykorzystywaną, to raczej ona wykorzystuje sytuację, a jak coś jej się nie podoba, też stawia na swoim (patrz: pan Croft). Zaskakująco chętnie też przystaje na wszystkie seksualne gierki... no ale gdyby nie przystawała, nie byłoby pornografii :). Moim zdaniem tak czy siak widać, że wszystko jest tu podporządkowane jednemu, a wartości dokumentalnej czy psychologicznej ta „Fanny Hill” za bardzo nie ma. Ale czyta się ją świetnie.

      Usuń
  2. Och, Fanny Hill... ileż wspomnień :) Nigdy nie zdążyłem się znudzić fabułą, bo podczytywałem ukradkiem po parę stron z regału rodziców :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę żałuję, że nie miałam okazji podczytywać „Fanny” w wieku, kiedy z takimi lekturami trzeba było się ukrywać. To musiały być emocje! :)

      Usuń
    2. Oj były:) W tym samym tajnym zakątku stała Justyna de Sade'a, Skiroławki i bodajże Andrzej Rodan:P

      Usuń
    3. Aaa, wszystko jeszcze przede mną! Nie było u mnie takich tajnych zakątków :(. Przeklinam moje grzeczne i nudne dzieciństwo!

      Usuń
    4. Pewnie kąciki były, ale byłaś za grzeczna, żeby szperać :P

      Usuń
    5. Może i tak :). Ale jak już się dorobię własnych pociech, to na wszelki wypadek zadbam o to, by „tajny zakątek” nie był zbyt tajny, nawet jeśli będą tak pozbawione zdrowej ciekawości jak ja. Niech się uczą życia, a co ;).

      Usuń
    6. Szczerze mówiąc, jakby stało na wierzchu, to pewnie bym się nie zainteresował, ale schowane = zakazane :) Popieram ideę kącika, można w nim schować różnych klasyków, nie tylkostarożytną erotykę.

      Usuń
    7. U mnie z kolei książki tego typu leżały na wierzchu i nikt nie zwracał uwagi, czy po nie sięgam czy nie :) więc raczej nie sięgałem :(

      Może kiedyś sięgnę po książkę, ewentualnie serial, ale niespecjalnie lubię tę epokę, a raczej sposób jej przedstawiania w literaturze. Ciekawsze wydają mi się kulisy powstawania powieści.

      Usuń
    8. Postaram się zachować złoty środek. Nie wyeksponować zanadto, ale i nie bawić się w sekretne skrytki, do dziś nieodnalezione ;).

      Kulisy powstawania powieści wydają się megaciekawe, też bym chętnie w tym pogrzebała. Czy rzeczywiście chodziło o zakład, skąd inspiracje, ten domniemany homoseksualizm Clelanda... No i wszystko to, co działo się z „Fanny Hill” potem, co doprowadziło do tego, że mamy ją w rękach dziś. Kolportaż nielegalnej literatury musiał wtedy nieźle działać, skoro na początku XIX w. przez wędrownych handlarzy „Fanny” dotarła do Stanów :). Ale o tym wszystkim to tylko w literaturze anglojęzycznej, po polsku raczej niewiele jest na ten temat.

      Usuń
  3. myślę, że pochwała odnośnie dobrze dobranego słownictwa i braku wulgaryzmów należy się tu przede wszystkim tłumaczowi, bo podejrzewam, że nie było łatwo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli anegdota o zakładzie jest prawdziwa, to podejrzewam, że i w oryginale autor trzymał język na wodzy – kwestia wygrania zakładu ;). Ale nie zagłębiałam się w wersję oryginalną, Ty może miałaś z nią do czynienia?

      Usuń
    2. na pewno masz rację, ale mimo wszystko uważam że należy docenić też i tłumacza szczególnie że język polski wydaje się dosyć ubogi w tych sprawach ;)
      sama książki nie czytałam, chociaż teraz jestem jej ciekawa! to chyba niedługa lektura? chociaż i tak pewnie na pierwszy rzut pójdzie "Kochanek Lady Chatterley" bo ten chodzi za mną już od dawna

      Usuń
    3. A tak, to na pewno! Oczywiście, dla tłumacza też wielkie brawa. Chociaż Cleland zadbał akurat o to, żeby nie trzeba było szukać bezpośrednich określeń na kluczowe części ciała – cały czas rozkosznie krąży wokół, nie tykając sedna :).

      Nie jest długa, a czyta się błyskawicznie. Sama nie wiem, którą polecić Ci na pierwszy rzut, „Kochanka” czy „Fanny”. „Kochanek” to już jednak ambitniejsza i zaangażowana literatura, a „Fanny” to tylko taka sobie pornograficzna lekturka, więc może lepiej byłoby zacząć od tej lżejszej? Ale w gruncie rzeczy to chyba wszystko jedno :).

      Usuń
    4. zobaczę, co będzie w bibliotece :)

      Usuń