poniedziałek, 27 lutego 2017

Nabokoviada po raz czwarty: „Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde'a”, Robert Louis Stevenson

Ilustracja Charlesa Raymonda Macauley'a do amerykańskiego wydania utworu z roku 1904.
 Zacznę od tego, że to chyba pierwszy spośród wykładów Nabokova, który trochę mnie rozczarował. Tym razem nie było efektu „wow!”, nie było walenia się w czoło i okrzyków (choćby w duchu) „Oczywiście! Że też na to nie wpadłam!”. Mniej niż zwykle tutaj ciekawych spostrzeżeń, dużo za to cytatów z utworu i zwykłego omówienia akcji.

Ładnie jednak Nabokov pisze o nowelce Stevensona. „Ta książka ma rozkoszny winny posmak” – stwierdza już na wstępie. I rzeczywiście, Doktor Jekyll i pan Hyde ma w sobie coś z bogactwa ciężkiego smaku porto, to utwór napisany kunsztownym językiem, mrocznie elegancki, klimatyczny, taki… do delektowania się. Jako próbkę tego stylu Nabokov przytacza opis poranka w londyńskim Soho, i rzeczywiście, ten malowniczy i przejmujący dreszczem fragment zwrócił też moją uwagę. Podaję w wersji anglojęzycznej (z którą zapoznałam się w wersji z poręcznym słownikiem dzięki uprzejmości wydawnictwa [Ze słownikiem], dziękuję!) oraz w tłumaczeniu Lesława Halińskiego (można przy okazji ocenić jakość przekładu):
„It was by this time about nine in the morning, and the first fog of the season. A great chocolate-coloured pall lowered over heaven, but the wind was continually charging and routing these embattled vapours; so that as the cab crawled from street to street, Mr. Utterson beheld a marvellous number of degrees and hues of twilight; for here it would be dark like the back-end of evening; and there would be a glow of a rich, lurid brown, like the light of some strange conflagration; and here, for a moment, the fog would be quite broken up, and a haggard shaft of daylight would glance in between the swirling wreaths. The dismal quarter of Soho seen under these changing glimpses, with its muddy ways, and slatternly passengers, and its lamps, which had never been extinguished or had been kindled afresh to combat this mournful reinvasion of darkness, seemed, in the lawyer’s eyes, like a district of some city in a nightmare” [1].

„Była mniej więcej dziewiąta rano, nad miastem wisiała pierwsza mgła. Pod niebem unosił się dymny całun o barwie czekolady, co i rusz przesuwany i rozpraszany przez powiewy wiatru. Przemierzając dorożką kolejne londyńskie ulice, pan Utterson obserwował wszelkie możliwe odcienie poranka; w jednym miejscu było czarno jak późnym wieczorem, w innym panował blady brąz, jakby opodal wybuchł pożar; w innym jeszcze przez wirujące kłęby mgły przebijały się nieśmiało słoneczne promienie. W tym wciąż zmieniającym się oświetleniu posępne Soho – dzielnica błotnistych dróg, niedomytych przechodniów oraz latarni, których nigdy nie gaszono ani nie zapalono – toż właśnie Soho sprawiało wrażenie miasta z najbardziej koszmarnych snów” [2].
A przechodząc do treści…

Już na wstępie zaskoczyło mnie skierowane do studentów zastrzeżenie Nabokova, by nie traktować Doktora Jekylla i pana Hyde’a jako powieści kryminalnej. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by zaklasyfikować ten utwór jako kryminał, ale – co stwierdziłam po namyśle – chyba głównie dlatego, że od początku znałam rozwiązanie zagadki. W rzeczywistości dzieło Stevensona czytane „właściwie” (czyli nieświadomie – tak, jak żaden współczesny czytelnik nie jest go już w stanie przeczytać) ma pewne cechy kryminału. A przy okazji Nabokov nie może się powstrzymać, by we właściwym sobie stylu nie wyrazić własnego zdania na temat powieści kryminalnych (i przyznam, że odczucia co do tego gatunku mam nieco podobne):
„Szczerze mówiąc, nie należę do tych akademików, którzy przyznają się nieśmiało, choć zarazem z prowokacyjną nutą przechwałki w głosie, że lubią kryminały, bo są one zazwyczaj kiepsko jak na mój gust napisane i nudzą mnie śmiertelnie” [3].
Aktor Richard Mansfield wcielający się
w rolę doktora Jekylla i pana Hyde'a.
Dalej nasz szacowny wykładowca zwraca m.in. uwagę na najsłabszy punkt noweli – czyli wiarygodność odkrycia dokonanego przez doktora Jekylla, możliwości przemiany w osobę o zupełnie innym usposobieniu – oraz na sposób, w jaki poradził sobie z tym Stevenson. Otóż dzięki zręcznym opisom, „obrazom, intonacjom, schematom słownym” oraz fałszywym tropom autor odwraca uwagę czytelnika od samej przemiany i jej fizjologicznych podstaw, „doprowadza umysł czytającego do takiego stanu, że nie będzie on dociekał, czy takie przeobrażenie jest możliwe, czy też nie” [4]. Dodaje, że podobne zabiegi zastosował Dickens w Samotni, w rozdziale, w którym pojawia się przypadek samozapłonu – i rzeczywiście, to budzące wątpliwości zjawisko poprzedza tam tak nastrojowy, budzący ciarki opis, że zapominamy o tym, czy taka śmierć była fizycznie możliwa czy nie. Stevenson jest równie zręczny, jego sztuczka działa – opowieść i jej klimat wciągnęły mnie tak bardzo, że byłam w stanie wyłączyć na chwilę mój ścisły, analityczny umysł i bez marudzenia rozkoszować się lekturą, z całą jej grozą.

Dobry Jekyll vs. zły Hyde?

Najważniejszym spostrzeżeniem tego wykładu była dla mnie jednak uwaga, że tak naprawdę w utworze Stevensona nie dochodzi do walki dobra (w osobie Jekylla) ze złem (w postaci Hyde’a). Jekyll nie jest bowiem jednoznacznie dobry, w końcu Hyde powstał ze skupienia jego złych skłonności; jest hipokrytą i człowiekiem lekkomyślnym, a więc stanowi mieszankę cech dobrych i złych. Z kolei Hyde, choć określany przez bohaterów jako „czyste zło”, nosi w sobie Jekylla, jego pamięć i świadomość, dąży do tego, by wrócić do jego postaci, co sprawia, że nie jest również jednoznacznie zły.

(I tutaj przyszła mi do głowy, już na marginesie wykładu, ciekawa myśl. Hyde, jak sugeruje nawet jego nazwisko, jest dla Jekylla „kryjówką”, w której może on dawać upust swoim złym żądzom; ale pod koniec role się odwracają – to Jekyll staje się kryjówką dla oskarżonego o morderstwo Hyde’a, w której ten w trosce o swe życie musi się od czasu do czasu schronić.).

Osobowości Jekylla i Hyde’a, ich niejednoznaczność, przedstawił nawet Nabokov graficznie (wiadomo, uwielbia to!). Jekyll zostaje zaprezentowany jako kratkowane koło, Hyde – jako mniejsze koło w linie ukośne.  reprezentowane są tu przez kratkowany wzór, złe – jako ukośne linie; wskutek zażycia mikstury dochodzi do koncentracji złych cech i tak powstaje Hyde. Pozostaje jednak świadomość Jekylla, unosząca się nad Hydem, „coś w rodzaju kółka dymu lub aureoli”. Pomysłowy schemat! 

„Szczątki zła” rozproszone w Jekyllu...
...które pod wpływem mikstury zaczynają formować ciemny koncentrat.
I po przemianie. Jekyll w postaci „kółka dymu” unosi się nad Hydem.
I jeszcze dwie drobnostki, które w wykładzie Nabokova mnie zainteresowały. Po pierwsze – obserwacja, że uwagi, które wygłaszają na temat Hyde’a rzeczowi i trzeźwo myślący panowie Utterson i Enfield, mają w sobie za dużo artyzmu i są sprzeczne z ich charakterami. Nabokov doszukuje się u bohaterów ukrytej duszy artysty, ale ja obstawiam jednak tę bardziej oczywistą opcję – artysta bierze tu górę nad Stevensonem. I druga rzecz – sposób, w jaki autor, ustami bohaterów, opisuje Hyde’a i jego grzeszne wyprawy, jest niepełny. Tłumaczy się to ograniczeniami wiktoriańskiej moralności, ale Nabokov dostrzega w tym wycofaniu się mimo wszystko artystyczną słabość. Tutaj, trochę nieśmiało, ale się z nim zgadzam.

Jekyll, Frankenstein, Szatan…

I to by było na tyle, jeśli chodzi o wykład, ale dorzucę jeszcze co nieco z innych źródeł. Bardzo spodobała mi się na przykład interpretacja, która pojawia się na anglojęzycznej Wikipedii – porównanie Jekylla do Szatana, strąconego do Otchłani za to, że nie chciał uznać swojej dwoistości, nie chciał się pogodzić z tym, że nie jest tak dobry jak Bóg:
„This failure to accept the tension of duality is related to Christian theology, where Satan's fall from Heaven is due to his refusal to accept that he is a created being (that he has a dual nature) and is not God. This idea is suggested when Hyde says to Lanyon, shortly before drinking the famous potion – "...and your sight shall be blasted by a prodigy to stagger the unbelief of Satan." This is because in Christianity, pride (to consider oneself as without sin or without evil) is the greatest sin, as it is the precursor to evil itself” [5].
I sugestia z posłowia Macieja Szymkiewicza w moim wydaniu książki – porównanie doktora Jekylla do doktora Frankensteina. Obydwaj w zaciszu swojego laboratorium realizują makabryczny projekt, rzucając w pewien sposób wyzwanie ludzkiej naturze. Obydwie więc opowieści można interpretować jako ostrzeżenie przed pychą, zuchwałymi próbami przekraczania narzuconych przez Boga (lub bogów) granic. Jak pisze Szymkiewicz:
„Można by rzec, że dziewiętnastowieczni brytyjscy autorzy chcieli wyrazić, iż w pewnych dziedzinach życia rozum musi się ukorzyć i uznać swoje ograniczenia; inaczej czeka go katastrofa. W starożytnej Gracji istniało pojęcie hybris, którym określano dumę i pychę, zuchwałość wobec bogów uniemożliwiającą człowiekowi właściwe rozpoznanie jego sytuacji. Hybris cechowała zazwyczaj władców i herosów, którzy sięgali poza granice swych możliwości. Sprowadzało to na nich nieszczęście, będące często boską karą” [6].
W końcu to piękne, że nikt z nas nie jest chodzącym aniołem ani czystym złem, prawda? Każdego dnia toczy się w nas walka, w której wygrywa raz jedna, raz druga strona, ale zarówno triumfy jak i upadki w pewien sposób przynoszą nam chwałę – to one czynią nas ludźmi.

***
Bibliografia:
[1] Stevenson R.L., Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde, wyd. [Ze słownikiem], Ruda Śląska 2016, s. 56.
[2] Stevenson R.L., Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. Lesław Haliński, wyd. Vesper, Poznań 2007, s. 37.
[3] Nabokov V., Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 247.
[4] Tamże, s. 256.
[5] http://en.wikipedia.org/wiki/Strange_Case_of_Dr_Jekyll_and_Mr_Hyde
[6] Szymkiewicz M., Doktor Jekyll i pan Hyde, albo krytyka wszechwładnego rozumu [w:] Stevenson R.L., Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. Lesław Haliński, wyd. Vesper, Poznań 2007, s. 115.

***
Przeczytajcie też, co na temat Doktora Jekylla i pana Hyde’a oraz wykładu Nabokova pisze Pyza Wędrowniczka na Pierogach Pruskich!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. A w następnej odsłonie, uwaga… Proust! Tak, tak, przyszedł czas na tego wspaniałego klasyka francuskiej literatury. O W stronę Swanna, pierwszym tomie cyklu W poszukiwaniu straconego czasu, porozmawiamy 27 maja. To dobra okazja, by wreszcie zmierzyć się z tą lekturą – czasu jest sporo, przyłączcie się!

Poprzednie moje teksty w ramach Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia
Gustave Flaubert, Pani Bovary

Ilustracje:
[1], [2], [8] Ilustracje Charlesa Raymonda Macauley'a do wydania książki z roku 1904, wyd. New York Scott-Thaw / Wikimedia Commons,
[3] Fotografia: Henry Van der Weyde, British Library 1887 / Wikimedia Commons,
[4], [5], [6], [7] Ilustracje z Wykładów o literaturze Vladimira Nabokova, wyd. Muza / zdjęcie własne,
[9] zdjęcie własne,
[10] grafika autorstwa Pyzy :).

7 komentarzy:

  1. Czyli nie tylko ja byłam trochę rozczarowana tym wykładem ;-). W pewnej chwili już myślałam, że może zbyt surowo go oceniam, ale jednak, widzę, niekoniecznie (mnie, przyznaję, przeszkadzała i forma, te początkowe, zupełnie niepotrzebne, moim zdaniem, uwagi na temat "literatury gatunkowej" (brr!) i kina...).

    O, za to interpretacja z Szatanem wydaje mi się ciekawym tropem. Tak samo jak i to, co zrobiłaś, czyli odwrócenie "kryjówki": bo faktycznie, ta sankcja metafizyczna, która spada na Jekylla, to też i zdemaskowanie go samego przed sobą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, niektóre poglądy nasz mistrz ma kontrowersyjne i takimi uwagami na pewno wielu osobom podpada, pamiętam też to jego utyskiwanie na komiksy w którymś z poprzednich wykładów :).

      Tak, ten Szatan to ciekawa myśl, zwłaszcza, że pojawia się w utworze kilka razy „z imienia”. Mowa o tym, że Hyde ma w sobie coś diabelskiego, ale Jekyll w pewnym sensie też – pychę. Jest też trochę jak Faust :).

      Usuń
    2. Mnie też ten wykład bardzo rozczarował. ;)

      Usuń
    3. Możemy więc chyba ostatecznie uznać, że jest rozczarowujący ;).

      Usuń
  2. A propos Stevensona, czytałaś "Wyspę skarbów"? Dla mnie w dzieciństwie była to po prostu fajna książka, a gdy po latach do niej wróciłem zachwyciłem się nią bardzo. A przecież z reguły książki czytane w dzieciństwie, później raczej rozczarowują. Ewentualnie czyta się je przez sentyment. A w wypadku "Wyspy skarbów" jest inaczej; teraz doceniam po prostu pisarski kunszt autora. Przy okazji obejrzałem też wszystkie ekranizacje, do których zdołałem dotrzeć (nawet te animowane, dziejące się w kosmosie).

    A ostatnio znowu myślami wracam do "Wyspy" za sprawą czwartego sezonu "Black Sails". Serial ten jest niejako prequelem do powieści, choć to może zbyt radykalne stwierdzenie, po prostu występują w nich postacie, które jako ludzi już starszych lub tylko legendy napotkamy w powieści. I stąd też wziął mi się pomysł na nowy sposób odczytania książki. Otóż na początku czwartego sezonu widzowi przedstawiona zostaje postać, którą może już znać z kart powieści - Israel Hands. Gdy go zobaczyłem, pierwszą moją myślą było "o rany, przecież to już starszawy koleś, a przecież musi minąć chyba co najmniej dwadzieścia lat do czasu jak z Jimem Hawkinsem będzie się ganiał po masztach Hispanioli". I skonstatowałem, że książkowi piraci przedstawiani byli w książce jako stosunkowo młodzi ludzie, a przecież dzieje się ona w czasach, gdy piraci byli już raczej legendą. Wyobraźmy więc sobie rozbójników pod wodzą Johna Silvera jako ekipę dziadków, których celem jest nie tyle skarb kapitana Flinta, co odzyskanie swojej młodości.

    Trochę nie na temat, ale tak mi się nazbierało ostatnio w głowie, a Stevensonem przelałaś czarę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *"I skonstatowałem, że książkowi piraci przedstawiani byli W FILMACH jako stosunkowo młodzi ludzie" - o to mi chodziło ;)

      Usuń
    2. Nie czytałam :(. Więc nic nie wiem, wrócę do komentarza, jak przeczytam ;). Ja to raczej mało takich przygodówek czytałam za dziecka, wolałam bardziej „babskie” książeczki, teraz dopiero nadrabiam... Ale myślę, że to jest właśnie znak rozpoznawczy dobrej literatury dziecięcej / młodzieżowej – z wiekiem nie traci uroku, a pokazuje nową twarz, nowe znaczenia, więc można ją z nową frajdą czytać też po latach. Jak choćby „Muminki” albo „Opowieści z Narnii” (do tych drugich, uwielbianych w dzieciństwie, pamiętam, że wróciłam jako nastolatka i trafiłam na rozdział, w którym bohaterowie trafiają na wyspę, gdzie spełniają się wszystkie, nawet najgorsze, sny; i to było tak sugestywnie napisane, że zaliczyłam potem porządną traumę, bałam się w nocy :)).

      Usuń