wtorek, 4 lipca 2017

Góry i doliny – relacja z Big Book Festival 2017


Tegoroczny Big Book Festival nie zachwycił mnie tak, jak edycja 2015. Choć organizatorzy zadbali o moc atrakcji, takich jak mecz koszykówki pisarze kontra dziennikarze, bicie rekordów, spotkania w prywatnych mieszkaniach, debaty przy okrągłym stole, leżaczki, gofry i tańce, poziom merytoryczny spotkań i dyskusji nie był tak wysoki, jak dwa lata temu. Znalazło się jednak kilka rozmów, których wysłuchałam z dużym zainteresowaniem, poniżej więc krótka relacja, z naciskiem na te najciekawsze.

Grégoire Delacourt: „Zinédine Zidane literatury”

Wejście było mocne – pierwsze spotkanie, w którym wzięłam udział, z Grégoirem Delacourtem z okazji premiery jego książki Na pierwszy rzut oka w ramach prowadzonego przez Annę Sańczuk i Macieja Ulewicza cyklu „Uwaga: Premiera!” (więcej na temat cyklu i samej książki tutaj), okazało się ostatecznie najlepszym, w moim odczuciu, wydarzeniem całego festiwalu. Aż szkoda, że debata przy okrągłym stole, która odbyła się w tym samym czasie na dziedzińcu, skradła większość publiczności.

Sam Delacourt dał się poznać jako dowcipniś i przesympatyczna gaduła. Oprócz tego ujął mnie również jego sposób postrzegania literatury, ukształtowany już przez pierwszą świadomą lekturę. Była to książka Marcela Pagnola, podarowana mu w wieku 10 lat przez ojca, i zapamiętał ją jako opowieść o rodzinie, której członkowie się kochają i mówią sobie o tym; dzięki temu literatura stała się dla niego perspektywą piękniejszego życia. Dziś uważa, że powinna ona przede wszystkim trafiać do serc i głów zwykłych ludzi, wnikać w ich ból i pokazywać, jak niezwykłą rzeczą jest miłość.

W tym duchu powstała także jego najnowsza wydana w Polsce powieść Na pierwszy rzut oka. Jak mówił Delacourt, mamy dziś do czynienia z pierwszym pokoleniem chłopców i dziewcząt, które odkryło ciało w kontekście przemocy występującej w pornografii. Postanowił więc napisać książkę przesiąkniętą szacunkiem do ciała, rodzaj instruktażu dla młodych, jak się z nim obchodzić. Na pierwszy rzut oka to również krytyka fascynacji życiem innych osób, celebrytów – autor chciał pokazać, że życie każdego z nas jest piękne, nie musimy zazdrościć go sławnym ludziom. Tymczasem zamiast je doceniać, polujemy na lajki i z samotności robimy zdjęcia tego, co jemy; to nowy rodzaj niewolnictwa.


Dlaczego w swojej powieści zdecydował się wykorzystać akurat postać Scarlett Johansson? To proste – bo miała być zmysłowa, a we Francji nie znalazł aktorki w odpowiednim wieku i o odpowiedniej urodzie. Potrzebował kogoś, kto jest ikoną zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt, choć dla niego osobiście Scarlett nie jest specjalnie pociągająca. „Pewnie nie powinienem był jej wybierać”, skwitował dowcipnie, nawiązując do sprawy w sądzie, wytoczonej mu po publikacji książki przez aktorkę.

I choć cała rozmowa utrzymana była raczej w lekkim, żartobliwym tonie, w niektórych momentach robiło się bardzo poważnie. Delacourt wyznał – ze szczerością, która mi zaimponowała – że był dzieckiem rodziców, którzy się nie kochali, co było dla niego bardzo bolesne i pisze m.in. po to, by zapanować nad tym bólem. Opowiedział również, jak pewien dziennikarz zwrócił uwagę na powtarzający się w jego twórczości motyw martwego dziecka i zdiagnozował, że to dziecko to on, sam autor; „kiedy to przeczytałem, rozpłakałem się”, przyznał pisarz, uświadomił sobie bowiem, że to prawda.

Gość spotkania usłyszał wiele miłych słów pod swoim adresem od pewnego pana z publiczności; nazwał on Delacourta „Zinédinem Zidanem literatury” i zapytał, dlaczego literatura francuska jest u nas tak mało popularna. Delacourt odciął się jednak od innych twórców z Francji; stwierdził, że wielu z nich pisze tylko po to, by być na salonach, nie lubi czytelników, a kiedy ich książka się nie sprzedaje, tłumaczą to prosto: „Czytelnicy są głupi”.

Wnętrze dawnego Gimnazjum Żeńskiego im. Klementyny Hoffmanowej, gdzie w tym roku odbył się Big Book Festival. Co roku organizatorzy wybierają na festiwal inne, klimatyczne miejsce, i to jest piękne. A na ścianie szczegółowy program, z godzinami i salami wydarzeń – rewelacyjny pomysł!

Prof. Magdalena Fikus: Nauka jest jak chodzenie po górach

Oprócz spotkań poświęconych stricte literaturze, w ramach tegorocznego Big Book Festivalu zorganizowano również cykl wykładów popularnonaukowych „Antywykłady”. Naukowcy (i jeden ojciec dominikanin) opowiadali na nich m.in. o genetyce, mózgu, Darwinie i jego epokowym dziele O powstawaniu gatunków, a także o ludzkiej duszy.

Sama wzięłam udział w spotkaniu z prof. Magdaleną Fikus, genetyczką, i byłam mile zaskoczona frekwencją – sala pękała w szwach. Sam wykład natomiast trochę mnie rozczarował – pani profesor mówiła o bardzo ciekawych rzeczach, ale w sposób trochę chaotyczny. Zrobiła na mnie jednak wrażenie bardzo sympatycznej, ciepłej osoby i z pewnością rozejrzę się za wydaną kilka dni temu przez Czarne książką Pani inżynier od życia – wywiadem z nią, przeprowadzonym przez Irenę Cieślińską.

Prof. Fikus w trakcie swojego wykładu mówiła o tym, że nauka jest jak chodzenie po górach (już, już ci się wydaje, że jesteś blisko wierzchołka, ale nagle widzisz zejście i okazuje się, że jeszcze wiele zejść i podejść przed tobą), o potrzebie rozmowy między naukowcami, oraz oczywiście o swojej specjalizacji, czyli genetyce – o tym, jak wiele jeszcze nie wiemy, o mądrej ewolucji, która pewne fragmenty materiału genetycznego wyrzuca, inne zostawia, i o tym, że nie ma genów inteligencji czy piękna. Niewiele za to powiedziała o głównym temacie wydarzenia, „Czy musimy umierać?”; jak wyjaśniła, cały jej wykład miał być odpowiedzią na to pytanie – tak, musimy, genetyka nie pozwoli bowiem tak łatwo się „oszukać”. Mimo wszystko jednak liczyłam na to, że temat zostanie trochę rozwinięty.

Marcin Kącki, Ignacy Karpowicz, Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Kryzys męskości

Wahałam się, czy pójść na kolejny antywykład, o tym, co dzieje się w naszym mózgu, gdy czytamy, czy wybrać debatę „Bądź mężczyzną” z udziałem trzech polskich pisarzy, prowadzoną przez Magdę Mołek. Ostatecznie poszłam za tłumem – na debatę, i to była bardzo zła decyzja.

Krótko, bo nawet nie ma sensu się nad tym rozwodzić – było to najgorsze spotkanie, na jakim kiedykolwiek byłam na festiwalu literackim. Jedynie Klimko-Dobrzaniecki trzymał fason, panowie Kącki i Karpowicz natomiast zachowywali się jak niesforne dzieciaki, zupełnie nie zwracali uwagi na pytania i uwagi prowadzącej, co rusz przekrzykiwali się i wymieniali prymitywne docinki i niesmaczne dowcipy. To była rozmowa rodem z zakrapianej imprezki, nie z festiwalu tego typu. Wytrwałam do końca, trochę z ciekawości, jak zareaguje publiczność, i razem z połową sali (publika się podzieliła) biłam brawo dwóm czy trzem paniom, które odważyły się powiedzieć gościom, że ich występ był żenujący. Pozostał niesmak.


Daniel Odija, Wojciech Stefaniec: Równoległość wrażeń

Ostatnim spotkaniem, w którym wzięłam udział w festiwalową sobotę, była rozmowa z twórcami komiksu Stolp – Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem, czyli kolejne wydarzenie z serii „Uwaga: Premiera!”. Obydwaj panowie są związani ze Słupskiem, i już sam tytuł ich dzieła (będący też imieniem głównego bohatera) jest w pewien sposób wyrazem lokalnego patriotyzmu – „Stolp” to po prostu przedwojenna nazwa Słupska. W związku z tym ponoć wielu słupszczan przekonanych jest, że komiks Odiji i Stefańca to opowieść o Słupsku. I w pewnym sensie tak – rysownik Wojciech Stefaniec wykorzystał w swojej wizji rzeczywiste elementy słupskiego krajobrazu, pojawiają się również ogromne mewy (które w Słupsku ponoć zjadają gołębie i małe koty) – ale biorąc pod uwagę, że całe dzieło to mroczna, dystopijna wizja, raczej nie nadaje się ono do folderu reklamującego miasto :).

Zapytani o to, czy boją się przyszłości, autorzy odpowiedzieli, że nie. Są „facetami po przejściach”, podobnie jak ich Stolp, dlatego w ten a nie inny sposób widzą rzeczywistość, w gruncie rzeczy sądzą jednak, że nie ma sensu za wiele się nad przyszłością zastanawiać. Zmiany bowiem nastąpią, czy tego chcemy czy nie, „t tak nic nie zmienimy, i ten komiks pewnie też nie”, skwitował Odija.

Autorzy Stolpa opowiedzieli także o tym, jak wygląda współpraca między scenarzystą a rysownikiem. Obaj przyznali, że są wyjątkowo zgodni, nie kłócą się i nie wcinają się we własne wizje, a raczej wzajemnie je poszerzają i uzupełniają. Praca nad komiksem jest jednak dla nich bardzo absorbująca – Stefaniec przez 15 miesięcy pracował nad rysunkami po 8 godzin dziennie, zaś Odija żył niemal przez cały czas tą historią. Na koniec powiedzieli także kilka słów o tym, dlaczego warto czytać komiksy – podkreślili, że ich zaletą jest równoległość wrażeń, ale nie tak przytłaczająca jak na przykład w filmach.

Magdalena Parys, Olaf Kühl: Rozlewna literatura

Lubię rozmowy o tym, jak wygląda sytuacja literatury w innych krajach, dlatego w niedzielę w samo południe wybrałam się na debatę „Polska-Niemcy 1:1. Opowieść równoległa”, w której udział wzięli mieszkająca od lat w Berlinie polska pisarka Magdalena Parys oraz niemiecki pisarz, slawista, tłumacz z języka polskiego, Olaf Kühl. W roli prowadzącego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki.

Zapytani na wstępie o najnowszą literaturę niemiecką, goście nie mieli zbyt wiele do powiedzenia – Magdalena Parys stwierdziła, że kiedy pisze, niewiele czyta, Olafa Kühla natomiast bardziej interesuje najnowsza literatura polska. Przyznał jednak, że wiele rzeczy mu się nie podoba, i jako recenzent pisze więcej tekstów krytycznych niż pochwalnych. Jako że jest tłumaczem Szczepana Twardocha, wspomniał jednak o jego książkach :). Jego zdaniem Twardoch to przede wszystkim mistrz narracji, pod kątem języka jego powieści nie są wybitne, ale potrafi zaskoczyć – Morfina była bowiem napisana językiem wyjątkowo pięknym.

Na pytanie o zainteresowanie wydawców literaturą polską w Niemczech Kühl odpowiedział, że jest ono ogromne, dużo większe niż na przykład rosyjską czy czeską, ale nie do końca wiadomo dlaczego, dzieła polskich pisarzy sprzedają się bowiem stosunkowo słabo. Większość z nich osiąga sprzedaż na poziomie 3-4 tys. egzemplarzy, i dotyczy to także autorów znanych i cytowanych w prasie, jak Stasiuk. Ekstremalnym przypadkiem była biografia Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, której w Niemczech sprzedało się dokładnie… 18 sztuk.


Z kolei polscy czytelnicy niechętnie sięgają po dzieła niemieckich pisarzy. Magdalena Parys uważa, że problemem jest brak osoby, która „prowadziłaby” niemieckiego autora w Polsce, zajmowała się jego promocją. Zdaniem pisarki nie jest tak, że literatura niemiecka się u nas nie sprzedaje tylko z tego powodu, że jest niemiecka; jest bowiem garstka autorów, których czytamy chętnie (np. Charlotte Link).

Nie tylko o samej literaturze i jej sytuacji w obu krajach była mowa, ale również o językach niemieckim i polskim – czym się różnią, jakie dają możliwości. Rozmówcy zgodnie stwierdzili, że język polski jest bardziej „rozlewny”, świetnie nadaje się do opisywania emocji, podczas gdy niemiecki jest bardziej konkretny i rytmiczny. „Dobry chyba tylko do opisywania części rowerów”, jak stwierdził dowicpnie Olaf. A przy okazji tematu przekładów Magdalena Parys wyznała, że jest trudnym autorem dla tłumacza – jedna z jej tłumaczek zrezygnowała z przekładania jej książek na niemiecki, prawdopodobnie z powodu ciągłego wtrącania się pisarki :).

Pod koniec pojawił się również ciekawy wątek tego, jak polityka wpływa dziś na postrzeganie polskiej literatury. Olaf Kühl przyznał, że niestety media niemieckie kreują negatywny wizerunek naszego kraju, zniechęcając też pośrednio do naszej literatury. O samej sytuacji politycznej w Polsce tłumacz wypowiedział się jednak z uśmiechem – stwierdził, że te dzisiejsze walki polityczne u nas są wręcz szekspirowskie, i może być z tego za jakiś czas piękna literatura :).

Leonie Swann, Gaja Grzegorzewska: Poważne też może być śmieszne

Ostatnim wydarzeniem, w którym wzięłam udział w ramach tegorocznego festiwalu, było spotkanie „Outsiderki” z Gają Grzegorzewską i Leonie Swann, prowadzone przez Łukasza Wojtusika. Prowadzący, aby wpisać się w „outsiderski” charakter spotkania, wykazał się inwencją i przyniósł ze sobą, w gustownej czapeczce, zestaw pytań do losowania – dla osób z publiczności, które same nie miały pomysłu, o co zapytać.

„Outsiderstwo” pojawiające się w tytule spotkania przejawia się u obu zaproszonych autorek na różne sposoby; zdaniem prowadzącego u Gai Grzegorzewskiej przede wszystkim chodzi o przerysowanie, u Leonie Swann – o spojrzenie z boku, z innej perspektywy, często zwierzęcej. Równocześnie pisarki zostały chyba dobrane trochę na zasadzie przeciwieństwa, twórczość Grzegorzewskiej jest bowiem bardzo mroczna i drastyczna, podczas gdy u Swann powaga kryminału zostaje przełamana humorem i absurdem (zwierzęta w roli detektywów).

Dlaczego humor? Pisarka wychodzi z założenia, że śmiech i powaga się nie wykluczają, że mimo kryminalnego tła życie toczy się dalej i bywa śmieszne. Fakt, że te dwa bieguny nie są sobie tak odległe, widać również u osób wykonujących stresujące zawody, takich jak ratownicy medyczni czy żołnierze – to zwykle ludzie o świetnym poczuciu humoru, muszą bowiem umieć odreagować.


„Czy film na podstawie twoich książek mógłby nakręcić Quentin Tarantino?”, zapytał dowcipnie prowadzący Gaję Grzegorzewską. „Leonie – Guy Ritchie?”. Obie propozycje spodobały się, choć w przypadku Leonie Swann z zastrzeżeniem, że musiałby to być Ritchie wczesny, z czasów Przekrętu :). Przy okazji autorka stwierdziła, że filmy mogą wiele nauczyć, jeśli chodzi o pisanie książek – inspirujące są zwłaszcza ich tempo i zwięzłość.

Pojawił się także – z oczywistych względów dla mnie interesujący – temat recenzji. Leonie Swann stwierdziła, że krytycy to „another type of animal”, że recenzje to fikcja, podobnie jak literatura, a ich pisanie polega często na kreowaniu siebie na osobę inteligentną, za taką natomiast łatwiej zostać uznanym, gdy się coś skrytykuje. Gaja Grzegorzewska, która sama przez pewien czas recenzowała kryminały, dodała zaś, że przyjemność z czytania, kiedy się musi później o książce napisać, jest dużo mniejsza, stale bowiem analizuje się tekst od strony technicznej i na bieżąco wymyśla zdania do recenzji. Do tego dochodzą terminy, które dla osoby czytającej powoli, jak ona, są męką. Wnioski? W byciu krytykiem / recenzentem nie ma nic fajnego :).

Na koniec autorki opowiedziały trochę o swoich zwyczajach czytelniczych (Gaja – namiętnie kreśli po książkach, Leonie – czytelnik hedonistyczny, czyta tylko to na co ma ochotę) i pisarskich (Gaja – typ chomika, obserwuje otoczenie i „zdrapuje inwektywy ze ścian kibli”, Leonie – wiecznie przekracza terminy, bo jej zdaniem nie powinno się pisać na siłę). Na pytanie czytelniczki o pierwsze zdanie książki padła zaś odpowiedź, że nieważne, jak się zacznie – ważne, by w ogóle zacząć. I to stwierdzenie ładnie mi się wpisuje w hasło tegorocznego Big Book Festivalu („Back to beginning”), a zarazem będzie świetnym zamknięciem relacji.

A ciekawych edycji 2015, którą tak zachwycam się na wstępie mojego tekstu, odsyłam do relacji z tamtego Big Book Festivalu: tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Ilustracje: zdjęcia własne

9 komentarzy:

  1. W tym roku wszystkie wydarzenia związane z książkami mnie omijają, ale dobrze wiedzieć, że tym razem nie ominęło mnie aż tak dużo. :) Czytałam już o tej nieszczęsnej debacie "Bądź mężczyzną" i dalej przecieram oczy ze zdziwienia. Naprawdę było aż tak źle?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było bardzo źle, zupełnie serio uważam, że to najgorsze spotkanie na festiwalu literackim, na którym byłam. A na kilku tych festiwalach już byłam :). Bywały spotkania nieciekawe, dłużące się, źle poprowadzone, ale nigdy nie widziałam, żeby goście zachowywali się aż tak lekceważąco. I zrazili też w ten sposób trochę osób do swoich książek – słyszałam głosy typu „tego pana już czytać nie będę” :).

      Usuń
    2. W takim razie nie dziwię się czytelnikom. Sama staram się nie mieszać ze sobą książek i tego, kim są i co reprezentują sobą ich autorzy (bo czasami to bywa krzywdzące), ale wyobrażam sobie, że po czymś takim niektórym może być trudno sięgnąć po ich książki.

      Usuń
  2. Byłam tylko na spotkaniu z Kazuki Sakurabą (Czerwone dziewczyny) i dla mnie to było nieporozumienie. Gość nie mówił po angielsku, więc czekanie na tłumaczenie trwało i trwało. Co gorsza, rozmowa była wyjątkowo nieciekawa. Nie byłam jedyną osobą, która wyszła po ok. 30 min.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie Sakuraba rzadko robiła przerwy, żeby dać tłumaczowi dojść do głosu? Byłam na kilku takich spotkaniach, rzeczywiście jest to dosyć męczące i trudno utrzymać koncentrację. Nie wiem, co to jest, że w tym roku na Big Booku było tyle nieciekawych spotkań – te moje były w miarę okej, ale już od innych osób słyszałam też opinie na temat kilku różnych wydarzeń, że wiało nudą. Kwestia gości, czy prowadzenia? Sama nie wiem.

      Usuń
    2. Ona tak dużo nie mówiła, a nawet gdyby, można było tłumaczyć na bieżąco.;( Prowadzenie na pewno mogło być lepsze.

      Usuń
  3. Mam bardzo podobne odczucia.
    Byłam wprawdzie na kilku innych spotkaniach niż Ty (mam zamiar napisać o big booku kilka zdań na bloga), ale w sumie festiwal oceniam dużo słabiej niż w ubiegłym roku. Zwłaszcza, że jesienny udział w krakowskim Conradzie bardzo wysoko ustawił poprzeczkę wszelkim spotkaniom autorskim, na jakie jeszcze kiedykolwiek się wybiorę :)
    Ponadto tegoroczna lokalizacja była, moim zdaniem, wyjątkowo nietrafiona. Jedyną jej zaletą było doskonałe położenie w samym centrum miasta. Zeszłoroczny pałac Szustra i park wokół niego były zdecydowanie lepszym wyborem.

    Szkoda, że się nie zgadałyśmy wcześniej, chętnie bym z Tobą pogadała przy gofrach albo na leżakach. Nawet uchwyciłaś mnie na jednym zdjęciu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj! Pamiętałam tylko, że się umawiałyśmy wstępnie na tegorocznego Conrada :). Nie pomyślałam, że będziesz też na Big Booku. Gdzie jesteś na zdjęciu? :)

      Co do lokalizacji – masz na myśli to, że w salach było ciasno i duszno? To był rzeczywiście na niektórych spotkaniach problem, ale poza tym lokalizacja mi jakoś bardzo nie przeszkadzała. Nie mam jednak porównania z pałacem Szustra, nie dotarłam w zeszłym roku. Ciekawe, jakie miejsce wybiorą następnym razem :).

      Usuń
    2. Zdjęcie ze spotkania z Parys i Kühlem. Siedzę w rzędzie za panią w szarej sukience, druga od lewej (z bardzo natchnioną miną :).

      Tak ciasno, duszno, śmierdziało PRLem. Było nieprzytulnie i niefajnie po prostu. No i ten katastrofalny stan toalet...
      Sytuację ratował trochę okrągły stół i leżaki na zewnątrz - ale w zeszłym roku było po prostu więcej przestrzeni i klimatu.
      Czyli próbujemy jesienią (do trzech razy sztuka :)

      Usuń