piątek, 18 stycznia 2019

Człowiek, Który Szuka Skrzydeł – „Zaklinacz deszczu”, Jiří Hájíček [patronat]

„Co mnie zabija? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie umiałbym nikomu tego wyjaśnić. Co takiego mnie niszczy? Raczej nic mi nie dolega. Więc pewnie nic. Absurdalny wniosek. Zabija mnie WIELKIE NIC. Mam żonę, pracę i kredyt mieszkaniowy, dwóch, trzech kolegów. Normalne życie. I zabija mnie NIC” (s. 30).

W swojej zapowiedzi Zaklinacza deszczu pisałam – za Jiřim Hájíčkiem – że jest to powieść pełna ciszy. Dla mnie jednak to bardziej powieść pełna tęsknoty. Za czymś nieokreślonym, za wolnością, za dalą, za czymś, czego brak nie pozwala się cieszyć życiem, choć ma się wszystko, o czym człowiek mógłby marzyć.

Bohaterem książki Hájíčka jest Zdeněk Polecký, urzędnik po czterdziestce, który nie do końca potrafi odnaleźć się w swoim uporządkowanym życiu. Choć ma stabilną pracę, przestronne mieszkanie w centrum Czeskich Budziejowic i piękną żonę, z którą jest szczęśliwy, nocą nie może spać i odczuwa jakiś brak. Podejrzewa się o kryzys wieku średniego, zastanawia się, czy to przez to, że połowę życia ma już za sobą, że silne emocje jakie odczuwał niegdyś już nie wrócą, a przed nim już jedynie monotonna codzienność, od czasu do czasu przerywana chwilami małego szczęścia.
„Dlaczego nie mogę spać? Czy to przez świadomość, że połowę życia mam już za sobą? Raj dawno został utracony. Pozostała mi praca, seks, drobne przyjemności, dobre jedzenie. Mieszkanie w centrum miasta, kredyt mieszkaniowy na w miarę korzystnych warunkach. Czteroletnie auto. Wakacje nad morzem” (s. 158).
Praca administratora gruntów wydaje mu się bezsensowna i wręcz niemoralna, a od nudnych służbowych obowiązków ucieka w myśli o Spitsbergenie, który fascynuje go jako miejsce puste, zimne, odludne, wolne od formalności i ograniczeń, miejsce, gdzie nikt nie może posiadać ziemi na własność i jest to jego zdaniem piękne. Dlatego też chętnie „dzieli się” zakupioną przez siebie łąką na wsi z Indianami, zbieraczami grzybków halucynogennych oraz pewnym pisarzem potrzebującym odludzia do realizacji swoich artystycznych aspiracji.

Łąka ta odgrywa zresztą w powieści dosyć ważną rolę. Kupiona przez Zdeńka za radą żony jako sposób na zagłuszenie tęsknoty za wsią, jest trochę symbolem wsi jako przestrzeni tajemniczej, niezbadanej, nieposkromionej, przestrzeni dziwaków i wizjonerów, i przez to wszystko tak innej od uporządkowanej rzeczywistości miasta. Mimo XXI wieku w przestrzeni tej wciąż kultywuje się dawne zwyczaje i wiarę w złe duchy – dlatego po nabyciu ziemi, dowiedziawszy się, że właśnie to miejsce wybrali sobie niegdyś dwaj samobójcy, Zdeněk wbija w drzewo mały krzyż – i może być ona domem dla miejskich rozbitków czy „wiejskich głupków” takich jak zafascynowany lataniem wujek Tonda oraz ich opowieści (jak ta o Vície Fučíku, który w XVIII wieku miał zbudować blaszane skrzydła i z sukcesem używać ich do latania).

Bohater powieści Hájíčka – jak zresztą sam autor, o czym mówił w wywiadach – podziwia tych, którzy są w stanie odrzucić funkcjonowanie według zasad, jakie narzuca nam miasto, i żyć inaczej, wśród natury, po swojemu. Sam nie byłby jednak w stanie zdobyć się na coś podobnego. Dlatego, zafascynowany historią Fučíka, sam o sobie mówi: „człowiek, który szuka skrzydeł”. Szuka, marzy o ucieczce, fantazjując o maszynie latającej i Spitsbergenie, ale nie znajduje.

Ciekawy jest również wątek relacji Zdeńka z jego żoną. W momencie gdy rozgrywa się akcja powieści, w ich małżeństwie jest wiele frustracji i napięcia, przede wszystkim z powodu bezskutecznych starań o dziecko. Tereza, obciążona dodatkowo wspomnieniem dokonanych we wczesnej młodości aborcji, ciężko znosi wyścig z czasem, i być może ta presja jest również przyczyną bezsenności i niepokoju Zdeńka. Szczęśliwemu pożyciu małżonków nie sprzyja też na pewno pamięć o zdradzie, której bohater dopuścił się cztery lata wcześniej ze swoją byłą partnerką.

Choć Tereza wydaje się ucieleśnieniem wszystkich marzeń Zdeńka o idealnej żonie, jest równocześnie istotą z nieco innego świata niż on. To dziewczyna z miasta, oszałamiająco piękna, elegancka, „wykształcona, subtelna, maluje paznokcie, umie grać na fortepianie i zna francuski” (s. 73), podczas gdy on najwyraźniej czuje się wciąż w głębi siebie chłopakiem ze wsi i bardzo możliwe, że ma przy swojej zjawiskowej żonie kompleksy.

Z kolei Bohuna, dawna miłość, której Zdeněk decyduje się pomóc w rodzinnym sporze o ziemię, jawi się jako zupełne przeciwieństwo Terezy – jest zaniedbana i zniszczona przez ciężką pracę w gospodarstwie, mówi wprost co myśli i nawet gdy zależy jej na zrobieniu dobrego wrażenia, razi zbyt wyrazistym makijażem i zbyt ciężkimi perfumami. Równocześnie jednak jest to ta sama Bohuna, z którą bohatera połączyły pierwsze erotyczne doświadczenia, bardziej intensywne niż cokolwiek innego, co przeżył później. „Uświadomił sobie, że ostatnio bezsenne ranki upływają mu głównie na myślach o pożądaniu, które czuł, kiedy miał siedemnaście lat. I o tym, gdzie się podziało. Gdzie, do diabła teraz jest?” (s. 120). Wspominając te dawne uczucia, ma wrażenie, że z Terezą odgrywa jedynie „przedstawienie o życiu”.

Hájíček nie serwuje nam jednak prostych, topornych rozwiązań. Choć tak łatwo byłoby wyjaśnić frustrację Zdeńka tęsknotą za tym wszystkim, czego ucieleśnieniem jest Bohuna, i pchnąć go w jej ramiona, na przeszkodzie stoi fakt, że bohater szczerze kocha swoją żonę i nie ma wątpliwości, że to z nią, z tą piękną elegantką o wyszukanym guście, chciałby spędzić resztę życia. Pomoc Bohunie jest natomiast częściowo odkupieniem dawnych win – tego, że wyjechał i zostawił ukochaną na pastwę ciężkiego życia u boku męża pijaka. Nic tu nie jest proste. Jak w życiu.

Doceniam to, że historia opisana przez Hájíčka nie przebiega w sposób schematyczny, że brak tu spektakularnych rozwiązań i zakończeń; podoba mi się również sposób, w jaki autor kreśli opozycję między miastem a wsią, czerpiąc oczywiście z własnych odczuć i doświadczeń (sam jest podobnym „chłopcem ze wsi”, wrzuconym w rzeczywistość miejską i urzędnicze życie). Momentami miałam jednak wrażenie, że pisarz otwiera zbyt wiele wątków, które zostają później porzucone – jak choćby Spitsbergen, tak ciekawy a ostatecznie tak niewykorzystany. Nie skupiam się też na historii walki o ziemię (trochę podobnym do walki z budową elektrowni w Rybiej krwi, znów na zasadzie „garstka przeciw wszystkim/przeciw systemowi”), bo choć wprowadza ona element napięcia, zdecydowanie ciekawsze pod kątem analizy wydają mi się motywy, o których piszę powyżej.

Sam tytuł pozostawia szerokie pole do rozmyślań. Dešťová hůl z czeskiego oryginału, czyli pałeczka do zaklinania deszczu, pojawia się w jednej scenie – przyjęcia Zdeńka do plemienia Lakotów. Wkracza on wówczas na wojenną ścieżkę i potrzebuje wsparcia w walce o sprawę Bohuny. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, można stwierdzić, że deszcz pojawia się w wielu scenach powieści. Czy jest symbolem czegoś pozytywnego, oczyszczającego i demaskującego, skoro jest wywoływany podczas indiańskich obrzędów? Czy to raczej – zwykle uderza w szyby, gdy Zdeněk siedzi w biurze lub leży w łóżku nie mogąc zasnąć – figura codziennego życia, które osacza bohatera? Szara monotonia, pragnienie czegoś nieokreślonego, tęsknota za dalą i przestrzenią. Uczucia, które zna wielu z nas.

***
J. Hájíček, Zaklinacz deszczu, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2018.

Na Literackich Skarbach również:

2 komentarze:

  1. Powieść przyciąga jak magnes samą okładką, klimatem melancholii, tęsknoty za innym życiem niż to, które się wybrało. Wydaje mi się bliski (aczkolwiek nieco naiwny) motyw ucieczki na wieś, ucieczki od cywilizacji, świata pozorów i zobowiązań. Któż z nas za tym nie tęskni! :-).
    Kupiłam i chcę na razie przeczytać "Rybią krew", a potem zapewne sięgnę po kolejną książkę pisarza. Indiańskie plemię w Czechach? Umieram z ciekawości :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ta tęsknota jest tu bardzo wyczuwalna, być może też dlatego, że autor pisze trochę o swoich własnych pragnieniach – w wywiadach przyznaje, że to jego najbardziej osobista książka. Mam nadzieję, że „Rybia krew” zachęci Cię na tyle, że i po „Zaklinacza” sięgniesz. A z tym indiańskim plemieniem najprawdopodobniej chodzi o jakichś przebierańców, ale autor tego nie precyzuje. Pisze tylko, że są z plemienia Lakotów :).

      Usuń