wtorek, 26 listopada 2019

Rodzina jak wściekły pies – „Najlepiej dla wszystkich”, Petra Soukupová [patronat]

„Gdyby wiedziała, że to ich ostatnie wspólne święta, czy nawrzeszczałaby na niego, że nie potrafi nawet kupić porządnej choinki?” (s. 214).

Nowa książka Petry Soukupovej jak zwykle prezentuje szeroki wachlarz rodzinnych (i nie tylko) konfliktów i zmusza do myślenia o tym, jacy sami jesteśmy dla swoich bliskich. Robi to jednak w sposób nieco mniej subtelny niż inne powieści autorki.

Jak to zwykle u Soukupovej, polem działań (a może raczej „polem bitwy”?) jest rodzina. Tym razem jednak dramat zostaje rozpisany właściwie tylko na trzy osoby. Eva – babcia – osamotniona i zagubiona po niedawnej śmierci męża, Hana – jej córka – aktorka, która samotnie wychowuje syna, i Viktor – syn – nieco rozpieszczony i uzależniony od gier komputerowych, ale w gruncie rzeczy dobry dzieciak.

Kiedy problemy z zachowaniem Vikiego w szkole zaczynają się niepokojąco mnożyć, Hana postanawia wysłać go na kilka miesięcy poza Pragę, do babci, zapewniając jej przy okazji towarzystwo ukochanego wnuczka. Oficjalnie ma to być więc lek na problemy wychowawcze i samotność, ale wkrótce okazuje się, że i mama Viktora ma w tym wszystkim swój interes. Co staje się przyczyną konfliktu, bo oczywiście rodzinnych konfliktów u Soukupovej nigdy dość.

Petra Soukupová. Fot. Tomáš Vodňanský
Widzimy to, co widzieć chcemy

Autorka jak zwykle pokazuje rodzinną rzeczywistość wielowymiarowo, z różnych punktów widzenia. Świetnie widać to na przykładzie relacji z nieżyjącym już Jindřichem, mężem Evy i ojcem Hany. Hana wspomina ojca ze wzruszeniem, jako swego sojusznika („Też nie uznawał niektórych jej wyborów, też nie rozumiał, czego pragnęła, kim była i kim chciała być, ale w przeciwieństwie do mamy nigdy tego nie okazywał”), który bez słowa skargi wstawał w poniedziałki dwie godziny wcześniej, by odwieźć ją do Pragi, ku niezadowoleniu mamy. Z kolei w pamięci matki zachowało się to tak:
„Eva pamięta, jak Jindřich nie cierpiał wstawać rano, ale kazała mu odwozić Hankę do Pragi, żeby nie musiała tłuc się pociągiem, zawsze był wtedy wściekły na Evę, warczał na nią, ale ostatecznie wstawał i jechał. Eva zmuszała go też, żeby chodził na jej przedstawienia, wiedziała, że to ucieszy Hankę, Jindřich po takim spektaklu tylko kręcił głową, a kiedy Hanka zaszła w ciążę, powiedział, że ma dość, nie chciał jej widzieć na oczy” (s. 40).
Czy to pamięć płata figle którejś z bohaterek, czy też pewne utwierdzone przez lata uprzedzenia każą im postrzegać siebie i innych w tylko jeden, ustalony sposób? Czy w relacjach z bliskimi widzimy tylko to, co widzieć chcemy? Takie momenty są zdecydowanie najciekawszymi punktami lektury Najlepiej dla wszystkich.

Pogłaskać wściekłego psa

Problem polega na tym, że w przypadku tego rodzinnego dramatu całą przestrzeń, całe powietrze kradnie rasowa aktorka Hana – bohaterka nieznośnie rozwrzeszczana, teatralna, siejąca emocjonalne spustoszenie, gdziekolwiek się pojawi. To trochę przypadek przypominający Olgę z Pod śniegiem, rozpieszczającą syna, usiłując mu tym zrekompensować brak ojca, ale Hana wydaje się dużo mniej odpowiedzialna, dużo mniej dojrzała, dużo bardziej impulsywna.

Okładka czeskiego wydania powieści.
I wcale nie razi najbardziej jej egoistyczne zachowanie – w końcu egoistą do pewnego stopnia jest każdy z nas. Bardziej drażni to, że bohaterka nie poświęca ani chwili na zastanowienie nad tym co mówi i robi, wyrzuca z siebie raniące słowa z prędkością karabinu maszynowego, z matką i bratem potrafi się porozumiewać wyłącznie krzykiem. Każde jej wkroczenie na scenę wywołuje momentalny ból głowy, a jeśli chodzi o poziom negatywnych emocji, jakie budzi w czytelniku, może się z nią równać chyba tylko sama Scarlett O’Hara.

Z drugiej strony, hej – przecież są i tacy ludzie, z pewnością też zdarzają się rodziny, w których wzajemne stosunki i rozmowy wyglądają w taki właśnie sposób. Choć mogłoby być inaczej. Właśnie to zdaje się sugerować autorka, umieszczając w swojej powieści Śnieżka. Wielki i piękny, ale agresywny pies, który traktowany z ufnością zmienia się w potulnego psiaka zawsze chętnego do zabawy. Łatwiej jednak niż wyciągnąć do niego rękę przez ogrodzenie jest nazywać go krwiożerczą bestią i patrzeć na niego krzywo, jak mieszkańcy wioski. Tak samo jak łatwiej jest warczeć na siebie nawzajem, podsycając wzajemną złość, niż schować dumę do kieszeni i podać rękę na zgodę.

Czytajmy, by nie być okropnymi

W porównaniu z Pod śniegiem, czy nawet debiutanckim K moři, Najlepiej dla wszystkich robi nieco mniejsze wrażenie. Perypetie bohaterów wywołują więcej złości niż smutku, trudniej im współczuć, a opisowi ich wzajemnych relacji brakuje subtelności, niuansów kryjących się w słowach i gestach między postaciami. Tu wszystko zostaje wystawione kawa na ławę, czy może raczej – wywrzeszczane przez Hanę.

Być może to też kwestia mniejszej niż zwykle liczby osób „na scenie”. Być może dramat rozpisany na więcej postaci daje autorce większe możliwości, jeśli chodzi o ukazanie wszystkich półcieni łączących ich relacji. To jednak wciąż kawał świetnej czeskiej prozy, którą czyta się znakomicie i która boleśnie uświadamia nam, jak bardzo potrafimy być dla siebie okropni. Czytajmy – aby takimi nie być.

***
P. Soukupová, Najlepiej dla wszystkich, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2019.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] materiały prasowe / wydawnictwo Afera,
[3] strona internetowa wydawnictwa Host / www.hostbrno.cz,
[4] materiały prasowe / wydawnictwo Afera.

4 komentarze:

  1. Ja nie dostrzegam, i nigdy u Soukupovej nie dostrzegałam, szczególnej subtelności. Lubię ją właśnie za to, że każdym razem funduje czytelnikowi emocjonalne harakiri. Najnowsza powieść w moim przekonaniu nie odbiega od tej konwencji, ani też jej za bardzo nie wyolbrzymia. Po prostu - charakterystyczny dla tej konkretnej pisarki, rozpoznawalny styl. |Tajemnicą sukcesu zdaje się tu być natomiast fakt, iż Soukupova pisze zawsze o tym samym, zawsze w ten sposób, a dla czytelnika jest to zawsze niezmiernie interesujące i odkrywcze. Nie wiem jak ona to robi, ale i tak ją uwielbiam !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, tutaj się nie zgodzę. Dla mnie siła jej pisania tkwi też w tych niuansach, niedopowiedzeniach, w tym, że ktoś coś widzi zupełnie inaczej, a ktoś czegoś nie widzi wcale, i to wychodzi przy porównaniu narracji z ich perspektyw – jak na tym przykładzie z Jindřichem, który przywołuję w tekście. Z „Pod śniegiem” najbardziej zapadł mi w pamięć cichy dramat matki/babci, nie wrzaski i kłótnie jej córek. Może po prostu lubimy Soukupovą mimo wszystko za trochę inne rzeczy? A tego, co ja lubię najbardziej, było w tej akurat książce trochę mniej.

      Usuń
  2. Widzę, że mamy mniej więcej podobne odczucia po lekturze. Wiele razy chciałam potrząsnąć Haną i rzeczywiście dużo jest przez nią wywrzeszczane. Uważam, że mimo to autorka nadal wchodzi do głów bohaterów jak nikt inny, a jedyne co mi przeszkadzało to taka nieco przesadna "serialowość" niektórych wątków (rozmawiałyśmy o tym, że autorka pisze scenariusze, więc może dlatego zwróciłam przy lekturze na to większą uwagę). Cieszę się, że zamieściłaś cytat o tym, jak to było z tym idealnym kochającym ojcem, dobrze go pamiętam, bo sama zaczęłam się nad tym zastanawiać w kontekście własnych rodziców. W każdym razie Soukupova jak zawsze robi zupę z głowy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też miałam trochę takie wrażenie jeśli chodzi o serialowość. Jak zwykle czyta się świetnie, perspektywy różnych bohaterów rzeczywiście oddane doskonale, ale jakoś mniej we mnie ta książka po sobie pozostawiła, niż „Pod śniegiem”. Może problem polega na tym, że „Pod śniegiem” jest tak bardzo dobre? I ciężko znieść porównanie z nim? :)

      Usuń