piątek, 3 listopada 2017

Melancholia, etnohipsterstwo i Conrad-Żeromski – Festiwal Conrada 2017, dzień 6. i 7.

Festiwalowa sobota zaczęła się dla mnie spotkaniem, na które bardzo – być może najbardziej z całego festiwalu – czekałam. Była to dyskusja „Melancholia Europy Środkowej” z udziałem Węgra László F. Földényiego oraz Czecha Jana Němca.

Na wstępie odczytane zostały teksty obydwu gości poświęcone zjawisku melancholii, zwłaszcza w kontekście naszej części Europy. Němec w swoim wystąpieniu zwrócił uwagę, że z melancholią kojarzymy również inne kraje i regiony, jak choćby Rosję, Niemcy (werterowski Weltschmerz) czy Portugalię (słynne saudade). Ta środkowoeuropejska jest jednak związana z naszymi własnymi doświadczeniami oraz z tym, że nigdy nie tworzyliśmy wielkiej historii.

Czym jednak jest właściwie melancholia? Już ze zdefiniowaniem tego pojęcia jest pewien problem. Wiele dzieł dotyczących melancholii bynajmniej charakteru melancholijnego nie ma, i na odwrót – Němec przyznał, że był dosyć zdziwiony tematem spotkania, w którym ma wziąć udział, ponieważ jego Historia światła, czyli opowieść o fotografie Františku Drtikolu, to w zasadzie rzecz o świetle, podczas gdy melancholia kojarzy mu się jednocześnie z czymś ciemnym, mrocznym. Z drugiej strony – wciąż problem sprawia definicja samej Europy Środkowej, mamy więc do czynienia z dwoma bardzo płynnymi pojęciami.

Földényi zauważył, że w twórczości wybitnych środkowoeuropejskich autorów, takich jak Franz Kafka czy Miroslav Krleža, wyczuwamy dziwny niepokój; również Witkacy, zasiadając do pisania, odczuwał zawsze metafizyczny niepokój – jakby znajdował się między jawą a snem. Być może właśnie to uczucie jest kluczem do melancholii Europy Środkowej.

Prowadząca Magdalena Barbaruk dociekała, czy melancholia dotyczy wyłącznie głębi naszych uczuć czy jest związana z tym, co nas otacza. W odpowiedzi na to pytanie Němec przywołał wspomnienie ze swojej podróży pociągiem do Polski przed kilkoma dniami – rano za oknem mgły unosiły się znad pól i zdecydowanie był w tym element melancholii. Autor ubolewał jednak nad tym, że większość podróżujących woli się wpatrywać w ekrany swoich telefonów i tabletów i tak niewielu z ich zwraca jeszcze uwagę na widoki za oknem, napawając się podobnym nastrojem. Bardzo spodobała mi się ta wypowiedź, przypomniała mi bowiem Taką piękną żałobę Hrabala i ten fragment, w którym narrator zastanawia się, dlaczego nikt nie zwraca uwagi na pana Rambouska zapalającego wieczorem latarnie, skoro to tak piękny widok? Földényi przyznał, że w nim październikowe poranne mgły również budzą melancholię.

Niegdyś melancholia kojarzona była raczej z ludźmi starymi, czy dziś możemy dla odmiany mówić o melancholii młodych? – spytała prowadząca, po czym sformułowała dosyć dziwny wniosek, że to właśnie melancholia jest odpowiedzialna za kryzys demokracji w dzisiejszej Europie – sprawia, że młodzi ludzie nie chodzą na demonstracje. Němec odparł, że melancholia jest związana z pewnym uduchowieniem, tymczasem młodzi ludzie, owszem, izolują się, ale nie są uduchowieni. Choćby ich reakcja na uchodźców nie ma w sobie nic z uduchowienia; jest zwyczajnie okrutna, i nie ma swojego źródła w melancholii, a w strachu. Földényi dodał, że w czasach jego młodości świat był szary, ale sny kolorowe; dziś natomiast młodzi nie mają nawet snów, są tylko zapatrzeni w swój szary, elektroniczny świat.

Tymczasem aby być melancholikiem, wystarczy nie zgadzać się na wszystko, co nam narzuca otoczenie, wymykać się schematom, wystarczy być zakochanym czy zachwycić się dziełem sztuki. Němec zgodził się, że ten element buntu może mieć dziś dużo łagodniejszą postać, niż kiedyś – dzieje się to choćby wtedy, gdy zamiast oglądać seriale czy spędzając dzień w galerii handlowej, odbywamy po prostu z kimś ciekawą, zaangażowaną rozmowę. Drogą ku melancholii jest też oczywiście miłość, ale niekoniecznie rozumiana w sensie erotycznym, a także otwarcia na innych – jak u Drtikola, który pod koniec życia, w okresie fascynacji buddyzmem, rozszerzył swoją miłość na cały świat.

Czy jednak artysta musi być melancholikiem? Czy melancholia jest źródłem jakiejś tajemnej wiedzy? Němec się z tym nie zgodził; stwierdził, że również radość może nas nauczyć wielu rzeczy. Földényi dorzucił, że w gruncie rzeczy radość i melancholia tak bardzo się nie różnią – jak pisał Keats „melancholia to świątynia radości”. Melancholia wiąże się zaś raczej z doświadczeniem niż z wiedzą, z poczuciem kruchości świata, niczym przy chodzeniu po lodzie.

Na koniec wywiązała się mała polemika między Němcem a panią z publiczności, dotycząca fotografii Františka Drtikola. Zdaniem pani Drtikol na swoich zdjęciach uprzedmiotawiał kobiece ciało, co „odzwierciedlało też jego ogólny stosunek do kobiet”. Němec odparł, że inaczej to widzi (być może dlatego, dodał dowcipnie, że też jest mężczyzną) – jego zdaniem Drtikol zawsze dostrzegał wnętrze kobiety w jej ciele. Rozmówczyni nie dała się przekonać :).

Popołudnie spędziłam na Targach Książki (niestety!), wróciłam natomiast do Czeczotki na spotkanie „Połyskliwy świat. Spotkanie z Siri Hustvedt”. I choć sama pisarka robi niesamowite wrażenie – Natalia z Kroniki kota nakręcacza określiła to bardzo trafnie słowami „niewymuszona elegancja i mądrość” – to samą rozmowę zaliczyłabym osobiście do kategorii tych raczej mniej porywających. Przez pierwsze pół godziny krążyła wokół treści najnowszej wydanej po polsku książki Siri, Świata w płomieniach, której niestety nie czytałam, więc ciężko mi się było odnieść; w dalszej części spotkania natomiast zrobiło się bardziej filozoficznie i zwyczajnie zaczęłam się gubić. Ostatecznie moje notatki ze spotkania są bardzo chaotyczne, relacja będzie więc niedługa.

W kulturze zachodniej kobieta kojarzona była przez wieki z cielesnością, mężczyzna natomiast – z umysłem i intelektem. Pogrywając sobie z tymi skojarzeniami, główną bohaterką swojej powieści Hustvedt uczyniła postawną kobietę o ogromnym biuście, przewyższającą jednak również wszystkich innych intelektualnie. Autorka przyznała, że jest pewien element sadyzmu w konstrukcji jej książki – pojawia się w niej aż 20 głosów; postanowiła jednak „pójść na całość” i przekonać się, czy czytelnicy zrozumieją, o co jej chodziło.

Sama Siri przyznała, że tak naprawdę nigdy nie odpoczywa; literatura jest sensem jej życia – jeśli nie śpi, pisze, jeśli zaś nie pisze, to czyta. Wychodzi z założenia, że „jesteś tym co czytasz”, nie ogranicza się więc do beletrystyki, z przyjemnością pochłania również opracowania naukowe z dziedziny historii, lingwistyki, filozofii i innych (czego dowód dała chwilę później, rozprawiając swobodnie o Kierkegaardzie i Schellingu).

Pisarka mówiła także – w kontekście ostatnich wyborów w Stanach Zjednoczonych – o kobiecej ambicji i o karach, jakie świat funduje kobietom za ich śmiałe zamiary. I znów na tapet wróciła sprawa Weinsteina; Hustvedt zwróciła uwagę, że takie rzeczy dzieją się właśnie w świecie, gdzie obowiązuje polityka siły – w kraju, którego prezydent przyznaje się do podobnych czynów, co te zarzucane Weinsteinowi. Autorka doszła więc do podobnych wniosków, co inny amerykański gość tegorocznego Festiwalu Conrada, Hugh Howey.

Ostatni, siódmy dzień tegorocznego festiwalu rozpoczęłam jeszcze jednym bardzo przeze mnie wyczekiwanym spotkaniem, „Nowoczesne prowincjałki. Gogola | Grzegorzewska | Sowiński”. Wioletta Grzegorzewska, autorka nominowanych do Nagrody Bookera Guguł, oraz Weronika Gogola, która zadebiutowała recenzowanym przeze mnie niedawno Po trochu, dyskutowały na temat polskiej prowincji, którą obydwie prezentują w swoich utworach.

Na wstępie pojawiła się ciekawa różnica zdań między rozmówczyniami. Grzegorzewska mówiła o kresie chłopskiej kultury, który nastąpił w czasach jej dzieciństwa – o tym, że polska wieś bardzo się zmieniła, że straciła swoją magię, tak, jak o tym pisał Wiesław Myśliwski. Gogola natomiast stwierdziła, że ona dostrzega w tym raczej przemianę niż kres. Prowincja, owszem, jest dziś bardziej nowoczesna, wkroczyły tam, jak wszędzie, nowe technologie, większość starych tradycji jest tam jednak nadal kultywowana – wciąż żyją wiejscy opowiadacze, a w Wielkanoc przy Grobie Pańskim czuwają strażacy :). „Czy mamy prawo wymagać od wsi, by była staroświecka?” – pytała autorka. Czy chłopi muszą nadal kosić kosą? Owszem, to piękne i romantyczne podejście, jak koncepcja chodzenia wszędzie boso, ale w praktyce jest po prostu kłopotliwa.

Grzegorzewska obstawała przy swoim – nie ma już ducha dawnej wsi, na prowincję wkroczyła globalizacja, wszędzie pełno jest kurzych ferm, a ludzie przylepieni są do swoich smartfonów. Gogola jednak konsekwentnie odpowiadała: w Olszynach nadal święci się pola i nadal odprawia się majówki przy kapliczkach. Stanęło na tym, że być może po prostu proces globalizacji postępuje w różnym tempie w różnych miejscach w Polsce :).

Panie zgodziły się za to co do chłopskiej mądrości. Grzegorzewska dowodziła, że chłopi mieli swoją własną filozofię, nie byli wcale zacofani czy prymitywni; również Gogola przyznała, że bardzo ceni chłopską filozofię, która jest bardzo „jeden do jednego”: nie uznaje kawiarnianych dywagacji, bierze po prostu życie, jakim jest. W mieście natomiast, zwłaszcza w Krakowie, ludzie są zbyt oderwani od rzeczywistości :).

Prowadzący Michał Sowiński był ciekaw, dlaczego obydwie autorki postanowiły opisać swoje dzieciństwo z podobnej perspektywy – dziecka, ale ze świadomością dorosłego. Gogola odparła, że zgodnie z kulturą chłopską chciała mówić wprost, dlatego właśnie narratorem uczyniła siebie jako dziecko, nieskrępowane jeszcze zasadami „wypada/nie wypada” (i stąd też pewne bardzo bezpośrednie fragmenty, z którymi część czytelników – w tym ja – miała problem ;)). Również Grzegorzewska stwierdziła, że jako dziecko po prostu mogła sobie w powieści na więcej pozwolić; ponadto łatwiej jej było oddać magiczne myślenie, wiarę w pewne rzeczy.

W tym momencie rozmowa zeszła na wiejskie zabobony zapamiętane jeszcze z czasów dzieciństwa. Gogola przyznała, że wiele z nich jest w niej bardzo silnie zakorzenionych – do dziś na przykład, jeśli zdarzy jej się po coś wrócić do domu, musi na chwilę przysiąść, żeby nie spotkało jej nieszczęście. Sens wielu z tych zwyczajów poznała później w trakcie studiów ukrainoznawczych (na przykład zasada niewitania się przez próg wzięła się stąd, że w dawnych czasach pod progiem chowano zmarłych). Innym dobrze znanym wiejskim obyczajem jest nocne czuwanie przy trumnie zmarłego – i tutaj również zaznaczyła się wyraźna różnica zdań między uczestniczkami spotkania.

Grzegorzewska wyznała, że czuwanie to jest jednym z jej najbardziej traumatycznych wspomnień z dzieciństwa; to m.in. za sprawą takich praktyk świat ten wydawał się jej jako dziecku tak bardzo opresyjny. Wciąż pamięta również zdjęcia z pogrzebów, na których w otoczeniu rodziny widniał zmarły w trumnie. Gogola stwierdziła natomiast, że dla niej możliwość pożegnania się ze zmarłym bliskim w naturalnym, domowym środowisku było przeżyciem pięknym, a dodatkowo oswajającym ze śmiercią. Dodała, że dziś umieranie jest bardziej sterylne, staramy się je od siebie nienaturalnie odsunąć, a przez to po odejściu najbliższych zostajemy zupełnie sami. Wiejskie śpiewy, czuwanie, odwiedziny sąsiadów sprawiały, że człowiekowi dużo łatwiej było pogodzić się ze stratą.

Od tematu śmierci rozmowa wróciła jeszcze na nieco bardziej pogodne tory – prowadzący poruszył kwestię buńczuczności ludzi ze wsi. Gogola wspominała, że rzeczywiście, w obecności dzieci z miasta zawsze miała kompleksy i starała się za wszelką cenę udowodnić swoją wartość, licytując się na osiągnięcia; Grzegorzewska nie ma jednak takich doświadczeń – dzieci letników z miasta, z którymi miała do czynienia w wakacje, wydawały się raczej zafascynowane wiejską rzeczywistością.

Na koniec poruszony został bardzo ciekawy temat „etnohipsterstwa” i tego, jak wieś wychodzi w kapitalistyczny świat :). Gogola mówiła o wiejskich potańcówkach, na których spotykają się koła gospodyń wiejskich i budki z wegeburgerami, a Grzegorzewska opowiedziała o rozczarowaniu, które spotkało ją, kiedy uświadomiła sobie, że wiejskie płaczki z obejrzanego przez nią pięknego dokumentu to ten sam zespół, który nagrał później przebój Koko Koko Euro Spoko ;).

O tym, że wieś i naruszający jej spokój ludzie miasta to tematy budzące spore emocje, przekonaliśmy się na koniec, podczas uwag od publiczności. Pewien słuchacz, który od lat prowadzi działalność na terenach wiejskich, zaapelował, by ludzie z miasta jednak w mieście pozostali, bo na wsi sprawiają zbyt dużo problemów ;)

Ostatnim wydarzeniem w Pałacu Czeczotki, w którym wzięłam udział jako słuchaczka, była dyskusja „Za co (nie) lubię Josepha Conrada? Bielik-Robson | Koziołek | Panas | Markowski”. I było to dla mnie naprawdę wspaniałe zamknięcie festiwalowych spotkań – rozmowy trójki (Paweł Panas niestety nie dojechał) tak inteligentnych, wykształconych znawców literatury słuchało się z największą przyjemnością!

Michał Paweł Markowski rozpoczął spotkanie od trochę prowokacyjnego pytania: Co by było, gdyby Conrad pisał jednak po polsku? Kim by był na mapie polskiej literatury? Koziołek odparł, że nie o tym nie myślał, ale prawdopodobnie byłby kimś w rodzaju Żeromskiego, wzorzec romantyczny. Bielik-Robson stwierdziła, że wybór angielskiego był naturalny, bo był on już wtedy instytucją, podczas gdy polski dopiero w tym czasie się tworzył… Koziołek zaoponował, twierdząc, że za czasów Pana Tadeusza był już całkiem dobrze „stworzony” ;).

Czy prawdą jest więc, że język polski po prostu nie wystarczał Conradowi do wyartykułowania tego, co wyartykułować chciał? Czy to go właśnie popchnęło do rozpoczęcia tworzenia w języku, którego słów nie potrafił jeszcze nawet za dobrze wymawiać? Koziołek uznał, że w Polsce dodatkowo nikt by mu nie wybaczył, gdyby nie skupił się w swojej twórczości na sprawie polskiej; na pewno jednak nie był to powód jego wyjazdu – pisać zaczął dopiero w wieku 40 lat, wyruszył zaś w świat jako młody chłopak.

Po tym, jak prowadzący debatę zacytował niepokojące zdanie z eseju Conrada, z którego wynikało, że jeśli masz ideę, za pomocą której możesz uzasadnić swoją przemoc, jesteś usprawiedliwiony, rozmowa zeszła na stosunek Conrada do brytyjskiego kolonializmu. Agata Bielik-Robson broniła pisarza, twierdząc, że po prostu głęboko wierzył on w ciągłość cywilizacyjną Wielkiej Brytanii, jej projekt kolonizacyjny postrzegał zaś raczej jako modernizację, z poszanowaniem prawa i instytucji, przeciwstawiając mu kolonizację rosyjską, w stylu rzymskim, opartą na brutalnej sile. Koziołek protestował przeciwko takiemu podejściu – jego zdaniem Tasmańczycy, gdyby mieli wybór, z pewnością woleliby kolonizację rosyjską, w przeciwieństwie do brytyjskiej nie zakładała ona bowiem całkowitej eksterminacji.

Trudno nam jednak szukać odpowiedzi na powyższe pytania choćby w Jądrze ciemności, bowiem mamy tam do czynienia z głosem narratora, którego nie możemy utożsamić z głosem autora. Sam Conrad nie przedstawia jasno swojego poglądu na to, kto jest odpowiedzialny za obraz kolonizacji w Afryce – czy kolonizatorzy czy dzicz; i to jest w jego twórczości fenomenalne.

Tak czy siak – projekt kolonizacyjny/modernizacyjny nie udaje się. Bohater składa broń i poddaje się – nie może zrozumieć świata, nie potrafi ukształtować bezkształtnego. Jak wskazała Bielik-Robson, można to czytać jako kronikę z góry zapowiedzianej klęski, ale także jako zapis walki – konfrontacji z realnym.

Rozmówcy zastanawiali się również, dlaczego Conrad nie napisał książki o własnym doświadczeniu w Anglii, o poczuciu wyobcowania. Czyżby dlatego, że oprócz zaliczania go do twórców literatury marynistycznej nic tak bardzo go nie denerwowało, jak umieszczanie go w kontekście słowiańskim? W gruncie rzeczy jednak, mówiła Bielik-Robson, jest on Konradem Wallenrodem w świecie anglosaskim, i choć przejął się „nową wiarą”, obcość wciąż się za nim ciągnie. Dlatego tacy autorzy jak Edward Said czy Salman Rushdie (wielki wielbiciel prozy Conrada) bardzo silnie wyczuwali, że to nie brytyjski autor. Czy coś go może wpisywać w kontekst polski? Duma i suwerenność – przekonywali rozmówcy.

I tak festiwalowe spotkania dobiegły dla mnie końca… Zwieńczeniem Festiwalu była Gala Nagrody Conrada, w trakcie której wręczona została trzecia już Nagroda Conrada (zdobyła ją Anna Cieplak za powieść Ma być czysto), a Siri Hustvedt wygłosiła swój wykład mistrzowski. Zastanawiałam się, czy o nim również tutaj pisać, ale chyba nie ma potrzeby – nagranie jest dostępne w internecie, choćby na stronie facebookowej Festiwalu Conrada. Gorąco polecam Wam jego przesłuchanie – sama przeżyłam momenty prawdziwego wzruszenia! Pisarka przepięknie opowiada w nim, jak podczas pewnego upojnego lata w towarzystwie Jane Austen, sióstr Brontë, Dickensa i Dumasa postanowiła, że zostanie pisarką, i jak zrozumiała, dlaczego literatura jest tak ważna – bo tylko ona potrafi przekazać prawdę o tym, co znaczy być człowiekiem wśród innych ludzi na świecie. Cudownie było słuchać tych słów w ostatnim dniu mojego kolejnego już Festiwalu Conrada. Już nie mogę się doczekać, co przyniosą mi następne.

6 komentarzy:

  1. Melancholii żałuję, no ale nie dało się być w dwóch miejscach naraz. Siri też mnie tak znowu nie zachwyciła, podobnie jak jej książki. Cieszę się, że tak dokładnie Prowincjalki opisałaś, teraz wiem, że mogę sobie ich opowiadanie odpuścić i zainteresowanych odesłać do Ciebie 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, ten tydzień w Krakowie to co roku sztuka wyborów ;). Do mnie ta skromna próbka twórczości Siri, z którą miałam do czynienia, czyli „Oczarowanie Lily Dahl”, też prawdę mówiąc jakoś specjalnie nie przemówiła. Ale spróbuję jeszcze z „Na oślep”, bo w ramach festiwalowego pasma filmowego byłyśmy też na „Pokoju wróżek” na motywach tej powieści i był to hmmm ciekawy seans ;).

      Odsyłaj śmiało, będzie mi miło, choć pewnie wiele osób i Twojego punktu widzenia jest ciekawych :). No i Twoje relacje są jednak dużo ładniej napisane, u mnie to tylko gołe informacje, Ty dopieszczasz jeszcze formę. Więc zastanów się, może jednak ;).

      Usuń
  2. Zazdroszczę Ci ogromnie! Zwłaszcza Siri i obu pań G. Dobrze chociaż, że można wyczerpująco poczytać u Ciebie co się w świecie dzieje :) Dzięki Ci za to Aniu! Rozmowa o polskiej wsi faktycznie musiała być niezmiernie ciekawa; to jest jeden z takich tematów, które mnie żywo interesują, bo to coś za czym sama bezustannie tęsknię. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę miała okazję poznać prozę Gogoli.
    Uściski dla Ciebie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie jest bardzo miło, że mogę się swoją relacją podzielić :). Szkoda, że nie udało Ci się przyjechać, ale zdrowie najważniejsze. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. Może w przyszłym roku w końcu nam się uda, na Conradzie – a tak ogólnie to mam nadzieję, że się zobaczymy wcześniej niż za rok ;). A Gogolę chętnie pożyczę! Odściskuję!

      Usuń
    2. No tak! Bo ja Ci miałam odpisać (i tu się czerwieni, bo jak mogła zapomnieć:)) Dziękuję, już dużo lepiej. Wiesz, że zaproszenie do nas masz stałe, także jeśli tylko masz ochotę to może faktycznie na te targi wbijaj :D Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się na tego Conrada pojechać. A wcześniej na jeszcze inne wydarzenia, w tym roku mi się bardzo spodobało i ogromnie żałowałam, że nie wyciągnęłam Cię na Stację Literatura (miałam w ogóle o niej napisać i też zapomniałam, ale pod koniec roku mam nadzieję, ze nadrobię). Także, w przyszłym roku będziemy lepiej zorganizowane :)

      Usuń
    3. Nie ma sprawy, mnie też się zdarza zapomnieć odpisać, i to często ;). Koniecznie się musimy lepiej zorganizować w przyszłym roku! Ja co prawda pierwszą połowę będę mieć szaloną, nie wiem, kiedy znajdę czas, żeby się choćby przespać, ale jak/jeśli obronę magisterkę, to odetchnę i można festiwalować ;). A ta Stacja Literatura rzeczywiście brzmi super! Tylko u mnie zawsze sto tysięcy zajęć i albo to umyka, albo akurat w danym terminie nie mogę, ale jak się planuje wcześniej, to da się ogarnąć. Będziemy myśleć!

      Usuń