poniedziałek, 27 listopada 2017

Nabokoviada po raz siódmy: „Ulisses”, James Joyce

Dublin, gdzieś między rokiem 1903 a 1908.
Pamiętam, że gdy sięgnęłam po Ulissesa po raz pierwszy, kilka lat temu, Nabokov mnie uratował. Bo owszem, udało mi się przebrnąć, ale gdyby nie jego wykład, z książki nie zrozumiałabym nic. Pamiętam do dziś zaskoczenie i zachwyt, które towarzyszyły mojemu odkrywaniu tych ukrytych znaczeń, tych synchronizacji, powiązań, smaczków. Teraz, dzięki Nabokoviadzie, miałam okazję wrócić i do dzieła Joyce’a, i do wykładu na jego temat.

Wrażenia? Znów sporo mi umknęło, jednak tym razem przyswoiłam z książki więcej niż za pierwszym razem, podpierając się oczywiście, mglistym co prawda, ale wspomnieniem pierwszej lektury. Dzięki temu wyjaśnienia Nabokova nie były już dla mnie aż tak wielkim szokiem. Co ważniejsze jednak – uświadomiłam sobie z ulgą, że nie ma żadnego wstydu choćby w tym, że ta długaśna część książki napisana w formie dramatu przyprawiła mnie o rwanie włosów z głowy. „Nie znam ani jednego komentatora, który zrozumiałby właściwie ten rozdział” – przyznaje Nabokov, i z dużą dozą krytycyzmu odnosi się też do kilku innych fragmentów dzieła, uznając je za zbyt zaciemnione przez gry językowe, lokalne aluzje, zwroty obcojęzyczne oraz szczegóły i sugestie jasne tylko dla wtajemniczonych.

James Joyce w roku 1915.
Wracając jednak do początku… Wykład zaczyna się od opowieści o tym, w jakich okolicznościach powstało monumentalne dzieło Joyce’a. Mimo że tak drobiazgowo odtwarza ono topografię Dublina, autor nie przebywał już wtedy w stolicy Irlandii, opierał się jedynie na swoich wspomnieniach, mapach i uwagach mieszkańców, z którymi korespondował. Wydarzenia tego jednego dnia, opisanego w Ulissesie, 16 czerwca 1904, zaczerpnął natomiast z wydania gazety „Evening Telegraph” z tego właśnie dnia. Grunt pod fabułę został więc bardzo pieczołowicie przygotowany.

Nabokov bierze pod lupę trójkę głównych bohaterów powieści – Stefana Dedalusa, Leopolda Blooma oraz jego żonę, Molly Bloom. Charakteryzuje ich wszystkich po kolei (Stefan – intelektualista, raczej projekcja umysłu Joyce’a niż żywy człowiek; Bloom – przeciętniak, ale o perwersyjnych skłonnościach, Żyd Wieczny Tułacz, ktoś zarazem z wewnątrz i z zewnątrz, jak sam Joyce; Molly – kobieta prymitywna i wulgarna, ale i nie pozbawiona pewnej błyskotliwości i oryginalnych myśli) oraz opisuje ich wzajemne relacje, jednak radzi nie przywiązywać zbyt dużej wagi do analogii z Odyseją. Jego zdaniem analiza powieści pod tym kątem to straszna nuda :).

Główne tematy? „Beznadziejna przeszłość”, zdominowana przez śmierć synka Blooma, Rudiego, „groteskowa teraźniejszość”, czyli Molly romansująca ze swoim ordynarnym impresariem Bujnym Boylanem, i „żałosna przyszłość”, w której Bloom projektuje podsunąć żonie Stefana jako kochanka, wybijając jej z głowy Boylana. Zaskakująco mało natomiast wykładowca pisze/mówi o relacji synowsko-ojcowskiej między Bloomem a Stefanem. Bloom z tak dużą serdecznością traktuje młodego Dedalusa, ponieważ w pewnym sensie zastępuje mu on zmarłego syna; być może jednak naszemu wykładowcy ten wątek nie wydał się wcale ciekawy :).

Na dole po prawej Nora Barnacle,
towarzyszka życia Joyce'a. Podobno
inspiracja dla postaci Molly Bloom.
Rok 1924, Paryż.
Przy jednej jeszcze rzeczy zatrzymam się odrobinę dłużej niż Nabokov – przy seksie. Myślę o Prouście i o jego W poszukiwaniu straconego czasu, wydanym ledwie kilka lat wcześniej niż Ulisses, a przecież dzieli te dwie książki istna przepaść – przy proustowskich subtelnościach te dosadne i, co tu dużo mówić, wulgarne opisy Joyce’a brzmią jak jakiś język z innej planety. Nietrudno mi wyobrazić sobie, jak wielkie oburzenie pruderyjnych czytelników musiała budzić prawie sto lat temu lektura tej powieści, skoro nawet dziś, gdy seksem atakowani jesteśmy ze wszystkich stron, nie potrafię bez rumieńca zaglądać w najskrytsze myśli Blooma czy jego żony. I tym bardziej podziwiam Sylvię Beach, że odważyła się wydać coś tak w tamtych czasach kontrowersyjnego.

Tym jednak, co w Ulissesie budzi chyba najwięcej emocji, jest forma. Czyli zmiany stylu i wielość różnych perspektyw, co Nabokov porównuje do stawania na plaży, schylania się i patrzenia na świat pomiędzy swoimi kolanami, do góry nogami – ile w tym świeżości! :) Wśród tego formalnego bogactwa wykładowca wyróżnia trzy główne style: 
  • „oryginalny Joyce”: styl prosty i przejrzysty, 
  • osławiony strumień świadomości, któremu Nabokov przypisuje mniejsze znaczenie, niż większość zachwyconych czytelników (do których, przyznam się, należę) – bo w rzeczywistości nie myślimy tylko słowami, jak u Joyce’a, ale również obrazami, 
  • parodie, zarówno form niepowieściowych (nagłówki gazet, utwory muzyczne, burleski, egzaminacyjne pytania i odpowiedzi, czasopisma kobiece), jak i powieściowych (sentymentalne powieści dla panien).
Nabokov, z właściwym sobie zacięciem, śledzi wszelkie zabiegi formalne, pojawiające się i znikające motywy (mydło cytrynowe, koń wyścigowy Ulotka, człowiek w macintoshu – który, jak się okazuje, jest samym Joyce’em!), synchronizacje, cały ten wielki, cudowny mechanizm, jakim jest Ulisses. Analizuje również gry i smaczki językowe, i na tych przykładach naprawdę widać, jak wiele, mimo wszystko, zginęło w polskim przekładzie.

Okładka pierwszego wydania powieści
z roku 1922.
Sporo pojawia się w tym wykładzie zachwytów, przy czym mam wrażenie, że Nabokov najbardziej ceni nie stylistyczne wygibasy Joyce’a, nie jego formalne gierki, zagadki, kalambury, nie sam strumień świadomości, który mnie osobiście momentami zapierał dech, ale właśnie te momenty, w których Joyce jest sobą, pisze prosto, jasno i przejrzyście, ale mimo to pięknie, na przykład w scenie przynoszenia śniadania Molly. Również opis sceny na plaży, w którym młody gentelman „chichotał wręcz z ukontentowania”, budzą jego duży entuzjazm. W zupełności go zresztą podzielam i rozumiem te powtarzające się okrzyki: „Jakże to wszystko jest dowcipne i wdzięczne!”, „Cudowny pisarz z tego Joyce’a!”.

Wszystkich niezdecydowanych przekonuję więc, za naszym drogim wykładowcą – warto. Są tu, owszem, fragmenty nieznośne, męczące, przyprawiające o permanentny ból głowy (na szczęście nie ma potrzeby ich rozszyfrowywania – co za ulga!), ale z nawiązką rekompensują je te, w których ujawnia się prawdziwy literacki geniusz Joyce’a. Nie bać się, czytać!

A po wywodach Nabokova naprawdę polubiłam Blooma. Mimo jego dziwactw, seksualnych perwersji i zamiłowania do podrobów. Co za poczciwy, uczciwy, uroczy facet!

Grafton Street w Dublinie, gdzie Bujny Boylan kupował owoce :). Przełom XIX i XX w.
***
J. Joyce, Ulisses, przeł. Maciej Słomczyński, wyd. Porozumienie Wydawców, Warszawa 1999.
V. Nabokov, Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005.

Zobaczcie też, jakie obserwacje po lekturze Ulissesa i wykładu Nabokova mieli Pyza na Pierogach Pruskich oraz Piotr z Literatura sautée!

I to już koniec! Ostatni wykład z cyklu Nabokova za nami. To była wspaniała przygoda, którą wszystkim polecam, i za którą niniejszym dziękuję Pyzie – ja też sama bym się na nią nie zdecydowała :). To jednak nie koniec, szykujemy ciąg dalszy tej literackiej zabawy, a szczegóły wkrótce… 

Wszystkie moje poprzednie teksty powstałe w ramach Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia
Gustave Flaubert, Pani Bovary
Robert Louis Stevenson, Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a
Marcel Proust, W stronę Swanna
Franz Kafka, Przemiana

Ilustracje:
[1] National Library of Ireland on The Commons / Foter.com
[2] Alex Ehrenzweig / Wikimedia Commons 
[3] Wikimedia Commons
[4] Tsamuk / Wikimedia Commons
[5] National Library of Ireland on The Commons / Foter.com 
[6] grafika autorstwa Pyzy :)

7 komentarzy:

  1. „Nie znam ani jednego komentatora, który zrozumiałby właściwie ten rozdział” :) Jaka to ulga :)
    A ja właśnie u Pyzy pisałam, że czytam zbyt szybko i nieuważnie, żeby ogarnąć Ulissesa. Choć sposób, w jaki Wy piszecie o tej książce skłania mnie do spróbowania, choćby kilku rozdziałów. Może kiedyś... niech jeszcze trochę dojrzeje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, że ulga? :) Fakt, że ta książka wymaga odrobiny (delikatnie powiedziane) skupienia, ale to też bardzo dobra lekcja czytelniczej cierpliwości, myślę, że przydatna :). No i cieszę się, że brzmimy zachęcająco, na to liczyłam, mam nadzieję, że ostatecznie się kiedyś przekonasz!

      Usuń
    2. @Lolanto, spróbuj, można sobie wybrać jakiś kawałek dla smaku, żeby zobaczyć "z czym to się je", a może a nuż wciągnie? ;-)

      Usuń
  2. Mnie się szalenie podobało to wyważenie Nabokova: z jednej strony autentyczny zachwyt, kiedy coś mu się podobało, z drugiej kręcenie nosem, jeśli jakąś scenę uznał za przekombinowaną albo nie do końca dobrze napisaną (i to jest ciekawe, jak dużą wagę pisarz-wykładowca przywiązuje do jasności, pisząc o niepotrzebnym zaciemnianiu).

    Dzięki Ci Naiu za tę cudowną przygodę i już nie mogę się doczekać kolejnej edycji :-). Bo chyba "edycją" możemy ją spokojnie nazwać ;-)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, myślę, że to jest taka postawa godna naśladowania dla wszystkich czytelników (a zwłaszcza tych, co to się parają też pisaniem o książkach) – zachwyt, okej, ale nie bezkrytyczny. Bardzo inspirujące! A z tą jasnością to pewnie się wkurzył po prostu, że są tam jakieś zagadki, których nie potrafił samemu rozwiązać ;).

      Ja też dziękuję, i też czekam niecierpliwie! Oby jak najszybciej minęło te kilka ciężkich miesięcy, po których można sobie już swobodnie nabokoviadować :).

      Usuń
  3. Wpadłam przeczytać i też podziękować, bo gdyby nie Wasz cykl to nie zmobilizowałabym się do przeczytania Prousta. A to zdecydowanie moja książka roku. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie gdzieś już ostatnio pisałam a propos „Ulissesa”, że takie akcje są najlepsze do czytania trudnych, strasznych, wielkich dzieł, bo łatwiej się zmobilizować i głupio wymięknąć, skoro się już czyta wspólnie ;). A trudne i straszne ostatecznie okazuje się wcale nie takie trudne i straszne :). Przyjemność też po naszej stronie! Pozdrowienia!

      Usuń