niedziela, 29 kwietnia 2018

Zimne ciało, zimne serce – „Mainstream”, Miroslav Pech [patronat]

W swojej najnowszej książce Miroslav Pech porzuca przesiąknięty nostalgią i humorem sposób opowiadania, jaki znamy z Uczniów Cobaina, i sięga po zdecydowanie bardziej drastyczne środki. Szokując, zniesmaczając, zadając ból, zmusza nas do zastanowienia się nad społecznymi rolami, w które nieporadnie próbujemy się wcisnąć.

Mroźna zima, domek na odludziu, las. W tej scenerii, trochę jak ze Lśnienia Kinga, Miroslav Pech umieszcza bohaterów swojej powieści, młode małżeństwo z dzieckiem, Klarę i Macieja. Razem mają spędzić rodzinne święta, ale kilka dni wcześniej bohater dowiedział się czegoś, co zachwiało jego zaufaniem do żony. Atmosfera jest coraz bardziej napięta, od początku przeczuwamy, że ta historia dobrze się nie skończy. Ale tego, jak się skończy, z pewnością niewielu czytelników się spodziewa.

Pech umiejętnie buduje nastrój, zaczynając od tajemnicy, wprowadzając element niepokoju, a następnie długo i powoli rozwijając akcję. Pisze prostym językiem, stylem niemal przezroczystym, suchym, mało literackim, i nawet wstrząsające epizody prezentuje w sposób kompletnie wyprany z emocji. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że są one przefiltrowane przez świadomość bohaterów, ta metoda opowiadania nabiera mocy. Do tego wszystko widzimy w formie prześwitów i migawek, jakbyśmy zaglądali do domku na odludziu przez szpary między deskami, przez okiennice, które Klara wciąż zapominała domknąć. Kolorowe światełka migoczące za oknem. Płaczące dziecko. Choinka. Siekiera.

Bez litości!

Ten emocjonalny chłód, zestawiony z trzaskającym mrozem na zewnątrz, robi swoje. Mrozi. Motyw śmierci i szaleństwa, wobec których bohaterowie pozostają obojętni, jak gdyby był to element ich codzienności, ma w sobie coś z pięknego obłędu Krainy traw Mitcha Cullina.

Coś jednak musiało się stać, co doprowadziło do tego uczuciowego zamarznięcia. W momencie, kiedy autor decyduje się nam o tym opowiedzieć, opowieść zupełnie się zmienia – po kilkudziesięciu sennych stronach, zupełnie nieprzygotowani, zostajemy przytłoczeni mnóstwem brutalnych szczegółów. Tak brutalnych, że nasuwa się pytanie, czy taka dawka okrucieństwa jest uzasadniona. Mam silne przeczucie, że w tych najbardziej dosadnych momentach Pech tworzył zainspirowany twórczością jednego ze swoich ulubionych autorów, czyli Bukowskiego. „Jak wbijanie sobie szpilek pod paznokcie, jak łykanie żyletek, jak cięcie się i posypywanie solą” – pisałam o Najpiękniejszej dziewczynie w mieście, i równie dobrze mogłabym to samo powiedzieć o pewnych fragmentach Mainstreamu. Walczyłam z mdłościami i modliłam się, razem z bohaterką, by już się to skończyło.

I w tych momentach, i w całej powieści w centrum uwagi autor stawia ciało – ciało poniżone, ciało uprzedmiotowione, krzywdzone, bezczeszczone, rozczłonkowane. Zgwałcone, wzgardzone, zimne. Nierozłącznie związane z duszą, która cierpi nie mniej. Od niego wszystko się zaczęło, na nim wszystko się kończy. Ciało kiedyś potraktowane tak okrutnie, teraz robi coś podobnego z innym ciałem – bardziej podobnego, niż nam się wydaje.

Szczęśliwa rodzina?

Źródło problemu leży jednak dużo głębiej, bo przecież droga do lodowatego obłędu Klary zaczęła się dużo wcześniej. I tu dochodzimy do tła społecznego powieści, do chętnie wykorzystywanego przez Pecha motywu rodziny.

Zarówno Klara, jak i Maciej w pewien sposób doświadczyli odrzucenia przez swoich rodziców. Klara jako nastolatka straciła matkę (i wciąż nosi w sobie upiorne wspomnienie jej ciała po udarze, siedzącego przy stole w kuchni i patrzącego na nią pustym wzrokiem – ciało, znów ciało, tym razem wydrążone jak wydmuszka), a następnie dowiedziała się, że do grobu jej rodzicielkę mógł wpędzić ojciec, namiętnie i przy każdej możliwej okazji dopuszczający się małżeńskich zdrad. Uciekając od problemów, dziewczyna trafia do środowiska, które kusi ją, mami, a później bezwzględnie wykorzystuje.

Również w rodzinie Macieja, choć otrzymujemy na jej temat niewiele informacji i nie wskazują one na patologie, coś jest nie tak. Ojciec, pisarz sprawiający wrażenie apatycznego i zamkniętego we własnym świecie, nie wie nawet, kiedy jego żona wraca z sanatorium; nie odpowiada również, celowo lub nie, na zadane wprost pytanie syna: „Chciałeś mnie?”. Macieja jednak szczególnie boli fakt, że rodziciel nie docenia jego własnych pisarskich wysiłków. Ojciec zaczyna co prawda lekturę jego tysiącstronicowego, ambitnego dzieła, ale nigdy jej nie kończy – i nigdy nie komentuje.

Wpisać się w szablon

Poznają się, gdy obydwoje liżą właśnie rany po swoich porażkach. Są do siebie podobni, choć tylko jedna strona tego związku zdaje sobie z tego sprawę – obydwoje wystawili się na widok, w pewien sposób obnażyli się przed publiką, ale nie spotkali się z oczekiwanym przyjęciem.

Psychicznie poharatani, podejmują jednak pokraczną próbę zbudowania własnej rodziny. Maciej stara się angażować w opiekę nad córką, wygłasza na jej temat natchnione komunały typu „To nasz skarb”, ale w głębi duszy jest wściekły, że żona wraz z dzieckiem zawłaszczają jego życiową przestrzeń, że nie może już żyć po swojemu. Gdy z pewnego anonimu dowiaduje się o szokującej przeszłości Klary, zaczyna wariować. Również w umyśle skrzywdzonej i wykorzystanej dziewczyny od dawna czai się szaleństwo. I właśnie w takim stanie ducha obydwoje jadą spędzić święta na kompletnym pustkowiu, w domku ojca Klary.

Dlaczego Mainstream? Przede wszystkim dlatego, że autor porusza problem „mainstreamu” społecznego, szablonu, do którego wszyscy dążymy, ale nie wszyscy potrafimy się w nim odnaleźć. Każda z rodzin w tej książce jest w pewien sposób nieudana i koślawa – pełen żali związek Klary i Macieja, nałogowo zdradzający żonę ojciec Klary, obojętny ojciec Macieja.

Mam nadzieję, że udało mi się przybliżyć tę powieść na tyle, aby rozwiać wątpliwości tych z Was, którzy wahają się, czy po nią sięgnąć. To zdecydowanie tytuł nie dla każdego, wrażliwym ciężko będzie przebrnąć, zarówno przez elementy à la literackie gore, jak i porno (te i dla mnie były na granicy dobrego smaku). Pech w ciekawy sposób łączy jednak w Mainstreamie konwencję horroru z poważną społeczną tematyką. Szokując, zmusza do przemyśleń. Bo wbrew pozorom ta książka jest trochę o każdym z nas.

***
M. Pech, Mainstream, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2018.
Zdjęcie główne: suju / pixabay.com

2 komentarze:

  1. Twoja recenzja jest rewelacyjna! Aż trudno mi uwierzyć, że zobaczyłaś aż tyle w książce tak nudnej i literacko kiepskiej. Mnie nie zachwyciła ani odrobinę i nawet gdybym chciała, to nie potrafię znaleźć w niej nic ambitnego i głębokiego. No ale "Uczniowie Cobaina" też mnie nie przekonali, więc stawiam na tym autorze krzyżyk :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Sądząc po wypowiedziach z wywiadu, mogłam zobaczyć nawet więcej, niż autor chciał przekazać ;). Może się troszkę zgrywa, a może rzeczywiście to miała być po prostu przerażająca i brutalna historia dla miłośników gatunku. Ja się w tych klimatach nie czuję za dobrze, pewnie to czuć, dlatego uciekam w te rodzinne i społeczne interpretacje. Natomiast „Uczniowie Cobaina” to był już totalny zachwyt, ale książka zupełnie inna. Skoro to tak różne tytuły, a obydwa do Ciebie nie trafiły, to chyba rzeczywiście po prostu pisarz nie dla Ciebie :).

      Usuń