sobota, 5 stycznia 2019

Zmiany, zmiany! Podsumowanie roku 2018

Rok za nami, a więc tradycyjnie, i tradycyjnie trochę później niż wszyscy, przystępuję do czytelniczo-blogowego podsumowania. Pozwólcie jednak, że najpierw coś Wam opowiem.

Słowem wstępu…

Na wstępie tegorocznego podsumowania – kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego właściwie było tak, że mimo liczby przeczytanych w tym roku książek porównywalnej z latami poprzednimi, nie udało mi się zrecenzować nawet połowy z nich.

Po pierwsze – studia. Choć to za ich sprawą poznałam w wakacje mnóstwo wspaniałych tytułów, nie nadążałam już z recenzowaniem. Po drugie… To był dla mnie bardzo dziwny, trudny, bezlitosny, a zarazem cudowny rok. Przełomowy, nie tylko dlatego, że skończyłam symboliczne 30 lat. Rok, który mnie zmienił jak żaden inny do tej pory. A równocześnie rok, w którym trochę straciłam nad wszystkim kontrolę, poruszałam się między obłąkańczym szczęściem i totalną rozpaczą, i to jeszcze nie minęło – w dalszym ciągu jestem na męczącej emocjonalnej huśtawce.

Ta huśtawka, rzecz jasna, nie sprzyjała sumiennemu prowadzeniu bloga – to jedna rzecz. Ale ten dziwny rok i towarzyszące mu zmiany w moim myśleniu wpłynęły też na moje ogólne podejście do blogowania. Krótko mówiąc – odpuściłam sobie. Ale bez obaw, nie zamierzam tego miejsca zaniedbać albo zupełnie porzucić, nie o to chodzi.

Po prostu wcześniej – co wyraźnie widać choćby w moich podsumowaniach poprzednich lat – bardzo liczyłam na to, że z mojego blogowania COŚ wyniknie. „Coś” w znaczeniu zawodowym. Trzymałam się pracy, która gwarantowała mi dogodne warunki do pisania po godzinach, i harowałam jak wół, całując po rękach za każde okołoliterackie zlecenie, „bo będzie ładnie w CV”, bo ktoś to kiedyś doceni, bo znajdzie się sposób, żebym chociaż częściowo utrzymywała się z tego, co kocham.

Ktoś mi jakiś czas temu powiedział, że jeszcze kilka lat w ten sposób i się wypalę. Nie słuchałam, bo wydawało mi się, że przecież już niedługo to COŚ się stanie, jeszcze tylko trochę muszę wytrzymać. Teraz jednak rzeczywiście to czuję, z jednej strony – wypalenie, brak sił, a z drugiej – bunt. Że jestem już „za duża” na czekanie na to COŚ, na to, że branża literacka i wydawnicza stanie nagle przede mną otworem. Być może sama zrobiłam za mało, żeby te marzenia zrealizować, ale teraz już nie ma to znaczenia.

Dlatego za kilka tygodni zaczynam pracę w korporacji, kończę natomiast z dorywczymi literackimi projektami i z marzeniami o doktoracie. Jeśli zaś chodzi o blogowanie – chciałabym wrócić do korzeni, czyli blogowania bez presji, bez ambicji okołozawodowych, dla czystej radości czytania i polecania dobrych książek. Nadal tworzyć będę swoje zestawienia czeskich premier, nadal – jeśli ktoś będzie zainteresowany – chętnie obejmę książkę patronatem, przeprowadzę wywiad albo przygotuję specjalny wpis, pod warunkiem że będę mieć na to pomysł, czas i siłę. W tym miejscu jednak zapewniam, że wszystko to robię nieodpłatnie, z miłości do dobrych książek i z sympatii do świetnych ludzi, którzy je wydają.

A teraz do rzeczy – przejdźmy do podsumowania!

Geograficznie

W roku 2018 przeczytałam w sumie 55 książek, z czego niestety tylko jedną po czesku i jedną po angielsku. Jeśli chodzi o to, po literaturę których krajów najchętniej sięgałam, wygląda to tak:

Literatura czeska – 15
Literatura polska – 8
Literatura amerykańska – 4
Literatura serbska – 3
Literatura bułgarska – 3
Literatura bośniacka – 3
Literatura chorwacka – 3
Literatura słoweńska – 3
Literatura norweska – 3
Literatura słowacka – 2
Literatura ukraińska – 2
Literatura macedońska – 2
Literatura litewska – 2
Literatura maltańska – 1
Literatura brytyjska – 1

Jak zwykle króluje u mnie trójca Czechy-Polska-USA, ale poza tym przeczytałam dużo więcej książek z krajów południowosłowiańskich, a to za sprawą jednego z egzaminów na studiach. Literatura norweska i litewska to też nie przypadek. Dziwi mnie jedynie, że na zeszłorocznej liście nie ma ani jednej książki francuskiej, bo lubię literaturę francuską i w poprzednich latach było jej u mnie więcej.

4 najlepsze książki roku 2018

W tym roku były cztery, które zdecydowanie wybijały się na tle innych. Dwie powieści i dwa zbiory opowiadań. Są to:

To co prawda mój patronat, więc trochę pewnie nie wypada, ale ta książka po prostu nie mogła się tu nie znaleźć. Mocna, wściekła, bolesna proza o macierzyństwie, o kobiecej walce o własną przestrzeń, o pisaniu. Językowo nieposkromiona, jak to u Hůlovej, pełna zagadek i tropów, do długiego rozgryzania i analizowania.

Instrukcja dla pań sprzątających, Lucia Berlin
Prawdziwe objawienie, które wciąż nie doczekało się u mnie recenzji – straszne zaniedbanie! Berlin to dla mnie trochę Bukowski w spódnicy, pisze o ludziach z marginesu, niepotrzebnych, zagubionych, z premedytacją bierze pod lupę całą ohydę życia, jego rozpacz i ból, a mimo to szuka w tym wszystkim ludzkich odruchów, ciepła. Wspaniały, wspaniały zbiór opowiadań!

Widziałem ją tej nocy, Drago Jančar
Za jedną z najwspanialszych kobiecych bohaterek, z jakimi spotkałam się w całej mojej historii czytania. Z perspektyw kilku osób z jej otoczenia – ale nie jej własnej – składamy obraz kobiety nietuzinkowej, spragnionej wolności, odważnej, gotowej dla miłości rzucić wszystko, ale zarazem czułej, współczującej i wrażliwej. Chciałabym być jak Veronika Zarnik.

I jeszcze jedno objawienie, tym razem rodem z Malty – książka pełna czułości, uśmiechu, ale i smutku. Zbiór przemyślany, pełen pomysłowych, świetnie skonstruowanych utworów. Działający jak ciepły okład na serce, choć nie ma tu happy endów – jak w życiu.

(Refleksja: na przykładzie moich tegorocznych Książek Roku wyraźniej niż kiedykolwiek widać, czego najbardziej poszukuję w literaturze. Czułości. Współczucia. Pięknego smutku. Najlepiej w zderzeniu z bezkompromisowym, okrutnym opisem nędzy życia, naszego w nim uwięzienia, lub/i ostrego języka, który tnie jak brzytwa).

Wyróżnienia

(Bez Dymitrowej, bo gdzieś ją posiałam...)
  • Którędy szedł anioł, Jan Balabán – za hrabalowskość, za industrialne tło, za proste, ale chwytające za serce obrazy.
  • Objazd, Błaga Dymitrowa – za piękny, sensualny opis powrotu do miłości sprzed lat i stawianie ważnych pytań: jak wiele siebie trzeba/można poświęcić, by stworzyć trwały związek z drugim człowiekiem?
  • Beatlesi, Lars Saabye Christensen – za wrażliwość, muzyczną pasję i za pełen czułości opis dorastania, ze wszystkimi jego radościami i rozczarowaniami.
  • Silva Rerum, Kristina Sabaliauskaitė – za wciągającą historię, dopracowane tło historyczne oraz uczłowieczenie ludzi żyjących kilka stuleci temu :)
  • Puchar od Pana Boga, Ota Pavel – bo to Pavel, po prostu cokolwiek wyjdzie spod jego pióra, jest w swojej prostocie doskonałe; tutaj pięknie o sporcie.

Rok wściekłych kobiecych monologów

Przypadkiem tak się złożyło, że rok, który otworzyłam lekturą mocnej Macochy Petry Hůlovej, okazał się dla mnie rokiem wściekłych kobiecych monologów. Później do Hůlovej dołączyła Vedrana Rudan ze swoim Ucho, gardło, nóż oraz Ivana Sajko z Rio Barem. I choć te dwie ostatnie wypowiedzi, które wyszły spod pióra pisarek chorwackich, pulsują także gniewem skierowanym przeciwko wojnie, wszystkie trzy tytuły łączy podobny, ostry, wulgarny nieraz ton oraz sprzeciw wobec wtłaczania kobiet w określone role, wobec krzywd, których muszą doświadczyć jako te słabsze.

Wszystkie trzy czytałam z zachwytem, bo, szczerze, momentami doskonale odpowiadały moim nastrojom w tym roku. Ba! Były chwile, kiedy sama miałam ochotę chwycić za pióro i coś podobnego napisać. Na szczęście na chęciach się skończyło ;). Rudan i Sajko wciąż nie doczekały się u mnie recenzji, ale być może dobrym pomysłem byłby dłuższy tekst o wszystkich trzech książkach. Spróbuję go przygotować.


Tegoroczne patronaty


W tym roku Literackie Skarby Świata Całego patronowały pięciu nowym czeskim tytułom:
  • Mainstream Miroslava Pecha (przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) – zapowiedź, recenzja i wywiad z autorem.
  • Guwernantka Vladimíra Macury (przeł. Michał Kunik i Olga Czernikow, wyd. Amaltea) – recenzja.
  • Jezioro Bianki Bellovej (przeł. Anna Radwan-Żbikowska, wyd. Afera) – recenzja i wywiad z autorką.
  • Zaklinacz deszczu Jiřiego Hájíčka (przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty) – zapowiedź, recenzja wkrótce!
  • Krzycz po cichu, braciszku Ivony Březinovej (przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) – zapowiedź i recenzja.
Patronaty to dla mnie duża frajda, bo motywują mnie do szukania informacji o autorze i książce, do bardziej wnikliwego czytania, są często też okazją do wywiadu, który okazuje się miłym doświadczeniem nie tylko dla mnie, ale i autora – Biance Bellovej naprawdę podobały się pytania! Mam też pomysły na nowe formuły wpisów o patronatowych książkach i z chęcią je zrealizuję.

Plany

Żadnych konkretnych. Jak bez presji, to bez presji :).

62 komentarze:

  1. Pisz proszę dalej bloga, bez presji i z radością :-) Na to czekam!
    "Widziałem ją tej nocy" Drago Jancara przeczytałam w 2017 roku i byłam, podobnie jak Ty, pod dużym wrażeniem postaci kobiecej, no i klimatu tej książki. Spośród wyróżnionych przez Ciebie książek w tym roku przeczytałam "Beatlesów" Christensena i czytało mi się świetnie i wzruszona też byłam (pomimo oszczędnego stylu autora) i albumy Beatlesów też sobie przypomniałam. W planach mam "Macochę", Balabana, "Guwernantkę", "Jezioro", "Zaklinacza deszczu", Lucię Berlin i Mejraka no i wiele innych pozycji, na które już się cieszę, ale oczywiście nie uda się ich wszystkich przeczytać. Cieszy mnie jednak sama możliwość wyboru.
    Noworocznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę pisać na pewno, nie wiem, z jaką częstotliwością i intensywnością, ale to miejsce jakoś trzyma mnie przy życiu, więc nie zrezygnuję na pewno :).

      Cieszę się, że „Widziałem ją tej nocy” i „Beatlesi” zrobili na Tobie tak samo dobre wrażenie, jak na mnie. Styl Christensena w tej książce może rzeczywiście jest dość oszczędny, tak po chłopięcemu, po prostu historia, a w niej najważniejsze rzeczy między linijkami.

      Mam nadzieję, że sięgniesz po tytuły polecane przeze mnie. Szczególnie te z listy TOP4. I mam nadzieję, że Cię nie rozczarują, ale raczej się o to nie boję :).

      Usuń
  2. Ha, odwiedzając znajome blogi, coraz bardziej kusi mnie, żeby Rok 2019 ogłosić rokiem bezstresowym. Dostrzegam nasilające się tendencje, by zdejmować z siebie trochę niepotrzebnie (wg mnie) nakładaną presję. Podoba mi się idea, by zacząć traktować bloga przede wszystkim jako hobby - zgadzam się z tezą, że łączenie zainteresowań z działalnością zawodową może szybko prowadzić do wypalenia. Dlatego życzę wytrwania w tym postanowieniu.

    A pracę w korpo można potraktować jako przystań - jeśli na horyzoncie pojawi się coś ciekawszego, co odpowiada Twoim oczekiwaniom, marzeniom, zawsze można zrezygnować z korporacji.

    Wracając do literatury, to zaintrygował mnie zbiór "Co pozwala powiedzieć noc" (przegapiłem wpis poświęcony tej książce) - swego czasu szukałem dzieła autorstwa Maltańczyka i miałem z tym ogromny problem. Literatura maltańska nie cieszy się u nas zbytnią popularnością, ba, w ogóle prawie jej nie ma na polskim rynku czytelniczym.

    Najlepszego w 2019. Niech się darzy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo faktycznie, ileż można? :) Mam wrażenie, że w ostatnich latach wielu z nas uległo tej presji profesjonalizowania się, wybijania się na tle stale rosnącej rzeszy blogerów, ale czy to nam tak naprawdę potrzebne? Jeśli zaczyna to rodzić frustrację i przysłaniać zwykłą przyjemność blogowania, to coś jest nie tak. Dziękuję za wsparcie.

      Jeśli chodzi o korpo, taki mam też plan. Trochę zarobić, odłożyć, a potem, jeśli pojawi się jakaś okazja, wrócić ewentualnie do ciekawszych rzeczy. Wciąż też myślę o ewentualnym przeniesieniu się do Pragi na jakiś czas. Ale to jeszcze nie teraz.

      Mam nadzieję, że po tego Mejlaka sięgniesz. Udało mi się już zainfekować nim kilka osób i z tego co wiem, wirus przenosi się dalej. Przy czym każdy znajduje im dla siebie co innego – jedni emocje, inni fajne pomysły, konstrukcje, język. Książka jest akurat mało „maltańska”, bo była pisana już kiedy Mejlak pomieszkiwał w różnych miejscach w Europie, ale to tak czy siak bardzo ciekawa rzecz. A z literaturą z Malty faktycznie jest u nas problem; w tym przypadku silnym argumentem za wydaniem książki w Polsce była też Literacka Nagroda Unii Europejskiej.

      Dziękuję za życzenia, i też życzę Ci wszystkiego dobrego w tym roku, zarówno w życiu blogowym, jak i poza nim :).

      Usuń
  3. Rozumiem takie zmieniające się podejście do blogowania, próby łączenia bloga z pracą i wypalenie spowodowane tym wszystkim... Czasem dopiero kiedy człowiek sobie odpuszcza i nie wywiera na sobie takiej presji, odzyskuje radość ze swojej pasji. Życzę, żeby nowa praca była dobra, żeby blogowanie przynosiło radość i żeby to COŚ w końcu przyszło, samo, tak po prostu, w nagrodę za wszystkie dotychczasowe wysiłki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzenia! Na COŚ już nie czekam, ale może to jest właśnie najlepsza strategia – nic na siłę. Skupiam się na tej radości z blogowania, na czerpaniu przyjemności z czytania i pisania o książkach, bo to jest naprawdę taka rzecz, którą najbardziej na świecie lubię robić. Muszę o tym pamiętać :). Pozdrowienia!

      Usuń
  4. U mnie też trójca Czechy-Polska-USA ;) Ale też udało mi się czytać w 2018 roku trochę zróżnicowanej literatury i niekoniecznie z bardzo oczywistych krajów. Mam nadzieję, że będę utrzymywać tę tendencję.
    Trochę mnie zaskoczyłaś tym, że zaczynasz pracę w korporacji. Gdy się widziałyśmy mówiłaś coś o pracy w bardziej "literackim" miejscu. No i to, że rezygnujesz z doktoratu... Ale rozumiem. Czasami nasze marzenia, gdy przejdą próbę czasu i zostaną poddane przemyśleniom, nie wydają się już takie kuszące, jak początkowo. A czasami to COŚ, jak piszesz, po prostu się nie wydarza, a my już nie mamy siły na nie czekać. Mam nadzieję, że w miejscu, w którym będziesz, będzie Ci dobrze. I pamiętaj, nie musi być tak, że praca MUSI być pasją. Pasję masz mieć w sobie, a praca jest pracą, jak dla mnie sposobem na zarabianie pieniędzy na czas wolny. Bo jak praca jest pasją, to czasami jest dobrze, bo pracę tę lubisz, ale czasami właśnie się wypalasz i poza tą pracą nie masz już nic, co Cię kręci. A jak jest praca i pasja oddzielnie, to ta pasja zawsze może być taką odskocznią. A przynajmniej ja tak uważam.
    W każdym razie wszystkiego dobrego w nowym roku i żeby zaprowadził Cię tam, gdzie sama chcesz być :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te mniej popularne literatury są bardzo odświeżające. Też bym chciała zapuszczać się w bardziej „egzotyczne” literackie rejony, ale jednak Czesi niewiele na to czasu zostawiają :).

      Z tą pracą w „literackim” miejscu, jeśli to to o czym myślę, nie wyszło. To chyba też troszkę przelało czarę goryczy. Na doktorat nie mam już po prostu siły. Nawet praca magisterska, którą muszę w tym roku jeszcze napisać, wydaje mi się teraz gorsza niż wejście na Mount Everest. Może to ten miniony rok, który mnie po prostu zmiażdżył, może się jeszcze jakoś zregeneruję i odzyskam siły... Zobaczymy.

      Ja się długo przed tym trochę smutnym podejściem broniłam – że pracy nie musi się lubić, że to tylko sposób, by jakoś po swojemu żyć po godzinach. Teraz staram się przestawić na takie myślenie, i myślę sobie, że może rzeczywiście blog na tym trochę zyska. Mam tylko nadzieję, że „po godzinach” będę mieć jeszcze na to życie siłę :).

      Dziękuję za życzenia! I wzajemnie, Tobie też wszystkiego dobrego :).

      Usuń
  5. Pisanie bloga książkowego nie otwiera żadnych drzwi, chyba że ma się tupet, znajomości i masę szczęścia. Niestety. Na życie się tu nie zarobi, szczególnie jeśli nie sprzeda się przy okazji własnego gustu i literackiego sumienia. Zrozumienie tego jest bolesne, ale oczyszczające, wiem, co mówię :) Więc powodzenia i wytrwałości. I bez presji. Bez presji to chyba hasło na wielu blogach w 2019 roku :) Trzymaj się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę czasu mi zajęło, nim sama do tego doszłam, ale tak, masz rację. I rzeczywiście ta świadomość jest w pewien sposób wyzwalająca. A że hasło „bez presji” króluje na blogach – no tak, widocznie jest nas więcej zmęczonych :). Dzięki za dobre słowo, pozdrowienia noworoczne!

      Usuń
    2. Jakoś tak podświadomie dajemy się nakręcać: a to żeby być na bieżąco z nowościami, a to żeby wydawcy nas zasypywali książkami, a to, a tamto, i tak zatracamy indywidualność. A przy pisaniu o książkach szuka indywidualności, a nie kolejnego słupa reklamowego. Zasięgi mniejsze, ale satysfakcja większa :) No ale nie rozgoryczajmy się z nowym rokiem. Niech będzie po prostu lepszy!

      Usuń
    3. A przy pisaniu o książkach liczą się indywidualności, tak miało być.

      Usuń
    4. To prawda. Pamiętam, że w czasach jeszcze przed współpracami z wydawnictwami wręcz unikałam nowości, bo już wtedy czułam presję, żeby napisać inaczej, ciekawiej, oryginalniej. Dużo łatwiej było wygrzebać jakiegoś zakurzonego starocia i rozpisać się o nim – czegokolwiek się nie napisało, i tak się miało świadomość, że odkrywa się tę książkę dla innych :). Trzeba to jakoś wypośrodkować, żeby nie stracić zupełnie frajdy. I tak, niech ten rok przyniesie nową energię!

      Usuń
    5. Z obserwacji wynika, że co najmniej 75% tych okrzyczanych nowościo-arcydzieł okazuje się ledwie przeciętne i się człowiek zostaje nie dość, że ze zmarnowanym czasem, to jeszcze z opinią odstającą od ogólnej :P Nogasie krzyczą, że arcydzieło, a zacofany w lekturze, że kiepskie czytadło. Wiadomo, czyje będzie na wierzchu :D
      To już faktycznie lepiej być odkrywcą czegoś zapomnianego :)

      Usuń
    6. No tak. Nie krytyka, a marketing. Ale o tym już chyba pod relacją z dyskusji conradowskiej rozmawialiśmy :). Taka rzeczywistość. Więc nic dziwnego, że się ma ochotę od niej uciekać w starocie.

      Usuń
    7. Żeby jeszcze blogosfera, a nie tylko jednostki, miała coś z tego marketingu, ale nie, wciąż egzemplarz, czasem tylko prebook. A dęcia się i szumu jak za miliony monet :) Nie ma to jak dobry staroć, szczególnie gdy dla niektórych literatura zaczyna się w 2018 roku :P No ale rozgoryczam się, a miałem nieść pokrzepienie Koleżance w chwilach zwątpienia.

      Usuń
    8. Nie, nie, ale w moim obecnym stanie, po tych zmianach w myśleniu, tego typu rozgoryczanie się działa wręcz motywująco, bo tylko potwierdza słuszność mojej zmiany strategii :). Już mnie ta cała marketingowa machina ani ziębi ani grzeje, trzeba robić swoje i tyle. I będzie wciąż fajnie :).

      Usuń
    9. Konstruktywny gniew :) Tak, róbmy swoje i czerpmy z tego przyjemność i energię.

      Usuń
  6. Coś czuję, że przydałoby się umówić i pogadać, bardzo bym chciała usłyszeć dokładniej, co się działo, dlaczego korpo, a nie doktorat w Pradze. Odezwij się, jak będziesz w Krakowie :)

    I cieszę się, że właśnie hasłem jest: zwolnij, bez presji. Też cały czas liczyłam na to, że coś w tego bloga będzie, że mnie gdzieś popchnie, że zaistnieję w jakiś lepszy, literacki sposób, a tymczasem jest jak jest. Innymi słowy słowa Piotra powyżej są prawdziwe i mocno do mnie przemawiają.

    Najlepszości w nowym roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, chętnie. Wszystko Ci wyśpiewam :).

      Do tej świadomości, że wybicie się na blogu książkowym graniczy z cudem, chyba trzeba po prostu dojść samemu. Choć są też tacy, którzy jakby od początku to wiedzieli i nawet nie próbują, i oszczędzają sobie rozczarowań. Zazdroszczę. Lepiej jednak, że doszłyśmy do tego późno, niż wcale.

      Tobie też życzę wszystkiego dobrego w 2019, realizacji planów, tych doktoratowych chyba przede wszystkim :). Odezwę się w sprawie spotkania!

      Usuń
    2. Ja tylko dorzucę cichutko, że doktoraty są przereklamowane :)

      Usuń
    3. @Piotr, dzięki za słowa pociechy ;).

      Usuń
    4. Wiesz, te dwie literki przed nazwiskiem naprawdę nic nie zmieniają :)

      Usuń
    5. Tak sobie właśnie w końcu powiedziałam, głównie chyba kwestia tego, żeby samemu poczuć się lepiej, a dla własnej satysfakcji trochę szkoda męczyć się przez kolejne kilka lat...

      Usuń
    6. Własna satysfakcja to nie jest taka zła motywacja, pod warunkiem że ma się co jeść i gdzie mieszkać i jakąś perspektywę wykorzystania tego tytułu. Za moich czasów uniwersytet beztrosko marnował licznych doktorów, których wypuszczał w świat, mimo że części nawet stypendia wypłacał wcześniej. Czyste szaleństwo :P

      Usuń
    7. A, właśnie. To jest druga rzecz – przez cały czas nie byłam pewna, czy ja w ogóle chcę coś z tym doktoratem później zrobić, czy nie. Czy tak po prostu się z nim obnosić, jak z ozdobą. A w takim wypadku to już całkiem nie ma sensu :).

      Usuń
    8. Niestety, tylko kariera uniwersytecka, w każdej innej pracy to nic nie znaczy. Kiedyś nauczyciel z doktoratem miał nieco wyższą pensję, nie wiem jak teraz. Kropka. Jako ozdoba to wychodzi dość wyczerpująco nerwowo, czasowo i finansowo :)

      Usuń
    9. "Nawet tulić do drzew, kontemplować fakturę kory/mniej śmiesznie jest niż robić doktory/ bo to tylko rzemiosło, bo to żadna mądrość/ skoro macie swą hierarchię, to bądźcie w niej wysoko" :P

      Usuń
    10. No właśnie ja robię to dla samej sztuki, bo mi się spodobało pisanie o tłumaczeniach, no i nie walczę o przetrwanie ani stypendium, wszystko na boku. Tylko że absolutnie nic z tego nie będę miała. I zaznaczam - odradzam robienie doktoratu, przynajmniej na polskiej uczelni =_='

      Usuń
    11. Czysto hobbystycznie? Rany rany, ja chociaż stypendium miałem przez pięć lat.

      Usuń
    12. O rany, marzył mi się doktorat, ale po Waszych wypowiedziach chyba odwidział mi się już na zawsze. Jak chce się mieć coś przed nazwiskiem, to już chyba lepiej zainwestować w tytuł szlachecki. Prestiż trochę większy.

      Usuń
    13. @Piotr, dziękuję zatem za ostateczne rozwianie wątpliwości :)
      @MatiPro, z czego to? :)
      @Rozkminy Hadyny, ale że bez stypendium, serio? Podziwiam zapał! Że na polskiej uczelni nie warto, to też od wszystkich słyszę, ale z kolei w Czechach wymagałoby to ode mnie 100x więcej pracy, a chyba zwyczajnie już trochę mi się nie chce.
      @Jo Ga, dobra puenta ;).

      Usuń
    14. https://cruzizaspal.bandcamp.com/album/czerni-biel

      Usuń
    15. Jeśli chodzi o rozbijanie w proch cudzych marzeń, to jestem do usług :)

      Usuń
  7. Przypomina mi się, co moja matka mówiła po wywiadówkach: do mojej siostry "nie stresuj się tyle", a do mnie "stresuj się chociaż trochę". To się jakoś odnosi do kwestii blogowania, chciałbym się zmusić, żeby częściej pisać niż raz na rok ;)

    A "Beatlesi" kojarzyli mi się w trakcie lektury z "Klejem" Irvine'a Welsha. Zamiast Norwegii Szkocja, lata od 70-tych do około 2000, trochę trudniejsze dorastanie (chyba). W "Beatlesach bardzo podobało mi się to, że początkowo wszystko było takie niewinne, nawet palenie papierosów przez małolatów etc., aż tu nagle nie wiadomo kiedy niewinne być przestało. A ja nie zdołałem uchwycić momentu, kiedy to się stało. Jak w życiu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, niektórzy się z blogowaniem bardziej spinają, inni mniej, choć ogólnie w jego przypadku żaden stres niewskazany. W końcu, w odróżnieniu od szkoły, robimy to dla przyjemności :).

      Nie czytałam tego Welsha, sprawdzę, dzięki. Tych książek o dorastaniu trochę jest, zawsze z wątkiem rozczarowania, utraty złudzeń i niewinności – to, o czym piszesz – ale ten Christensen się jednak wybija. Empatią, wyczuciem. No i faktycznie, ten moment nieuchwytny, pokazuje, jak łatwo można się wtedy zagubić.

      Usuń
    2. W tym przypadku mówiąc stres miałem bardziej na myśli coś w stylu wzięcia się za siebie ;)

      Mój przyjaciel powiedział kiedyś, co prawda w innym kontekście, bo chodziło o utwór muzyczny "A pamiętasz jak", że nagrywanie kawałków o wspomnieniach z młodości to pójście na łatwiznę, bo zawsze wychodzą super, wywołując w nas wspomnienia z naszej młodości pozytywnie się kojarzą. Zgadzam się z nim dlatego do tego rodzaju książek podchodzę nieufnie. mam wrażenie, że wystarczyłoby napisać o gumach Turbo, pierwszym Sony Playstation i innych takich, żeby moi rówieśnicy się zachwycili (to akurat hiperbola - mnie pewnie i tak by się nie udało). "Beatlesów" czytało mi się dobrze, ale nie żebym się zachwycał jakoś ponad miarę :P ale zamierzam sprawdzić inne książki tego autora, a to już coś.

      Usuń
    3. Tak, rozumiem :). Racja, to taki chwyt, na który wiele osób się złapie, i miałam wrażenie, że to zadziałało mocno choćby w przypadku „Po trochu” Weroniki Gogoli – „jaka fajna książka, przypomniała mi dzieciństwo”. Ale jeśli nie ma w tej opowieści czegoś więcej niż gumy Turbo i Playstation, to przepadnie ;). A co będziesz teraz czytał Christensena? Ja zaczęłam premierowy „Magnes”, ale podobno „Półbrat” jest wspaniały.

      Usuń
    4. Nie myślałem o jakiejś konkretnej, w bibliotece widziałem na półce "Odpływ", więc może to.

      Usuń
    5. "Odpływ" warto przeczytać. Dla mnie jest to pozycja, którą wpisuje się na listę najważniejszych przeczytanych w życiu książek.

      Usuń
  8. A mnie się takie podejście do blogowania podoba, więcej nawet - czasem nieblogowanie mi się podoba ;) Bo życie. I to jest dobre, spokojne, slow.
    Więc zrób to po swojemu, będzie dobrze! Spokojnego roku, niech wszystko pójdzie po Twojej myśli :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Dobre, spokojne, slow”. Tak właśnie lubię :). Dziękuję, Ekrudko! Tobie też spełnienia marzeń i planów w tym roku!

      Usuń
  9. Myślę, że powrót do korzeni to najlepsze co może być. Życzę powodzenia i wielu cudownych chwil książkowych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę :). Dziękuję bardzo! Pozdrowienia!

      Usuń
  10. Ważne tematy i szczere tony. Z uwagą przeczytałam i post, i wszystkie komentarze. Skoro tyle już było huśtawki i niepewności, to decyzja-konkret jest dobrym ruchem. Czy dobrym kierunkiem, zobaczysz. Lepiej się przekonać, próbując, niż czekając.
    Interesuje mnie wątek blogowania, po co to robimy i dla kogo.

    Cel może sobie być nienazwany, jakiś jednak jest. Może pisząc, rozpoznajemy swoje motywacje i oczekiwania, o których nie mieliśmy pojęcia. Blogowanie sporo daje, a najciekawsze są dary nieoczekiwane, bonusy. Najmniej pewne są cele strategiczne. Najbardziej potrzebne te, które dają codzienną motywację, bez względu na to, ilu nas docenia i czy nasz blog spełnia jakąś misję dziejową.

    Misja mnie nie przekonuje. Mój własny blog jest właśnie ucieczką od układania ludziom w głowach i wskazywania im co warto. Teraz piszę chyba terapeutycznie, by praca nie kradła mi życia i nie zawłaszczała pasji. To a propos tego, że zajmowanie się zawodowo tym, co się lubi, też może wyczerpywać. I chce się znaleźć taką formę rozwijania swej pasji, w której zarządza się po swojemu, w swoim rytmie. Blogowanie wymaga czasu. Namysł nad książką (filmem), nadanie kształtu swoim myślom - jest przeciwwagą do pośpiechu, w którym żyjemy. Piszę bloga, bo myślę wolniej niż ten świat pędzi.

    Blogi jako źródło wiedzy dla innych? Niekoniecznie. Jeśli jest wybór: książka czy recenzja książki, stawiam na książkę. Jeszcze mocniej dotyczy to pisania o filmach. Dlatego blogów o filmach niemal w ogóle nie czytam, a te o książkach jednak tak. To co mnie do blogów przyciąga, to ich autorski charakter. Od tego się zaczęło, że szukając materiału do analizy problemu (studia podyplomowe), zaskoczyło mnie, jakie fajne miejsca ludzie tworzą, jak świetnie łączy się w nich kompetencja z pasją i jak bardzo – z każdym kolejnym wpisem – tworzą swoje (otwarte dla innych) uniwersum. Może nie mam czasu i potrzeby czytać, co o interesującej mnie książce/filmie napisało kilkunastu różnych recenzentów. A chętnie czytam, co o nieznanym mi dziele pisze ktoś, czyj głos mnie interesuje.

    Indywidualna sprawa, kto jakie miejsca wybiera. Jednym z moich wyborów są Literackie skarby…, im więcej tu Ciebie, tym lepiej. Ciebie, czyli Twojego zaciekawienia, punktu widzenia, sposobu wyrażania swych myśli, Twoich odkryć. Naprawdę, takie miejsce stworzyłaś, że niech ono trwa i rozrasta się w dogodnym dla Ciebie tempie.

    tamaryszek
    (nie mogę się u Ciebie podpisywać stroną, więc dodają podpis do imienia i nazwiska z konta Google)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tamaryszku, huśtawka i niepewność dotyczą akurat życia osobistego, ale nie ukrywam, że mam jakąś taką – może głupią – myśl, że jak uporządkuję sobie życie zawodowe, jak wprowadzę jakiś element stabilności w swoje życie, to reszta też się ułoży i uspokoi. W każdym razie wiem, że potrzebowałam jakiejś zmiany, przestawienia na nowy tor; zobaczymy, czy to będzie tor właściwy.

      Bardzo podoba mi się to, co piszesz o czasie i o namyśle – też wydaje mi się, że blog powinien być taką enklawą wolną od wszechobecnego pośpiechu, cichą przystanią, a niestety przez ten dyktat nowości trochę przestał nią być. Ze względu na to, że widzę go w ten sposób, cieszę się też na oddzielenie życia zawodowego od blogowego, literackiego, chociaż trochę się boję, że na ten drugi zostanie mi dużo mniej czasu i energii. Zobaczymy.

      I masz rację, że ten autorski charakter blogów to ich największa zaleta. Dla mnie też odkrycie blogosfery, sporo lat temu już, było momentem olśnienia. Że można po swojemu, że można ciekawie, bez zadęcia.

      Bardzo mi miło, że jestem w gronie tych blogów, które chętnie odwiedzasz! I dziękuję za miłe słowa – tym bardziej, że Literackie Skarby powstały właściwie z powodu „Archipelagu” i fascynacji miejscami, które stworzyłyście Wy, więc i Ty jesteś trochę matką chrzestną :).

      Pozdrowienia i uściski!

      Usuń
  11. "(...) chciałabym wrócić do korzeni, czyli blogowania bez presji, bez ambicji okołozawodowych, dla czystej radości czytania i polecania dobrych książek." - zdecydowanie polecam ;-)

    Wydaje mi się [anecdata], że każdy piszący miał taką chwilę, w której myślał o jakimkolwiek spieniężeniu swojej internetowej dłubaniny - mnie też to nie ominęło. Ale silniejszy okazał się jednak "duch Wikipedysty". Czasami szukam informacji w sieci i znajduję je dzięki tym, którym chciało się poświęcić chwilę i wrzucić do niej coś wartościowego - dlatego pisząc o książkach staram się odwdzięczyć Wszechświatowi tym samym - wyszperać coś, dodać od siebie, wskazać ciekawe tropy i powiązania. Kto wie, komu może się to kiedyś przydać ;-) [łącznie ze mną po kilku latach od napisania tekstu]

    Pozdrawiam serdecznie życząc masy radości z pisania - i jak najmniej związanego z tym stresu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest zdecydowanie aspekt blogowania, dla którego warto! Zdarza się, że pisze do mnie ktoś, kto chce wykorzystać moje teksty na przykład w jakiejś pracy na studia i jest to dla mnie zawsze szalenie miłe. I ma się poczucie, że na coś jednak się ta pisanina przydaje :). Więc chyba rzeczywiście trzeba na tym się skupić. Też pozdrawiam i odwzajemniam życzenia! :)

      Usuń
  12. A ja myślałam, że jeśli komuś uda się w ten sposób wejść do branży wydawniczej, to właśnie Tobie:). No ale cóż, można obrazić się na rzeczywistość, ale lepiej się do niej przystosować. Korpo przynajmniej regularnie płaci, a podobno nie o każdym wydawcy można to samo powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak nic z tego :). I też się na pozytywach skupiam, rzeczywiście nawet szczęśliwcy zatrudnieni w kulturze często na warunki narzekają. Coś za coś. A w mojej korporacji będę mieć dodatkowo darmowe piwo w wybrane piątki, więc trochę to osłodzi porzucenie zawodowych złudzeń ;).

      Usuń
    2. Można porzucić złudzenia, ale warto pozostawić sobie kilka marzeń i nie tracić nadziei, że kiedyś jedno czy dwa się spełnią:).

      Usuń
  13. Wszystko co chciałam powiedzieć, napisali inni. Życzę więc radości z odkrywania nowych książek i blogowania oraz powodzenia w życiu osobistym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie Ci dziękuję! Życzenia przyjmuję i liczę na spełnienie wszystkich :). Pozdrowienia!

      Usuń
  14. Ja chyba zaczynałem z takim właśnie podejściem. Nie uważam, że nie ma żadnych szans na wybicie się, ale też zbyt dobrze znam siebie, żeby optymistycznie oceniać swe szanse na takie wybicie. Brak mi przebojowości, łokcie mam nienawykłe do rozpychania się, a i w dodatku lubię swoją pracę. Owszem, zdarzyło mi się nawet coś tam zarobić książkowo, ale to raczej obok bloga.

    Życzę więc, by w nowej pracy podobało Ci się nawet bardziej niż mi, a blog sobie bezstresowo prosperował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Masz rację, to wybicie się wymaga pewnych cech charakteru, których ja też nie mam. Nowa praca raczej Twojej nie przebije, tłumaczenia są jednak ciekawsze niż finanse, ale liczę tylko na to, że nie będzie zbyt stresująca i zostawi mi jeszcze trochę sił na działania po godzinach :). Dziękuję za życzenia i pozdrawiam!

      Usuń
  15. Ech, rozumiem Cię doskonale, jako osoba, która także porzuciła myśl o skończeniu doktoratu, choć czasem się łudzę, że nie na zawsze. Ale skąd brać na wszystko czas, a przede wszystkim siły? Przyznam, że mi akurat blog otworzył trochę drzwi, ale były to w sumie szczęśliwe zbiegi okoliczności chyba, zresztą nie wiem, czy bym nie była mniej zmęczona, gdybym jednak z nich nie korzystała i poszła do jakiegoś korpo... Wszystko ma plusy i minusy. Trzymam kciuki za to, żeby Ci się poukładało i żebyś nie porzuciła blogowania, wiem, jakie to trudne, jak chyba wszyscy, którzy blogujemy już od dłuższego czasu o książkach. Brakowałoby mi bardzo Twojego pisania! A z książek roku wynotowuję "Widziałem ją tej nocy", bo całkiem mi ten tytuł umknął!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że nie jestem w tym sama :). Ja pewnie też zostawię sobie jakiś cień nadziei, że kiedyś coś z tym doktoratem, choć im człowiek starszy, tym mniej się chce, więc ciężko z tym. A z tymi plusami i minusami doskonale zdaję sobie sprawę, bo ja też od kilku lat robię po godzinach, w weekendy, i choć to często ciekawe rzeczy, to jednak wszystko męczy. Z blogowania na 99% nie zrezygnuję, zbyt ważne jest dla mnie to miejsce. W ostateczności będę pisać trochę mniej. Miło mi słyszeć, że brakowałoby Ci Skarbów! :) A „Widziałem ją tej nocy” przeczytaj koniecznie, jest wspaniała.

      Usuń
  16. Szkoda, że nie udało się zawodowo zahaczyć w literaturze, ale ponoć to trudny obszar. Oby korporacja nie porwała nam Cię z blogosfery, to byłaby duża szkoda.;) I oczywiście trzymam kciuki za powodzenie w nowej pracy.;)
    Kilka ww. tytułów też by się znalazło na mojej liście, Macocha na pewno. Cieszę się, że piszesz o Jancarze, książka zdecydowanie warta uwagi, a przeszła chyłkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu! Zrobię co w mojej mocy, by nie zostać porwaną :). A o Jančarze chciałabym napisać jeszcze dłuższy tekst, ta książka naprawdę na to zasługuje.

      Usuń
  17. Spoko, spoko - w czwartym krzyżyku ciągle można pisać doktoraty, a siedzenie na zewnątrz literatury ma swoje zalety, przede wszystkim niezależność i uwolnienie się od branżowego bełkotu pokrywającego intelektualną mizerię i myślenia kalkami. Trzymam kciuki Pani Doktor in spe! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za motywujące słowa! :) I tak też myślę, że może krok wstecz przyniesie mi trochę świeżości i nową perspektywę. Też to widzę – osoby, które „nie siedzą” w literaturze, nie posługują się ciągle tymi samymi schematami, potrafią zobaczyć książkę w zupełnie nowy sposób. Dzięki i pozdrawiam! :)

      Usuń
  18. Oh, ja też ten doktorat kiedyś tam porzuciłam i żałuję, ale zawodowo by mnie nie posunął, a nie miałam i nie mam tego luksusu, by poświęcić czas badaniom. Dużo lektur i spełnienia w nowym roku!

    OdpowiedzUsuń