niedziela, 17 września 2017

Smutno, lecz z uśmiechem o Petrze Šabachu


Tekst, który czytacie, powstał z potrzeby serca po dzisiejszej nieoczekiwanej wiadomości – nie żyje Petr Šabach. I choć podejrzewam, że on sam do wszelkich możliwych pomników miał stosunek podobny jak Hrabal, który zażyczył sobie tablicy na wysokości, gdzie sikają psy, pomyślałam, że mimo wszystko na tekst-pomnik zasłużył. Pomniczek chociaż. I oto on.

Od Hrabala też się to wszystko u mnie zaczęło. „Podobno Petr Šabach pisze jak Hrabal” – doniósł znajomy, a że było to akurat krótko po wydaniu pierwszego polskiego przekładu Šabacha, Gówno się pali, książkę nabyłam. (Nie ukrywam, że kontrowersyjny tytuł był również wabikiem – jak to dobrze, że autor się uparł i nie zgodził się na jakąś banalną Wodę z sokiem!).

To Gówno mnie urzekło – jak bardzo, możecie przeczytać tutaj. Prostotą mówienia o relacjach damsko-męskich, pogodą ducha, ciepłem. Klimat opowieści może i był trochę hrabalowski, ale Šabach podbił moje serce przede wszystkim jako Šabach, bo mimo wszelkich porównań ma jednak własne tematy i swój własny, niepowtarzalny styl. Miał. (Wciąż samą siebie muszę poprawiać).

Tak urzeczona, postanowiłam wybrać się na spotkanie z autorem w krakowskiej Księgarni pod Globusem. To był mój pierwszy rok na filologii czeskiej, poszłam z koleżanką z roku. Spotkanie było kameralne, bo mało kto jeszcze wtedy Šabacha w Polsce znał. Wszyscy dostaliśmy na wstępie po Gambrinusie, a potem Šabach zaczął gadać, i tak gadał i gadał przez ponad dwie godziny (bez prowadzącego!). O czym? Możecie poczytać tutaj. Wyszłam szczęśliwa, bo okazało się, że Šabacha nie tylko czyta się miło, ale również słucha. I dostałam autograf z kwiatuszkiem.

Drugą jego książkę wydaną po polsku wygrałam w konkursie (tu znów w historię wcina się Hrabal, bo pytanie konkursowe było o ulubionego czeskiego pisarza – opisałam, rzecz jasna, Sami Wiecie Kogo). Było to Masłem do dołu, które mnie dla odmiany rozczarowało. Šabach balansował tu, jak zresztą w każdej swojej książce, na granicy komizmu i tragizmu, i akurat w tym wypadku połączenie tych dwóch elementów wydało mi się zbyt grubymi nićmi szyte – więcej tutaj. Do dziś to moja najmniej ulubiona jego książka, ale są i tacy ;), których z kolei urzekła najbardziej ze wszystkich.

Później przyszedł czas na dowcipne Podróże konika morskiego, upatrzone od czasu wspomnianego spotkania z Šabachem, na którym opowiadał o swoich perypetiach w roli ojca na pełen etat, a następnie na Pijane banany, czyli szaleństwa młodości w latach 80. Aż wreszcie wydany po polsku kilka miesięcy temu Dowód osobisty – lekki, a zarazem ciężki, jak dobre piwo. I tak samo gorzki.

W międzyczasie było kolejne spotkanie z Šabachem, na Festiwalu Conrada, i tym razem byłam trochę bliżej – miałam okazję wymienić z nim kilka zdań, a nawet, jako pomoc organizacyjna, skoczyć mu po piwo do Piwnicy pod Baranami ;). Wciąż wspominam tamto popołudnie z wielkim uśmiechem – cała sala pełna, wszyscy już czekają, a on spokojnie dopija sobie piwko na dziedzińcu, a później, jak gdyby nigdy nic, krokiem lekko chwiejnym idzie jeszcze do łazienki i wyciąga grzebień. Wszak trzeba się zaprezentować godnie festiwalowej publiczności ;). O samym spotkaniu pisałam tutaj.

Gdzieś po drodze oglądałam też filmy na podstawie prozy Šabacha, których jest sporo, i o których chciałabym napisać dłuższy tekst – może teraz wreszcie to zrobię. Wszystkie łączy jedno – są zabawne, ale podszyte smutkiem (często z powodu smutnych czasów, w których bohaterowie żyją). Ta ich ciepła melancholia, zgaszony uśmiech, to również klimat jego książek, które nie są oderwane od szarej rzeczywistości, przeciwnie, ale humorem trochę ją oswajają.

Teraz odkrywam, że odejście Šabacha również wprawia mnie w podobny nastrój – jest mi smutno, bardzo smutno, ale przypominam go sobie, jego książki, spotkania, rozmowy, i mimo wszystko się uśmiecham. Coś jest w tym z magicznej sztuczki, której mu zazdroszczę – bo to chyba sztuka, pozostawić po sobie uśmiech? Kto z nas by tego nie chciał?

Żegnam więc Petra Šabacha z uśmiechem. Oby tam, gdzie jest, nigdy nie zabrakło zimnego piwa :)

P.S. Na koniec dziękuję wydawnictwu Afera. Za to, że przedstawiło Šabacha nie tylko mnie, ale i tysiącom polskich czytelników. I składam wyrazy współczucia – bo wiem, że dla nich był kimś więcej niż tylko jednym z autorów.

Fot. wydawnictwo Paseka / facebook.com/pasekanakladatelstvi

2 komentarze:

  1. Szkoda, że polscy czytelnicy - w tym ja sama - nie poznali go lepiej. Dobrze, że miał małe, ale oddane grono czytelników jak Ty i inni "aferzyści". Piękny tekst upamiętniający autora. Wspaniale, że miałaś okazję go spotkać i zapamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę jednak tych czytelników miał, na tym spotkaniu na Conradzie, o którym wspominam w tekście, była pełna sala (ta większa) – z Julią stałyśmy przy drzwiach :). Choć oczywiście nie można tego porównać z gronem czytelników tych największych literackich gwiazd; w tym przypadku jest tak, jak piszesz – może niewielkie grono, ale oddane. Dziękuję! Też się cieszę, że było mi dane go poznać.

      Usuń