czwartek, 21 lipca 2011

W ramach zabawy...

Za nominację i zaproszenie do One Lovely Blog Award bardzo chciałam podziękować Książkowcowi, Drowi Kohoutkowi i Papryczce. To dla mnie duże wyróżnienie i bardzo to doceniam. Będę niestety niestandardowym uczestnikiem, bo nie pokuszę się o wytypowanie kolejnych osób; zauważyłam zresztą, że nie jestem jedyną która decyduje się wziąć udział w tym przedsięwzięciu połowicznie i być może tacy jak ja wkrótce doprowadzą do śmierci tej zabawy, ale, z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że każdy uczestnik ma nominować blogów aż 16, myślę, że jest szansa, że tak szybko do tego zgonu nie dojdzie. :) Chętnie natomiast napiszę o tym, czego przeciętny czytelnik tego bloga o mnie nie wie (a przypuszczam że nie wie sporo, bo prywaty z założenia staram się w swoich recenzjach unikać - nie wiem tylko, na ile mi to wychodzi). Nie miałam okazji uczestniczyć w niedawnym łańcuszku, w którym każdy zdradzał sekrety swojej osobowości, a zwierz ze mnie wyjątkowo egocentryczny i ekshibicjonistyczny, więc nie oprę się pokusie sklecenia kilku słów o sobie.

1) Kocham pisać listy. Nieważne nawet, do kogo, nieważne, czy odpisze, o czymkolwiek, co mi do głowy przyjdzie. Gdy był jeszcze czas listów, komunikowałam się w ten sposób z małym gronem osób (które po pewnym czasie skurczyło się do jednej), teraz za to namiętnie pisuję maile. Marzą mi się pełne artystycznych uwag na marginesie i dopisków fantazyjne listy, jakie pisał Bruno Schulz. Uwielbiam zresztą ogólnie wyrażać siebie przez słowo pisane, dużo łatwiej jest mi w ten sposób przekazać, co myślę i czuję, stąd listy i pamiętniki zawsze były moim żywiołem.

2) Tak jak bez trudu przychodzi mi komunikowanie się za pośrednictwem słowa pisanego, tak wielkim wyczynem jest dla mnie rozmowa twarzą w twarz lub telefoniczna - wpadam czasem wręcz w histerię na samą myśl o tym. A jeśli jestem w jakiejś większej grupie, to już na 100% nikt ze mnie słowa nie wyciśnie. Poprawia mi się tylko po alkoholu, wtedy za to przesadzam zwykle w drugą stronę i robię się przesadnie gadatliwa.

3) Jestem bardzo niepraktyczna. Potrafię zachwycać się warkotem samochodowych silników, piwniczną stęchlizną, stertą złomu. Nie zaświecę światła, choć jest mi potrzebne do pracy, żeby nie zniszczyć piękna zapadającego zmierzchu. Ciągle toczę boje o to, czy zasłaniać na noc okna czy nie - przy zasłoniętych czuję się jak w grobie, a nie ma dla mnie nic cudowniejszego, niż zasypianie przy świetle ulicznej latarni tańczącym na suficie i ścianach. Wybieram często okrężne trasy lub rezygnuję z autobusów i idę piechotą, żeby podziwiać widoki, nawet jeśli niczego ciekawego po drodze nie ma.

4) Wychowałam się w najfajniejszej rodzinie na świecie. Zawsze trzymamy się razem, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, mamy swoje rytuały jak wspólne sobotnie śniadania czy przedpołudniowa kawa, których nie wyzbyłabym się za nic w świecie. Nawet teraz, studiując w innym mieście, staram się jak najczęściej wracać do domu i smutkiem przejmuje mnie myśl, że już wkrótce zostanę wyrzucona z gniazda i będę musiała założyć swoją własną rodzinę. Nawiasem mówiąc, żoną będę zapewne potworną, bo i do gotowania i do sprzątania mam zero zapału i dwie lewe ręce.

5) Bardzo lubię jeździć w góry, nie cierpię za to nad morze. Z jednej strony dlatego, że mnie nudzi, a z drugiej - dostaję drgawek na samą myśl o tłumach na plaży. W górach cenię przestrzeń, wolność, wiatr, dzikość i pustkę (dlatego tak uwielbiam wyludnione Bieszczady), uśmiechy i pozdrowienia na szlaku, cudowne zmęczenie, nocne niebo pełne gwiazd. Nad morzem nigdy nie czuję się "wśród swoich".

6) Uwielbiam się zamartwiać. To chyba rodzaj masochizmu. Najlepsze książki to takie, które wywołują we mnie zachwianie wiary w sens życia, najlepsze filmy sprawiają, że płaczę jak bóbr, najlepsze piosenki to te przejmująco smutne. Nawet kiedy jestem szczęśliwa, czegoś mi brakuje, tęsknię za szarą, otulającą jak miękki kocyk melancholią. Czasem wydaje mi się wręcz, że sama sobie wymyślam problemy lub wyolbrzymiam te istniejące, dostrzegam rzeczy, których nie ma, przejaskrawiam rzeczywistość, żeby mieć się czym martwić.

7) Lubię, gdy słońce świeci mi w twarz. Podobnie jak mistrz Hrabal zawsze łakomie chwytam choćby najmniejsze przebłyski słonecznego światła, w autobusach i pociągach siadam tam, gdzie najbardziej przygrzewa, uwielbiam być budzona przez słońce, w słońcu czytać, w słońcu pisać, w słońcu popijać piwko na balkonie. Marzy mi się takie moje miejsce gdzieś z dala od wielkich miast, gdzie mogłabym całymi dniami napawać się słońcem i ciszą (która też jest w moim małym świecie niestety towarem deficytowym).

...A póki co, w oczekiwaniu na takie miejsce, bywam sobie tu i piszę o książkach. Nowe recenzje już wkrótce, jak tylko wygrzebię się z czytelniczo-twórczego kryzysu.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Nowy Archipelag - lato 2011


Wszystkich czytelników Archipelagu (i tych jeszcze-nie-czytelników też) zapraszam do lektury najnowszego, piątego numeru, który można już ściągnąć ze strony magazynu. Tematem przewodnim jest tym razem - bardzo adekwatnie w ten wakacyjny czas - Droga. Piszemy o podróżach małych i dużych, tych po świecie i tych w głąb siebie. Ponadto jak zwykle artykuły w ramach stałych rubryk, między innymi arcyciekawy wywiad z Mariuszem Szczygłem. Polecam - moim zdaniem to najbardziej interesujący i cieszący oko z wszystkich numerów, które do tej pory powstały. :)

poniedziałek, 4 lipca 2011

Dzieciństwo, Afryka i duchy - "Mała Ikar", Helen Oyeyemi

Historii o nieszczęśliwych dzieciach i ich wymyślonych przyjaciołach jest wszędzie od groma. Wydawać mogłoby się, że Mała Ikar to po prostu jedna z nich – jej bohaterką jest bowiem ośmioletnia pół-Nigeryjka pół-Angielka, Jess, która nie potrafi odnaleźć wspólnego języka ani z rówieśnikami, ani z własnymi rodzicami, i podczas wizyty u rodziny matki w Nigerii zaczyna widzieć i rozmawiać z pojawiającą się znikąd i w równie tajemniczy sposób znikającą, a do tego posiadającą nadludzkie zdolności dziewczynką, przedstawiającą się jako Titiola.

W tym wypadku jednak sprawa nie jest tak prosta. Tilly Tilly (jak ją nazywa Jess) trudno bowiem nazwać przyjaciółką. Z początku ofiarowując Jess niewinne wspólne zabawy, pozwalające jej zapomnieć o samotności i poczuciu bycia dziwolągiem, wkrótce zaczyna budzić w dziewczynce mroczne instynkty. Staje się diablikiem siedzącym na ramieniu i sączącym jej do ucha: „To wszystko ich wina, należy im się”. Zręcznie nią manipulując, w odpowiednim momencie przemieniając się w słodką i skruszoną istotkę, Tilly Tilly sprawia w końcu, że Jess traci kontrolę nad z pozoru tylko oswojoną mroczną siłą. To Tilly pozwala Jess wzbić się do lotu, ale zabrnąwszy w tę niezwykłą relację zbyt daleko, mała Ikar zaczyna spadać...

Ciężko powiedzieć, co jest tu snem a co jawą, rzeczywistość i fantazja płynnie się przenikają, widzimy bowiem świat oczyma coraz bardziej zagubionej Jess. Im dalej, tym bardziej wszystko się rozmywa, pękają lustra, trzaskają drzwi, dziwne rzeczy przytrafiają się osobom z otoczenia dziewczynki, a do jej snów zakrada się tajemnicza długoręka kobieta, której „wężowate ramiona oplatają jej ciało niczym liny”. Bardzo sugestywne są te opisy stopniowego pogrążania się Jess w szaleństwie – postrzeganie rzeczywistości zmienia się, lodowato zimne parzy, rozgrzane do czerwoności wprawia w odrętwienie, zmysły okazują się zawodne.

Zakładając, że przyczyna kryje się w chorym umyśle Jess, nie sposób nie zadawać sobie pytania, co do tego doprowadziło. Życie bohaterki niewiele ma wspólnego z sielskimi obrazami dzieciństwa odmalowanymi w licznych dziełach literackich. W tym przypadku to czas nieustannego zmagania z niezrozumieniem ze strony dorosłych (poczynając od nauczycieli, którzy niby deklarują chęć pomocy, lecz w koleżeńskich sporach nie zadają sobie nawet trudu wysłuchania wytłumaczeń Jess, a kończąc na jej matce, zachowującej się zupełnie tak samo i zrzucającej winę na bujną wyobraźnię córki), walki o akceptację, niemożności wygłoszenia własnej opinii. Taki obraz zdeterminowany jest chyba także doświadczeniami samej autorki – w jednym z wywiadów na pytanie, czy chciałaby wrócić do czasów, gdy była dzieckiem, odpowiada:
Za żadne skarby! To najgorszy okres. Nikt cię nie rozumie, dorośli nie szukają z tobą porozumienia, tylko stawiają wymagania. Poza tym nie masz prawa do żadnych wyborów, nie masz absolutnie żadnej wolności poza tą, jakie lody ma ci kupić mama. Trudno jest ci się wyrażać - czujesz coś, ale nie wiesz, jak o tym powiedzieć. Dzieciństwo jest okresem zniewolenia.

W przypadku Jess dochodzi również kwestia wychowania w rodzinie dwukulturowej. Pochodzenie staje się jedną z przyczyn jej alienacji w szkole – Colleen McLain szydzi z niej, że „nie może się zdecydować, czy jest czarna, czy biała”. Jess ma wyraźny problem ze swoją tożsamością i także tym tłumaczy sobie pojawienie się Titioli:
Czuła, że gdyby potrafiła zdecydować się, kim jest, może zdołałaby pozbyć się Tilly Tilly, która ma do niej pretensje o to wahanie. Popioły i świadkowie, ojczyzny posiekane na kawałki – będzie Angielką. Ale nie, nie może. Więc będzie Nigeryjką. Nie...

Domyślam się, że Oyeyemi dała swojej małej bohaterce wiele z siebie. Tak samo jak Jess, autorka pochodzi z Nigerii, lecz wychowała się w Anglii, wyobcowanie stworzonej przez nią bohaterki mogło być więc i jej udziałem. Pisarka sprawia również wrażenie osoby nieprzeciętnie wrażliwej, w przeszłości przechodziła załamania psychiczne i jako nastolatka próbowała popełnić samobójstwo. Ciekawi mnie więc, jak wiele jeszcze w tej powieści autobiografizmu (ale nie zamierzam też doszukiwać się go na siłę).

Na koniec krótka refleksja i niepokojący akcent. Piszę o szaleństwie, o chorobie Jess, jednak czy można sprowadzić całą tę historię do wytworu nieokiełznanej wyobraźni ośmioletniej dziewczynki? Czy można podsumować tę lekturę stwierdzeniem, które wciąż chodziło mi po głowie – że najgorsze demony kryją się w ludzkich umysłach? Nie wiem. Wypowiedzi autorki z tego samego wywiadu, który cytuję kilka linijek wyżej, zdają się sugerować, że owszem, to słuszna ścieżka, i można uznać, że nawet ślady zostawiane przez Tilly Tilly w świecie realnym, widzianym przez innych bohaterów, są skutkiem zniekształconej percepcji Jess, ale ja wciąż mam wątpliwości. Nie chcę rozwiewać niezwykłej atmosfery, która budziła ciarki i nie pozwalała się od tej książki oderwać. Bo owszem, rozum ludzki to niezbadana dżungla, ale niewidzialność, przenikanie przez schody, zerwane kłódki i połamane balustrady każą mi spytać – a co z magią nigeryjskich wierzeń?

***
H. Oyeyemi, Mała Ikar, wyd. W.A.B., Warszawa 2007.