wtorek, 5 czerwca 2018

„«Mainstream» mnie przeraża”. Wywiad z Miroslavem Pechem


Przy okazji premiery Mainstreamu, nowej książki Miroslava Pecha, miałam okazję zadać autorowi kilka pytań. Między innymi o to, dlaczego właśnie horror, skąd wziął się pomysł na opowiedzianą w powieści historię i jak wyglądała praca nad tym – momentami bardzo brutalnym – tekstem. Porozmawialiśmy sobie też o rodzinie, ale od trochę bardziej mrocznej strony... Pisarz okazał się bardzo bezpośrednim, wyluzowanym rozmówcą. Zobaczcie sami!

Dla czytelników, którzy znają Pana z nostalgicznych i zabawnych Uczniów Cobaina, Mainstream może być dużym zaskoczeniem. Tak naprawdę jednak jest on trochę powrotem do korzeni, bo zaczynał Pan przygodę z pisaniem od opowiadań grozy. Czy może Pan o tym opowiedzieć? Którzy autorzy horrorów byli Pana pierwszymi literackimi fascynacjami i wywarli na Pana największy wpływ?

Kiedy naszych rodziców nie było w domu, siostra i brat oglądali na wideo horrory. Oczywiście nie mogło mnie przy tym zabraknąć. Byłem wtedy małym szkrabem, możliwe, że nawet nie chodziłem jeszcze do szkoły. W Uczniach Cobaina jest taka scena, w której narrator opisuje, jak brat zabrał go do kina na Obcego. Do dziś nie do końca wiem, jakim cudem to przeszło u bileterki. W książce wstawia się za nimi jakiś dorosły, ale jak to było naprawdę – nie pamiętam. Na wideo oglądaliśmy głównie Koszmar z Ulicy Wiązów, pochłaniałem też seriale, takie jak Z archiwum X, Po tamtej stronie, Czy boisz się ciemności? Poza tym czytałem książki z serii „Ślady grozy”, jakoś w wieku jedenastu lat odkryłem Stephena Kinga i przepadłem… Później dołączył jeszcze Clive Barker.

I rzeczywiście napisałem w przeszłości kilka gatunkowych opowiadań. Pierwsze w wieku dwunastu lat, kilka następnych, gdy byłem już dorosły, miałem jakieś 23 lata. Publikowałem je pod pseudonimem na różnych stronach dla początkujących autorów. Potem skupiłem się na „grzeczniejszych” tematach i tak powstały książki Napíšu Pavle, Ohromně vtipná videa, Uczniowie Cobaina, Američané jedí kaktusy i Otec u porodu. Horrory natomiast chciałem pisać od zawsze, ale „chcieć” w przypadku pisania to za mało. Temat do ciebie przyjdzie albo nie. Doczekałem się go wreszcie w wieku trzydziestu lat – był to pomysł na Mainstream.

A jeśli chodzi o horrorowych autorów, którzy w ostatnim czasie zrobili na mnie wrażenie, to należą do nich jeszcze Jack Ketchum, Richard Matheson, Carlton Mellick III, John Ajvide Lindqvist, Nick Cutter, Steinar Bragi, Marko Hautala, Mark E. Pocha, Thomas Olde Heuvelt, Andrew Michael Hurley… I tak dalej.

Historia, którą opowiada Pan w książce, jest tak… oryginalna i szokująca, że muszę zapytać: w jaki sposób powstała? Czy była zainspirowana jakimiś zasłyszanymi historiami, literackimi motywami, czy to od początku do końca wytwór Pana fantazji?

Kolega z magazynu, ciekawym zbiegiem okoliczności również pisarz, opowiedział mi o interesującym przypadku. Jakiś haker włamał się do castingowej bazy kandydatek na aktorki do filmów porno i puścił w świat ich fotografie. Były ich setki. Młode dziewczyny, które nie mogły mieć więcej niż osiemnaście lat, trzydziestolatki, dojrzałe kobiety… Wstrząsająca, przygnębiająca sprawa. Natychmiast zacząłem rozmyślać o ich bliskich: rodzicach, partnerach, dzieciach… Co się stało, kiedy zobaczyli te fotki?

Początkowo Mainstream miał być raczej społecznym dramatem o małżeństwie z małym dzieckiem. Akcja miała się rozgrywać w ciągu jednego wieczora, a całość miała mieć formę dialogu między tą dwójką bohaterów. Zastanawiałem się nawet, czy nie zrobić z tego sztuki teatralnej. A potem nagle na to wpadłem. Przecież to jest horror jak w pysk strzelił! Uświadomiłem sobie, że od dawna to we mnie tkwi i chce się wydostać. Bestia przebudziła się z kilkuletniego snu i była bardzo wygłodniała.

W swojej powieści sięga Pan po bardzo drastyczne środki i obrazy, nie ma Pan litości dla czytelnika. Czy uważa Pan, że właśnie w ten sposób literatura powinna na ludzi oddziaływać? Czy powinna sprawiać ból?

Zależy, co człowiek pisze… Na pewno większość historii – niezależnie od tego, czy ich autorzy zajmują się tematyką społeczną, piszą rzeczy humorystyczne, fantasy, science fiction, horrory, thrillery – powinna przede wszystkim być autentyczna. Sprawiać, żeby czytelnik uwierzył. Bardzo możliwe, że horror to najstarszy z gatunków literackich (już w jaskiniach przy ognisku nasi przodkowie na pewno chętnie się straszyli), dzięki temu z czasem niewiarygodnie się rozrósł i powstało wiele różnorodnych jego nurtów. W pewnym momencie zorientowałem się, że właśnie te „bezlitosne” horrory najsilniej na mnie oddziałują. Taki jest też Mainstream. Gdybym sam siebie w duchu spytał, czy Mainstream mnie przeraża, odpowiedź brzmiałaby: TAK! Jest zły, surowy, brutalny. I niepokojący, bo to, co się w nim dzieje, mogłoby się wydarzyć naprawdę.

Osobiste pytanie: co sam Pan czuł, kreśląc tak brutalne obrazy? Czy dla Pana też było to trudne?

Tak. Długo zastanawiałem się nad tymi sadystycznymi scenami. Nie aż tak, żebym musiał się uciekać do teoretyzowania albo jakichś głębokich rozmyślań na temat formy artystycznej – nie jestem artystą, tylko zwykłym, na swój sposób sfiksowanym człowiekiem, który od czasu do czasu coś napisze, bo po prostu musi. Rozważałem opcję, żeby pracować z aluzjami, zostawić pole dla wyobraźni czytelnika, pozwolić mu samemu wymyślić, jak wyglądały te brutalne sceny. Ostatecznie postanowiłem nie owijać w bawełnę. Może też po to, żebym sam, przynajmniej częściowo, zrozumiał, przez jakie piekło przeszła Klara.

Mainstream to też nietypowa opowieść o rodzinie. Czy swoją książką chciał Pan coś powiedzieć o instytucji rodziny i jej kondycji w dzisiejszych czasach?

Nie. Kiedy piszę, nie interesuje mnie jakieś głębsze przesłanie. Jeśli czytelnik znajdzie coś takiego w moich historiach – okej, ale świadomie niczego takiego nie staram się przekazać.

Zostając jeszcze przy rodzinie: w Pana książkach ta tematyka często się pojawia, jest również, z tego co widziałam, w centrum Pana nowej książki, która wyjdzie jeszcze w tym roku w Czechach, Otec u porodu. Czy i dlaczego temat rodziny jest dla Pana ważny?

Już dawniej często pisałem o rodzinie, a odkąd jestem tatą, staje się ona powoli głównym tematem moich książek. Więc zgadza się, to dla mnie wątek ważny i chętnie o nim piszę. Otec u porodu podobnie jak Mainstream to książka, w której opowiadam o ojcostwie, ale te dwa teksty bardzo się różnią. Otec jest utrzymany w dużo lżejszym tonie. Mainstream, to już Pani wie…

Ale napisałem też na przykład opowiadanie o facecie, który stracił żonę i syna. Jest pogrążony w smutku i depresji, chodzi po domu, wszędzie znajduje ślady ich obecności, wszystkie rzeczy zostały tak, jak je tam ta dwójka zostawiła. Mężczyzna pilnuje, żeby dom został w nienaruszonym stanie. Z biegiem czasu zaczyna przejmować tożsamości zmarłej żony i syna, zaczyna żyć ich życiami…

W innym moim opowiadaniu bobas zostaje sam w opuszczonym mieszkaniu. Ściśle rzecz biorąc zupełnie opuszczone nie jest, w łazience leży martwa matka… Nazywam to rodzicielskimi koszmarami. I jeszcze jedna historia: podwójny morderca ucieka ze swoją czteroletnią córką przed wymiarem sprawiedliwości. Przedzierają się przez las, do domu jego rodziców, gdzie zamierza zostawić córkę i iść dalej sam. Ale coś zaczyna ich ścigać… Tak więc i tego typu wesołe historyjki nachodzą nas, gdy zostajemy rodzicami.

Mainstream wyszedł na razie tylko w polskim przekładzie, czy wiadomo coś o jego czeskim wydaniu? Jakich reakcji na ten tytuł spodziewa się Pan w Czechach?

W Czechach z horrorem literackim mamy trochę problem. Nie jest może aż tak, że nie wydaje się nic, ale wydaje się mało. Oprócz Kinga, Barkera czy Lovecrafta od czasu do czasu pojawi się ktoś nowy, tworzący obecnie albo dawniej, ale tak czy siak w Polsce sytuacja wygląda dużo lepiej. Czeskim autorom trudno jest coś opublikować u tradycyjnych wydawców, więc często wydają swoje utwory sami i mało kto o nich wie.

Mimo to jestem wstępnie umówiony, jeśli chodzi o czeskie wydanie Mainstreamu. Możliwe, że książka ukaże się już jesienią. Ale trudno mi przewidzieć, jak zostanie przyjęta, prawdę mówiąc też specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Nie utrzymuję się z pisania, jestem w zasadzie amatorem, więc nie mam potrzeby kalkulowania i dostosowywania się do trendów czy potrzeb rynku. Pisanie jest dla mnie jedynym działaniem, w którym mam absolutną swobodę i nie zamierzam się ot tak pozbawić tego luksusu.

Wątpię, żeby Mainstream okazał się bestsellerem. Jest zbyt surowy i bezkompromisowy. Ale być może kogoś, kto od książek nie oczekuje tylko rozrywki czy sterylnego intelektualizmu, złapie za jaja i porządnie ściśnie.

I jeszcze jedno pytanie o przyszłość: w jakim kierunku, jeśli chodzi o twórczość, zamierza Pan pójść? Czy zamierza Pan więcej uwagi poświęcić pisaniu horrorów, czy Mainstream to tylko jednorazowa sprawa?

Nie wiem, takie rzeczy trudno zaplanować. Ale na pewno nie była to jednorazowa rzecz.

Czekam więc na kolejne Pana książki, jestem pewna, że jeszcze nie raz nas Pan zaskoczy. Życzę wszystkiego dobrego i dziękuję za rozmowę!

Na Literackich Skarbach również:

Tłumaczenie: moje. Fotografie: archiwum autora. Za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła.

piątek, 1 czerwca 2018

Sherlock po angielsku – lekko (za lekko?), łatwo i przyjemnie

Nauka języków to dziś podstawa, a najlepiej, jak wiadomo, uczyć się przez zabawę. Na przykład – czytając w oryginale. Ponieważ jednak, zwłaszcza na początku nauki, nie jest to proste, powstaje wiele wydawniczych serii, ułatwiających zapoznawanie się z dziełami w językach obcych. Nie tak dawno pisałam u siebie o dwóch tego typu pozycjach od wydawnictwa [ze słownikiem], dziś biorę pod lupę publikacje wydawnictwa 44.pl i Ringier Axel Springer, również do nauki angielskiego.

Twórcy serii postanowili nie bawić się w tłumaczenie pojedynczych słówek, ale po prostu zestawić oryginalny tekst z jego przekładem. Pomysł bardzo dobry. Znikają bowiem problemy typu „nie ma tłumaczenia słówka, którego potrzebuję” czy „jest tłumaczenie, ale nie w tym znaczeniu, co trzeba” – przekład całości w końcu musi mieć sens.
Seria ma z założenia przybliżać klasykę literatury pięknej – zainaugurowana przez Przygody Sherlocka Holmesa, w kolejnych tomach ma uczyć angielskiego m.in. wraz z Piotrusiem Panem, Guliwerem, Moby Dickiem czy Lordem Jimem. I to też jest dobra myśl, bo w końcu miło móc się pochwalić, że czytało się Robinsona Crusoe czy Alicję w Krainie Czarów w oryginale. Ale, ale! Zanim popłyniemy na fali samozachwytu, muszę zauważyć, że…

...są to adaptacje.

Nie mamy więc do czynienia z oryginalnymi tekstami powyższych dzieł, lecz ich literackimi opracowaniami (co wydaje się oczywiste – seria dla początkujących i Moby Dick?). I ja to oczywiście rozumiem, wszak wiele klasycznych dzieł nie było pisanych językiem lekkim, łatwym i przystępnym. Ale z tego powodu seria nadaje się tylko dla czytelników na pewnym, niezbyt zaawansowanym, poziomie znajomości języka. Dla pozostałych może się okazać zbyt małym wyzwaniem.

Bo język adaptacji jest bardzo prosty. Na moim przykładzie: zwykle czytanie po angielsku zajmuje mi sporo czasu i mocno się męczę, ale The Adventures of Sherlock Holmes w serii wydawnictwa 44.pl byłam w stanie czytać bardzo szybko praktycznie bez zaglądania do przekładu. Na stronę polskojęzyczną spoglądałam co jakiś czas raczej z przyzwoitości, i to bardziej pod kątem jakości przekładu, dokonanego, jak głosi stopka wydawnicza, przez „Redakcję”. Jakość nie jest najgorsza, wyłapałam co prawda kilka niezręcznych sformułowań, powtórzeń i literówek, ale czytało mi się dobrze. Tylko że, znów – język jest chyba zbyt prosty, by uczyć się na nim literackiego przekładu (a na taką naukę, prawdę mówiąc, też trochę liczyłam).
Dla kogo?

Z myślą o czytelnikach bardziej zaawansowanych mam wizję osobnego cyklu w ramach serii, przybliżającego już oryginalne, nie zaadaptowane wersje utworów, zestawione z kanonicznymi ich przekładami. Oczywiście domyślam się, że to kwestia dodatkowych wydatków związanych z prawami autorskimi, ale nie tracę nadziei, że kiedyś czegoś takiego się doczekamy.

Wracając zaś na ziemię – myślę, że seria „Czytamy w oryginale” jest po prostu przyjemnym sposobem na podszlifowanie swojego angielskiego dla osób nie znających jeszcze języka za dobrze. Jeśli nie jesteście pewni, czy to poziom odpowiedni dla Was – można zawsze kupić jeden tom na spróbowanie. Nowe tytuły wychodzą od kwietnia co dwa tygodnie i są dostępne w salonikach prasowych i kioskach Ruchu, a także na stronie Literia.pl. Pełna lista wygląda tak:

Przygody Sherlocka Holmesa (premiera 18 kwietnia), Rozważna i Romantyczna (premiera 2 maja), Wyspa skarbów (premiera 16 maja), Piotruś Pan (premiera 30 maja), Robinson Crusoe (premiera 16 czerwca), Przygody Tomka Sawyera (premiera 27 czerwca), Moby Dick (premiera 11 lipca), Przygody Guliwera (premiera 25 lipca), Alicja w Krainie Czarów (8 sierpnia), Ostatni Mohikanin (premiera 22 sierpnia), Lord Jim (premiera 5 września), Drakula (premiera 19 września), Tajemniczy ogród (3 października), Biały Kieł (premiera 17 października), Trzech panów w łódce (premiera 31 października) Czarnoksiężnik z Krainy OZ (premiera 14 listopada), Pollyanna (premiera 28 listopada), Opowieść wigilijna (premiera 12 grudnia).

Dużo napisałam o formie i wydaniu, mało o treści, czyli samych przygodach Sherlocka Holmesa. Dziwnie jednak czułabym się, recenzując utwory Arthura Conan Doyle'a na podstawie ich skróconych i zaadaptowanych wersji. Nadrobię to, kiedy tylko sięgnę po pełne, oryginalne teksty autora.

*** 
A. Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa w wersji angielskiej i polskiej, adaptacja: Katarzyna Duda, przeł. Redakcja, wyd. 44.pl, 2015/2018.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.