sobota, 23 września 2017

Bolesna historia czeskiej rusałki. Czeska zapowiedź: Anna Bolavá, „W ciemność”

Dwa lata temu w Czechach wydana została debiutancka powieść, która zrobiła furorę i zgarnęła Magnesię Literę w kategorii Proza – W ciemność Anny Bolavej. Krytycy nie szczędzili jej ciepłych słów, a sam Petr Bílek, o współczesnej czeskiej literaturze mający do powiedzenia wiele, ale na pewno nie rzeczy miłych, określił ją jako powieść mocną i magiczną, jej bohaterkę zaś porównał do Haňti ze Zbyt głośnej samotności.

Już za tydzień premierę będzie miało polskie wydanie tej książki. To zasługa wydawnictwa Książkowe Klimaty oraz debiutującej tłumaczki Agaty Wróbel, zwyciężczyni ubiegłorocznego konkursu im. Susanny Roth (która nagrodę zdobyła właśnie za przekład fragmentu powieści Bolavej). Nagradzana debiutująca autorka i nagradzana debiutująca tłumaczka, wydawnictwo, które słynie z interesujących publikacji, ciekawy temat i entuzjastyczne opinie – czy to nie brzmi zachęcająco? A żeby jeszcze bardziej podsycić Waszą ciekawość, opowiem Wam trochę o autorce.

Rusałka z czeskiej prowincji

W ciemność to historia Anny Bartákovej, kobiety z małego miasteczka, której życiową pasją jest zbieranie ziół. Z czasem pasja ta zaczyna ją całkowicie pochłaniać, aż do szaleństwa – przestaje się liczyć mąż, praca, najbliżsi przyjaciele, a nawet własne ciało i jego potrzeby. Wszelkie próby pomocy Anna odrzuca, zamyka się coraz bardziej w swoim mrocznym, pachnącym ziołami świecie. „Rusałka” – mówi Bolavá o swojej bohaterce, którą czytelnicy porównują również do Viktorki z Babuni Němcovej.

Ze względu na podobieństwo pseudonimu autorki (naprawdę nazywa się Bohumila Adamová) do nazwiska stworzonej przez nią postaci oraz łączącą je pasję zielarską, szybko pojawiły się pytania o autobiograficzny podtekst powieści. Bolavá przyznaje – tak, sama również zbiera zioła, tak, zna dobrze uczucia swojej bohaterki, sama co roku w okolicach marca znajduje się na skraju szaleństwa, nie mogąc nadążyć ze zbieraniem ukochanych roślin. Twierdzi również (ale czy serio?), że zielarstwo to dla niej najważniejszy motyw tej powieści; że nie chciała napisać książki o byciu „innym”, o samotności, o ucieczce, ale przede wszystkim o tym, jak wygląda zbieranie ziół i jak się z nimi obchodzić.

Dobra książka musi zaboleć

Zaintrygowani? No to lećmy dalej. Przez kilka lat Bolavá pracowała w Instytucie Języka Czeskiego czeskiej Akademii Nauk, ale do tych czasów wraca niechętnie. Zrezygnowała i obecnie zawodowo zajmuje się pomocą ludziom ze stomią (sztuczną przetoką jelitową). Swoją pracę – znalezioną podobno z ogłoszenia – bardzo lubi, ponieważ może dzięki niej pomagać ludziom i przynosić im ulgę.

W zupełnie inny sposób stara się oddziaływać swoją twórczością. „Dobra książka musi być jak policzek. Musi zaboleć” – mówi w jednym z wywiadów. A swoją filozofię twórczości podkreśla już pseudonimem, pochodzącym jeszcze z czasów jej twórczości poetyckiej – „bolavá” to po czesku „bolesna”. Dlaczego Anna? Bo to jej zdaniem najpiękniejsze czeskie imię.

Outsiderka na czeskiej scenie

Krytycy zestawiają powieść Bolavej z innym głośnym debiutem ostatnich lat – Palinką Matěja Hořavy. Sama autorka przyznaje, że ze względu na te porównania przeczytała książkę Hořavy. Uważa jednak, że oba dzieła nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że są debiutami.

Do innych współczesnych czeskich autorów odnosi się z rezerwą. Zapytana, czy twórczość któregoś z nich szczególnie sobie ceni, odpowiada, że przestała ich czytać – zamiast tego w wolnych chwilach robi szaliki. Pociągnięta za język w temacie czeskiej literatury, podaje dwa nazwiska, mało współczesne – Karel Václav Rais oraz Jan Čep.

Z wizytą u Gotta

Choć Anna Bolavá zaczynała jako poetka (debiutowała tomikiem Černý rok), teraz czuje się już prozaiczką. W Czechach kilka tygodni temu ukazała się jej kolejna powieść, Ke dnu, w której autorka wykorzystuje raz jeszcze fikcyjną przestrzeń zaprezentowaną w swoim debiucie, a także wraca do kilku znanych już bohaterów.

Poza tym podobno w jej szufladach zalega jeszcze wiele spisanych historii. I są wśród nich nawet rzeczy humorystyczne (sic!); być może, jak mówi, kiedyś wyda je pod innym pseudonimem. Jest również opowieść o kobiecie z południowoczeskiej wioski, która postanawia odwiedzić Karla Gotta… Tej jednak prawdopodobnie nigdy nie ujrzymy w druku. Jak bowiem mówi autorka, nie chce czymś urazić Gotta :). Wracając jednak do najbliższej przyszłości...

Premiera W ciemność – dokładnie za tydzień, 30 września. Spodziewajcie się recenzji! Książka ukaże się pod patronatem Literackich skarbów świata całego.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
http://kulturio.cz/rozhovor-autorske-cteni-anna-bolava/
http://itvar.cz/rychle-a-beze-svedku/
http://d-dur.rozhlas.cz/liberatura-s-annou-bolavou-o-silenstvi-sberu-bylin-a-samote-5235963/
http://www.literarky.cz/literatura/222-literatura/24402-anna-bolava-spravna-kniha-musi-zabolet-postavy-tenae-i-autora
https://www.respekt.cz/tydenik/2015/22/bylinne-srdce-temnoty

Ilustracje:
[1] zdjęcie Anny Bolavej ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl
[2] okładka czeskiego wydania Do tmy ze strony wydawnictwa Odeon / www.odeon-knihy.cz
[3] okładka czeskiego wydania Ke dnu ze strony wydawnictwa Odeon / www.odeon-knihy.cz
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl

niedziela, 17 września 2017

Smutno, lecz z uśmiechem o Petrze Šabachu


Tekst, który czytacie, powstał z potrzeby serca po dzisiejszej nieoczekiwanej wiadomości – nie żyje Petr Šabach. I choć podejrzewam, że on sam do wszelkich możliwych pomników miał stosunek podobny jak Hrabal, który zażyczył sobie tablicy na wysokości, gdzie sikają psy, pomyślałam, że mimo wszystko na tekst-pomnik zasłużył. Pomniczek chociaż. I oto on.

Od Hrabala też się to wszystko u mnie zaczęło. „Podobno Petr Šabach pisze jak Hrabal” – doniósł znajomy, a że było to akurat krótko po wydaniu pierwszego polskiego przekładu Šabacha, Gówno się pali, książkę nabyłam. (Nie ukrywam, że kontrowersyjny tytuł był również wabikiem – jak to dobrze, że autor się uparł i nie zgodził się na jakąś banalną Wodę z sokiem!).

To Gówno mnie urzekło – jak bardzo, możecie przeczytać tutaj. Prostotą mówienia o relacjach damsko-męskich, pogodą ducha, ciepłem. Klimat opowieści może i był trochę hrabalowski, ale Šabach podbił moje serce przede wszystkim jako Šabach, bo mimo wszelkich porównań ma jednak własne tematy i swój własny, niepowtarzalny styl. Miał. (Wciąż samą siebie muszę poprawiać).

Tak urzeczona, postanowiłam wybrać się na spotkanie z autorem w krakowskiej Księgarni pod Globusem. To był mój pierwszy rok na filologii czeskiej, poszłam z koleżanką z roku. Spotkanie było kameralne, bo mało kto jeszcze wtedy Šabacha w Polsce znał. Wszyscy dostaliśmy na wstępie po Gambrinusie, a potem Šabach zaczął gadać, i tak gadał i gadał przez ponad dwie godziny (bez prowadzącego!). O czym? Możecie poczytać tutaj. Wyszłam szczęśliwa, bo okazało się, że Šabacha nie tylko czyta się miło, ale również słucha. I dostałam autograf z kwiatuszkiem.

Drugą jego książkę wydaną po polsku wygrałam w konkursie (tu znów w historię wcina się Hrabal, bo pytanie konkursowe było o ulubionego czeskiego pisarza – opisałam, rzecz jasna, Sami Wiecie Kogo). Było to Masłem do dołu, które mnie dla odmiany rozczarowało. Šabach balansował tu, jak zresztą w każdej swojej książce, na granicy komizmu i tragizmu, i akurat w tym wypadku połączenie tych dwóch elementów wydało mi się zbyt grubymi nićmi szyte – więcej tutaj. Do dziś to moja najmniej ulubiona jego książka, ale są i tacy ;), których z kolei urzekła najbardziej ze wszystkich.

Później przyszedł czas na dowcipne Podróże konika morskiego, upatrzone od czasu wspomnianego spotkania z Šabachem, na którym opowiadał o swoich perypetiach w roli ojca na pełen etat, a następnie na Pijane banany, czyli szaleństwa młodości w latach 80. Aż wreszcie wydany po polsku kilka miesięcy temu Dowód osobisty – lekki, a zarazem ciężki, jak dobre piwo. I tak samo gorzki.

W międzyczasie było kolejne spotkanie z Šabachem, na Festiwalu Conrada, i tym razem byłam trochę bliżej – miałam okazję wymienić z nim kilka zdań, a nawet, jako pomoc organizacyjna, skoczyć mu po piwo do Piwnicy pod Baranami ;). Wciąż wspominam tamto popołudnie z wielkim uśmiechem – cała sala pełna, wszyscy już czekają, a on spokojnie dopija sobie piwko na dziedzińcu, a później, jak gdyby nigdy nic, krokiem lekko chwiejnym idzie jeszcze do łazienki i wyciąga grzebień. Wszak trzeba się zaprezentować godnie festiwalowej publiczności ;). O samym spotkaniu pisałam tutaj.

Gdzieś po drodze oglądałam też filmy na podstawie prozy Šabacha, których jest sporo, i o których chciałabym napisać dłuższy tekst – może teraz wreszcie to zrobię. Wszystkie łączy jedno – są zabawne, ale podszyte smutkiem (często z powodu smutnych czasów, w których bohaterowie żyją). Ta ich ciepła melancholia, zgaszony uśmiech, to również klimat jego książek, które nie są oderwane od szarej rzeczywistości, przeciwnie, ale humorem trochę ją oswajają.

Teraz odkrywam, że odejście Šabacha również wprawia mnie w podobny nastrój – jest mi smutno, bardzo smutno, ale przypominam go sobie, jego książki, spotkania, rozmowy, i mimo wszystko się uśmiecham. Coś jest w tym z magicznej sztuczki, której mu zazdroszczę – bo to chyba sztuka, pozostawić po sobie uśmiech? Kto z nas by tego nie chciał?

Żegnam więc Petra Šabacha z uśmiechem. Oby tam, gdzie jest, nigdy nie zabrakło zimnego piwa :)

P.S. Na koniec dziękuję wydawnictwu Afera. Za to, że przedstawiło Šabacha nie tylko mnie, ale i tysiącom polskich czytelników. I składam wyrazy współczucia – bo wiem, że dla nich był kimś więcej niż tylko jednym z autorów.

Fot. wydawnictwo Paseka / facebook.com/pasekanakladatelstvi

piątek, 15 września 2017

Prowansalski koniec lata – „Narodziny dnia”, Colette

Jakoś tak na przełomie sierpnia i września przychodzi czas, o którym mówię „zmęczone lato”. Światło się zmienia, niebo staje się trochę wyblakłe, jak na starej pocztówce, promienie słońca padają pod wieczór już pod innym kątem. Robi się cicho. Właśnie o tym czasie pisze Colette w Narodzinach dnia.

I to podwójnie, bo sceneria idealnie odpowiada stanowi ducha bohaterki. Kończy się nie tylko lato na francuskiej Prowansji, ale i lato życia narratorki, alter ego („model”, jak sama pisze) samej Colette. Zmęczona pełną burzliwych romansów młodością, kobieta zaszywa się w swoim nadmorskim domu w towarzystwie ukochanych zwierząt, a na miłości i miłostki, „jeden z największych banałów istnienia”, patrzy już tylko z dobrotliwym uśmieszkiem.
„Drugie nakrycie... Niewiele zajmuje teraz miejsca: zielony talerz, stary kieliszek z grubego szkła, trochę mętnego. Jeśli dam znak, by sprzątnięto to na zawsze, żaden złowieszczy powiew nie zerwie się nagle na horyzoncie, nie zjeży mi włosów i nie sprawi – jak to bywało – że całe moje życie obróci się w inną stronę. Jeśli to nakrycie zniknie z mego stołu i tak nadal będę jadła z apetytem” (s. 10).
Dopiero teraz dostrzega piękno przyrody, które ją otacza, pisze o wietrze i o morzu, zachwyca się gracją swojej kotki, czerpie przyjemność z prac w ogrodzie. W zasadzie z takich opisów, sensualnych, barwnych, pobudzających wyobraźnię, składa się cała ta książka. I dlatego trudno o niej pisać inaczej niż litanią cytatów.
„Jakąż piękną mamy porę, mój mały! Posłuchaj tego fa, którym dźwięczy hydroplan, posłuchaj łagodnego wiatru płynącego wysoko, od północnego wschodu, wciągnij powietrze, czujesz, jak pachną sosny i mięta rosnąca koło słonego jeziorka, ten zapach domaga się, by go wpuścić, jak kotka” (s. 76).
Narratorka powieści Colette cieszy się z drobnostek, których kiedyś nie zauważała, zaabsorbowana własnymi miłosnymi dramatami. Dopiero teraz ma w sobie wystarczająco dużo spokoju i cierpliwości, by niczym jej matka, jej dobry duch i wzór, wyczekiwać zakwitnięcia ukochanej rośliny, i aby przedkładać ciche narodziny dnia nad malownicze, efektowne wieczory.
„Dopiero moim dojrzałym latom te dobra były pisane. Moja kanciasta młodość pokaleczyłaby się o cienkie, odstające blaszki naszywanych dżetami skał, o dwudzielne igły sosen, o agawy, o kolce jeżowców, o gorzkie, żywiczne posłonki i o figowce, których liście przypominają od spodu język dzikiego zwierzęcia. Cóż to za niezwykła kraina!” (s. 12).
Dojrzała. Potrafi wyrzekać się uczuciowych kaprysów i trzeźwo oceniać sytuację. Tę równowagę burzy na chwilę Vial – młody, przystojny i zapatrzony w nią jak w obrazek. Bohaterka tłumi jednak nieśmiałe porywy serca, stwierdzając, że „ten chłopiec tak przystojny, którego piękna, opalona skóra tak ciasno opina zgrabną sylwetkę, tworzy, mimo jasnego ubrania, bardzo ciemną plamę na tle mego domostwa, różowej ściany, bodziszków, róż rajskich i dalii…” (s. 65). I uspokaja samą siebie: „No, no, serce… bądź cicho… odpoczniemy teraz” (s. 27).

Colette w roku 1932,
pięć lat po Narodzinach dnia.
Ciekawe są jej refleksje na temat szczęścia, miłości, małżeństwa. „Wszystko byłoby lepsze niż małżeństwo” – to słowa jej matki, ale i sama narratorka gardzi uczuciową stabilizacją, wieloletnim przywiązaniem, „poczciwym, malutkim szczęściątkiem”. Ze zgrozą pisze o kobietach, mężatkach nawet, które „zabierają ze sobą do grobu zatwardziałą cnotliwość starych panien”. Może być tylko wszystko albo nic – szaleństwo uczuć albo cicha samotność.

Jest w tym jednak jakiś paradoks, jakiś zgrzyt. Spomiędzy linijek wyziera smutek, który zdradza, że bohaterka nie do końca jest szczęśliwa na drodze, którą wybrała, i że wytrwanie na niej nie jest wcale takie proste. Bo pisze przecież: „Moja pogoda, wypracowana, a nie samorzutna, ma nie tyle sztuczne, co uznojone oblicze rzeczy budowanych zbyt pracowicie. Miałabym ochotę zawołać do niej: «Podpij sobie trochę! Nie tak sztywno!», gdybym była pewna, że upije się na wesoło” (s. 105). A gdy sprawa z Vialem jest już zamknięta, gdy serce przechodzi na powrót w stan spoczynku, zostaje jednak jakiś żal: „Wystarczy poczekać, by powrócił rytm na jakiś czas przerwany. Poczekać, poczekać… Tego da się nauczyć w dobrej szkole, w której uczą także, jak odchodzić z najwyższą elegancją, z niedościgłym szykiem…” (s. 113).

Te subtelności intrygują. Tak piękną, delikatną kreską wszystko w tej powieści jest rysowane – czy to uczuciowe niuanse, czy zmęczone lato Prowansji (kiedyś tam pojadę o tej porze roku!) z jego barwami, dźwiękami, zapachami. Nie czyta się Narodzin dnia lekko, bo wymagają nastrojenia się na pewną artystyczną „częstotliwość”. Ale gdy już się to uda, lektura staje się prawdziwą przyjemnością.
„Ale ty niejeden już najazd przeżyłaś. Porzucą cię ci, których znęciły tu obietnice jakiegoś kasyna, hotelu czy widokówki. Uciekną spieczeni, pokąsani wiatrem białym od pyłu. Ty zaś zatrzymaj tych swoich kochanków, co piją wodę z dzbana i wytrawne wino dojrzewające w piasku; tych, co nabożnie leją oliwę i odwracają, przechodząc, głowę od poćwiartowanych mięs; tych, co wstają rano, a wieczorem, już w łóżku, kołyszą się w rytm urywanego oddechu stateczków, gdy inni zabawiają się na nich w porcie; zatrzymaj mnie także...” (s. 13).
***
Cytaty: Colette, Narodziny dnia, przeł. Krystyna Dolatowska, wyd. PIW, Warszawa 1975.

Za inspirację lekturową dziękuję Zacofanemu w lekturze. Zobaczcie, jak on ubrał w słowa swoje wrażenia z lektury tej książki!

Poza tym polecam też wywiad z tłumaczką twórczości Colette i jej biografii, Katarzyną Bartkiewicz, który ukazał się w „Dwutygodniku”. Pani Bartkiewicz opowiada tu trochę o tym, jaka naprawdę była Colette i co ją w życiu ukształtowało (kilkukrotnie cytując właśnie Narodziny dnia).

Ilustracje:
[1] djedj / pixabay.com,
[2] Agence de presse Mondial Photo-Presse / Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne.