niedziela, 23 grudnia 2018

Wesołych – bez udawania – Świąt!

„A teraz zbliżało się Boże Narodzenie i Biront szczerze nie znosił tego okresu (...); całej tej niepotrzebnej parady na mrozie i w rozdeptanym śniegu, tej udawanej, głupiej wesołości, tych wszystkich jabłek w cukrze, ciast, pieczonych kapłonów i tak wyschniętych gęsi, że wprost nie dało się ich ugryźć, i jeszcze tych szopek z wosku, ozdobionych mchem, sianem i papierowymi kwiatami, tego święcenia wszystkiego, co się da, w bożonarodzeniowy ranek (...). Nie znosił tego niekończącego się oczekiwania na odwieczny cud, który i tak nigdy nie nadchodzi i wszyscy – mimo całego zamieszania i wydatków – pozostają na kolejny rok tak samo żałośni i nieszczęśliwi jak do tej pory”.
Kristina Sabaliauskaitė, Silva Rerum, przeł. Izabela Korybut-Daszkiewicz, wyd. Znak, Kraków 2015.

***
W tym roku życzę Wam, żeby mimo wszystkich smutków i zwątpienia Święta nie były jednak paradą udawanej wesołości, ale czymś więcej. Żeby dostarczyły prawdziwych powodów do uśmiechu. Do łez ewentualnie też, ale tylko tych wzruszenia. Wesołych Świąt! 

Fot. Couleur / pixabay.com

czwartek, 20 grudnia 2018

Metro, duchy i traumy – relacja ze spotkania „Berlin pisarzy” (10.12.2018)

Od lewej: prowadząca Karolina Ćwiek-Rogalska, Brygida Helbig, Jaroslav Rudiš i tłumacz Maciej Mętrak.
Co łączy bohaterów powieści Jaroslava Rudiša i Brygidy Helbig? Dlaczego Rudiš woli komunikację publiczną od samochodu, metro jest metaforą życia, a czeski Liberec – metaforą całych Czech? O tym między innymi mowa była na zeszłotygodniowym spotkaniu w Warszawie z udziałem polskiej pisarki i czeskiego pisarza mieszkających w Niemczech.

Na pierwsze pytanie odpowiem od razu – jak wytropiła prowadząca spotkanie dr Karolina Ćwiek-Rogalska – bohaterowie powieści obydwu zaproszonych gości słuchają NRD-owskiego rocka :). Za to samych pisarzy łączą również w pewnym stopniu doświadczenia, umiejscowienie akcji swoich powieści na pograniczu oraz… osobliwa fascynacja metrem. Zaproszenie ich na wspólną dyskusję okazało się więc bardzo uzasadnione!

Obydwoje przyznali, że po przyjeździe do Berlina byli przytłoczeni tym ogromnym miastem. Według Rudiša jednak przy całym swoim ogromie było fascynujące, jak wszystkie kulturowe tygle. Szczególnie dużo uwagi goście poświęci berlińskiemu metru, i w ogóle samemu zjawisku metra – symbolowi podświadomości, „metaforze życia”, jak je nazwała Helbig, „czymś w centrum, a zarazem na obrzeżach”, jak je określiła prowadząca, temu zamkniętemu światu, w którym można spędzić cały dzień, jak stwierdził Rudiš. I przyznał, że zdarzyło mu się właśnie w taki sposób zbierać materiały do swoich książek – jeżdżąc metrem i przysłuchując się rozmowom.

Rudiš zresztą dał się poznać na spotkaniu jako wielki miłości komunikacji miejskiej (co zresztą widać w jego utworach, jak choćby w Aloisie Neblu czy w Ciszy w Pradze). Z sentymentem wspominał także pewną noc, kiedy zapomniał kluczy do mieszkania i aż do rana jeździł nocnymi tramwajami w towarzystwie trzech bezdomnych. Jego zdaniem podróżowanie w ten sposób przynosi dużo więcej wrażeń i jest dużo bardziej inspirujące niż nudne przemieszczanie się samochodem. Brygida Helbig nawiązała do tego stwierdzenia, wspominając z kolei swoje podróże pociągiem z Berlina do Szczecina, gdzie spotykała panie pracujące jako pomoc domowa w Niemczech, i od których słyszała zawsze mnóstwo niezwykłych historii. Ze smutkiem też zauważyła, że na podobne atrakcje nie mogła liczyć w pociągu relacji Berlin-Warszawa, wypełnionym zwykle pasażerami ukrytymi za swoimi laptopami. Historię zakończyła wnioskiem, że ludzie „z nizin” są dużo bardziej otwarci niż ci wykształceni i zamożni.
Aktorka Maria Maj czyta fragmenty książek gości spotkania.
Przy okazji metra i podświadomości pojawił się również wątek duchów i traum. Rudiš wspominał rozmowę w žižkovskiej knajpie „U Vystřelenýho oka” z pewnym maszynistą, który zwierzył mu się, że do dziś widzi oczy samobójców, którzy rzucali się pod jego pociąg. Oprócz traum osobistych mowa była jednak również o traumach historycznych, o śladach wojennych kul, jakie jeszcze dziesięć lat temu można było znaleźć na prowincjonalnych stacjach, i o wypieraniu niewygodnej historii, co jest poważnym problemem Czechów.

Czuć to oczywiście szczególnie na pograniczu, które w twórczości obydwu zaproszonych gości, także ze względu na ich życie „pomiędzy” dwoma krajami, zajmuje wyjątkowe miejsce (i to zarówno w ujęciu geograficznym, tożsamościowym, jak i językowym – Rudiš oznajmił, że na wiosnę wyjdzie pierwsza jego książka napisana po niemiecku). Jako przykład czeski pisarz podał Liberec, sportretowany przez niego w Grandhotelu; we wspomnianej książce po niemiecku autor wraca do tego pogranicznego miasta, szczególną uwagę poświęcając tamtejszemu krematorium, które ma długą, fascynującą i na wiele sposobów symboliczną historię. Według Rudiša równeż ciasny, położony w kotlinie pośród gór Liberec jest trochę metaforą całych Czech.

W geografii zresztą pisarz dopatruje się genezy wielu narodowych cech. Jego zdaniem to dzięki dostępowi do morza tak łatwo jest nam ruszyć w świat i „wszędzie nas pełno”, podczas gdy przeciętny Czech nigdy nigdzie nie był i nie czuje takiej potrzeby, bo przecież nigdzie nie jest tak pięknie jak w domu i nigdzie na świecie nie ma lepszego piwa :).

Wracając jeszcze na chwilę do pogranicza, a także do wypierania trudnej historii – prowadząca i jej goście zwrócili uwagę na dysproporcje w pisaniu o ziemiach odzyskanych w Polsce i w Czechach. W Czechach jest to temat często poruszany, „modny”, ale przede wszystkim ważny, jak zauważył Rudiš, bo odcinając się od niemieckich kart swojej historii, Czesi odcinają się zarazem od swoich korzeni. W literaturze polskiej natomiast temat polsko-niemieckiego pogranicza nie pojawia się zbyt często; miał swój czas, jak zauważyła Helbig, przywołując nazwiska Chwina, Iwasiów i Tokarczuk, jednak w ostatnim czasie zniknął, co pisarka uzasadnia silną centralizacją produkcji literackiej w Polsce. Popularne są co prawda książki Stasiuka o pograniczu wschodnim, tu jednak, jak ostatecznie stwierdzono, w grę wchodzi wielki mit kresów.

W czasie na pytania publiczności z ciekawości pociągnęłam temat książki Rudiša napisanej po niemiecku – czy to znaczy, że zamierza na dobre porzucić czeski? Autor odparł jednak, że nie, że chciałby tworzyć w obydwu językach, a tę właśnie historię, zainspirowaną postacią jego niemieckiego znajomego, od początku „wymyślił” po niemiecku, i choć próbował pisać ją w ojczystym języku, po prostu nie potrafił. Dodał, że nie wie jeszcze, w jaki sposób powstanie czeskie wydanie tej książki, ale prawdopodobnie nie będzie próbował sam stworzyć czeskiej wersji – zbyt silna byłaby bowiem pokusa zmian i poprawiania – i odda raczej powieść w ręce czeskiej tłumaczki. Jak widać więc, tworzenie na pograniczu dwóch światów skutkuje czasem nieoczekiwanymi – także językowymi – komplikacjami :).
A tu już ja, nieomalże miłość wyznająca. Moment uchwyciła Asia z bloga Jeden akapit :).
Spotkanie „Berlin pisarzy” w ramach polsko-czeskich dni kultury odbyło się 10 grudnia w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie.

piątek, 14 grudnia 2018

Przełomowe opowieści nie powstają przy wegańskim toście. Wywiad z Bianką Bellovą

Fot. Marta Režová
Choć Bianca Bellová wywiadów udziela niechętnie, zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Postanowiłam odejść od wątków, które zwykle poruszają jej rozmówcy, i nie pytać o inspirację dla napisania Jeziora, o bułgarskie korzenie i brytyjskiego męża, a skupić się na tym, po jakie książki sięga sama autorka. Z wywiadu dowiecie się więc, co sądzi o Bukowskim, Kerouacu i czeskich klasykach, ale też dlaczego jej zdaniem pisarz jest jak indiański tropiciel i których sławnych ludzi widziałaby chętnie u siebie na proszonej kolacji.

Czy jako dziecko czytała pani baśnie braci Grimm? Pytam, bo w polskich recenzjach pojawiło się kilka razy stwierdzenie, że Jezioro to coś w rodzaju okrutnej baśni.

Ciekawe spostrzeżenie, nie spotkałam się z nim wcześniej. Ale trafne, Jezioro to rzeczywiście trochę bajkowa historia. Nie jestem pewna, czy czytałam akurat braci Grimm, ale większość bajek i baśni w naszej części świata czerpie z ich twórczości. Dużo w nich okrucieństwa i krwi. Bo czym właściwie są baśnie? To mity, za pośrednictwem których kultura przekazuje i pielęgnuje nakazy moralne lub zasady mające nas chronić. Otworzysz obcemu drzwi, gdy rodziców nie będzie w domu? Porwie cię wilk albo złe duszki. Okażesz szacunek staremu człowiekowi? Nagrodzi cię magicznym zaklęciem albo przedmiotem. Nie okażesz? Przytrafi ci się coś złego. Jeśli więc ktoś chce widzieć w moim Jeziorze baśń, oczywiście może. To tylko współczesne bajki są pełne radości, pięknych księżniczek i happy endów. A czytała pani może baśnie bałkańskie? Albo rosyjskie byliny? Bajki japońskie? Tyle tam okrucieństwa, że po lekturze można wylądować u psychoterapeuty.

Przejdę teraz do trochę innej literatury (ale tylko trochę innej). Jako wielka fanka Bukowskiego nie mogłabym o to nie spytać: jak zaczęła się u pani przygoda z jego twórczością? Od wierszy czy od prozy? Czym panią tak urzekł?

Zdradzić pani ciekawostkę? Czeski tłumacz Bukowskiego, Bob Hýsek, twierdzi, że „Charles Bukowski to stary ostrawski chachar”, że urodził się we wsi Pazderna w regionie Frýdka-Místka, czyli na pograniczu czesko-polskim. :)

Z twórczością Bukowskiego zetknęłam się dość późno, jakoś w 1990. Koleżanka z redakcji czasopisma studenckiego, w którym również działałam, była wcześniej w Stanach i po powrocie przełożyła kilka jego wierszy. Wcześniej w ogóle o nim nie słyszałam. Właściwie nie wiem, czy to kwestia mojej ignorancji, czy po prostu nie był u nas wcześniej publikowany.

Jeśli chodzi o jego twórczość, nie rozgraniczam za bardzo poezji i prozy, jego wiersze to w zasadzie bardzo skoncentrowana proza, takie mikroopowiadania pisane wierszem wolnym. Według mnie jest kilka rzeczy, które wyróżniają Hanka i sprawiają, że jest pisarzem wyjątkowym: z filmu, który bez przerwy przewija się nam przed oczami, i który nazywa się życie, jest w stanie wychwycić to, co najistotniejsze, odrzucić zbędny balast i odkryć fundamenty, nawet jeśli są nimi ledwie cztery zdania. Nie znam autora, który z podobną przenikliwością opisywałby rzeczy, związki międzyludzkie czy środowiska, i odkrywał dokładnie to, co jest w nich najważniejsze. Jednocześnie jest w tym wszystkim bardzo autentyczny, ma do siebie dystans, gardzi wszystkim, co powierzchowne i nadęte. Nie sądzę jednak, by zawdzięczał to tylko wyjątkowemu talentowi, to efekt tego, przez co w życiu przeszedł, a w kontekście pisania takie doświadczenia są bezcenne. Przełomowe opowieści nie mogą powstawać w wygodnym wnętrzu hipsterskiej kawiarni, przy wegańskim toście.

Na marginesie – polecam nagrania, na których Bukowski czyta własną poezję. Niespecjalnie za tym przepadał, jeździł na podobne spotkania właściwie tylko ze względu na honoraria. Przez ostatnie czternaście lat swojego życia, kiedy zdążył co nieco zarobić i odłożyć, nie czytał już wcale. Każde jego wystąpienie miało jednak w sobie coś z występu artystycznego – przychodził, czytał kilka wierszy, a w międzyczasie wypijał ogromne ilości wina, wypalał mnóstwo papierosów, bez przerwy obrażał publiczność i rzucał dowcipy, które najbardziej bawiły jego samego. I ci zdezorientowani i zachwyceni zarazem widzowie, którzy na wszelki wypadek nerwowo śmieją się ze wszystkiego.

W jednym z wywiadów powiedziała pani też, że jednym z autorów życia był dla pani Jack Kerouac. Czy literatura amerykańska jest dla pani szczególnie ważna, sięga pani po nią chętniej niż po inne? Dodam od siebie, że świat odmalowany w Jeziorze przypominał mi też powieści Cormaca McCarthy’ego.

Ale On the road to chyba książka ważna dla każdego, prawda? Nie sądzę, żebym wolała literaturę konkretnego kraju od innych, tę anglo-amerykańską po prostu najlepiej znam. Wystarczy spojrzeć na mapę Stanów Zjednoczonych, żeby zrozumieć, że geografia w dużym stopniu determinuje charakter americanów – czy chodzi o film, muzykę czy literaturę. W tym kraju po prostu nie da się nie podróżować, a droga jest zawsze długa i pełna przygód. W Europie Środkowej nie mamy do czynienia z tak wielkimi odległościami, a ludzie niezrównoważeni psychicznie zwykle siedzą zamknięci w szpitalach. Naturalne więc, że Ameryka może nas fascynować.

Gdzieś wyczytałam, że zaczęła pani pisać, bo czytała pani opowiadania publikowane w gazetach i wydawały się pani głupie. To też zresztą trochę brzmi jak przypadek Bukowskiego :). Czy ta motywacja do pisania towarzyszy pani do dziś? Czy zależy pani, żeby tworzyć coś „innego”, bardziej oryginalnego? Moim zdaniem Jezioro jest taką książką – niepodobną do niczego, co powstaje dziś w czeskiej literaturze.

To nie do końca było tak, raczej nie odważyłabym się oceniać w ten sposób wszystkiego, co dziś powstaje. Mówiłam wtedy o konkretnym czeskim dzienniku, w którym pewnego lata cyklicznie ukazywały się opowiadania pisane przez kobiety, ale naprawdę marnej jakości. To mnie skłoniło, żeby usiąść, napisać własne opowiadanie i wysłać je do redakcji. Co prawda nigdy go nie wydrukowali, ale był to przysłowiowy pierwszy kroczek na drodze do bycia publikowaną autorką. Nigdy nie miałam poczucia, że muszę pisać, bo potrafię to robić lepiej niż inni (a gdybym nawet miała, nigdy bym się do tego na głos nie przyznała ;) ).

Do pisania motywuje mnie raczej przekonanie, że nie powinno się marnować talentów od Boga. Że za takie zaniedbania powinno się dostawać w pysk na łożu śmierci. Nie chodzi o sukcesy i popularność, ale o przekraczanie granic własnego lenistwa i mierzenie się z inspiracjami najlepiej jak potrafimy. Jeśli do tego znajdzie się jakiś czytelnik, słuchacz, widz, który doceni nasze działania – dostajemy miły bonus.

Myślę jednak, że motywacją do tworzenia raczej nie są inni ludzie – ani inni autorzy, ani recenzenci, nawet czytelnicy. Twórca jest czymś na kształt indiańskiego tropiciela, który samotnie idzie po śladach, i tylko on ostatecznie odkryje, czy dokądś prowadzą, czy przez cały czas szedł za umierającym zwierzęciem. W pierwszym przypadku może potem pokazać ścieżkę reszcie swojego plemienia – ale nigdy nie ma pewności, że ktoś go za to pochwali. Nie potrafię ocenić, czy rzeczywiście piszę inaczej, niż inni, piszę po prostu tak, jak umiem.

Niektórzy polscy recenzenci dostrzegają w pani książce hołd dla Oty Pavla, Bohumila Hrabala i Josefa Škvoreckiego. Jaki ma pani stosunek do tych klasyków? Czy zgadza się pani, że młodzi czescy pisarze powinni „wygrzebać się z Hrabala”, jak powiedział kiedyś Marek Šindelka? :)

Nie wiem, nie czytałam tych recenzji, Hrabala lubię, dwóch pozostałych również, choć nie są już tak charakterystyczni. Na pewno jednak nie uważam, że tworzący dziś czescy autorzy ugrzęźli w jakimś hrabalizmie. Problem raczej w tym, że wszędzie za granicą literatura czeska jest kojarzona wyłącznie z Hrabalem i Kunderą, czasem pada też nazwisko Hašek. Rozumiem, że recenzenci potrzebują porównań, ale to akurat nie wydaje mi się do końca trafne.

Na koniec jeszcze pytanie-bonus. Jako patron medialny pani książki zorganizowałam konkurs, którego uczestnicy musieli wymyślić pytanie, jakie chcieliby pani zadać. Wygrało m.in. to: Gdyby urządzała pani proszoną kolację i mogła zaprosić cztery sławne osoby – obojętnie, żyjące czy nie – które miały wpływ na pani postrzeganie świata, karierę oraz życie, kogo by pani zaprosiła?

To świetne pytanie, dziękuję.

Właściwie zastanawiałam się nad czymś podobnym już wcześniej – lubię gotować i lubię rozmowy w kameralnym gronie, więc często zapraszam przyjaciół na kolację. Raz zaprosiłam Dylana Morana, kiedy był na występach w Pradze, obiecywałam mu, że przygotuję pieczonego kurczaka nadziewanego tortem, według jego przepisu, ale ten łotr nawet nie odpowiedział na moje zaproszenie.

Dalej: oczywiście Charlesa Bukowskiego, choć trochę bym się stresowała, że odleje mi się do doniczki. Davida Bowiego, Woody’ego Allena, Tildę Swinton, Johna Hurta – ale to już jest szóstka. W każdym razie byłoby to piękne i dosyć neurotyczne towarzystwo.

Rzeczywiście, byłaby to na pewno niezapomniana kolacja :). Dziękuję za rozmowę!

Tłumaczenie: Anna Maślanka. Za redakcję bardzo dziękuję Julii Różewicz!

Zachęcam też do lektury recenzji Jeziora.

środa, 12 grudnia 2018

Uczucia pod pokrywką – „Krzycz po cichu, braciszku”, Ivona Březinová [patronat]

„Przynajmniej krzycz po cichu, braciszku. Proszę. Jeśli musisz, to krzycz, ale po cichu, dobrze?” (s. 183)

Nie ukrywam – o autyzmie nie wiedziałam do tej pory praktycznie nic. Zdawałam sobie sprawę, że życie z autystycznym dzieckiem nie jest łatwe, jednak książka Ivony Březinovej bardzo brutalnie uświadomiła mi, jak ono naprawdę wygląda.

Chodzenie na palcach wokół niego. Nie dosłownie, w przenośni. Żeby tylko nie zdenerwować, żeby tylko nie zrobić czegoś nie tak, nie wybić z rutyny codziennych czynności i zdarzeń. Wszystko może oznaczać katastrofę. Brak rodzynek w kołaczu, kotlet na obiad niewystarczająco okrągły, samochody na parkingu ustawione inaczej niż zwykle. Albo po prostu ktoś próbujący mu zabrać jego pokrywkę.

Co się wtedy dzieje? Przychodzi szał, który trwa czasem całą noc. Wrzask, rzucanie przedmiotami, okaleczanie siebie i innych. Chłopiec z autyzmem nie czuje bólu, bez mrugnięcia okiem wbija sobie ostry odłamek zbitego kubka pod pachę, rzuca się na ściany, walki głową w szczebelki łóżeczka. Tylko że malucha można jeszcze poskromić, ale 14-letniego, silnego chłopca? Przychodzi moment, że staje się zagrożeniem.

A równocześnie jest ta straszna świadomość – przecież on tam gdzieś jest, w środku, ukochany synek, brat. „Pod pokrywką”. Zamknięty jak w klatce, jak pod wpływem złego zaklęcia. Zaklęcie nie pozwala mu widzieć i czuć tak jak inni, nie pozwala mu współczuć, ale przecież, na jakimś głębszym poziomie, chyba czuje, że jest kochany, że komuś na nim zależy – i to właśnie starają się dać Remikowi, autystycznemu bohaterowi Krzycz po cichu, braciszku, jego mama i siostra.

Jak wiele je to kosztuje – wiedzą tylko one. Bo sąsiedzi myślą, że jest po prostu niewychowany, i nasyłają policję. Bo ludzie na ulicy śmieją się i wołają na niego „debil z pokrywką”. Bo nawet babcia, emerytowana nauczycielka, nie potrafi zrozumieć, że tu żadne reprymendy ani lanie nie pomogą. I wreszcie – bo mąż i tata „takiego syna nie chciał”, więc odszedł. Zostały więc we dwie, uzbrojone tylko w swoją rozpaczliwą miłość, miłość, która w strasznych, kryzysowych momentach, zdaje się mimo wszystko nie wystarczać.

Na szczęście są też wyjątki. Pan, który na prośbę Pameli przestawia samochód, żeby nie zaburzać porządku, do którego przywykł Remik. I mówi: „Może kiedyś dla mnie też ktoś przestawi auto. Oczywiście nie dosłownie”. Koleżanka z klasy, która najpierw chciała Remika poderwać, ale gdy zrozumiała, że jest inny, wykazała zaskakująco dużo empatii. I jest jeszcze Patryk, chłopak z klasy z zespołem Aspergera, który nieoczekiwanie okazuje się dla Pameli ucieczką od codziennych problemów. On też codziennie toczy nierówny bój z rzeczywistością, nie rozumie ironii ani sarkazmu, nie wie, co wyrażają twarze ludzi wokół niego – ale tak bardzo się stara.
„Autyści często bywają samotnikami. Ale nie dlatego, że unikają ludzi. Raczej dlatego, że nie potrafią się z nimi porozumiewać. Mimika, gesty, ironia i dowcipy… to wszystko jest dla nich jak sygnały od cywilizacji pozaziemskiej. Nie umieją ich rozszyfrować, a to wywołuje w nich lęk i stres” (s. 97).
Przymykam oko na lekko schematyczne postaci i na pewne nieścisłości, na to, że siostra autystycznego brata nie pojęła od razu, że jej kolega z klasy zachowuje się tak dziwnie, bo też ma lekkie spektrum autyzmu. Przymykam, bo to ważna książka, dzięki której – jeśli wasza wiedza była wcześniej tak samo skąpa jak moja – nigdy nie spojrzycie już na autystyczne dzieci tak jak przedtem. Za to zrozumiecie, jak wielki jest dramat ich i ich rodzin.

***
Cytaty: I. Březinová, Krzycz po cichu, braciszku, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2018.

Zachęcam też do lektury zapowiedzi Krzycz po cichu, braciszku, w której piszę więcej o samej autorce oraz o historii powstania książki.

niedziela, 18 listopada 2018

Powieść pełna ciszy. Czeska zapowiedź: Jiří Hájíček, „Zaklinacz deszczu”

„To moja najbardziej osobista książka” – mówi Jiří Hájíček o powieści Zaklinacz deszczu, której polska premiera już pod koniec miesiąca. Bohaterem jest urzędnik po czterdziestce, który mimo kochającej żony i pięknego mieszkania w centrum Budziejowic czuje się wypalony, cierpi na bezsenność i szuka ucieczki od monotonii codziennego życia.

Według samego Hájíčka Zaklinacz to trochę książka o wieku między 35. a 50. rokiem życia, który dla mężczyzny jest niebezpieczny. Łatwo wtedy wpaść w pułapkę rutyny – człowiek chodzi do pracy, spłaca kredyt hipoteczny, jego życie wydaje mu się jałowe i zaczyna szukać czegoś, co przywróci mu magię czasów młodości. Dlatego Zbyněk, główny bohater powieści, angażuje się w pomoc swojej dawnej miłości w odzyskaniu rodzinnej ziemi. W wywiadach przy okazji publikacji Zaklinacza Hájíček podkreślał, że jego książka to fikcja, jednak rzeczywiście sporo łączy go z bohaterem. Podobnie jak on, pisarz na co dzień pracuje jako urzędnik oraz mieszka w mieście, ale pochodzi z okolic wiejskich, do których wciąż go ciągnie.

To napięcie między miastem a wsią to częsty motyw twórczości Hájíčka, ważny dla niego również osobiście. Jak przyznaje, ze względów praktycznych wybrał mieszkanie w mieście, ale tęskni za prostotą i leniwym rytmem wiejskiego życia. Z lekką zazdrością śledził poczynania swojego przyjaciela, który sprzedał wszystko i żyje teraz w przyczepie na łonie natury, jednak on sam nie czuje się już na siłach na takie szaleństwo – potrzebuje łazienki i wygodnego łóżka. Tym tęsknotom daje za to wyraz w swoich książkach, w Zaklinaczu na przykład pisząc o „Indianach”, którzy rozbijają obozowisko na łące Zbyńka.

Nie bez przyczyny też we wszystkich swoich książkach Hájíček wraca do południowych Czech. To region, z którym jest związany przez całe życie i choć chętnie podróżuje, nie wyobraża sobie mieszkania gdzie indziej. Uważa siebie za lokalnego patriotę i lubi też książki o lokalnym kolorycie, takie jak pisane przez Otę Pavla opowieści znad Berounki czy – z obcego podwórka – opowiadania Flannery O’Connor czy Trumana Capote’a o amerykańskim Południu. I odwrotnie, nie jest fanem pojęć takich jak „globalizacja” i nie potrafiłby z pewnością napisać czy „powieści globalnej” czy choćby „europowieści”. W swojej małej ojczyźnie czuje się najlepiej.

W jaki sposób lokalność przejawia się w jego książkach, oprócz tego, że pisze o miejscach, które dobrze zna? Na to pytanie odpowiada, odwołując się do stereotypu „rybiej krwi” – przekonania, że mieszkańcy południowych Czech są zimni i zamknięci w sobie. I opowiada historię usłyszaną niegdyś od swojej koleżanki. Podróżując po tej części kraju wzięła kiedyś autostopowicza. W odróżnieniu od innych osób łapiących okazję, nie czuł się w obowiązku zabawiać jej rozmową – przez całą drogę wyglądał tylko przez okno i patrzył na widoki. „Jego milczenie przypominało mi twoje książki” – skwitowała koleżanka. Jej słowa dały Hájíčkowi do myślenia: w jaki sposób czyjeś milczenie może przypominać książki, które, jako pełne słów, są przecież przeciwieństwem milczenia? Doszedł w końcu do wniosku, że cisza pozostaje między linijkami. I że ta cisza – to dla niego dom.

Jeśli więc jesteście ciekawi, jak wygląda powieść pełna ciszy, zapraszam do lektury Zaklinacza deszczu w przekładzie Doroty Dobrew. Premiera książki – pod Skarbowym patronatem i z moim blurbem – już 29 listopada.

A o poprzedniej wydanej po polsku książce Hájíčka, Rybiej krwi, przeczytacie tutaj.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
http://ceskobudejovicky.denik.cz/kultura_region/na-jiriho-hajicka-stali-frontu-podepisoval-se-skoro-hodinu-20161018.html
http://nakladatelstvi.hostbrno.cz/download/recenze-pdf/EG40_06-11_rozhovor-Hajicek.pdf
http://nakladatelstvi.hostbrno.cz/download/recenze-pdf/Hajicek-rozhovorLN.pdf
http://nakladatelstvi.hostbrno.cz/download/recenze-pdf/hajicek.pdf
http://kultura.zpravy.idnes.cz/destova-hul-recenze-04b-/literatura.aspx?c=A161111_124138_literatura_ts

Ilustracje:
[1] Jakub Stadler / Wikimedia Commons
[2] Okładka czeskiego wydania książki ze strony wyd. Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[3] Okładka polskiego wydania książki ze strony wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl

piątek, 16 listopada 2018

Brutalnie i baśniowo – „Jezioro”, Bianca Bellová [patronat]

Jak twierdzi muzyk Jan P. Muchow na okładce czeskiego wydania Jeziora, czytając powieść Bianki Bellovej, z każdą kolejną stroną uświadamiasz sobie, że to jest lepsze, niż jeszcze przed chwilą myślałeś, i dużo bardziej brutalne. Coś w tym jest. Gdy wróciłam teraz do wioski Boros po półtorej roku od pierwszej lektury książki, zaskoczyło mnie, jak bardzo ostra i surowa jest proza Bellovej. Paląca jak wódka, szorstka jak zniszczone dłonie rybaków.

Jezioro zadedykowane jest „ludziom w drodze”. To nie przypadek – zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym takim „człowiekiem w drodze” jest główny bohater powieści, Nami. Chłopak, wychowywany w rybackiej wiosce Boros położonej nad skażonym jeziorem (krajobraz zainspirowany historią Jeziora Aralskiego), wcześnie zostaje pozbawiony opieki bliskich, babci i dziadka, i musi wyruszyć w podróż w poszukiwaniu własnych korzeni i tożsamości. Rusza więc, a jego wyprawa ma w sobie coś baśniowego, bo zawsze w momencie zwrotnym pojawia się ktoś, kto mu, z większą lub mniejszą chęcią, pomaga – a to barmanka z miejscowej speluny, a to młody biznesmen, a to Stara Dama (istne ucieleśnienie dobrej wróżki!).

Bianca Bellová. Fot. Marta Režová
Baśń to jednak okrutna i krwawa. Jej świat jest szaro-rdzawy, rozbrzmiewa strzałami pijanych rosyjskich żołnierzy z pobliskich koszar, zalatuje zatrutymi wodami jeziora i beznadzieją wioski na końcu świata, której mieszkańcom nie zostało już nic prócz gorzały. Bezwzględne rządy sprawuje tu mityczny Duch Jeziora, którego gniew staje się nie tylko wytłumaczeniem dla upośledzeń rodzących się tu dzieci, ale również pretekstem, by dać upust własnej złości. Taka miejscowa wersja linczu – z tego, kto zdaniem mieszkańców dopuścił się przewinienia, składa się ofiarę Duchowi. Duch – to tak naprawdę zło, które kryje się w człowieku.

To też baśń dosadna, naszpikowana wulgaryzmami i wyzwiskami. Styl opowieści doskonale odpowiada surowemu krajobrazowi rybackiej wioski Boros – brak tu stylistycznych ozdobników, zdania są proste, suche, nawet o uczuciach pisze się w sposób bardzo oszczędny. Każde zdanie jest jak cios. I choć jest to uzasadniony zabieg, niektórych może zmęczyć.

Zgodnie z maksymą, że nie liczy się cel, lecz sama droga, ostatecznie nie otrzymujemy jednoznaczniej odpowiedzi na pytanie o korzenie Namiego. W trakcie poszukiwań jednak chłopiec krzepnie i mężnieje, zostaje zmuszony do ciężkiej pracy, doświadcza samotności, straty i rozpaczliwego głodu bliskości, uczy się wrażliwości oraz tego, na czym polega dojrzałe uczucie do kobiety.

Ciekawa jest sama konstrukcja głównego bohatera. Nami nie jest typem grzecznego, potulnego chłopca bez skazy – to pyskaty, zaczepny, pewny siebie smarkacz, silny charakter, jakiego można się spodziewać, biorąc pod uwagę, w jak trudnych warunkach dorastał. Za twarzą wykrzywioną bezczelnym grymasem kryje się jednak wrażliwa natura. To ona sprawia, że łzy cisną mu się do oczu, kiedy Nikitycz po przyjacielsku go przytula, i to za jej sprawą chłopiec brzydzi się Johnnym i innymi uczestnikami masakry na zwierzętach z wyspy (w najmocniejszej chyba scenie książki).
„Pierwszy strzał słychać, zanim ucichnie krzyk generała. Jest zaskakująco celny. Pies ze skomleniem zwala się w błoto. Nami widzi, jak biała sierść nasiąka krwią i ziemistym bagnem. Głowa psa stopniowo zanurza się w błocie, na wierzchu zostają tylko uszy. Z pyska wypływa kilka różowych baniek. Johnny, absolwent University of Houston i pracownik międzynarodowej korporacji, siedzi obok Namiego i przygryza wargi, drżąc z podniecenia. Nami mimowolnie zerka na jego przyrodzenie. Kiedy dostrzega erekcję, robi mu się niedobrze” (s. 123).
Świat przedstawiony przez Biankę Bellovą tylko na pozór różni się od tego, w którym żyjemy my. Tylko na pozór jest bardziej surowy, bezlitosny i pozbawiony perspektyw. Bo źródłem zarówno największego bólu, jak i nadzieją na ocalenie jest zawsze drugi człowiek. Autorka pokazuje, że nasze ucywilizowanie to tylko pozory, że otaczają nas dzikie bestie ubrane w drogie garnitury.

Mimo jednak całego okrucieństwa tej opowieści, przywodzącego mi na myśl brutalne opowiadania Bukowskiego czy powieści Cormaca McCarthy’ego, pojawia się – podobnie jak w utworach wymienionych przeze mnie autorów – jakaś iskierka nadziei. Bo Bellová przekonuje też, że potrzebujemy się nawzajem. Że w każdym zabijace kryje się wrażliwy chłopak, spragniony czułości. I że w nas, ludziach, drzemie wielka siła. „Krok za krokiem, człowiek zawsze się podnosi, nieprawdaż?” (s. 189).

***
B. Bellová, Jezioro, przeł. Anna Radwan-Żbikowska, wyd. Afera, Wrocław 2018.

O baśniowości Jeziora pisała również Karolina z Czepiam się książek. Sprawdźcie też, co mają do powiedzenia o książce autorzy blogów Qbuś pożera książki, Czytelnia osobista, Mniej niż 100 słów, Księgarka na regale, Przeczytałam książkę i Melancholia codzienności. A dla równowagi jedna mniej entuzjastyczna opinia na Jeden akapit:)

Wszystkich zainteresowanych Jeziorem zachęcam do śledzenia Skarbów. W ramach mojego patronowania książce mam jeszcze kilka pomysłów na teksty z nią związane i przynajmniej jeden na pewno zrealizuję!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] zdjęcie autorki ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[3] okładka czeskiego wydania książki ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Afera / www.wydawnictwoafera.pl.

środa, 14 listopada 2018

Inny, czyli gorszy? Czeska zapowiedź: Ivona Březinová, „Krzycz po cichu, braciszku”

Jak widzi świat dziecko z autyzmem? Oczywiście nikt z nas nie zna odpowiedzi na to pytanie, Ivona Březinová zgłębiła jednak temat i podjęła próbę wejścia w skórę kogoś takiego – oraz jego bliskich. Tak powstała powieść Krzycz po cichu, braciszku, która wychodzi właśnie w języku polskim.

Ivona Březinová, fot. Vladimír Havelka
Březinová jest jedną z najpopularniejszych czeskich autorek książek dla dzieci. I jedną z najbardziej pracowitych – lista wydanych przez nią w Czechach tytułów liczy już ponad sto pozycji! Pisarka studiowała historię, później została asystentką na katedrze bohemistyki, ale po urodzeniu córek badanie cudzej twórczości porzuciła na rzecz pisania własnych książek. I to właśnie ze względu na córki pisze dziś przede wszystkim dla dzieci i młodzieży.

Jako autorka tego typu literatury słynie z poruszania trudnych tematów. W wielu jej utworach pojawia się problem inności i wykluczenia (którego nie unika nawet w swoich bajkach – pisała m.in. o niebieskim niedźwiadku, który urodził się w rodzinie zwykłych niedźwiedzi), a także chorób i upośledzeń. Niektóre z jej książek o podobnej tematyce powstają we współpracy z czeskimi fundacjami i organizacjami poświęconymi osobom chorym i niepełnosprawnym.

Tak było również z Krzycz po cichu, braciszku – książka powstała z inicjatywy Krajowego Instytutu ds. Autyzmu (Národní ústav pro autismus). Przedstawiciele wydawnictwa Pasparta, ściśle współpracującego z Instytutem, będąc pod wrażeniem jej dotychczasowej twórczości, zaproponowali jej napisanie książki o tym, jak widzą świat dzieci autystyczne.

Samo pisanie poprzedziły bardzo gruntowne przygotowania. Autorka przeczytała masę książek na temat autyzmu, brała udział w konferencjach, konsultowała się ze specjalistami, rozmawiała z rodzicami autystycznych dzieci i odwiedzała szkoły specjalne. Zbieranie materiału zajęło jej aż trzy lata. Jak mówi jednak Březinová: „Jeśli o czymś piszesz, musisz albo sam to wcześniej przeżyć, albo poznać temat do głębi. Tak dokładnie, jak gdybyś sam to przeżył i byłaby to twoja własna historia”.

Jak przyznaje, momentami była przerażona, że tym razem temat jest dla niej zbyt złożony, że nie będzie potrafiła o nim napisać. Również sam proces pisania był dla niej, jako dla matki, emocjonalnie bardzo wyczerpujący. Gdy jednak książka w końcu powstała, zyskała bardzo przychylne oceny specjalistów. Docenili ją również czytelnicy i krytycy – Krzycz po cichu, braciszku zdobyło między innymi nagrodę Złota Wstęga, było również nominowane do Magnesii Litery w kategorii książek dla dzieci i młodzieży.

Obecnie, nakładem wydawnictwa Stara Szkoła, książka wychodzi w języku polskim, w przekładzie Mirosława Śmigielskiego. Literackie Skarby Świata Całego patronują i polecają!

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł: 
Březinová I., Louda J., Splnil se mi dětský sen a stala jsem se spisovatelkou, říká Ivona Březinová, LibereckýDeník.cz [https://liberecky.denik.cz/zpravy_region/splnil-se-mi-detsky-sen-a-stala-jsem-se-spisovatelkou-rika-ivona-brezinova-20180701.html] 
Když psaní bolí…, MamTalent.cz [http://www.mamtalent.cz/kdyz-psani-boli-.phtml?program=1&ma__0__id_b=23291&ma__0__id_kp=87895]

Ilustracje:
[1] motyw z okładki polskiego wydania książki, wyd. Stara Szkoła / stara-szkola.com,
[2] Wikimedia Commons,
[3] okładka czeskiego wydania książki, wyd. Pasparta / www.pasparta.cz,
[4] okładka polskiego wydania książki, wyd. Stara Szkoła / stara-szkola.com.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Krytyka umiera, Facebook to potwór, a eksperymentalne ziemniaki trudno sprzedać – Festiwal Conrada 2018: Przemysły Książki

Co roku Festiwalowi Conrada towarzyszy pasmo Przemysły Książki, w ramach którego odbywają się spotkania dotyczące szeroko pojętej branży książkowej. Gości przepytuje Marcin Wilk (Wyliczanka). Tegoroczny program pasma był wyjątkowo interesujący – mowa była m.in. o tym, czy aby pisać o książkach potrzebne jest wykształcenie uniwersyteckie, o roli internetu w dzisiejszym życiu literackim i o doli małych wydawców. Część ze spotkań prześledziłam w całości, z niektórych musiałam wyjść wcześniej, poniżej jednak garść zanotowanych obserwacji.

W debacie „Magister krytykiem. O znaczeniu wykształcenia uniwersyteckiego” udział wzięli prof. Ryszard Koziołek i Bernadetta Darska, aktywnie włączyły się jednak w rozmowę również siedzące na widowni Inga Iwasiów i Paulina Małochleb. Iwasiów stwierdziła m.in., że krytyk to „zawód” w zaniku, że nie ma już żadnego wpływu na sprzedaż, jego działania niewiele już też mają wspólnego z komentowaniem życia literackiego, a uczenie krytyki nie ma większego sensu. Wpływ i dochody zyskują blogerzy, ale zdaniem Pauliny Małochleb to już nie jest krytyka. Koziołek nie widział wszystkiego w aż tak czarnych barwach („Być może biorę lepsze leki niż Inga”). Po pierwsze – w blogach dostrzega nową, również ważną formę wypowiedzi, po drugie – uważa, że krytycy wciąż są potrzebni, aby uczyć czytelnika, jak wejść w krytyczny dialog z książką, po trzecie – krytyk ma wciąż nad blogerem przewagę w postaci oparcia w środowisku akademickim.

W tym wszystkim uwierał mnie jak zwykle twardy podział na „niedouczonych” blogerów i wykształconych krytyków. Wiem, uogólnienie na potrzeby dyskusji, ale w końcu jest też spora grupa osób, które mimo dyplomu literaturoznawcy ograniczają się do pisania na blogu. (Jest, prawda?). Darska zwróciła uwagę, że na blogach powstają też naprawdę dobre teksty, ale winą za to, że giną one w powodzi tych nieprofesjonalnych i niestarannych, obarczyła wydawców, którzy traktują książkę jak produkt i będąc świadomymi niskiej jakości merytorycznej tekstów i filmów pozwalają się promować popularnym blogerom. Tylko, z drugiej strony… czy można winić wydawcę za to, że chce na swoich książkach zarobić? Czy w imię dbania o wysoki poziom recenzji na blogach mają szlachetnie umrzeć z głodu?

Na „Egzaminie z liter”, czyli spotkaniu o kursach kreatywnego pisania z udziałem Filipa Modrzejewskiego i Izy Michalewicz – a właściwie na tym jego fragmencie, na którym mogłam zostać – nie usłyszałam raczej niczego nowego. Padły dość oczywiste stwierdzenia, że talentu nie można się nauczyć, ale można go rozwinąć; że aby dobrze pisać, trzeba dużo czytać; że ważne jest, aby naprawdę chcieć. Ciekawe było za to pytanie, czy zdaniem gości mogłaby dziś powstać druga Czarodziejska Góra. Zdaniem pana Filipa raczej nie, ponieważ czyta się i sprzedaje inne, mniej wymagające rzeczy, ale jako czytelnik bardzo by sobie tego życzył. Iza Michalewicz dodała, że faktycznie jest dziś tendencja do schlebiania gustom czytelników, jednak autor powinien umieć infekować innych swoją pasją.

Debata „O wpływie Internetu na życie literackie” z udziałem Justyny Sobolewskiej, Łukasza Najdera i Olgi Wróbel (Kurzojady) zaczęła się od krótkiego, lecz brutalnego podsumowania sytuacji w wykonaniu Najdera: fora i blogi, które kiedyś zabiły kulturę polemiki, są już dziś strupieszałe; dziś to samo, co one kiedyś, robi Facebook. Facebook natomiast, z czym zgodziła się Sobolewska, jest potworem, z którego najlepiej byłoby wyjść, ale tkwimy już w uzależnieniu od niego zbyt głęboko. Zgoda, że bywa narzędziem promocji i informacji, ale zarazem jest i narzędziem kompromitacji; daje możliwość dyskusji każdemu, także ludziom z małych ośrodków, ale rzadko te dyskusje są merytoryczne. Zdaniem Najdera to „forum internetowe na sterydzie”, przede wszystkim miejsce hejtu. W dodatku kultura internetu narzuciła nam mordercze tempo przyswajania książek i informacji, przez co czytelnik miota się między euforią (z powodu nowych tytułów) a rozpaczą (że nie będzie miał ich kiedy przeczytać). Fakt, skądś to znam(y).

Wątkiem pobocznym debaty okazało się „czyste”, etyczne promowanie książek. Marcin Wilk zwrócił uwagę, że to blogerzy – od których takiego podejścia się wymaga – rozpoczęli dyskusję na ten temat. Tymczasem, jak zauważył obecny na sali Maciej Jakubowiak, krytycy również są uwikłani w różnego rodzaju zależności, sympatie i antypatie – żaden z nich nie siedzi całe życie w piwnicy, odizolowany od literackiego świata. Podobna uwaga padła z ust Ani Karczewskiej: wygląda na to, że ograniczają nas przede wszystkim nie pieniądze, ale emocje – fakt, że wśród literatów i wydawców są ludzie, których lubimy i którym nie chcemy zaszkodzić.

W trakcie debaty „Czekam na przelew” o finansach w literaturze Aleksandra Małecka (Korporacja Ha!art) opisała sytuację na rynku, porównując książkę do worka ziemniaków; dystrybutorzy wolą niestety rozmawiać z wielkimi wytwórcami ziemniaków, zamiast z małymi wytwórcami eksperymentalnych ziemniaków :). Do tego duże wydawnictwa pozwalają sobie na wydawanie literatury pop, by zarobić na ambitniejsze tytuły, podczas gdy małe oficyny, dbając o swoje dobre imię, ograniczają się do tych drugich. Pragmatyczni, jak wyznała Bogna Świątkowska (Fundacja Bęc Zmiana), często radzą im, żeby po prostu zaczęli wydawać książki, które się sprzedadzą – proste :). A ponieważ przelewy z ministerstwa przychodzą nieraz skandalicznie późno, mali wydawcy nie mają innego wyjścia, jak zapożyczać się lub brać kredyty jako osoba prywatna. Nie jest to jednak problem wyłącznie polski – Świątkowska zauważyła, że w podobnej sytuacji znajdują się małe oficyny na całym świecie. Cieszyć się czy płakać?

Podobne obserwacje pojawiły się na debacie „Wydawczynie. O sile małych oficyn” z przedstawicielkami małych wydawnictw – Julianną Jonek-Springer (Dowody na istnienie), Kamą Buchalską (Książkowe Klimaty) i Anitą Musioł (Pauza). „Fantastyczne hobby polegające na traceniu pieniędzy odłożonych na emeryturę” – tak podsumowała ich działalność Kama, cytując swojego wspólnika, Tomka Zaroda. I tym razem padło stwierdzenie, że mali wydawcy nie mają kasowych tytułów, które zarobiłyby na te niszowe („może poza Szczygłem”). Hasło Karakteru, „Wydajemy co nam się podoba”, jest tak naprawdę hasłem wszystkich małych wydawców – ale trzeba za to płacić.

Co jeszcze sprawia, że prowadzenie małego wydawnictwa nie jest pracą lekką, łatwą i przyjemną? Rozmówczynie zauważyły, że wymaga ono dużej odporności na stres, „bo zawsze coś idzie nie tak”, i wyznały, że brakuje im czytania dla przyjemności. Mała oficyna musi też znosić zalew różnych, nieraz bardzo dziwacznych, wydawniczych propozycji (a jeśli ma się biuro w domu, jak Anita Musioł, zdarzają się też wizyty niezapowiedzianych gości). Tu padły przykłady (Klimaty – serie z RPA czy z Chin, „bo to też południe”, Pauza – „wiem że pani nie wydaje polskiej prozy, ale ja mieszkam w Szwajcarii”, Dowody – „non-fiction o klonie Jezusa w dobie transformacji”). I jeszcze jeden problem – nieterminowość tłumaczy i autorów, którzy niekiedy wręcz znikają na długie miesiące.

W czym więc tkwi tytułowa „siła małych oficyn” – oprócz tego, że „wydają, co im się podoba”? Na przykład w tym, że pomagają sobie nawzajem. I tutaj cichą bohaterką spotkania została Julia Różewicz z wydawnictwa Afera, która z Klimatami w przyjaznej atmosferze dzieli się czeskimi hitami, a dla Dowodów przetłumaczyła wywiad z księdzem Czendlikiem, tylko dlatego, że to taka fajna książka, którą sama chciała wydać :). Tylko w małych wydawnictwach są też możliwe różne odjechane historie, jak 100 egzemplarzy najnowszej książki Szczygła dzięki czyjejś uprzejmości lecące samolotem na Targi Książki w Krakowie (bo zabrakło!).

Jest o czym rozmyślać, prawda? Jeśli macie jakieś ciekawe obserwacje na tematy poruszone w debatach lub na temat samych wypowiedzi gości – podzielcie się, proszę!

czwartek, 8 listopada 2018

Potwory, niewidzialna ręka rynku i wielka opowieść jak zapach skóry kochanka – Festiwal Conrada 2018, dzień 5., 6. i 7.

Też tu jestem. Ta tycia Ania Maślanka na dole.
Czas na część trzecią mojej relacji, a więc ostatnie trzy festiwalowe dni. W tej edycji Festiwalu Conrada weekend nie obfitował w interesujące wydarzenia, dlatego mowa o zaledwie trzech spotkaniach – z Michalem Ajvazem, z Arundhati Roy oraz o sobotniej debacie w Księgarni pod Globusem. Plus kilka słów o przepięknym wykładzie mistrzowskim Roy na Gali Nagrody Conrada.

Dopytywany przez prowadzących, skąd biorą się jego niezwykłe pomysły, Michal Ajvaz odparł, że nie wie – że zostawia to psychoanalitykom :). W każdym razie na pewno nie z jego snów, które są bardzo nudne. Skąd więc w jego książkach te wszystkie potwory? Jak stwierdził, kiedyś pisał o nich więcej, dziś zostały mu tylko pies i kot, które ma w domu :). I w tym wypadku nie potrafił jednak wyjaśnić, skąd te dziwne stworzenia biorą się na kartach jego powieści – zaryzykował stwierdzenie, że może są dla niego po prostu symbolem innego świata. Dodał, że fantastyczne kreatury nie są nam tak naprawdę potrzebne, grunt to umieć spojrzeć na świat, dostrzegając niezwykłość w jego zwyczajności. Co nie jest wcale proste przy tej ilości przyziemnych spraw, które codziennie zaprzątają nam głowę.

Pisarz odniósł się również do porównań do Borgesa. Przyznał, że w pewnym stopniu jego twórczość go inspirowała, ale tylko przez pewien czas. Za dużo ważniejszych dla siebie autorów uważa Kafkę i Schulza. Nie podoba mu się również, że bywa zaszufladkowany jako „pisarz praski”. Pisał o Pradze, ponieważ dobrze ją zna, ale nie jest dla niego bardziej „magiczna” niż inne miasta. Jeśli już miałby być z nią kojarzony, to jako ze stolicą surrealizmu – pisarze surrealiści są mu dużo bliżsi niż choćby wspomniany Borges.

Na sugestię prowadzącego Tomasza Wiśniewskiego, że jako twórca literatury wyobraźni jest chyba dosyć osamotniony na czeskiej – i nie tylko – scenie literackiej, Ajvaz przyznał, że z wyjątkiem poety Ivana Wernischa nie znajduje właściwie bratnich dusz wśród czeskich pisarzy. Współczesnej literatury zagranicznej nie śledzi natomiast zbyt uważnie; jeśli o nią chodzi, podał tylko jedno nazwisko – Thomas Pynchon. Chętniej czyta starszych pisarzy, wśród których wymienił Conrada, Gombrowicza i wspomnianego już wcześniej Schulza.


Zapytany o to, jak udaje mu się w swoich utworach łączyć literackie szaleństwo z racjonalizmem, odparł, że dla niego to nic dziwnego – coś podobnego charakteryzuje pisarstwo Lewisa Carrolla, Edgara Allana Poego czy niemieckich romantyków. Większy problem stanowi dla niego wplatanie obrazów, które mają charakter autonomiczny, w logikę opowieści. Równocześnie jest to trochę wyzwaniem – czuje się jak rzeźbiarz ze swojego opowiadania, który nie wie, co wyjdzie z jego rzeźby.

Nie obyło się też bez rozmowy o pisarskich rytuałach. Ajvaz przyznał, że nie potrafi pisać po południu i w nocy – mimo więc, że akcja Innego miasta rozgrywa się niemal w całości nocą, utwór powstał w świetle dnia. Zwykle do pracy pisarskiej pisarz siada o 7:30, z kawą, i pisze do południa. Równocześnie musi się skupiać na swojej pracy naukowej, z której żyje, dzieli więc swój czas między te dwa światy. Jak sam twierdzi, nie mógłby jednak pracować nad dwoma dziełami literackimi w jednym czasie, pisząc bowiem książkę żyje nią, nosi ją bez przerwy w sobie.

Zwieńczeniem rozmowy był ciekawy literacki eksperyment, jakiego nie widziałam nigdy wcześniej na spotkaniu autorskim. Tomasz Wiśniewski przygotował opowiadanie zainspirowane twórczością Ajvaza, które czytał we fragmentach, przeplatanych fragmentami przygotowanymi wcześniej i czytanymi przez samego Ajvaza. W ten sposób powstało ciekawe „opowiadanie na dwa głosy”. Szczególnie efektowna była końcówka – w końcowej scenie bohater wchodzi do sali pełnej ludzi w słuchawkach, siedzących przed podwyższeniem, na którym siedzi trójka ludzi, w tym dziewczyna w żółtej sukience (właśnie taką miała na sobie druga moderatorka spotkania, Joanna Grochocka). W końcu mężczyzna siedzący obok dziewczyny wstaje i mówi: „Proszę państwa, Michal Ajvaz!”. I fikcja stała się rzeczywistością :).

Festiwalową sobotę zaczęłam od debaty blogerów, dziennikarzy i księgarzy w Księgarni pod Globusem. Uczestnicy (a wśród nich między innymi Parapet Literacki, Księgarka na regale, CzytamRecenzuję.pl i Książki na ostro) zastanawiali się, co tak naprawdę decyduje o sprzedaży książek. Mimo dużej popularności YouTube’a i Instagrama okazuje się, że liczba wyświetleń wcale nie przekłada się na liczbę sprzedanych egzemplarzy. Co tak naprawdę zachęca więc do kupowania książek? Radio? Biblioardy? Polecenia znajomych? Nie udało się znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. „Niewidzialna ręka rynku” – to jedyne nasuwające się wyjaśnienie.


Co z blogami? Wniosek z dyskusji był taki, że niekoniecznie pomagają one w zachęcaniu do czytania osób nieczytających, ale za to dla tych czytających są pewnym drogowskazem wśród gąszczu nowości zalewających rynek. Miłym akcentem były głosy osób z publiczności, które przyznały, że zwykle „nie lajkują” i nie komentują, ale za to milcząco śledzą blogi i vlogi, „wpuszczając ich autorów do domu”, dzięki czemu czują się trochę, jakby ich znali. Blogi wciąż mają więc sens.

Na wieczornym spotkaniu z Arundhati Roy było trochę o polityce, trochę o miłości, trochę o różnicach między Indiami a Polską. Pisarka mówiła o systemie kastowym jako elemencie przemocy, który piętnuje w swoich powieściach, ale błysnęła też doskonałą znajomością i zrozumieniem polskiej historii, zauważając, że dzisiejsza homogeniczność naszego społeczeństwa została również osiągnięta poprzez przemoc. Jeśli chodzi o różnice kulturowe, szczególnie spodobała mi się anegdota, obrazująca różnice w myśleniu o małżeństwie – pewna pani z Indii na wiadomość, że na Zachodzie ludzie zawierają związki małżeńskie z miłości, zdziwiła się: „Jak to z miłości? Budować życie na czymś tak nietrwałym?”. I rzeczywiście, jak zauważyła Roy, mimo ogromnej ilości miłości w bollywoodzkich filmach, w Indiach uczucia rzadko grają rolę przy zawieraniu małżeństwa, a związki międzykastowe zdarzają się bardzo rzadko.

Choć Indie są na pozór krajem demokratycznym, w którym przeprowadzane są wybory, w istocie to państwo policyjne, gdzie ludzie wsadzani są do więzienia tylko na podstawie podejrzeń. Co gorsza, narzędziami kontroli, oprócz policji i wojska, stał się dziś również internet, na czele z Facebookiem. Osobiście jednak pisarka uważa, że największym problemem jest kretynizm – większym niż faszyzm. W Indiach ograniczeni politycy, którzy upierają się, że ich przodkowie nie pochodzili od małpy, wyrządzają wielkie szkody, atakując szkoły i system edukacji. Mimo tego wszystkiego jednak autorka nie chce wyjeżdżać, „ponieważ to jakby prosić drzewo, by odeszło”. Z szacunkiem mówiła też o mądrości Wschodu, która znaczy dla niej więcej niż mądrość Zachodu, ponieważ zakłada równość wszystkich ludzi.


Czym jest dla niej szczęście? Przeciwieństwem instytucji. Zdolnością do życia intensywnie, ciesząc się chwilą, bez prób instytucjonalizowania tego. Dla niej dodatkowo szczęściem jest pisanie, ponieważ jej bohaterowie żyją wraz z nią, są dla niej pociechą. Na pewno natomiast drogą do szczęścia nie jest, jak nam się dziś wmawia, posiadanie i konsumowanie. Czego się boi? Wyczerpania się źródeł naturalnych i deficytu wody. To środowiskiem najbardziej powinniśmy się dzisiaj martwić. Co robi, kiedy czuje rozpacz i traci nadzieję? Przypomina sobie, że świat istnieje od 4 miliardów lat i jej rozpacz nie ma dla niego żadnego znaczenia :). Myśli też o ludziach, dla których możliwość poczucia rozpaczy byłaby luksusem; nie mają jej, bo są w sytuacji, w której nie mają żadnego wyboru.

Było to ostatnie spotkanie z głównego programu tegorocznego Festiwalu Conrada, w którym w całości wzięłam udział. Dorzucę jednak kilka słów na temat niedzielnej Gali Nagrody Conrada i wykładu mistrzowskiego Arundhati Roy, który naprawdę chwycił mnie za serce. Pisarka mówiła w nim bowiem o literaturze w sposób niezwykle sensualny i dla mnie osobiście wzruszający.

Znalezienie własnego głosu jako pisarza porównała z odnalezieniem miłości życia. Dodała, że nie jest to łatwe w dobie wszechobecnego hałasu Facebooka i Twittera, kiedy samotność, kroczenie własną drogą i mówienie własnym głosem wydają się czymś przerażającym – a to zagraża literaturze. Roy przyznała, że i dla niej niełatwa była decyzja, by przemówić, narażając się na niepopularność; gdyby jednak tego nie zrobiła, więziłaby samą siebie i pogardzałaby sobą.

Wielka opowieść według niej ma w sobie coś z domu, w którym mieszkasz lub zapachu skóry twojego kochanka (piękne, piękne porównanie!). Dzięki niej choć wiesz, że kiedyś umrzesz, czujesz, jakby to miało nigdy nie nastąpić. To wielka tajemnica, która pozwala nam zrealizować jedyne marzenie, które naprawdę ma sens – żyć, kiedy jesteś żywy i być martwym dopiero wtedy, kiedy umrzesz. Jakie jeszcze rady miała pisarka dla młodych pisarzy (i nie tylko)? Nigdy nie przywyknąć do przemocy. Szukać radości tam, gdzie jest tylko smutek. Szanować siłę, a nie potęgę. Próbować zrozumieć. Piękne słowa, po których wyszłam z gali szczęśliwa, że moje życie kręci się wokół czegoś tak wspaniałego jak literatura.

I to już (prawie) koniec mojej conradowskiej relacji. Spodziewajcie się jeszcze krótkiego podsumowania spotkań w ramach pasma Przemysły Książki.

niedziela, 4 listopada 2018

Wysil się trochę! czyli Festiwal Conrada 2018, dzień 3. i 4.


Festiwalową środę otworzyło spotkanie dotyczące twórczości Maxa Blechera, ze szczególnym naciskiem na wydaną właśnie po polsku trzecią część jego „trylogii choroby”, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny. W dyskusji, którą poprowadziła Paulina Subocz, udział wzięła tłumaczka książki, Joanna Kornaś-Warwas, oraz literaturoznawca Doris Mironescu.

Znawcy mówili o tym, w jaki sposób zmienia się podejście autora do choroby i ciała w kolejnych tomach cyklu. Tytułowy oksymoron „rozświetlona jama” w ostatniej części to właśnie ciało – miejsce ciemne i jasne zarazem, miejsce schronienia i objawień, gdzie można schować się przed światem i odkryć samego siebie. W pewien sposób koresponduje to też z podejściem Blechera do pisania – było ono dla niego sposobem na życie we własnej rzeczywistości. Przy okazji pojawiła się refleksja na temat samej literatury cierpienia. Sprowadza się ona właściwie do krzyku – wymaga dosadnych, naturalistycznych opisów, konkretów. Tłumaczka mówiła natomiast m.in. o sprawiających pewien kłopot niuansach językowych – na przykład o tym, że w języku rumuńskim występują trzy różne określenia na „ciało”. Jak oddać ich różne odcienie w języku polskim?


Mowa była także o powiązaniach Blechera z Schulzem. W Rumunii pierwsze przekłady Schulza ukazały się w latach 60. i natychmiast powiązano go z Blecherem. Dodatkowo za potwierdzenie jakości prozy polskiego twórcy uznano jego inspirację Kafką. Mironescu stwierdził jednak, że ani Schulz, ani Blecher nie powinni być traktowani jako naśladowcy Kafki albo jeden drugiego; każdy z nich to silny, niezależny pisarski głos, aktualny dziś być może nawet bardziej niż w swoich czasach.

Według literaturoznawcy tak naprawdę Blecher – którego proza brzmi niemal jak współczesna – zyskał dużą popularność dopiero dziś. A na potwierdzenie, że jest wciąż żywy, przytoczono zabawną anegdotę – o tym, jak pewien młody autor zadzwonił do działającego obecnie Instytutu Blechera i spytał, czy może rozmawiać z… panem Blecherem.

Następnie z Rumunii przenieśliśmy się na Litwę – kolejnym gościem w Pałacu Czeczotka była Kristina Sabaliauskaitė, autorka cyklu powieści historycznych Silva Rerum. Prowadzący Ziemowit Szczerek, zachwycony cyklem, dopytywał, skąd czerpała informacje do odtworzenia XVII-wiecznych realiów i dlaczego wybrała właśnie ten, a nie inny okres w historii Litwy. Pisarka odparła, że korzystała z dokumentów bardzo rzetelnej i niezaangażowanej ideologicznie historiografii litewskiej, a akcję powieści ulokowała właśnie w tych a nie innych czasach, ponieważ natrafiła na piękną historię, którą chciała opowiedzieć. Nie był to więc z założenia żaden projekt historyczny ani ideologiczny – chodziło wyłącznie o piękną opowieść. Ostatecznie udało jej się nie tylko oczarować czytelników opowiedzianą historią, ale i rozbudzić zainteresowanie epoką Wielkiego Księstwa Litewskiego.


Pisarka stwierdziła, że mimo dużych różnic między językiem polskim a litewskim, uczuciowość Polaków i Litwinów jest bardzo podobna – nie ma dwóch bliższych sobie narodów. Z kolei z pozostałymi krajami bałtyckimi, Łotwą i Estonią, oprócz interesów geopolitycznych nie łączy Litwy nic. Kiedy pisarka mówiła o tym na targach w Londynie, wywołała pewne oburzenie, twardo stała jednak przy swoim, pytając: czy mamy z Łotwą i Estonią choć jedno wielkie wspólne dzieło, wspólnych twórców, kulturę? Nie, związki z Polską są za to bardzo silne – weźmy choćby Mickiewicza i Miłosza.

Autorka porównała samą siebie do Antygony, która odkopuje w litewskiej historii to, co niektórzy chcieliby zasypać, w tym m.in. powiązania z Polską. Dodała też, że w przeciwieństwie do Sienkiewicza nie pisze ku pokrzepieniu serc, ale ku przestrodze – historia jest nam potrzebna, by nie popełniać drugi raz tych samych błędów. Co do samego Sienkiewicza natomiast, jego twórczość nie jest dla niej źródłem inspiracji czy punktem odniesienia, zbyt wiele bowiem wydarzyło się w gatunku powieści historycznej od jego czasów. Oprócz epoki historycznej, w której rozgrywa się akcja, Silva Rerum z jego trylogią nie łączy absolutnie nic.

Zapytana o to, co zarzucali jej krytycy, Sabaliauskaitė odpowiedziała, że sukces :). Początkowo byli zgodni, że Silva Rerum to dobra książka, ale nie ma szans zostać bestsellerem. Kiedy zaś nim została, nagle zaczęli patrzeć na nią z góry i wrzucać do worka z literaturą pop. „Mój znajomy skomentował, że jeśli tak mówią, to naprawdę osiągnęłam sukces. A kiedy zaczną mówić, że to wszystko za żydowskie pieniądze – wtedy będę już prawdziwą gwiazdą” – śmiała się pisarka.

Będąc pod wrażeniem sukcesu Kristiny Sabaliauskaitė na Litwie (250 tysięcy sprzedanych egzemplarzy wszystkich wydań, i to na niewielkim litewskim rynku), zapytałam o stan czytelnictwa w jej ojczyźnie – czy Litwini chętnie sięgają po książki, czy po prostu jej twórczość jest fenomenem? Odparła, że oczywiście często słyszy się narzekania, że ludzie nie czytają (jak wszędzie), ale targi książki w Wilnie co roku przyciągają 70 tysięcy osób, nie jest chyba więc tak źle. Dodała jednak, że kultura obrazkowa rzeczywiście zaczyna zagrażać czytelnictwu i że jest to powód do zmartwienia, bo obrazy nigdy nie będą pobudzały wyobraźni w takim stopniu jak literatura.

Spotkanie zamknęła bardzo ładna metafora, przywołana przez autorkę. Powieści pisanie historycznej jest trochę jak patrzenie przez brudną szybę czasu. Niewiele przez nią widzimy, a do tego sami się w niej odbijamy. Musimy się zawsze liczyć z tym limitem poznania i z faktem, że to, jacy jesteśmy teraz, będzie rzutowało na nasze postrzeganie historii.

Wieczorem przeniosłam się z Pałacu Czeczotka do urokliwego Antykwariatu Abecadło (Kościuszki 18, kto z Krakowa, a jeszcze nie zna, zachęcam bardzo do wizyty!) na spotkanie zatytułowane „P.O.P., czyli Poeci Opuszczają Piedestał”. Ania Karczewska rozmawiała z Joanną Lech o tym kim jest dziś poeta, czy poezja może się rozwijać w internecie oraz o opracowanej przez Joannę antologii Znowu pragnę ciemnej miłości, wydanej w tym roku przez W.A.B.


Jak promować w dzisiejszych czasach coś tak niszowego, jak poezja? Jak zauważyła Joanna Lech, w Polsce być może nie jest to zjawisko tak silne, ale za granicą wiele osób publikuje swoje wiersze na przykład na Facebooku. Internet może być więc dla poezji tak samo dobrym medium, jak każde inne. Zapytana o Rupi Kaur odpowiedziała, że ocenia ją jako pozytywne „zjawisko” – trzy miliony obserwujących, występ w programie Jimmy’ego Fallona, to wszystko z pewnością pomogło w popularyzacji poezji.

W trakcie spotkania rozwinęła się też dyskusja o podobieństwach i różnicach między wierszami a tekstami piosenek. Poetka stwierdziła, że te dwie formy wiele łączy – na nią osobiście oddziałują one w bardzo podobny sposób. Pani z publiczności zauważyła jednak, że jeśli chodzi o konstrukcję, tekst piosenki w większym stopniu podlega pewnym wzorcom, i wygłosiła przy okazji mały wykład na ten temat :). Wydarzenie zakończyło się poczęstunkiem, przygotowanym przez właścicieli antykwariatu. Miło!

Moje relacje z wydarzeń czwartkowych siłą rzeczy będą trochę okrojone, ponieważ kilka interesujących mnie spotkań miało miejsce w tym samym czasie, musiałam więc podzielić między nie swój czas. Zacznę od debaty w Pałacu Czeczotki, poświęconej tematowi mistyfikacji. Z pisarką Agnieszką Taborską i artystą Robertem Kuśmirowskim rozmawiała Natalia Palich.


Na wstępie goście pochwalili się trochę własnymi mistyfikacjami – Kuśmirowski opowiadał o swoich projektach artystycznych oraz o tym, jak podrabiał i sprzedawał fotografie starego Krakowa, które po pewnym czasie do niego wracały (z gorącym zapewnieniem sprzedawcy, że to autentyki – on zna nawet rodzinę, z której albumu pochodzą!), natomiast Taborska mówiła o swojej książce Senne życie Leonory de la Cruz, w której opisała historię zmyślonej XVIII-wiecznej świętej. Choć tytuł ukazał się w specjalnie w tym celu stworzonej przez wydawcę serii Mistyfikacje, w opisie nie było mowy o tym, że Leonora de la Cruz jest postacią fikcyjną; inaczej w wydaniach, które ukazały się za granicą – tam już wydawcy lojalnie uprzedzali. Mimo to naprawdę wielu czytelników „nabrało się” na tę historię, co zaskoczyło samą autorkę. Szczególnie zdziwiły ją reakcje uczestników festiwalu w Pirenejach, którego była gościem – choćby pytania, czy w archiwach watykańskich są jakieś informacje o Leonorze – zwłaszcza że cała impreza była poświęcona… właśnie mistyfikacjom :).

Prowadząca chciała wiedzieć, czy zdaniem gości uzasadnione jest oburzenie po ujawnieniu mistyfikacji. Kuśmirowski stwierdził, że dużo zależy tu od motywacji mistyfikatora. Jeśli jest ona finansowa (jak w przypadku pamiętników Hitlera wydanych jakiś czas temu w Niemczech) – oburzenie jest jak najbardziej zrozumiałe. W mistyfikacji, dodała Taborska, najważniejszy jest walor zabawy. Dlatego w takie zakłopotanie wprawiły ją reakcje „nabranych” czytelników – jako autorka chciała ich tylko rozbawić, nie sprawiać, by poczuli się oszukani, „bo nie złapali dowcipu”.

W dalszej części spotkania mowa była o tym, że kopiowanie może być również wartością i nauką i że może może dawać artefaktom drugie życie, jak choćby w przypadku dzieł sztuki. Mimo to odbiorcy pragną autentyczności – czy chodzi o programy w telewizji (reality show – choć, jak wiadomo, w tym wypadku autentyczność może być bardzo złudna), czy o literaturę. W odpowiedzi na pytanie, skąd tak duża popularność literatury non-fiction, Taborska stwierdziła, że jej czytanie polega przede wszystkim na przyswojeniu faktów; tymczasem powieści i opowiadania wymagają już więcej wysiłku, ponieważ uruchamiają wyobraźnię (o czymś podobnym mówiła Kristina Sabaliauskaitė!). Sztuka powinna być jednak wyzwaniem, warto więc na ten wysiłek się zdobyć.

Na spotkanie z greckimi pisarkami, Leną Kitsopoulou i Amandą Michalopoulou, wpadłam pod koniec, a do tego komunikacja między prowadzącą Kamą Buchalską a zaproszonymi autorkami trochę szwankowała – tłumacz, choć wyglądał na przesympatycznego człowieka, chyba niespecjalnie sobie radził. Dlatego ta relacja będzie krótka.


Pisarki opowiadały o atakach, których ofiarą padały jako piszące kobiety (Kitsopoulou wspominała, jak jedna z greckich partii o charakterze nacjonalistycznym doprowadziła do publikacji w gazecie jej zmanipulowanych zdjęć) oraz o dominacji mężczyzn w świecie literatury. Michalopoulou mówiła o przeprowadzonym w Grecji sondażu, w którym sześciu znanych pisarzy miało podać 10 ulubionych książek i na ich listach znalazły się wyłącznie tytuły autorstwa mężczyzn. Gdy zwrócono im na to uwagę, bronili się, że „uwielbiają kobiety” – zdaniem pisarki podobne słowa również brzmią lekceważąco, jak gdyby kobieta mogła być jedynie ozdobą, dodatkiem, nie równoprawnym partnerem intelektualnym. Czas, by dostrzegać płeć piękną nie tylko przez pryzmat urody, ale również doceniając jej umysł. Przykładowo Lucia Berlin [wspaniała! noszę w sobie jej Instrukcję dla pań sprzątających od kilku miesięcy, muszę w końcu ubrać wrażenia w słowa – przyp. mój], ciągnęła pisarka, pisała o amerykańskiej biedocie dużo lepiej niż choćby Raymond Carver. „Mogłabym podać więcej przykładów” – dodała.

Po Grecji przyszedł czas na Słowację. Pavol Rankov w rozmowie z Aleksandrą Hudymač opowiedział między innymi o tym, jak właściwie powstało nagrodzone Angelusem Zdarzyło się pierwszego września – dał swojemu ojcu (urodzonemu w tym samym roku, co późniejsi bohaterowie powieści) duży zeszyt i poprosił go, by spisał swoje wspomnienia.

Znamienne, że na pytania typu „Czy ta rodzina to byli Słowacy czy Węgrzy?” ojciec odpowiadał: „Trudno powiedzieć”. Doskonale pokazuje to, że złożone tożsamości, o których mówił Miljenko Jergović, były niegdyś na porządku dziennym. I w rozmowie z Rankovem pojawił się też motyw różnic między Słowianami zachodnimi a południowymi – zdaniem pisarza to właśnie nasze położenie między Niemcami a Rosją uchroniło nas przed wzajemną wrogością, jaką obserwuje się między narodami Bałkanów. A literatura Europy Środkowej, czym się charakteryzuje? Według autora jej kwintesencją jest twórczość Franza Kafki. W niej również objawia się „melancholijna groteska”, o której pisał Josef Kroutvor.


Pisarz przyznał się też do rozczarowania faktem, że jest zapraszany do szkół na lekcje historii. Nie miał bowiem ambicji tworzyć dzieła historycznego, napisał po prostu powieść. To prawda jednak, że rzeczy takie jak opisane w książce działy się naprawdę; skwitował to słowackim powiedzeniem „Tego byś nie wymyślił, to się mogło tylko wydarzyć naprawdę”. „Życie pisze takie historie, że grzechem byłoby ich nie opisać” – stwierdził.

Prowadząca pytała o postać Marii – dlaczego przez całą powieść pozostaje w cieniu, dopiero w końcówce pisarz oddaje jej głos? Rankov stwierdził, że w założeniu nie miała być aż tak tajemnicza, po prostu założył sobie, że na pierwszym planie będzie trójka głównych bohaterów; z czasem jednak jego również Maria jako bohaterka zaczęła fascynować, dlatego postanowił oddać jej ostatni rozdział powieści. Fakt, że Maria pozostaje wycofana, osnuta mgiełką tajemnicy, sprowokował jednak różne odważne interpretacje. Najczęściej pojawia się przypuszczenie, że postać ta to metafora Słowacji, jeden z krytyków zaś poszedł o krok dalej i zasugerował, że bohaterowie trzech narodowości rywalizujący o względy Marii to figura Czechów, Węgrów i Żydów zabiegających o względy Słowacji :).

Czym zaś dla niego samego jest przede wszystkim Maria? Symbolem ciągłości życia. Niezależnie bowiem od tego, kto przyjdzie, faszyści czy komuniści, życie toczy się dalej i znajdzie drogę, nawet w dżungli historii. A skoro znalazło ją nawet w tak ciężkich czasach, dlaczego miałoby nie znaleźć jej dziś? „Politycznie mamy dziś najlepszą możliwą sytuację dla młodych. Mimo to wielu z nich mówi, że nie chce mieć dzieci. Dlaczego? Kiedy mieliby mieć te dzieci, jeśli nie teraz? Lepiej nie będzie!” – skwitował pisarz :).

Wreszcie – wieczorne spotkanie z Elisabeth Åsbrink, które okazało się jednak trochę rozczarowujące. Przez dużą jego część prowadzący Maciej Zaremba Bielawski oraz autorka streszczali w zasadzie książkę Szwedki, 1947. Świat zaczyna się teraz. Zainteresował mnie co prawda wątek Simone de Beauvoir i jej miłości do Nelsona Algrena, ale na podstawie rozmowy nie zdołałam wywnioskować, dlaczego właściwie znalazł się w książce i co ma wspólnego z rodzinną historią, którą opowiadała Åsbrink. Żeby się dowiedzieć, będę pewnie musiała książkę przeczytać, może więc motywująca rola spotkania została spełniona :).


W odpowiedzi na pytanie, co w roku 2018 oznacza dla niej kobiecość, pisarka wspomniała o akcji #metoo, do której ma zastrzeżenia – zbyt bowiem generalizuje, przedstawiając wszystkich mężczyzn w ten sam sposób, a ze wszystkich kobiet robiąc ofiary. Wejście w taką rolę jest oczywiście kuszące, bo daje nam pewien rodzaj władzy, ale pisarka kieruje się w życiu ostatnim zdaniem z listu od jej ojca: „Niech ci nigdy nie będzie żal samej siebie”.

W czwartek odbyły się też pierwsze dwa spotkania z cyklu Przemysły Książki, zdecydowałam jednak, że wydarzenia z tego pasma opiszę na koniec w osobnym poście. Drugą część relacji więc niniejszym zamykam, i zapraszam na trzecią, już wkrótce!