niedziela, 23 września 2018

W poszukiwaniu straconej wolności – „Guwernantka”, Vladimír Macura [patronat]

„Marzenia są jak garść puchu: wystarczy najlżejszy powiew i nie ma po nich śladu” (s. 220).

Vladimír Macura porusza w swojej Guwernantce cały szereg tematów – maluje portret XIX-wiecznego Wrocławia, pokazuje różne postawy względem rewolucyjnych ruchów w dobie czeskiego odrodzenia narodowego, zwraca uwagę na problem tożsamości narodowej polskich mieszkańców niemieckojęzycznego Wrocławia, zastanawia się nad istotą poezji. Będę jednak szczera – wszystkie te wątki zeszły dla mnie na dalszy plan w stosunku do historii młodej kobiety zamkniętej w klatce nieszczęśliwego małżeństwa z jednym z największych XIX-wiecznych czeskich poetów.

Mowa o Františku Ladislavie Čelakovskim, który w powieści Macury ukazany zostaje jako postać antypatyczna, z niezwykle przerośniętym ego. Myśli sobie na przykład tak:

„Ale Szyjkowski, dyletant, który z mozołem pnie się na niemiecki Parnas, pewnie nie przeczytał żadnego z moich wierszy. Goni za nie wiadomo jakimi nowinkami z zagranicy, a nie widzi, że najprawdziwsze źródło najczystszej poezji ma tuż pod nosem” (s. 47).

Tymczasem jego poezji, choć formalnie doskonałej, brak uczuć – dlatego Antonie nigdy nie powiedziała o niej, jak o poemacie dyletanta Szyjkowskiego, że „żyje i oddycha”. Oschłość poety, brak fantazji, małoduszność przejawiają się na różne sposoby – Čelakovský nie włącza się aktywnie w wydarzenia w Pradze, a nawet bezlitośnie potępia tych, którzy decydują się po wolność sięgać czynami, nie słowami.

Jest próżny i kłótliwy. „Gardzi spokojną pogawędką, musi się kłócić” (s. 34). Uważa, że żona powinna być bezgranicznie szczęśliwa, że wybrał właśnie ją: „Ma w domu poetę, i to z prawdziwego zdarzenia, jada z nim przy stole, sypia w jednym łożu – jeszcze jej nie dość?” (s. 80). W pewnym momencie obwinia ją wręcz o to, że on sam zaczyna fantazjować o służącej. Trudno nie ulec wrażeniu, że traktuje ją wyłącznie jako „narzędzie” rozładowywania erotycznego napięcia, narzędzie, którym w gruncie rzeczy gardzi:
„Najchętniej czytałaby od rana do wieczora, a gdyby miała więcej czasu, ani chybi sama zaczęłaby pisać powieści. Występowałby w nich nudny profesor, pewna głęboko nieszczęśliwa kobieta o wzniosłych ideałach i cała chmara zakochanych młodych awanturników. Nawet gotować nie umie, laleczka z porcelany. Przy spełnianiu obowiązku małżeńskiego zamyka oczy i aż do końca leży jak kłoda. A w myślach niewątpliwie rozpamiętuje co pikantniejsze sceny z romansów albo z własnych nieprzyzwoitych snów” (s. 98).
Pięknym dodatkiem do książki są fotografie i ryciny dawnego Wrocławia.
Čelakovský odmalowany przez Macurę nie szanuje żony, chce ją sobie całkowicie podporządkować: „Jestem zły, bo ucieka w świat słów, który nie wypowiedziałem ja” (s. 50). Ma pretensje, że Antonie zamyka przed nim szufladę w szafce, porównuje ją z byłą żoną, która nigdy nie miała przed nim żadnych tajemnic. Momentami jego pretensje osiągają wymiary wręcz absurdalne: „Dzisiaj bladość jest wprost niewiarygodnie zaraźliwa. Marie zbladła tylko raz w życiu: kiedy umarła” (s. 55).

Marie wciąż jest w jego głowie, do Antonii zdaje się żywić nie tylko pogardę, ale wręcz nienawiść: „Patrzyłem na rozczochrane ciemne włosy i niemal życzyłem jej zbliżającego się nieuchronnie bólu” (s. 83). Posuwa się nawet do skandalicznego stwierdzenia, że „jest tu tylko w zastępstwie pewnej nieboszczki” (s. 117). Czytelnik odnosi więc wrażenie, że bohater ożenił się po raz drugi tylko po to, by uciec od myśli o starości, „powstrzymać przemijanie” („sądziłem, że będę przy niej młodnieć” – przyznaje), oraz by jego dzieci nie pozostały bez kobiecej opieki. Guwernantką – tym, rzeczywiście, miała być. „Wodzę wzrokiem za swoją rodziną jak kwoka za kurczętami. Jak guwernantka za podopiecznymi” (s. 29) – żali się Antonie.

Pomijając zresztą jego ukochaną Marie, która zasłużyła sobie na tę atencję swoją potulnością, posłuszeństwem i pokorą, Čelakovský z powieści Macury nie znosi kobiet. Najchętniej każdą z nich zamknąłby na cztery spusty w domu, między kuchnią a pokojem dziecinnym. „To takie nieprzyzwoite, kiedy kobiety i mężczyźni podróżują jednym dyliżansem. Zwłaszcza w nocy. Powinno się tego zakazać. Co na to Kościół? Czemu te kobiety ciągle gdzieś nosi? Nie mogą usiedzieć w domu? Mało to bałaganu jest już na tym świecie?” (s. 165).

Czy był taki naprawdę? W pewnym momencie Macura jak gdyby wygląda spomiędzy linijek powieści, z uśmiechem – jako pisarz ma prawo do takich zmyśleń, a postać, o której pisze, nie ma nic do powiedzenia:
„Oprócz tych skromnych śladów wszystko inne zniknie, zwietrzeje jak zapach cynamonu unoszący się nad filiżanką kawy u państwa Jungmannów. Choć jeśli o nim napiszę – jeśli ktoś o nim napisze – przyszłe pokolenia będą mogły go poczuć. Nie ma znaczenia, jakim byłeś człowiekiem, którędy podążały twoje myśli i nad czym się trudziłeś – zostanie po tobie tylko to, co ktoś pospiesznie naskrobie piórem (…). I nieważne, że za owym zapisem stoi czyjaś złośliwość albo niebezpieczna skłonność do fantazjowania: zawrze się w nim twoje dalsze życie” (s. 84).
Guwernantka wpisuje się więc w popularny dziś w literaturze czeskiej nurt tworów z pogranicza biografii i fikcji. W podobny sposób historię życia autentycznych postaci opowiadają również Jan Němec w Historii światła czy Jan Novák w doskonałym Nie jest źle.

A jak to wszystko wygląda ze strony Antonie? „Czuję, że jestem nie tam, gdzie powinnam” – przyznaje nieszczęśliwa bohaterka. Na początku, we Wrocławiu, wydaje jej się, że chodzi o tęsknotę za ojczyzną, ale kiedy wracają do Pragi, uświadamia sobie, że nie ma znaczenia, gdzie mieszka. Wychowana do życia w posłuszeństwie, jest jednak rozgoryczona losem, który jej przypadł: „Mąż sprawił mi nową poduszeczkę do igieł i tkaninę do haftu, żebym już nie miała wątpliwości, czym powinnam się zajmować przez resztę życia” (s. 95). Marzy o podróżach, o przygodach, o wielkim uczuciu, zadowoliłaby się też realizacją marzenia o uruchomieniu szkoły dla panien, ale musi podporządkować całe swoje życie i ambicje mężowi.
„Zazdrościłam mu [Pepiemu] ogromnych, bezkresnych przestrzeni, obcych miast, nowych twarzy i doświadczeń, a także odwagi, która pozwoliła mu wszystko rzucić i pójść w świat. Gdyby František czytał w moich myślach, pewnie zaraz by się obruszył (…). I te nowe doświadczenia, też coś! Niech nas Bóg przed nimi chroni – powiedziałby mąż” (s. 94).
I ma rację, bo w głowie jej męża znajdujemy takie oto myśli: „Dostaję wysypki na myśl o tym przemożnym pragnieniu Antonii – zresztą nieudolnie skrywanym – żeby się stąd wyrwać i uciec od naszej banalnej codzienności (…). Czyż nasze życie nie polega na spełnianiu obowiązków?” (s. 156). Pytanie – dlaczego w takim razie zgodziła się na to małżeństwo? Z człowiekiem, do którego starała się ustosunkować życzliwie, ale mimo to od pierwszych chwil budził w niej wstręt? Tłumaczy to sobie sama tak:
„Najwyraźniej od dawna przyświecało mi hasło «Wspierajmy poetów». Troska o nich to przecież służba ojczyźnie! Jak to więc możliwe, że spotkał mnie tak pospolity, ordynarny koniec: wspólne łóżko, upstrzone plamami krwi i nasienia, zastawiony naczyniami stół, mnóstwo szycia i codzienna mordęga z dziećmi?” (s. 128).
Miała mimo wszystko nadzieję, że życie, które wybiera, pozwoli zrealizować jej pragnienia: „Zawsze marzyłam, żeby podróżować do odległych krajów, czegoś dokonać, stworzyć coś, czego wcześniej nie było, przeżyć wielką miłość. Kiedyś Cyganka wywróżyła mi daleką wyprawę – przez jakiś czas myślałam, że Wrocław jest spełnieniem tej wróżby. Ale czar wkrótce prysł. Miałam nadzieję na więcej. Podobnie było z wielką miłością: wciąż pytałam, kiedy wreszcie się pojawi, bo to, co czułam, nie odpowiadało moim wyobrażeniom” (s. 215). Szuka więc dla siebie szczelin wolności – w wolnych chwilach w tajemnicy pisze wiersze i wyobraża sobie, że w łóżku obok niej zamiast starego męża leży ktoś inny: „Wyobrażałam sobie inny dotyk i inne uściski i ani przez moment się tego nie wstydziłam” (s. 197).

Czymś na kształt hasła przewodniego powieści Macury jest ELEGIA, rozumiana jako „tęsknota za tym, co dalekie, nieosiągalne”. Čelakovskiemu wydaje się, że coś o tym wie, ale tak naprawdę to jego żona żyje swoją wielką elegią, pogrążona w melancholii, rozczarowana życiem, jakie przypadło jej w udziale. Dlatego tak dobrze rozumie elegijną poezję Szyjkowskiego, zagubionego w obliczu swojej niejasnej narodowej tożsamości: „Słyszę słowa o utraconej miłości i utraconej ojczyźnie. O utraconym języku, którym dało się niegdyś rozmawiać o zaprzepaszczonej ojczyźnie. ELEGIA: zanurzam się w niej jak w wielkiej łzie” (s. 33). Prócz tego Antonie, świadoma swojej drugorzędnej roli w sercu męża, stwierdza w pewnym momencie, że sama jest dla niego elegią: „A przecież mam być tylko namiastką, wspomnieniem o zmarłej. Tęsknotą za tym, co dalekie. ELEGIĄ” (s. 146).

Ten akcent odrobinę ociepla demoniczny wizerunek Čelakovskiego w oczach czytelnika. Wszyscy bohaterowie tej powieści są na swój sposób nieszczęśliwi, uwięzieni, bezradni wobec paraliżującej tęsknoty, co dobrze oddaje również atmosferę tamtej historycznej epoki. Ze względu na ten nastrój oraz wspaniałe pióro Macury, umiejętność wejścia zarówno w skórę starzejącego się poety, jak i jego młodej, spragnionej życia żony, i za wiarygodność obydwu narracji, obydwu języków, obydwu sposobów opowiadania świata – zdecydowanie warto sięgnąć po Guwernantkę.

***
V. Macura, Guwernantka, przeł. Michał Kunik i Olga Czernikow, wyd. Amaltea, Wrocław 2018.

W recenzji Agnieszki Szymik na portalu histmag.org wyczytać można trochę więcej na temat historycznego tła powieści – polecam. O książce z zachwytem pisała też Księgarka na regale.

niedziela, 9 września 2018

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (4): Nagroda Václava Buriana – wydarzenie

Fot. Petr Palarčík
Zdaję sobie sprawę, że poezja nie cieszy się dziś u nas szczególnym zainteresowaniem, nagrody dla poetów – tym bardziej, a te czeskie – to już w ogóle. Chciałabym jednak w tym swoim małym, polsko-czeskim internetowym zakątku krótko opowiedzieć Wam o jednej z nich, która z Polską i polską literaturą ma akurat silny związek. Podobnie jak jej patron.

Cornelia Hülmbauer. Fot. Florian Hülmbauer
Mowa o przyznawanej od trzech lat Nagrodzie Václava Buriana. Václav Burian był czeskim polonistą, tłumaczem m.in. poezji Czesława Miłosza, człowiekiem zakochanym w Polsce i zasłużonym dla propagowania polskiej literatury w kraju naszych południowych sąsiadów. A przy tym postacią niezwykle barwną. Jak pisał o nim Witold Bereś*:
Kim jest Vaszek Burian? Trzeba przymknąć oczy i wyobrazić sobie mitycznego Czecha: gabaryty rozbójnika Rumcajsa (ze stosowną brodą), hrabalowski dystans do wszystkich rzeczy świata tego i odwzajemniona miłość do hektolitrów czeskiego piwa. No i szwejkowski charakter: poczucie humoru, łagodność i dziesiątki opowieści wyskakujących jedna z drugiej niczym rosyjskie matrioszki.
Jakub Řehák. Fot. Ondřej Lipar
Po nagłej śmierci Buriana w 2014 roku ku jego pamięci ustanowiono nagrodę, do której nominowana jest co roku czwórka poetów z Polski, Czech, Słowacji oraz niemieckojęzycznych krajów europejskich. Zwycięzca jest wybierany przez międzynarodowe jury i ogłaszany podczas finałowej imprezy w Ołomuńcu. Dotychczasowi laureaci nagrody to Czech Milan Děžinský oraz Polak Tomasz Różycki. W tym roku o statuetkę powalczą Polak Jarosław Mikołajewski, Czech Jakub Řehák, Słowak Michal Habaj i Austriaczka Cornelia Hülmbauer.

Oprócz tego doceniane są osoby, które, tak jak to robił Václav Burian, poprzez swoją działalność kulturalną zbliżają do siebie kraje Europy Środkowej. Pierwszą nagrodę za wkład w dialog środkowoeuropejski w dziedzinie kultury otrzymał Aleksander Kaczorowski, drugą natomiast – László Szigeti (tak, ten od Dryblingu Hidegkutiego, wywiadu-rzeki z Hrabalem!). W tym roku zostanie ona wręczona Andrzejowi S. Jagodzińskiemu, wybitnemu tłumaczowi, autorowi przekładów na język polski m.in. dzieł Josefa Škvoreckiego.

Michal Habaj. Fot. Natalja Bodnar
Piszę o tym wszystkim głównie dlatego, że zbliża się finał kolejnej, trzeciej edycji nagrody. Odbędzie się on 28 września w Ołomuńcu, mieście Buriana, w teatrze Na cucky, od godziny 15. Atrakcją towarzyszącą – a równocześnie kolejnym polskim akcentem – będzie późniejszy występ w Ponorce, czyli Hospodzie U Musea, Marcina Świetlickiego i zespołu Zgniłość.

Może ktoś z szacownych czytelników będzie akurat wtedy w Ołomuńcu i zajrzy? A jeśli nie, może zainteresuje się samą nagrodą, nominowanymi i zacnym patronem? Moja mała misja zostanie wówczas spełniona. Dziękuję za uwagę! :)

Cytat: http://wyborcza.pl/1,76842,16781600,Nie_zyje_Vaclav_Burian__zasluzony_czeski_opozycjonista.html

niedziela, 12 sierpnia 2018

Literacka Przystawka (4) – czeska wakacyjna

Tegoroczne wakacje nie rozpieszczają mnie, jeśli chodzi o czas wolny, skutkiem czego w lipcu zaliczyłam niechlubny „pierwszy raz” – był to pierwszy miesiąc w siedmioletniej historii Literackich Skarbów, kiedy na blogu nie ukazał się ani jeden tekst. Nie jest tak, że nie czytam – przeciwnie, czytam sporo, książek własnych, książek na studia, książek przedwyjazdowych, jednak czasu – i weny ostatnio jakoś też – na pisanie brak. Aby jednak uniknąć drugiego wstydliwego miesiąca z rzędu, wrzucam spisane naprędce wrażenia z moich ostatnich czeskich lektur. Części z tych tytułów jesienią na pewno poświęcę dłuższe teksty. A na razie – pigułka. Trochę rzeczy nowych, trochę starych, jeden patronat i jedna książka po czesku napisana przez Polkę, zdecydowanie zasługująca na polskie wydanie. Zapraszam!

Vladimír Macura, Guwernantka [patronat!]

Pierwsza powieść Vladimíra Macury przetłumaczona na język polski to opis boju młodej kobiety o zachowanie namiastki wolności w nieszczęśliwym małżeństwie, wpisujący się w historyczne tło – XIX-wieczną walkę narodu czeskiego o prawo do samostanowienia. Bohaterami tej powieści są postaci autentyczne – poeta František Ladislav Čelakovský oraz jego druga żona Antonie – jednak Macura opowiada tę historię z ich perspektywy, ubarwiając ją elementami fikcyjnymi.

Wykreowany przez niego Čelakovský jest figurą odrażającą, despotyczną, zapatrzoną w siebie, oschłą, niezdolną do spontanicznego działania i pozbawioną empatii, przy której spragniona podróży, przygód i wielkiego uczucia Antonie więdnie jak ukrzyżowany szpilkami kwiatek. Hasłem przewodnim powieści jest ELEGIA, „tęsknota za tym, co dalekie, nieosiągalne”, na temat której tak autorytarnie wypowiada się Čelakovský, którą jednak naprawdę rozumie właśnie jego młoda żona, zamknięta w domu, sprowadzona do roli guwernantki, zmuszona do szukania ucieczki w marzeniach i w poezji. Książka zachwycająca pięknym językiem (brawa dla tłumaczy!) oraz wnikliwymi psychologicznymi sylwetkami – kolejny żywy dowód na to, że również mężczyzna potrafi bardzo subtelnie i z empatią odmalować kobiecą psychikę oraz stworzyć opowieść o silnie feministycznej wymowie.

Czy będzie dłuższy tekst? TAK!

V. Macura, Guwernantka, przeł. Michał Kunik, Olga Czernikow, wyd. Amaltea, Wrocław 2018. [Egzemplarz recenzencki]

Anna Militz, Ani víru ani ctnosti člověk nepotřebuje ke své spáse. Příběh Jany Černé

Biograficzna opowieść o Janie Černej, czeskiej poetce, córce Mileny Jesenskiej oraz kochance Egona Bondy’ego. Spisana przez polską bohemistkę Annę Militz, ale dostępna na razie jedynie w języku czeskim, w tłumaczeniu Jana Jeništy. Mam jednak nadzieję, że doczekamy się również polskiego jej wydania, bo książka jest fantastyczna. Doskonale łączy dwie rzeczy, które połączyć bardzo trudno – lekkość lektury niemal powieściową z ciężarem opracowania faktograficznego. Mimo wielu przypisów czytelnik nie ma poczucia przytłoczenia, a po prostu z przyjemnością oddaje się śledzeniu losów niebanalnej postaci, jaką była Jana.

Niebanalnej, ale też kontrowersyjnej i, przynajmniej dla mnie, dosyć antypatycznej. Dzięki wychowaniu pod skrzydłami silnej, wyzwolonej matki – która od najmłodszych lat traktowała ją raczej jak równoprawnego partnera – ale i częściowo zapewne wskutek ciężkich przeżyć w dzieciństwie (utrata matki, tułaczka, brak stałego opiekuna i punktu oparcia) Jana wyrosła na osobę bardzo zdeterminowaną, by żyć „po swojemu”, nawet jeśli krzywdziła przy tym innych ludzi. Nigdy nie potrafiła się dostosować, żyła z dnia na dzień, dzięki pieniądzom pożyczonym, wyżebranym lub skradzionym, także już jako matka piątki dzieci. Ci, którzy ją znali, podkreślają jednak, że była w tym wszystkim „prawdziwa”. Co ważne, autorka książki opowiada historię Jany z dużym dystansem, nie ocenia i pozostawia czytelnikowi dużo wolności, jeśli chodzi o wyrobienie sobie własnego zdania. Fascynująca postać i fascynująca lektura!

Czy będzie dłuższy tekst? Na pewno tak!

A. Militz, Ani víru ani ctnosti člověk nepotřebuje ke své spáse. Příběh Jany Černé, przeł. Jan Jeništa, wyd. Burian a Tichák, Ołomuniec 2015.

Ota Pavel, reportaże sportowe (Puchar od Pana Boga, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe)

Niesamowicie cieszę się, że reportaże sportowe Oty Pavla są wreszcie dostępne w języku polskim. I nie ma tu znaczenia fakt, że entuzjastką sportu zupełnie nie jestem, bo naprawdę nie jest to potrzebne, by docenić „sportową” twórczość Pavla. Dlaczego? Bo są to przede wszystkim opowieści o pokonywaniu własnych słabości, o sile ludzkiego ducha, niesamowicie inspirujące do działania. Na bohaterów swoich reportaży autor wybiera najczęściej tych, którzy byli w przeszłości wyśmiewani i pogardzani, w których nikt nie wierzył, a mimo to, dzięki marzeniom i determinacji, dotarli na sam szczyt. Podkreśla, jak wiele pracy i wysiłku włożyli w swój sukces i równocześnie uczy nas, że nigdy nie należy się poddawać. Bo człowiek, który naprawdę wierzy w swoją wizję, jest w stanie dokonać rzeczy niemal niemożliwych. Głęboko humanistyczne to przesłanie!

Spośród dwóch zbiorów, o których mowa – wydany przez Starą Szkołę Puchar od Pana Boga oraz Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe wydawnictwa Dowody na istnienie – bliższy mi jest ten pierwszy. Po pierwsze ze względu na dobór opowiadań (w Pucharze mimo wszystko więcej jest utworów pozostających na marginesie sportu, nostalgicznych i refleksyjnych w wymowie, rzucających światło nie tylko na samych sportowców, ale również na ich bliskich i wszystko to, co dzieje się już po zejściu z boiska czy toru wyścigowego), po drugie – ze względu na tłumaczenie. W przekładzie Mirosława Śmigielskiego reportaże Pavla są bardziej ubaśniowione, zachowują pewną bajkową magię, która jest dla mnie znakiem rozpoznawczym tego autora, a której zabrakło mi trochę w tłumaczeniu Justyny Wodzisławskiej.

Czy będzie dłuższy tekst? Nie jestem pewna, ale myślę, że tak.

O. Pavel, Puchar od Pana Boga, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017. [Egzemplarz recenzencki]
O. Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe, przeł. Justyna Wodzisławska, wyd. Dowody na istnienie, Warszawa 2016. [Egzemplarz recenzencki]

Jan Balabán, Którędy szedł anioł

Moje pierwsze, mocno spóźnione spotkanie z Balabánem – nie mogę sobie teraz wybaczyć tego, że tak długo z tym zwlekałam. Bo urzekł mnie niemal od pierwszych stron, tą hrabalowskowścią jego prozy w stylu opowieści z Pięknej Poldi, industrialnym tłem, monologami na jednym wdechu. I wszystkim, którzy twierdzą, że Balabán nie ma z Hrabalem nic wspólnego – bo nie wesoło, bo nie rubasznie, bo nie malowniczo – będę mówiła: spójrz głębiej, a zobaczysz.

Przy drugim spojrzeniu Balabán zachwyca też polifonicznością, empatią, próbą zrozumienia swoich bohaterów, a także prostymi, ale w swej prostocie niezwykle chwytającymi za sercem obrazami – jak tym z matką popłakującą w pociągu, że wkrótce synowie wyfruną z gniazda, czy z ojcem, który wraca pewnego razu do domu i wpada w przerażenie, bo nie zastaje żony. Nic w tych opowieściach nie jest czarno-białe, nikt nie jest tylko dobry ani tylko zły, bo – takie mam wrażenie – wyszły spod pióra człowieka, który wewnętrznie wycofał się ze świata tak bardzo, że dostrzega w ludziach dużo więcej, niż pozostając wśród nich. Co ważne – i co również łączy Balabána z Hrabalem – bohaterami tych historii są ludzie zupełnie zwyczajni: mieszkańcy górniczego miasta, robotnicy z kopalni i ich rodziny. Choć nieszczęśliwi, nie potrafią się uwolnić i czegoś zmienić, tkwią więc w swoim powolnym umieraniu, dzień po dniu.

Czy będzie dłuższy tekst? Mam wielką nadzieję, że tak.

J. Balabán, Którędy szedł anioł, przeł. Olga Czernikow, wyd. Afera, Wrocław 2015.

Vladimír Páral, Dekameron 2000 czyli Miłość w Pradze

Na koniec urocza rzecz, która przekonała mnie, że naprawdę można napisać lekką, zabawną, ironiczną, trochę pieprzną, a przy tym niegłupią książkę o relacjach damsko-męskich. Jak wskazuje sam tytuł, książka jest w pewnym stopniu zainspirowana Dekameronem – tworzy ją kilkanaście historii miłosnych, których akcja rozgrywa się jednak we współczesnej Páralowi (powieść powstała w roku 1990) Pradze.

Niby mało ambitna literatura rozrywkowa, a jednak mimo tak wielu postaci każda jest inna i na swój sposób ciekawa. Mamy tu na przykład poczciwego Morawiaka Ladika Jencza, któremu marzy się małżeństwo i rodzina, nie może się jednak uwolnić od lepkich łapek kokietki Alicji Obrtelówny, rozmiłowaną w literaturze hotelową pokojówkę Mikinę Spielgasser, mężatkę Darinę, która z nudów została prostytutką czy spragnionego seksualnych wrażeń żonatego Wacława Jabulkę oraz słynący z zamiłowania do chłostania mężczyzn damski duet Mila i Bietka, którego ofiarą pada w końcu Jabulka. Nie brak tu jednak również historii nieco bardziej refleksyjnych, a nawet wzruszających. Jedyny słaby punkt powieści Párala to wrażenie – zwłaszcza pod koniec – że historii jest jednak za dużo i pewne schematy zaczynają się powtarzać. Mimo to bawiłam się przy tej lekturze przednio! Na zachętę zamieszczam najkrótszą historię miłosną, jaka znalazła się w zbiorze:

„Kiedy oskarżony spotkał mnie wieczorem w parku na Petrzynie i przewrócił na ziemię, nie wołałam o ratunek, przypuszczałam bowiem, że żywi wobec mnie poważne zamiary”.

Czy będzie dłuższy tekst? Raczej nie. Mam nadzieję, że powyższa pigułka wystarczy na zachętę :)

V. Páral, Dekameron 2000 czyli Miłość w Pradze, przeł. Emilia Witwicka, wyd. PIW, Warszawa 1994.

wtorek, 5 czerwca 2018

„«Mainstream» mnie przeraża”. Wywiad z Miroslavem Pechem


Przy okazji premiery Mainstreamu, nowej książki Miroslava Pecha, miałam okazję zadać autorowi kilka pytań. Między innymi o to, dlaczego właśnie horror, skąd wziął się pomysł na opowiedzianą w powieści historię i jak wyglądała praca nad tym – momentami bardzo brutalnym – tekstem. Porozmawialiśmy sobie też o rodzinie, ale od trochę bardziej mrocznej strony... Pisarz okazał się bardzo bezpośrednim, wyluzowanym rozmówcą. Zobaczcie sami!

Dla czytelników, którzy znają Pana z nostalgicznych i zabawnych Uczniów Cobaina, Mainstream może być dużym zaskoczeniem. Tak naprawdę jednak jest on trochę powrotem do korzeni, bo zaczynał Pan przygodę z pisaniem od opowiadań grozy. Czy może Pan o tym opowiedzieć? Którzy autorzy horrorów byli Pana pierwszymi literackimi fascynacjami i wywarli na Pana największy wpływ?

Kiedy naszych rodziców nie było w domu, siostra i brat oglądali na wideo horrory. Oczywiście nie mogło mnie przy tym zabraknąć. Byłem wtedy małym szkrabem, możliwe, że nawet nie chodziłem jeszcze do szkoły. W Uczniach Cobaina jest taka scena, w której narrator opisuje, jak brat zabrał go do kina na Obcego. Do dziś nie do końca wiem, jakim cudem to przeszło u bileterki. W książce wstawia się za nimi jakiś dorosły, ale jak to było naprawdę – nie pamiętam. Na wideo oglądaliśmy głównie Koszmar z Ulicy Wiązów, pochłaniałem też seriale, takie jak Z archiwum X, Po tamtej stronie, Czy boisz się ciemności? Poza tym czytałem książki z serii „Ślady grozy”, jakoś w wieku jedenastu lat odkryłem Stephena Kinga i przepadłem… Później dołączył jeszcze Clive Barker.

I rzeczywiście napisałem w przeszłości kilka gatunkowych opowiadań. Pierwsze w wieku dwunastu lat, kilka następnych, gdy byłem już dorosły, miałem jakieś 23 lata. Publikowałem je pod pseudonimem na różnych stronach dla początkujących autorów. Potem skupiłem się na „grzeczniejszych” tematach i tak powstały książki Napíšu Pavle, Ohromně vtipná videa, Uczniowie Cobaina, Američané jedí kaktusy i Otec u porodu. Horrory natomiast chciałem pisać od zawsze, ale „chcieć” w przypadku pisania to za mało. Temat do ciebie przyjdzie albo nie. Doczekałem się go wreszcie w wieku trzydziestu lat – był to pomysł na Mainstream.

A jeśli chodzi o horrorowych autorów, którzy w ostatnim czasie zrobili na mnie wrażenie, to należą do nich jeszcze Jack Ketchum, Richard Matheson, Carlton Mellick III, John Ajvide Lindqvist, Nick Cutter, Steinar Bragi, Marko Hautala, Mark E. Pocha, Thomas Olde Heuvelt, Andrew Michael Hurley… I tak dalej.

Historia, którą opowiada Pan w książce, jest tak… oryginalna i szokująca, że muszę zapytać: w jaki sposób powstała? Czy była zainspirowana jakimiś zasłyszanymi historiami, literackimi motywami, czy to od początku do końca wytwór Pana fantazji?

Kolega z magazynu, ciekawym zbiegiem okoliczności również pisarz, opowiedział mi o interesującym przypadku. Jakiś haker włamał się do castingowej bazy kandydatek na aktorki do filmów porno i puścił w świat ich fotografie. Były ich setki. Młode dziewczyny, które nie mogły mieć więcej niż osiemnaście lat, trzydziestolatki, dojrzałe kobiety… Wstrząsająca, przygnębiająca sprawa. Natychmiast zacząłem rozmyślać o ich bliskich: rodzicach, partnerach, dzieciach… Co się stało, kiedy zobaczyli te fotki?

Początkowo Mainstream miał być raczej społecznym dramatem o małżeństwie z małym dzieckiem. Akcja miała się rozgrywać w ciągu jednego wieczora, a całość miała mieć formę dialogu między tą dwójką bohaterów. Zastanawiałem się nawet, czy nie zrobić z tego sztuki teatralnej. A potem nagle na to wpadłem. Przecież to jest horror jak w pysk strzelił! Uświadomiłem sobie, że od dawna to we mnie tkwi i chce się wydostać. Bestia przebudziła się z kilkuletniego snu i była bardzo wygłodniała.

W swojej powieści sięga Pan po bardzo drastyczne środki i obrazy, nie ma Pan litości dla czytelnika. Czy uważa Pan, że właśnie w ten sposób literatura powinna na ludzi oddziaływać? Czy powinna sprawiać ból?

Zależy, co człowiek pisze… Na pewno większość historii – niezależnie od tego, czy ich autorzy zajmują się tematyką społeczną, piszą rzeczy humorystyczne, fantasy, science fiction, horrory, thrillery – powinna przede wszystkim być autentyczna. Sprawiać, żeby czytelnik uwierzył. Bardzo możliwe, że horror to najstarszy z gatunków literackich (już w jaskiniach przy ognisku nasi przodkowie na pewno chętnie się straszyli), dzięki temu z czasem niewiarygodnie się rozrósł i powstało wiele różnorodnych jego nurtów. W pewnym momencie zorientowałem się, że właśnie te „bezlitosne” horrory najsilniej na mnie oddziałują. Taki jest też Mainstream. Gdybym sam siebie w duchu spytał, czy Mainstream mnie przeraża, odpowiedź brzmiałaby: TAK! Jest zły, surowy, brutalny. I niepokojący, bo to, co się w nim dzieje, mogłoby się wydarzyć naprawdę.

Osobiste pytanie: co sam Pan czuł, kreśląc tak brutalne obrazy? Czy dla Pana też było to trudne?

Tak. Długo zastanawiałem się nad tymi sadystycznymi scenami. Nie aż tak, żebym musiał się uciekać do teoretyzowania albo jakichś głębokich rozmyślań na temat formy artystycznej – nie jestem artystą, tylko zwykłym, na swój sposób sfiksowanym człowiekiem, który od czasu do czasu coś napisze, bo po prostu musi. Rozważałem opcję, żeby pracować z aluzjami, zostawić pole dla wyobraźni czytelnika, pozwolić mu samemu wymyślić, jak wyglądały te brutalne sceny. Ostatecznie postanowiłem nie owijać w bawełnę. Może też po to, żebym sam, przynajmniej częściowo, zrozumiał, przez jakie piekło przeszła Klara.

Mainstream to też nietypowa opowieść o rodzinie. Czy swoją książką chciał Pan coś powiedzieć o instytucji rodziny i jej kondycji w dzisiejszych czasach?

Nie. Kiedy piszę, nie interesuje mnie jakieś głębsze przesłanie. Jeśli czytelnik znajdzie coś takiego w moich historiach – okej, ale świadomie niczego takiego nie staram się przekazać.

Zostając jeszcze przy rodzinie: w Pana książkach ta tematyka często się pojawia, jest również, z tego co widziałam, w centrum Pana nowej książki, która wyjdzie jeszcze w tym roku w Czechach, Otec u porodu. Czy i dlaczego temat rodziny jest dla Pana ważny?

Już dawniej często pisałem o rodzinie, a odkąd jestem tatą, staje się ona powoli głównym tematem moich książek. Więc zgadza się, to dla mnie wątek ważny i chętnie o nim piszę. Otec u porodu podobnie jak Mainstream to książka, w której opowiadam o ojcostwie, ale te dwa teksty bardzo się różnią. Otec jest utrzymany w dużo lżejszym tonie. Mainstream, to już Pani wie…

Ale napisałem też na przykład opowiadanie o facecie, który stracił żonę i syna. Jest pogrążony w smutku i depresji, chodzi po domu, wszędzie znajduje ślady ich obecności, wszystkie rzeczy zostały tak, jak je tam ta dwójka zostawiła. Mężczyzna pilnuje, żeby dom został w nienaruszonym stanie. Z biegiem czasu zaczyna przejmować tożsamości zmarłej żony i syna, zaczyna żyć ich życiami…

W innym moim opowiadaniu bobas zostaje sam w opuszczonym mieszkaniu. Ściśle rzecz biorąc zupełnie opuszczone nie jest, w łazience leży martwa matka… Nazywam to rodzicielskimi koszmarami. I jeszcze jedna historia: podwójny morderca ucieka ze swoją czteroletnią córką przed wymiarem sprawiedliwości. Przedzierają się przez las, do domu jego rodziców, gdzie zamierza zostawić córkę i iść dalej sam. Ale coś zaczyna ich ścigać… Tak więc i tego typu wesołe historyjki nachodzą nas, gdy zostajemy rodzicami.

Mainstream wyszedł na razie tylko w polskim przekładzie, czy wiadomo coś o jego czeskim wydaniu? Jakich reakcji na ten tytuł spodziewa się Pan w Czechach?

W Czechach z horrorem literackim mamy trochę problem. Nie jest może aż tak, że nie wydaje się nic, ale wydaje się mało. Oprócz Kinga, Barkera czy Lovecrafta od czasu do czasu pojawi się ktoś nowy, tworzący obecnie albo dawniej, ale tak czy siak w Polsce sytuacja wygląda dużo lepiej. Czeskim autorom trudno jest coś opublikować u tradycyjnych wydawców, więc często wydają swoje utwory sami i mało kto o nich wie.

Mimo to jestem wstępnie umówiony, jeśli chodzi o czeskie wydanie Mainstreamu. Możliwe, że książka ukaże się już jesienią. Ale trudno mi przewidzieć, jak zostanie przyjęta, prawdę mówiąc też specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Nie utrzymuję się z pisania, jestem w zasadzie amatorem, więc nie mam potrzeby kalkulowania i dostosowywania się do trendów czy potrzeb rynku. Pisanie jest dla mnie jedynym działaniem, w którym mam absolutną swobodę i nie zamierzam się ot tak pozbawić tego luksusu.

Wątpię, żeby Mainstream okazał się bestsellerem. Jest zbyt surowy i bezkompromisowy. Ale być może kogoś, kto od książek nie oczekuje tylko rozrywki czy sterylnego intelektualizmu, złapie za jaja i porządnie ściśnie.

I jeszcze jedno pytanie o przyszłość: w jakim kierunku, jeśli chodzi o twórczość, zamierza Pan pójść? Czy zamierza Pan więcej uwagi poświęcić pisaniu horrorów, czy Mainstream to tylko jednorazowa sprawa?

Nie wiem, takie rzeczy trudno zaplanować. Ale na pewno nie była to jednorazowa rzecz.

Czekam więc na kolejne Pana książki, jestem pewna, że jeszcze nie raz nas Pan zaskoczy. Życzę wszystkiego dobrego i dziękuję za rozmowę!

Na Literackich Skarbach również:

Tłumaczenie: moje. Fotografie: archiwum autora. Za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła.

piątek, 1 czerwca 2018

Sherlock po angielsku – lekko (za lekko?), łatwo i przyjemnie

Nauka języków to dziś podstawa, a najlepiej, jak wiadomo, uczyć się przez zabawę. Na przykład – czytając w oryginale. Ponieważ jednak, zwłaszcza na początku nauki, nie jest to proste, powstaje wiele wydawniczych serii, ułatwiających zapoznawanie się z dziełami w językach obcych. Nie tak dawno pisałam u siebie o dwóch tego typu pozycjach od wydawnictwa [ze słownikiem], dziś biorę pod lupę publikacje wydawnictwa 44.pl i Ringier Axel Springer, również do nauki angielskiego.

Twórcy serii postanowili nie bawić się w tłumaczenie pojedynczych słówek, ale po prostu zestawić oryginalny tekst z jego przekładem. Pomysł bardzo dobry. Znikają bowiem problemy typu „nie ma tłumaczenia słówka, którego potrzebuję” czy „jest tłumaczenie, ale nie w tym znaczeniu, co trzeba” – przekład całości w końcu musi mieć sens.
Seria ma z założenia przybliżać klasykę literatury pięknej – zainaugurowana przez Przygody Sherlocka Holmesa, w kolejnych tomach ma uczyć angielskiego m.in. wraz z Piotrusiem Panem, Guliwerem, Moby Dickiem czy Lordem Jimem. I to też jest dobra myśl, bo w końcu miło móc się pochwalić, że czytało się Robinsona Crusoe czy Alicję w Krainie Czarów w oryginale. Ale, ale! Zanim popłyniemy na fali samozachwytu, muszę zauważyć, że…

...są to adaptacje.

Nie mamy więc do czynienia z oryginalnymi tekstami powyższych dzieł, lecz ich literackimi opracowaniami (co wydaje się oczywiste – seria dla początkujących i Moby Dick?). I ja to oczywiście rozumiem, wszak wiele klasycznych dzieł nie było pisanych językiem lekkim, łatwym i przystępnym. Ale z tego powodu seria nadaje się tylko dla czytelników na pewnym, niezbyt zaawansowanym, poziomie znajomości języka. Dla pozostałych może się okazać zbyt małym wyzwaniem.

Bo język adaptacji jest bardzo prosty. Na moim przykładzie: zwykle czytanie po angielsku zajmuje mi sporo czasu i mocno się męczę, ale The Adventures of Sherlock Holmes w serii wydawnictwa 44.pl byłam w stanie czytać bardzo szybko praktycznie bez zaglądania do przekładu. Na stronę polskojęzyczną spoglądałam co jakiś czas raczej z przyzwoitości, i to bardziej pod kątem jakości przekładu, dokonanego, jak głosi stopka wydawnicza, przez „Redakcję”. Jakość nie jest najgorsza, wyłapałam co prawda kilka niezręcznych sformułowań, powtórzeń i literówek, ale czytało mi się dobrze. Tylko że, znów – język jest chyba zbyt prosty, by uczyć się na nim literackiego przekładu (a na taką naukę, prawdę mówiąc, też trochę liczyłam).
Dla kogo?

Z myślą o czytelnikach bardziej zaawansowanych mam wizję osobnego cyklu w ramach serii, przybliżającego już oryginalne, nie zaadaptowane wersje utworów, zestawione z kanonicznymi ich przekładami. Oczywiście domyślam się, że to kwestia dodatkowych wydatków związanych z prawami autorskimi, ale nie tracę nadziei, że kiedyś czegoś takiego się doczekamy.

Wracając zaś na ziemię – myślę, że seria „Czytamy w oryginale” jest po prostu przyjemnym sposobem na podszlifowanie swojego angielskiego dla osób nie znających jeszcze języka za dobrze. Jeśli nie jesteście pewni, czy to poziom odpowiedni dla Was – można zawsze kupić jeden tom na spróbowanie. Nowe tytuły wychodzą od kwietnia co dwa tygodnie i są dostępne w salonikach prasowych i kioskach Ruchu, a także na stronie Literia.pl. Pełna lista wygląda tak:

Przygody Sherlocka Holmesa (premiera 18 kwietnia), Rozważna i Romantyczna (premiera 2 maja), Wyspa skarbów (premiera 16 maja), Piotruś Pan (premiera 30 maja), Robinson Crusoe (premiera 16 czerwca), Przygody Tomka Sawyera (premiera 27 czerwca), Moby Dick (premiera 11 lipca), Przygody Guliwera (premiera 25 lipca), Alicja w Krainie Czarów (8 sierpnia), Ostatni Mohikanin (premiera 22 sierpnia), Lord Jim (premiera 5 września), Drakula (premiera 19 września), Tajemniczy ogród (3 października), Biały Kieł (premiera 17 października), Trzech panów w łódce (premiera 31 października) Czarnoksiężnik z Krainy OZ (premiera 14 listopada), Pollyanna (premiera 28 listopada), Opowieść wigilijna (premiera 12 grudnia).

Dużo napisałam o formie i wydaniu, mało o treści, czyli samych przygodach Sherlocka Holmesa. Dziwnie jednak czułabym się, recenzując utwory Arthura Conan Doyle'a na podstawie ich skróconych i zaadaptowanych wersji. Nadrobię to, kiedy tylko sięgnę po pełne, oryginalne teksty autora.

*** 
A. Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa w wersji angielskiej i polskiej, adaptacja: Katarzyna Duda, przeł. Redakcja, wyd. 44.pl, 2015/2018.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

piątek, 25 maja 2018

Świat według Sztućców... i Pająków :) – „Rodzina Sztućców”, „Czego tu się bać”, Madlena Szeliga


Co robią sztućce w czeluściach szuflady, gdy nie patrzymy? Kim chciałyby być Widelczyk czy Łyżeczka, gdy dorosną? Czy Pająk może się bać pająków? Na te pytania odpowiadają książeczki z dwóch nowych serii wydawnictwa Gereon (które kojarzyć możecie ze Scen z życia prywatnego i publicznego zwierząt, jednej z moich Książek Roku 2017). W dodatku robią to w dowcipny, ciepły i graficznie bardzo piękny sposób.

Zacznę od Sztućców. W zacisznej głębi szuflady babci Eleonory mieszka sobie rodzina Sztućców w składzie: Dziadek Nóż, Tata Widelec, Mama Łyżka, Widelczyk i Łyżeczka. Ale zgodne stadło to to nie jest – zwłaszcza Dziadek Nóż o bardzo ciętym języku (nie stępionym przez lata) wprowadza nieustanny ferment. A to dogryza synowej, że jest gruba, a to dzieciaki wysyła spać o 16 (okrutnik!).

Dziadek Nóż, nie zważając na wiek i to, co ludzie pomyślą, szykuje się na randkę.
Przykład ostrego języka Dziadka.

Na kartach dwóch pierwszych tomów serii nieszablonowa rodzinka przeżywa wiele przygód (Dziadek szuka żony, Widelczyk omal nie ginie w odmętach makaronu tagliatelle, a Łyżeczka znika, zostawiając zaszyfrowaną wiadomość), ze wszystkich jednak, dzięki wzajemnemu wsparciu, wychodzi obronną ręką.

Przy pomocy Sztućców Madlena Szeliga mówi wiele na temat życia rodzinnego – oswaja z codziennymi małymi konfliktami, tłumaczy, że nie od razu będziemy sobie radzić z makaronem tagliatelle tak wspaniale jak Tata Widelec, uczy cieszyć się drobnostkami i czerpać siłę ze wsparcia rodziny. Do tego te pyszne językowe gierki i aluzje: „Zwiała bez ostrzeżenia i bez ostrzenia”, „Chochla jest zbyt wylewna”, „Spanie w osobnych szufladach”.

Gdy cała rodzina wybierała się na misję ratunkową na Mount Everest, Łyżeczka zjawiła się, cała w dżemie i bitej śmietanie.
Przerażający potwór Tagliatelle. Spotkania z nim Widelczyk omal nie przypłacił skórą!

Nie bez znaczenia jest oczywiście nieco drapieżna kreska Sławka Zalewskiego, która ogromnie dodaje opowieści charakteru. I to mrowie maleńkich obrazków na wyklejkach, przywodzące mi na myśl wydane w latach 90. przez Muzę opowieści o Mistusiu Passiflorku i Babci Zyni. Z jaką fascynacją studiowałabym je, gdybym miała znów pięć czy sześć lat! Jestem pewna, że już sama wyklejka jest dla najmłodszych źródłem nieskończonej uciechy!

Nad taką wyklejką można spędzić cały dzień!

Czego tu się bać?, tytuł inaugurujący serię „Robale”, również oswaja, ale tym razem ze strachem. Który, jak wiadomo, ma wielkie oczy. Książka na wstępie podbiła moje serce tym, że jej głównym bohaterem jest pająk. Od młodości bowiem wrażliwa na los tych stworzeń, uważałam, że niezasłużenie mają tak zły piar w świecie zwierząt. Książka, napisana przez Madlenę Szeligę i zilustrowana (pięknie psychodelicznie!) przez Paulinę Daniluk, ramię w ramię z takimi klasykami jak Pajęczyna Charlotty E.B. White'a robi wiele dla ocieplenia wizerunku tych ośmionożnych biedaków.

Mały, bojaźliwy pajączek zagląda tu pewnego razu do encyklopedii, za którą na co dzień mieszka, i znajduje w niej wizerunek najpotworniejszego potwora, z całą masą nóg i oczu. Od tej pory żyje w strachu, że spotka strasznego stwora. Puenty możecie się domyślić. A mały człowiek może się przekona, że naprawdę nie taki pająk straszny, jak go malują :).

Ale tak szczerze, mimo całej mej sympatii dla tych biednych stworzeń, wczorajsze spotkanie z ogromnym ich przedstawicielem, sunącym po ścianie zaraz nad moją głową, gdy już zasypiałam, było jednak dosyć upiorne. Może chciał sprawdzić, jak wiele nauczyłam się z książki?

Co za bestia!
Dopiero Motyl uświadomił Pająkowi, że pająki mają w sumie klawe życie.

Wszystkie trzy tytuły w przepyszny sposób bawią i uczą. Także tego, by bacznie rozglądać się dookoła, używać wyobraźni, nasłuchiwać zrzędliwych uwag z głębi szuflady lub płaczliwych jęków zza encyklopedii. (À propos: jednym z dyżurnych dowcipów mojego dziadzia była opowieść o domu, w którym nie wiadomo skąd zaczęły się rozlegać okrzyki: „Olaboga, moja noga!”; okazało się, że wydawał je pająk, który zaklinował sobie jedną z ośmiu nóg w trybach zegara. Jak widać więc, pająki mogą śpiewać różnymi głosami). Poza tym każda z tych książek to takie małe dzieło sztuki – naprawdę pięknie prezentują się na półce.

***
M. Szeliga, Rodzina Sztućców, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2017.
M. Szeliga, Rodzina Sztućców II, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2018.
M. Szeliga, Czego tu się bać?, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2017.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

środa, 23 maja 2018

Polskie perełki na dnie (2): Miasto, w którym czas się zatrzymał – Wojciech Klęczar, „Wielopole”

Choć przez Wielopole Wojtka Klęczara przewija się wiele postaci, tak naprawdę wszystkie są podobne – ta książka ma jednego bohatera. Trochę zmęczonego życiem, trochę niezdolnego wziąć się z nim za bary, rozczarowanego, smutnego. Przed zgiełkiem rzeczywistości, przed ludźmi i odpowiedzialnością chowającego się w knajpach, nie tych ładnych i jasnych, z czystymi toaletami i drogim piwem, ale tych bardziej spelunowatych, „gdzie powietrze zatęchłe było od nostalgii i niespełnienia”.

Ten bohater zawsze ma w życiu pod górkę – może to los się na niego uwziął, a może sam, swoją biernością i marazmem, przyciąga nieszczęścia. Jest inteligentny i wrażliwy, chce stabilnego związku i staroświeckiej, romantycznej miłości, ale żadnej kobiety nie potrafi utrzymać przy sobie na dłużej. Więc chodzi po mieście, jak ten współczesny biegun, wstępuje do znajomej knajpy i idzie dalej. Czego szuka?

Czyta się to dobrze, gładko wchodzą te opowieści o stałych bywalcach krakowskich knajp. Tylko że, pomijając pojawiające się od czasu do czasu przebłyski humoru, przeważnie jest jednak przygnębiająco. Przyznam, że przytłoczona losami tych ludzi, dla których czas się zatrzymał, sama zaczęłam się czuć jak oni, doszukiwać się w sobie ich marazmu, i wcale nie zrobiło mi się od tego dobrze. Uważajcie więc, bo czytając Wielopole możecie w sobie odkryć coś, czego odkrywać wcale nie chcecie.

Bardzo istotnym tłem tych opowiadań, tłem, które jest niemalże równoprawnym ich bohaterem, jest Kraków. Dla osób, które dobrze znają to miasto, książka z pewnością będzie miała dodatkowy urok. Odwołując się znów do osobistego doświadczenia – choć sama nigdy knajpianym typem nie byłam, na początku pierwszych studiów zdarzało mi się zapuszczać na wieczorne eskapady w okolice Rynku i Kazimierza (także do legendarnego Kitschu) i podczas lektury Wielopola jak żywy stawał mi przed oczami tamten Kraków, sprzed dziesięciu lat. Gdy nostalgia bohatera jest twoją własną nostalgią, odczuwasz lekturę inaczej, lepiej, mocniej. Ale, znów uwaga – to też uczucie gorzkie.

W tym skupieniu się na ludziach wyrzuconych gdzieś na margines, niepotrzebnych, zapomnianych, jest oczywiście coś hrabalowskiego, ale bez hrabalowskiego zachwytu dla świata. Już prędzej – à la późny Hrabal. I bez znaczenia jest zakończenie, pozytywne przecież, bo jest jakby doszyte na siłę, niewiarygodne i błahe. Czarny nastrój, w jaki wprawia lektura, to jednak nie zarzut – są przecież tacy, którzy w literackim smutku doskonale się odnajdują.

Zarzut mam za to inny – brak mi wyraźnej puenty, zarówno w poszczególnych opowiadaniach, jak i całym zbiorze. Wyczuwam, że jest to pisanie z potrzeby, może też dla udokumentowania pewnej epoki, ale czy oprócz tego autor ma jeszcze jakąś wyraźną myśl do przekazania? Po co właściwie to wszystko? Bywa, rzecz jasna, że to „po co” nie jest potrzebne, że sama narracja jest celem, ale ta opowieść nie ma niestety aż tyle uroku, by samej się bronić.

Uwiera mnie też obraz kobiet w Wielopolu, ale z tego autor częściowo wybronił się podczas niedawnego spotkania autorskiego w krakowskim Pierwszym Lokalu na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku. Kobiecość w tej książce jest mocno zbanalizowana: są tu jedynie brzydkie i głupie studentki polonistyki, zwariowane feministki, puszczające się nastolatki, i gdzieś pośród tego wybranki bohaterów – mdłe, zasługujące na bycie wybranką chyba tylko tym, że sytuują się gdzieś na środku tej kobiecej charakterologicznej skali, tj. są względnie „normalne”. Sceny seksu raczej bawią, bywają niesmaczne. Autor odpowiada jednak, że to element kreacji – że jego zdaniem w taki sposób widzi rzeczywistość typ, którego uczynił bohaterem. I ma to sens, choć tym samym bohater traci resztki mej sympatii :).

20.05.2018, spotkanie z autorem w Krakowie. Prowadzi Łukasz Grzesiczak.
Jeśli lubicie się czasem unurzać w smutku i nostalgii, jeśli miewacie wrażenie, że „życie jest gdzie indziej”, jeśli nieobce Wam jest poczucie życiowego zagubienia i pragnienie schowania się gdzieś przed światem jak ślimak w muszli, na przykład w ciemnym wnętrzu knajpy – myślę, że się w Wielopolu odnajdziecie. Szczególnie zaś polecam krakowskim miłośnikom spleenu.

***
W. Klęczar, Wielopole, wyd. Forma, Szczecin 2016.

***
Polskie perełki na dnie to cykl, w którym prezentuję mało znaną polską prozę. W centrum mojego zainteresowania są książki autorów, którzy, wydawani przez mniejsze wydawnictwa lub własnym nakładem, nie mają szans na promocję w mainstreamowych mediach, a mimo to piszą ciekawie i zasługują na dostrzeżenie.

Ilustracje:
[1] PublicDomainPictures / pixabay.com
[2] Mr_Incognito_ / pixabay.com
[3] zdjęcie własne
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Forma / www.wforma.eu

środa, 16 maja 2018

Tyfus i miłość, której nie było – „Gorączka”, Mary Beth Keane

Z sensacyjnej historii kucharki Mary Mallon, Tyfusowej Mary, pierwszego w Stanach rozpoznanego przypadku nosicielki tyfusu, Mary Beth Keane upichciła trochę opowieść o życiowej pasji, z której nie sposób zrezygnować, a trochę – love story. Kluczowy składnik upichconego dania, czarujący alkoholik i narkoman Alfred Briehof, jest jednak od początku do końca wymysłem autorki. I co z tym fantem zrobić?

O tym, kim była Tyfusowa Mary, jak zyskała swój przydomek i dlaczego ostatecznie na kilkadziesiąt lat została odizolowana od społeczeństwa w małej chatce na szpitalnej wyspie North Brother, szczegółowo pisać nie będę. Tę historię bez problemu znajdziecie w internecie. Skupię się natomiast na tym, jaką Mary Mallon prezentuje nam autorka Gorączki, oraz co akcentuje (a co dopisuje) w jej historii życia – i z jakim efektem.

Portret głównej bohaterki jest nakreślony bardzo starannie – Keane pokazuje ją jako kobietę wybuchową i temperamentną (jak na Irlandkę przystało), pewną siebie, silną i niezależną, ale nie wolną od wątpliwości i obaw. Mary walczy jak lwica z lekarzami i wymiarem sprawiedliwości, upiera się przy swoim, domaga się prawa do wykonywania ukochanego zawodu, ale tak naprawdę wypiera prawdę o sobie, zdaje sobie sprawę, że może rzeczywiście stwarzać zagrożenie dla otoczenia, przypomina sobie małego synka rodziny Kirkenbauerów, u której pracowała, zmarłego na tyfus – i nie potrafi sobie wybaczyć.

Artykuł gazecie, opisujący przypadek „Tyfusowej Mary”.
Trudno jednak jej się dziwić, że nie chciała przyjąć do wiadomości swojego nosicielstwa. Wyobraźmy sobie, że jest coś, co kochamy robić najbardziej na świecie, i co w dodatku zapewnia nam w miarę dostatnie życie, aż pewnego dnia ktoś mówi nam, że nie możemy dalej realizować się w tej pasji, nie i basta! Mary była kucharką z powołania, uwielbiała swój zawód i nie potrafiła się pogodzić z tym, że zamiast gotować będzie musiała od rana do nocy harować za grosze jako praczka. Nie dziwię się więc, że potajemnie wracała do zawodu, choć zdawała sobie sprawę z zagrożenia – i Mary Beth Keane też zdaje się temu nie dziwić. Tylko czy aby nie jest to z jej strony trochę zabieg à la Nabokov i Lolita, oddawanie głosu postaci, która świadomie postępowała źle, i stawianie jej w lepszym świetle, niż na to zasługuje?

Toksyczna miłość, której nie było

Również poprzez stosunek Mary do Alfreda autorka kreuje bohaterkę jako kobietę skrywającą w sobie ogromne pokłady czułości. Twarda, samodzielna i pyskata Mary Mallon pozostaje bezbronna wobec uroku swojego życiowego partnera, który nigdy nie zdobył się na to, by zaproponować jej małżeństwo, a do tego nieustannie uprzykrzał jej życie, najpierw swoim alkoholizmem, później – uzależnieniem od morfiny i heroiny. Postać Alfreda jest zresztą również nieoczywista, daleko mu do pięknego hultaja, który bez skrupułów wykorzystuje oddaną mu kobietę; to facet bez wątpienia również zakochany w Mary, na swój sposób dobry, ale słaby i podatny na pokusy. Złożony obraz ich toksycznego, choć opartego na szczerym uczuciu związku, był dla mnie mocną stroną całej powieści.

Dlatego też poczułam się trochę oszukana, gdy po sprawdzeniu źródeł odkryłam, że w rzeczywistości żadnego związku nie było, a Alfred Briehof to wytwór wyobraźni autorki. Natknęła się ona jedynie na wzmiankę o przyjacielu-imigrancie, a całą resztę historii dopisała. By ocieplić wizerunek Mary, by dodatkowo uzasadnić wrogość otoczenia i opinii publicznej wobec niej (kobieta żyjąca z mężczyzną bez ślubu!) i, cóż, zapewne też po to, by uczynić całą opowieść bardziej atrakcyjną dla czytelników, zwłaszcza tych płci pięknej. I choć taki czytelnik, uświadomiwszy sobie, że dał się zwieść, może mieć do autorki żal za doszywanie na siłę tak obszernego, fikcyjnego wątku (bo czy naprawdę trzeba do historii życia Mary Mallon, ciekawej samej w sobie, dopisywać jeszcze romans?) trzeba przyznać, że wątek ten jest po prostu bardzo dobrze zrobiony. A prawem autora jest zmyślać i koloryzować, jeśli tylko nie mamy do czynienia z biografią, a jedynie opowieścią zainspirowaną czyimś życiem.

Ciała ofiar katastrofy parowca General Slocum,
wyrzucone na brzeg wyspy North Brother.
Nowy Jork? Tak. Historia medycyny? Mało!

Relacjonując losy swoich bohaterów, Mary Beth Keane maluje również obraz Nowego Jorku z początku XX wieku – kulturowego tygla, przyciągającego obcokrajowców, dla których rzeczywistość okazuje się jednak bardzo odległa od „amerykańskiego snu”. Miasto jest brudne i pełne śmierdzących targowisk, samotnym osobom trudno znaleźć wygodne lokum i skazane są na przytułek lub spanie w wynajmowanych pokojach wraz z kilkunastoma innymi lokatorami, wcale nie jest też łatwo znaleźć pracę, a kiedy już się to uda, nierzadko trzeba harować od rana do nocy w fatalnych warunkach. Mowa oczywiście o czasach, gdy przepisy bezpieczeństwa jeszcze praktycznie nie istniały – autorka obrazowo pisze m.in. o wielkim pożarze w fabryce odzieży Triangle Shirtwaist, który pochłonął życie prawie 150 osób, ale wspomina również o katastrofie parowca General Slocum (ponad 1000 ofiar – aż do ataku na World Trade Center było to najtragiczniejsze wydarzenie w historii Ameryki) oraz, oczywiście, o zatonięciu Titanica.

Nie zgadzam się za to ze stwierdzeniem z okładki, że równoprawnym bohaterem powieści jest również ówczesny rozkwit medycyny. Rozczarowująco mało uwagi autorka poświęca fenomenowi nosiciela gorączki tyfusu, nie wyjaśnia, w jaki dokładnie sposób Mary zarażała innych i jak dochodzili do tego lekarze. Jesteśmy wraz z Mary w szpitalu i na wyspie North Brother, ale rozmowy medyków pozostają za zamkniętymi drzwiami gabinetu i wiemy tak samo mało jak ona. Być może pisarka bała się zanudzić czytelnika medycznymi detalami, być może nie czuła się pewnie w tej tematyce, ale jestem pewna, że przy wsparciu medycznego konsultanta można by było wzbogacić tę opowieść o dodatkowy, fascynujący wymiar.

Tak wygląda dziś wyspa North Brother, gdzie
przetrzymywano Mary. Na końcu recenzji podaję link do strony,
na której obejrzeć można więcej zdjęć tej upiornej wyspy.
Poza tym drobnostki – zabrakło mi na przykład wyjaśnienia, dlaczego po tym jak Mary przestała stawiać się do kontroli, przez tyle lat nikt specjalnie jej nie szukał. Skoro była aż tak niebezpieczna, dlaczego Soper nie postawił całego miasta na nogi, aby ją odnaleźć? A skoro już mowa o Soperze – o nim także chętnie przeczytałabym więcej, bo to interesująca postać, pozostająca do końca trochę w cieniu. Jaka była jego motywacja, kiedy tak zawzięcie tropił Mary? Czy był bezwzględnym karierowiczem, czy naprawdę leżały mu na sercu losy ludzi, których zarażała?

Podobało mi się natomiast to, że pewne fragmenty historii autorka przedstawia z perspektywy Alfreda, i że tworzą one z perspektywą Mary pewną przeplatankę – jedno wydarzenie widzimy zawsze oczyma tylko jednego z nich; kiedy jedno o czymś opowiada, drugie milczy. W ten sposób część opowieści pozostaje zawsze osnuta tajemnicą i sami musimy sobie ją dopowiedzieć.


Cieszę się więc, że spędziłam swoją majówkę z Gorączką. Czyta się bardzo przyjemnie, a dzięki lekturze dowiedziałam się, kim była Tyfusowa Mary i jak wyglądało życie w Nowym Jorku sto lat temu. Pamiętajcie jednak – to nie jest biografia, to nie jest dokument. To po prostu powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, zainspirowana losami autentycznej postaci. Oraz próba zrozumienia, co ta postać, znienawidzona i potępiana, mogła myśleć i czuć.

***
M. B. Keane, Gorączka, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 (premiera: 23 maja).

Na koniec ciekawostka związana z historią Mary Mallon. Szpitalna wyspa North Brother, na której Mary spędziła w izolacji dużą część swojego życia, od lat 60. jest opuszczona. Dziś, ze swoją mroczną historią (była miejscem śmierci wielu chorych na gruźlicę, a u jej wybrzeży wyłowiono setki ciał po wspomnianej katastrofie parowca General Slocum) i postapokaliptycznym krajobrazem, stanowi jedno z najbardziej upiornych miejsc w Nowym Jorku. Jej zdjęcia można zobaczyć na przykład tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Lupo / Wikimedia Commons,
[3] Gustav Scholer / Wikimedia Commons,
[4] reivax / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony Wydawnictwa Literackiego / www.wydawnictwoliterackie.pl.

wtorek, 8 maja 2018

Literacka Przystawka (3) – na Bałkany!

Ostatnio literacko spędzam sporo czasu na Bałkanach, w ramach kolejnej Literackiej Przystawki serwuję więc tym razem coś w klimacie bałkańskim. W zestawie pisarz serbski, bułgarski i bośniacki.

Na początek – Serb. Powieść Bory Ćosicia Rola mojej rodziny w światowej rewolucji już na wstępie zwraca uwagę formą – przypomina dziecięcy pamiętniczek. Dystansując się w ten sposób, autor pisze o swoim dzieciństwie i dorastaniu w Belgradzie czasów komunistycznej rewolucji. Za prostymi, szkolnymi zdaniami i pozornie naiwnymi obserwacjami, które często budzą rozbawienie, kryją się w tej książce bardzo poważne tematy, jak polityka, absurdy życia codziennego w komunistycznym państwie czy relacje rodzinne (traktowanie kobiet, dramat matki, nigdy nie szanowanej przez ojca, a w końcu porzuconej). Książka powstała w roku 1968 i już cztery lata później została przełożona przez Danutę Cirlić-Straszyńską, ale ze względu na cenzurę musiała przeleżeć w szufladzie wiele lat, nim doczekała się polskiego wydania. Dziś jest słodko-gorzkim dokumentem minionej epoki. Warto przeczytać.

Georgi Gospodinow
Powieść naturalna Georgiego Gospodinowa to coś ze zdecydowanie innej beczki. Odważny literacki eksperyment, a równocześnie szczera opowieść człowieka, któremu właśnie rozpadło się małżeństwo, ponieważ żona zaszła w ciążę z innym. „Powieść naturalna”, składająca się z samych początków, historia przeplatana enigmatycznymi cytatami, rozważaniami filozoficznymi (również na tak oryginalne tematy jak… klozet), wspomnieniami z dzieciństwa, opowieściami o tajemniczym kloszardzie i jego bujanym fotelu czy o starcu-ogrodniku w zaczarowanym ogrodzie. Wszystkie te efektowne literackie zagrywki mają być jednak po prostu ucieczką i wytchnieniem od bolesnego tematu rozwodu, zaś temat początku wybrzmiewa tu tak silnie, ponieważ sam narrator staje przed trudnym zadaniem pod tytułem „zacząć wszystko od nowa”.

Proza, która budzi całe mnóstwo literackich skojarzeń (u mnie: Ajvaz, Šindelka, Mitana, trochę także polecająca ją na okładce Olga Tokarczuk, a momentami nawet klimat à la Paul Auster), ale oprócz tego zwyczajnie, po ludzku wzruszająca. Oczywiście mnie najbardziej spodobały się właśnie te momenty, gdy autor przestaje bawić się formą. Samotność, zagubienie, cichy smutek człowieka wspominającego minione lata, w których oddalał się od żony, oraz obsesyjnie wracającego do wieczoru, gdy dowiedział się o jej ciąży, naprawdę się udzielają. Dziwna, ale w tej dziwności piękna książka.

Dla odmiany Kocham Bardzo Izeta Sarajlicia to opowieść o związku bardzo, bardzo szczęśliwym. Książka powstała po śmierci długoletniej towarzyszki życia autora, Mikicy, i jest tak naprawdę jednym wielkim wyznaniem miłosnym. Sarajlić, znany i ceniony na świecie bośniacki poeta, opowiada o tym, jak poznał swoją przyszłą żonę i o tym, jak połączyli swe dwa odmienne światy (ona – pół-Austriaczka, katoliczka, zafascynowana kulturą Zachodu, on – muzułmanin sympatyzujący z rewolucją socjalistyczną, choć z własną, bardzo idealistyczną jej wizją). Wspomina przy okazji ludzi, których poznał i drogie mu, często już nieistniejące miejsca. Dzięki temu książka jest także opowieścią o dawnym Sarajewie, prężnym ośrodku kulturalnym, który w latach 90. został zniszczony przez wojnę.

Przyznam, że spośród powyższych trzech jest to tytuł, który wywołał u mnie najbardziej mieszane uczucia. Oddanie Sarajlicia i jego bezgraniczne uwielbienie dla żony budziło bowiem we mnie w równym stopniu rozczulenie, co irytację. Nie potrafię sobie wyobrazić związku tak idealnego, tak nieskazitelnego, jak rysuje tu Sarajlić. Brak mi codziennych sprzeczek i wielkich kłótni, brak mi wzmianek o tym, co drażniło i irytowało (a przecież coś musiało), brak mi trzeźwego spojrzenia z drugiej strony. I choć rozumiem, że ta książka miała być w pewien sposób hołdem dla Mikicy, dla mnie ten obraz małżeństwa jest zbyt wygładzony, zbyt nieznośny w swej jednowymiarowości.

Nie zmienia to faktu, że byłam również urzeczona poetyckim stylem i emocjonalnym ładunkiem wspomnień Sarajlicia. Przypuszczam więc, że dla niektórych (może trochę mniej zgorzkniałych?) Kocham Bardzo może się rzeczywiście okazać, jak przeczytałam w jednej z opinii, „najpiękniejszą książką o miłości”. Polecam sprawdzić samemu.

***
B. Ćosić, Rola mojej rodziny w światowej rewolucji, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, wyd. Czarne, Wołowiec 2002.
G. Gospodinow, Powieść naturalna, przeł. Marta Hożewska-Todorow, wyd. Pogranicze, Sejny 2009.
I. Sarajlić, Kocham Bardzo, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, wyd. Pogranicze, Sejny 2003.

Ilustracje:
[1], [3] zdjęcie własne,
[2] Mrs Robinson at Bulgarian Wikipedia / Wikimedia Commons.