wtorek, 5 czerwca 2018

„«Mainstream» mnie przeraża”. Wywiad z Miroslavem Pechem


Przy okazji premiery Mainstreamu, nowej książki Miroslava Pecha, miałam okazję zadać autorowi kilka pytań. Między innymi o to, dlaczego właśnie horror, skąd wziął się pomysł na opowiedzianą w powieści historię i jak wyglądała praca nad tym – momentami bardzo brutalnym – tekstem. Porozmawialiśmy sobie też o rodzinie, ale od trochę bardziej mrocznej strony... Pisarz okazał się bardzo bezpośrednim, wyluzowanym rozmówcą. Zobaczcie sami!

Dla czytelników, którzy znają Pana z nostalgicznych i zabawnych Uczniów Cobaina, Mainstream może być dużym zaskoczeniem. Tak naprawdę jednak jest on trochę powrotem do korzeni, bo zaczynał Pan przygodę z pisaniem od opowiadań grozy. Czy może Pan o tym opowiedzieć? Którzy autorzy horrorów byli Pana pierwszymi literackimi fascynacjami i wywarli na Pana największy wpływ?

Kiedy naszych rodziców nie było w domu, siostra i brat oglądali na wideo horrory. Oczywiście nie mogło mnie przy tym zabraknąć. Byłem wtedy małym szkrabem, możliwe, że nawet nie chodziłem jeszcze do szkoły. W Uczniach Cobaina jest taka scena, w której narrator opisuje, jak brat zabrał go do kina na Obcego. Do dziś nie do końca wiem, jakim cudem to przeszło u bileterki. W książce wstawia się za nimi jakiś dorosły, ale jak to było naprawdę – nie pamiętam. Na wideo oglądaliśmy głównie Koszmar z Ulicy Wiązów, pochłaniałem też seriale, takie jak Z archiwum X, Po tamtej stronie, Czy boisz się ciemności? Poza tym czytałem książki z serii „Ślady grozy”, jakoś w wieku jedenastu lat odkryłem Stephena Kinga i przepadłem… Później dołączył jeszcze Clive Barker.

I rzeczywiście napisałem w przeszłości kilka gatunkowych opowiadań. Pierwsze w wieku dwunastu lat, kilka następnych, gdy byłem już dorosły, miałem jakieś 23 lata. Publikowałem je pod pseudonimem na różnych stronach dla początkujących autorów. Potem skupiłem się na „grzeczniejszych” tematach i tak powstały książki Napíšu Pavle, Ohromně vtipná videa, Uczniowie Cobaina, Američané jedí kaktusy i Otec u porodu. Horrory natomiast chciałem pisać od zawsze, ale „chcieć” w przypadku pisania to za mało. Temat do ciebie przyjdzie albo nie. Doczekałem się go wreszcie w wieku trzydziestu lat – był to pomysł na Mainstream.

A jeśli chodzi o horrorowych autorów, którzy w ostatnim czasie zrobili na mnie wrażenie, to należą do nich jeszcze Jack Ketchum, Richard Matheson, Carlton Mellick III, John Ajvide Lindqvist, Nick Cutter, Steinar Bragi, Marko Hautala, Mark E. Pocha, Thomas Olde Heuvelt, Andrew Michael Hurley… I tak dalej.

Historia, którą opowiada Pan w książce, jest tak… oryginalna i szokująca, że muszę zapytać: w jaki sposób powstała? Czy była zainspirowana jakimiś zasłyszanymi historiami, literackimi motywami, czy to od początku do końca wytwór Pana fantazji?

Kolega z magazynu, ciekawym zbiegiem okoliczności również pisarz, opowiedział mi o interesującym przypadku. Jakiś haker włamał się do castingowej bazy kandydatek na aktorki do filmów porno i puścił w świat ich fotografie. Były ich setki. Młode dziewczyny, które nie mogły mieć więcej niż osiemnaście lat, trzydziestolatki, dojrzałe kobiety… Wstrząsająca, przygnębiająca sprawa. Natychmiast zacząłem rozmyślać o ich bliskich: rodzicach, partnerach, dzieciach… Co się stało, kiedy zobaczyli te fotki?

Początkowo Mainstream miał być raczej społecznym dramatem o małżeństwie z małym dzieckiem. Akcja miała się rozgrywać w ciągu jednego wieczora, a całość miała mieć formę dialogu między tą dwójką bohaterów. Zastanawiałem się nawet, czy nie zrobić z tego sztuki teatralnej. A potem nagle na to wpadłem. Przecież to jest horror jak w pysk strzelił! Uświadomiłem sobie, że od dawna to we mnie tkwi i chce się wydostać. Bestia przebudziła się z kilkuletniego snu i była bardzo wygłodniała.

W swojej powieści sięga Pan po bardzo drastyczne środki i obrazy, nie ma Pan litości dla czytelnika. Czy uważa Pan, że właśnie w ten sposób literatura powinna na ludzi oddziaływać? Czy powinna sprawiać ból?

Zależy, co człowiek pisze… Na pewno większość historii – niezależnie od tego, czy ich autorzy zajmują się tematyką społeczną, piszą rzeczy humorystyczne, fantasy, science fiction, horrory, thrillery – powinna przede wszystkim być autentyczna. Sprawiać, żeby czytelnik uwierzył. Bardzo możliwe, że horror to najstarszy z gatunków literackich (już w jaskiniach przy ognisku nasi przodkowie na pewno chętnie się straszyli), dzięki temu z czasem niewiarygodnie się rozrósł i powstało wiele różnorodnych jego nurtów. W pewnym momencie zorientowałem się, że właśnie te „bezlitosne” horrory najsilniej na mnie oddziałują. Taki jest też Mainstream. Gdybym sam siebie w duchu spytał, czy Mainstream mnie przeraża, odpowiedź brzmiałaby: TAK! Jest zły, surowy, brutalny. I niepokojący, bo to, co się w nim dzieje, mogłoby się wydarzyć naprawdę.

Osobiste pytanie: co sam Pan czuł, kreśląc tak brutalne obrazy? Czy dla Pana też było to trudne?

Tak. Długo zastanawiałem się nad tymi sadystycznymi scenami. Nie aż tak, żebym musiał się uciekać do teoretyzowania albo jakichś głębokich rozmyślań na temat formy artystycznej – nie jestem artystą, tylko zwykłym, na swój sposób sfiksowanym człowiekiem, który od czasu do czasu coś napisze, bo po prostu musi. Rozważałem opcję, żeby pracować z aluzjami, zostawić pole dla wyobraźni czytelnika, pozwolić mu samemu wymyślić, jak wyglądały te brutalne sceny. Ostatecznie postanowiłem nie owijać w bawełnę. Może też po to, żebym sam, przynajmniej częściowo, zrozumiał, przez jakie piekło przeszła Klara.

Mainstream to też nietypowa opowieść o rodzinie. Czy swoją książką chciał Pan coś powiedzieć o instytucji rodziny i jej kondycji w dzisiejszych czasach?

Nie. Kiedy piszę, nie interesuje mnie jakieś głębsze przesłanie. Jeśli czytelnik znajdzie coś takiego w moich historiach – okej, ale świadomie niczego takiego nie staram się przekazać.

Zostając jeszcze przy rodzinie: w Pana książkach ta tematyka często się pojawia, jest również, z tego co widziałam, w centrum Pana nowej książki, która wyjdzie jeszcze w tym roku w Czechach, Otec u porodu. Czy i dlaczego temat rodziny jest dla Pana ważny?

Już dawniej często pisałem o rodzinie, a odkąd jestem tatą, staje się ona powoli głównym tematem moich książek. Więc zgadza się, to dla mnie wątek ważny i chętnie o nim piszę. Otec u porodu podobnie jak Mainstream to książka, w której opowiadam o ojcostwie, ale te dwa teksty bardzo się różnią. Otec jest utrzymany w dużo lżejszym tonie. Mainstream, to już Pani wie…

Ale napisałem też na przykład opowiadanie o facecie, który stracił żonę i syna. Jest pogrążony w smutku i depresji, chodzi po domu, wszędzie znajduje ślady ich obecności, wszystkie rzeczy zostały tak, jak je tam ta dwójka zostawiła. Mężczyzna pilnuje, żeby dom został w nienaruszonym stanie. Z biegiem czasu zaczyna przejmować tożsamości zmarłej żony i syna, zaczyna żyć ich życiami…

W innym moim opowiadaniu bobas zostaje sam w opuszczonym mieszkaniu. Ściśle rzecz biorąc zupełnie opuszczone nie jest, w łazience leży martwa matka… Nazywam to rodzicielskimi koszmarami. I jeszcze jedna historia: podwójny morderca ucieka ze swoją czteroletnią córką przed wymiarem sprawiedliwości. Przedzierają się przez las, do domu jego rodziców, gdzie zamierza zostawić córkę i iść dalej sam. Ale coś zaczyna ich ścigać… Tak więc i tego typu wesołe historyjki nachodzą nas, gdy zostajemy rodzicami.

Mainstream wyszedł na razie tylko w polskim przekładzie, czy wiadomo coś o jego czeskim wydaniu? Jakich reakcji na ten tytuł spodziewa się Pan w Czechach?

W Czechach z horrorem literackim mamy trochę problem. Nie jest może aż tak, że nie wydaje się nic, ale wydaje się mało. Oprócz Kinga, Barkera czy Lovecrafta od czasu do czasu pojawi się ktoś nowy, tworzący obecnie albo dawniej, ale tak czy siak w Polsce sytuacja wygląda dużo lepiej. Czeskim autorom trudno jest coś opublikować u tradycyjnych wydawców, więc często wydają swoje utwory sami i mało kto o nich wie.

Mimo to jestem wstępnie umówiony, jeśli chodzi o czeskie wydanie Mainstreamu. Możliwe, że książka ukaże się już jesienią. Ale trudno mi przewidzieć, jak zostanie przyjęta, prawdę mówiąc też specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Nie utrzymuję się z pisania, jestem w zasadzie amatorem, więc nie mam potrzeby kalkulowania i dostosowywania się do trendów czy potrzeb rynku. Pisanie jest dla mnie jedynym działaniem, w którym mam absolutną swobodę i nie zamierzam się ot tak pozbawić tego luksusu.

Wątpię, żeby Mainstream okazał się bestsellerem. Jest zbyt surowy i bezkompromisowy. Ale być może kogoś, kto od książek nie oczekuje tylko rozrywki czy sterylnego intelektualizmu, złapie za jaja i porządnie ściśnie.

I jeszcze jedno pytanie o przyszłość: w jakim kierunku, jeśli chodzi o twórczość, zamierza Pan pójść? Czy zamierza Pan więcej uwagi poświęcić pisaniu horrorów, czy Mainstream to tylko jednorazowa sprawa?

Nie wiem, takie rzeczy trudno zaplanować. Ale na pewno nie była to jednorazowa rzecz.

Czekam więc na kolejne Pana książki, jestem pewna, że jeszcze nie raz nas Pan zaskoczy. Życzę wszystkiego dobrego i dziękuję za rozmowę!

Na Literackich Skarbach również:

Tłumaczenie: moje. Fotografie: archiwum autora. Za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła.

piątek, 1 czerwca 2018

Sherlock po angielsku – lekko (za lekko?), łatwo i przyjemnie

Nauka języków to dziś podstawa, a najlepiej, jak wiadomo, uczyć się przez zabawę. Na przykład – czytając w oryginale. Ponieważ jednak, zwłaszcza na początku nauki, nie jest to proste, powstaje wiele wydawniczych serii, ułatwiających zapoznawanie się z dziełami w językach obcych. Nie tak dawno pisałam u siebie o dwóch tego typu pozycjach od wydawnictwa [ze słownikiem], dziś biorę pod lupę publikacje wydawnictwa 44.pl i Ringier Axel Springer, również do nauki angielskiego.

Twórcy serii postanowili nie bawić się w tłumaczenie pojedynczych słówek, ale po prostu zestawić oryginalny tekst z jego przekładem. Pomysł bardzo dobry. Znikają bowiem problemy typu „nie ma tłumaczenia słówka, którego potrzebuję” czy „jest tłumaczenie, ale nie w tym znaczeniu, co trzeba” – przekład całości w końcu musi mieć sens.
Seria ma z założenia przybliżać klasykę literatury pięknej – zainaugurowana przez Przygody Sherlocka Holmesa, w kolejnych tomach ma uczyć angielskiego m.in. wraz z Piotrusiem Panem, Guliwerem, Moby Dickiem czy Lordem Jimem. I to też jest dobra myśl, bo w końcu miło móc się pochwalić, że czytało się Robinsona Crusoe czy Alicję w Krainie Czarów w oryginale. Ale, ale! Zanim popłyniemy na fali samozachwytu, muszę zauważyć, że…

...są to adaptacje.

Nie mamy więc do czynienia z oryginalnymi tekstami powyższych dzieł, lecz ich literackimi opracowaniami (co wydaje się oczywiste – seria dla początkujących i Moby Dick?). I ja to oczywiście rozumiem, wszak wiele klasycznych dzieł nie było pisanych językiem lekkim, łatwym i przystępnym. Ale z tego powodu seria nadaje się tylko dla czytelników na pewnym, niezbyt zaawansowanym, poziomie znajomości języka. Dla pozostałych może się okazać zbyt małym wyzwaniem.

Bo język adaptacji jest bardzo prosty. Na moim przykładzie: zwykle czytanie po angielsku zajmuje mi sporo czasu i mocno się męczę, ale The Adventures of Sherlock Holmes w serii wydawnictwa 44.pl byłam w stanie czytać bardzo szybko praktycznie bez zaglądania do przekładu. Na stronę polskojęzyczną spoglądałam co jakiś czas raczej z przyzwoitości, i to bardziej pod kątem jakości przekładu, dokonanego, jak głosi stopka wydawnicza, przez „Redakcję”. Jakość nie jest najgorsza, wyłapałam co prawda kilka niezręcznych sformułowań, powtórzeń i literówek, ale czytało mi się dobrze. Tylko że, znów – język jest chyba zbyt prosty, by uczyć się na nim literackiego przekładu (a na taką naukę, prawdę mówiąc, też trochę liczyłam).
Dla kogo?

Z myślą o czytelnikach bardziej zaawansowanych mam wizję osobnego cyklu w ramach serii, przybliżającego już oryginalne, nie zaadaptowane wersje utworów, zestawione z kanonicznymi ich przekładami. Oczywiście domyślam się, że to kwestia dodatkowych wydatków związanych z prawami autorskimi, ale nie tracę nadziei, że kiedyś czegoś takiego się doczekamy.

Wracając zaś na ziemię – myślę, że seria „Czytamy w oryginale” jest po prostu przyjemnym sposobem na podszlifowanie swojego angielskiego dla osób nie znających jeszcze języka za dobrze. Jeśli nie jesteście pewni, czy to poziom odpowiedni dla Was – można zawsze kupić jeden tom na spróbowanie. Nowe tytuły wychodzą od kwietnia co dwa tygodnie i są dostępne w salonikach prasowych i kioskach Ruchu, a także na stronie Literia.pl. Pełna lista wygląda tak:

Przygody Sherlocka Holmesa (premiera 18 kwietnia), Rozważna i Romantyczna (premiera 2 maja), Wyspa skarbów (premiera 16 maja), Piotruś Pan (premiera 30 maja), Robinson Crusoe (premiera 16 czerwca), Przygody Tomka Sawyera (premiera 27 czerwca), Moby Dick (premiera 11 lipca), Przygody Guliwera (premiera 25 lipca), Alicja w Krainie Czarów (8 sierpnia), Ostatni Mohikanin (premiera 22 sierpnia), Lord Jim (premiera 5 września), Drakula (premiera 19 września), Tajemniczy ogród (3 października), Biały Kieł (premiera 17 października), Trzech panów w łódce (premiera 31 października) Czarnoksiężnik z Krainy OZ (premiera 14 listopada), Pollyanna (premiera 28 listopada), Opowieść wigilijna (premiera 12 grudnia).

Dużo napisałam o formie i wydaniu, mało o treści, czyli samych przygodach Sherlocka Holmesa. Dziwnie jednak czułabym się, recenzując utwory Arthura Conan Doyle'a na podstawie ich skróconych i zaadaptowanych wersji. Nadrobię to, kiedy tylko sięgnę po pełne, oryginalne teksty autora.

*** 
A. Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa w wersji angielskiej i polskiej, adaptacja: Katarzyna Duda, przeł. Redakcja, wyd. 44.pl, 2015/2018.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

piątek, 25 maja 2018

Świat według Sztućców... i Pająków :) – „Rodzina Sztućców”, „Czego tu się bać”, Madlena Szeliga


Co robią sztućce w czeluściach szuflady, gdy nie patrzymy? Kim chciałyby być Widelczyk czy Łyżeczka, gdy dorosną? Czy Pająk może się bać pająków? Na te pytania odpowiadają książeczki z dwóch nowych serii wydawnictwa Gereon (które kojarzyć możecie ze Scen z życia prywatnego i publicznego zwierząt, jednej z moich Książek Roku 2017). W dodatku robią to w dowcipny, ciepły i graficznie bardzo piękny sposób.

Zacznę od Sztućców. W zacisznej głębi szuflady babci Eleonory mieszka sobie rodzina Sztućców w składzie: Dziadek Nóż, Tata Widelec, Mama Łyżka, Widelczyk i Łyżeczka. Ale zgodne stadło to to nie jest – zwłaszcza Dziadek Nóż o bardzo ciętym języku (nie stępionym przez lata) wprowadza nieustanny ferment. A to dogryza synowej, że jest gruba, a to dzieciaki wysyła spać o 16 (okrutnik!).

Dziadek Nóż, nie zważając na wiek i to, co ludzie pomyślą, szykuje się na randkę.
Przykład ostrego języka Dziadka.

Na kartach dwóch pierwszych tomów serii nieszablonowa rodzinka przeżywa wiele przygód (Dziadek szuka żony, Widelczyk omal nie ginie w odmętach makaronu tagliatelle, a Łyżeczka znika, zostawiając zaszyfrowaną wiadomość), ze wszystkich jednak, dzięki wzajemnemu wsparciu, wychodzi obronną ręką.

Przy pomocy Sztućców Madlena Szeliga mówi wiele na temat życia rodzinnego – oswaja z codziennymi małymi konfliktami, tłumaczy, że nie od razu będziemy sobie radzić z makaronem tagliatelle tak wspaniale jak Tata Widelec, uczy cieszyć się drobnostkami i czerpać siłę ze wsparcia rodziny. Do tego te pyszne językowe gierki i aluzje: „Zwiała bez ostrzeżenia i bez ostrzenia”, „Chochla jest zbyt wylewna”, „Spanie w osobnych szufladach”.

Gdy cała rodzina wybierała się na misję ratunkową na Mount Everest, Łyżeczka zjawiła się, cała w dżemie i bitej śmietanie.
Przerażający potwór Tagliatelle. Spotkania z nim Widelczyk omal nie przypłacił skórą!

Nie bez znaczenia jest oczywiście nieco drapieżna kreska Sławka Zalewskiego, która ogromnie dodaje opowieści charakteru. I to mrowie maleńkich obrazków na wyklejkach, przywodzące mi na myśl wydane w latach 90. przez Muzę opowieści o Mistusiu Passiflorku i Babci Zyni. Z jaką fascynacją studiowałabym je, gdybym miała znów pięć czy sześć lat! Jestem pewna, że już sama wyklejka jest dla najmłodszych źródłem nieskończonej uciechy!

Nad taką wyklejką można spędzić cały dzień!

Czego tu się bać?, tytuł inaugurujący serię „Robale”, również oswaja, ale tym razem ze strachem. Który, jak wiadomo, ma wielkie oczy. Książka na wstępie podbiła moje serce tym, że jej głównym bohaterem jest pająk. Od młodości bowiem wrażliwa na los tych stworzeń, uważałam, że niezasłużenie mają tak zły piar w świecie zwierząt. Książka, napisana przez Madlenę Szeligę i zilustrowana (pięknie psychodelicznie!) przez Paulinę Daniluk, ramię w ramię z takimi klasykami jak Pajęczyna Charlotty E.B. White'a robi wiele dla ocieplenia wizerunku tych ośmionożnych biedaków.

Mały, bojaźliwy pajączek zagląda tu pewnego razu do encyklopedii, za którą na co dzień mieszka, i znajduje w niej wizerunek najpotworniejszego potwora, z całą masą nóg i oczu. Od tej pory żyje w strachu, że spotka strasznego stwora. Puenty możecie się domyślić. A mały człowiek może się przekona, że naprawdę nie taki pająk straszny, jak go malują :).

Ale tak szczerze, mimo całej mej sympatii dla tych biednych stworzeń, wczorajsze spotkanie z ogromnym ich przedstawicielem, sunącym po ścianie zaraz nad moją głową, gdy już zasypiałam, było jednak dosyć upiorne. Może chciał sprawdzić, jak wiele nauczyłam się z książki?

Co za bestia!
Dopiero Motyl uświadomił Pająkowi, że pająki mają w sumie klawe życie.

Wszystkie trzy tytuły w przepyszny sposób bawią i uczą. Także tego, by bacznie rozglądać się dookoła, używać wyobraźni, nasłuchiwać zrzędliwych uwag z głębi szuflady lub płaczliwych jęków zza encyklopedii. (À propos: jednym z dyżurnych dowcipów mojego dziadzia była opowieść o domu, w którym nie wiadomo skąd zaczęły się rozlegać okrzyki: „Olaboga, moja noga!”; okazało się, że wydawał je pająk, który zaklinował sobie jedną z ośmiu nóg w trybach zegara. Jak widać więc, pająki mogą śpiewać różnymi głosami). Poza tym każda z tych książek to takie małe dzieło sztuki – naprawdę pięknie prezentują się na półce.

***
M. Szeliga, Rodzina Sztućców, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2017.
M. Szeliga, Rodzina Sztućców II, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2018.
M. Szeliga, Czego tu się bać?, wyd. Gereon / Aromat Słowa, Kraków 2017.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

środa, 23 maja 2018

Polskie perełki na dnie (2): Miasto, w którym czas się zatrzymał – Wojciech Klęczar, „Wielopole”

Choć przez Wielopole Wojtka Klęczara przewija się wiele postaci, tak naprawdę wszystkie są podobne – ta książka ma jednego bohatera. Trochę zmęczonego życiem, trochę niezdolnego wziąć się z nim za bary, rozczarowanego, smutnego. Przed zgiełkiem rzeczywistości, przed ludźmi i odpowiedzialnością chowającego się w knajpach, nie tych ładnych i jasnych, z czystymi toaletami i drogim piwem, ale tych bardziej spelunowatych, „gdzie powietrze zatęchłe było od nostalgii i niespełnienia”.

Ten bohater zawsze ma w życiu pod górkę – może to los się na niego uwziął, a może sam, swoją biernością i marazmem, przyciąga nieszczęścia. Jest inteligentny i wrażliwy, chce stabilnego związku i staroświeckiej, romantycznej miłości, ale żadnej kobiety nie potrafi utrzymać przy sobie na dłużej. Więc chodzi po mieście, jak ten współczesny biegun, wstępuje do znajomej knajpy i idzie dalej. Czego szuka?

Czyta się to dobrze, gładko wchodzą te opowieści o stałych bywalcach krakowskich knajp. Tylko że, pomijając pojawiające się od czasu do czasu przebłyski humoru, przeważnie jest jednak przygnębiająco. Przyznam, że przytłoczona losami tych ludzi, dla których czas się zatrzymał, sama zaczęłam się czuć jak oni, doszukiwać się w sobie ich marazmu, i wcale nie zrobiło mi się od tego dobrze. Uważajcie więc, bo czytając Wielopole możecie w sobie odkryć coś, czego odkrywać wcale nie chcecie.

Bardzo istotnym tłem tych opowiadań, tłem, które jest niemalże równoprawnym ich bohaterem, jest Kraków. Dla osób, które dobrze znają to miasto, książka z pewnością będzie miała dodatkowy urok. Odwołując się znów do osobistego doświadczenia – choć sama nigdy knajpianym typem nie byłam, na początku pierwszych studiów zdarzało mi się zapuszczać na wieczorne eskapady w okolice Rynku i Kazimierza (także do legendarnego Kitschu) i podczas lektury Wielopola jak żywy stawał mi przed oczami tamten Kraków, sprzed dziesięciu lat. Gdy nostalgia bohatera jest twoją własną nostalgią, odczuwasz lekturę inaczej, lepiej, mocniej. Ale, znów uwaga – to też uczucie gorzkie.

W tym skupieniu się na ludziach wyrzuconych gdzieś na margines, niepotrzebnych, zapomnianych, jest oczywiście coś hrabalowskiego, ale bez hrabalowskiego zachwytu dla świata. Już prędzej – à la późny Hrabal. I bez znaczenia jest zakończenie, pozytywne przecież, bo jest jakby doszyte na siłę, niewiarygodne i błahe. Czarny nastrój, w jaki wprawia lektura, to jednak nie zarzut – są przecież tacy, którzy w literackim smutku doskonale się odnajdują.

Zarzut mam za to inny – brak mi wyraźnej puenty, zarówno w poszczególnych opowiadaniach, jak i całym zbiorze. Wyczuwam, że jest to pisanie z potrzeby, może też dla udokumentowania pewnej epoki, ale czy oprócz tego autor ma jeszcze jakąś wyraźną myśl do przekazania? Po co właściwie to wszystko? Bywa, rzecz jasna, że to „po co” nie jest potrzebne, że sama narracja jest celem, ale ta opowieść nie ma niestety aż tyle uroku, by samej się bronić.

Uwiera mnie też obraz kobiet w Wielopolu, ale z tego autor częściowo wybronił się podczas niedawnego spotkania autorskiego w krakowskim Pierwszym Lokalu na Stolarskiej po lewej stronie, idąc od Małego Rynku. Kobiecość w tej książce jest mocno zbanalizowana: są tu jedynie brzydkie i głupie studentki polonistyki, zwariowane feministki, puszczające się nastolatki, i gdzieś pośród tego wybranki bohaterów – mdłe, zasługujące na bycie wybranką chyba tylko tym, że sytuują się gdzieś na środku tej kobiecej charakterologicznej skali, tj. są względnie „normalne”. Sceny seksu raczej bawią, bywają niesmaczne. Autor odpowiada jednak, że to element kreacji – że jego zdaniem w taki sposób widzi rzeczywistość typ, którego uczynił bohaterem. I ma to sens, choć tym samym bohater traci resztki mej sympatii :).

20.05.2018, spotkanie z autorem w Krakowie. Prowadzi Łukasz Grzesiczak.
Jeśli lubicie się czasem unurzać w smutku i nostalgii, jeśli miewacie wrażenie, że „życie jest gdzie indziej”, jeśli nieobce Wam jest poczucie życiowego zagubienia i pragnienie schowania się gdzieś przed światem jak ślimak w muszli, na przykład w ciemnym wnętrzu knajpy – myślę, że się w Wielopolu odnajdziecie. Szczególnie zaś polecam krakowskim miłośnikom spleenu.

***
W. Klęczar, Wielopole, wyd. Forma, Szczecin 2016.

***
Polskie perełki na dnie to cykl, w którym prezentuję mało znaną polską prozę. W centrum mojego zainteresowania są książki autorów, którzy, wydawani przez mniejsze wydawnictwa lub własnym nakładem, nie mają szans na promocję w mainstreamowych mediach, a mimo to piszą ciekawie i zasługują na dostrzeżenie.

Ilustracje:
[1] PublicDomainPictures / pixabay.com
[2] Mr_Incognito_ / pixabay.com
[3] zdjęcie własne
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Forma / www.wforma.eu

środa, 16 maja 2018

Tyfus i miłość, której nie było – „Gorączka”, Mary Beth Keane

Z sensacyjnej historii kucharki Mary Mallon, Tyfusowej Mary, pierwszego w Stanach rozpoznanego przypadku nosicielki tyfusu, Mary Beth Keane upichciła trochę opowieść o życiowej pasji, z której nie sposób zrezygnować, a trochę – love story. Kluczowy składnik upichconego dania, czarujący alkoholik i narkoman Alfred Briehof, jest jednak od początku do końca wymysłem autorki. I co z tym fantem zrobić?

O tym, kim była Tyfusowa Mary, jak zyskała swój przydomek i dlaczego ostatecznie na kilkadziesiąt lat została odizolowana od społeczeństwa w małej chatce na szpitalnej wyspie North Brother, szczegółowo pisać nie będę. Tę historię bez problemu znajdziecie w internecie. Skupię się natomiast na tym, jaką Mary Mallon prezentuje nam autorka Gorączki, oraz co akcentuje (a co dopisuje) w jej historii życia – i z jakim efektem.

Portret głównej bohaterki jest nakreślony bardzo starannie – Keane pokazuje ją jako kobietę wybuchową i temperamentną (jak na Irlandkę przystało), pewną siebie, silną i niezależną, ale nie wolną od wątpliwości i obaw. Mary walczy jak lwica z lekarzami i wymiarem sprawiedliwości, upiera się przy swoim, domaga się prawa do wykonywania ukochanego zawodu, ale tak naprawdę wypiera prawdę o sobie, zdaje sobie sprawę, że może rzeczywiście stwarzać zagrożenie dla otoczenia, przypomina sobie małego synka rodziny Kirkenbauerów, u której pracowała, zmarłego na tyfus – i nie potrafi sobie wybaczyć.

Artykuł gazecie, opisujący przypadek „Tyfusowej Mary”.
Trudno jednak jej się dziwić, że nie chciała przyjąć do wiadomości swojego nosicielstwa. Wyobraźmy sobie, że jest coś, co kochamy robić najbardziej na świecie, i co w dodatku zapewnia nam w miarę dostatnie życie, aż pewnego dnia ktoś mówi nam, że nie możemy dalej realizować się w tej pasji, nie i basta! Mary była kucharką z powołania, uwielbiała swój zawód i nie potrafiła się pogodzić z tym, że zamiast gotować będzie musiała od rana do nocy harować za grosze jako praczka. Nie dziwię się więc, że potajemnie wracała do zawodu, choć zdawała sobie sprawę z zagrożenia – i Mary Beth Keane też zdaje się temu nie dziwić. Tylko czy aby nie jest to z jej strony trochę zabieg à la Nabokov i Lolita, oddawanie głosu postaci, która świadomie postępowała źle, i stawianie jej w lepszym świetle, niż na to zasługuje?

Toksyczna miłość, której nie było

Również poprzez stosunek Mary do Alfreda autorka kreuje bohaterkę jako kobietę skrywającą w sobie ogromne pokłady czułości. Twarda, samodzielna i pyskata Mary Mallon pozostaje bezbronna wobec uroku swojego życiowego partnera, który nigdy nie zdobył się na to, by zaproponować jej małżeństwo, a do tego nieustannie uprzykrzał jej życie, najpierw swoim alkoholizmem, później – uzależnieniem od morfiny i heroiny. Postać Alfreda jest zresztą również nieoczywista, daleko mu do pięknego hultaja, który bez skrupułów wykorzystuje oddaną mu kobietę; to facet bez wątpienia również zakochany w Mary, na swój sposób dobry, ale słaby i podatny na pokusy. Złożony obraz ich toksycznego, choć opartego na szczerym uczuciu związku, był dla mnie mocną stroną całej powieści.

Dlatego też poczułam się trochę oszukana, gdy po sprawdzeniu źródeł odkryłam, że w rzeczywistości żadnego związku nie było, a Alfred Briehof to wytwór wyobraźni autorki. Natknęła się ona jedynie na wzmiankę o przyjacielu-imigrancie, a całą resztę historii dopisała. By ocieplić wizerunek Mary, by dodatkowo uzasadnić wrogość otoczenia i opinii publicznej wobec niej (kobieta żyjąca z mężczyzną bez ślubu!) i, cóż, zapewne też po to, by uczynić całą opowieść bardziej atrakcyjną dla czytelników, zwłaszcza tych płci pięknej. I choć taki czytelnik, uświadomiwszy sobie, że dał się zwieść, może mieć do autorki żal za doszywanie na siłę tak obszernego, fikcyjnego wątku (bo czy naprawdę trzeba do historii życia Mary Mallon, ciekawej samej w sobie, dopisywać jeszcze romans?) trzeba przyznać, że wątek ten jest po prostu bardzo dobrze zrobiony. A prawem autora jest zmyślać i koloryzować, jeśli tylko nie mamy do czynienia z biografią, a jedynie opowieścią zainspirowaną czyimś życiem.

Ciała ofiar katastrofy parowca General Slocum,
wyrzucone na brzeg wyspy North Brother.
Nowy Jork? Tak. Historia medycyny? Mało!

Relacjonując losy swoich bohaterów, Mary Beth Keane maluje również obraz Nowego Jorku z początku XX wieku – kulturowego tygla, przyciągającego obcokrajowców, dla których rzeczywistość okazuje się jednak bardzo odległa od „amerykańskiego snu”. Miasto jest brudne i pełne śmierdzących targowisk, samotnym osobom trudno znaleźć wygodne lokum i skazane są na przytułek lub spanie w wynajmowanych pokojach wraz z kilkunastoma innymi lokatorami, wcale nie jest też łatwo znaleźć pracę, a kiedy już się to uda, nierzadko trzeba harować od rana do nocy w fatalnych warunkach. Mowa oczywiście o czasach, gdy przepisy bezpieczeństwa jeszcze praktycznie nie istniały – autorka obrazowo pisze m.in. o wielkim pożarze w fabryce odzieży Triangle Shirtwaist, który pochłonął życie prawie 150 osób, ale wspomina również o katastrofie parowca General Slocum (ponad 1000 ofiar – aż do ataku na World Trade Center było to najtragiczniejsze wydarzenie w historii Ameryki) oraz, oczywiście, o zatonięciu Titanica.

Nie zgadzam się za to ze stwierdzeniem z okładki, że równoprawnym bohaterem powieści jest również ówczesny rozkwit medycyny. Rozczarowująco mało uwagi autorka poświęca fenomenowi nosiciela gorączki tyfusu, nie wyjaśnia, w jaki dokładnie sposób Mary zarażała innych i jak dochodzili do tego lekarze. Jesteśmy wraz z Mary w szpitalu i na wyspie North Brother, ale rozmowy medyków pozostają za zamkniętymi drzwiami gabinetu i wiemy tak samo mało jak ona. Być może pisarka bała się zanudzić czytelnika medycznymi detalami, być może nie czuła się pewnie w tej tematyce, ale jestem pewna, że przy wsparciu medycznego konsultanta można by było wzbogacić tę opowieść o dodatkowy, fascynujący wymiar.

Tak wygląda dziś wyspa North Brother, gdzie
przetrzymywano Mary. Na końcu recenzji podaję link do strony,
na której obejrzeć można więcej zdjęć tej upiornej wyspy.
Poza tym drobnostki – zabrakło mi na przykład wyjaśnienia, dlaczego po tym jak Mary przestała stawiać się do kontroli, przez tyle lat nikt specjalnie jej nie szukał. Skoro była aż tak niebezpieczna, dlaczego Soper nie postawił całego miasta na nogi, aby ją odnaleźć? A skoro już mowa o Soperze – o nim także chętnie przeczytałabym więcej, bo to interesująca postać, pozostająca do końca trochę w cieniu. Jaka była jego motywacja, kiedy tak zawzięcie tropił Mary? Czy był bezwzględnym karierowiczem, czy naprawdę leżały mu na sercu losy ludzi, których zarażała?

Podobało mi się natomiast to, że pewne fragmenty historii autorka przedstawia z perspektywy Alfreda, i że tworzą one z perspektywą Mary pewną przeplatankę – jedno wydarzenie widzimy zawsze oczyma tylko jednego z nich; kiedy jedno o czymś opowiada, drugie milczy. W ten sposób część opowieści pozostaje zawsze osnuta tajemnicą i sami musimy sobie ją dopowiedzieć.


Cieszę się więc, że spędziłam swoją majówkę z Gorączką. Czyta się bardzo przyjemnie, a dzięki lekturze dowiedziałam się, kim była Tyfusowa Mary i jak wyglądało życie w Nowym Jorku sto lat temu. Pamiętajcie jednak – to nie jest biografia, to nie jest dokument. To po prostu powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, zainspirowana losami autentycznej postaci. Oraz próba zrozumienia, co ta postać, znienawidzona i potępiana, mogła myśleć i czuć.

***
M. B. Keane, Gorączka, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 (premiera: 23 maja).

Na koniec ciekawostka związana z historią Mary Mallon. Szpitalna wyspa North Brother, na której Mary spędziła w izolacji dużą część swojego życia, od lat 60. jest opuszczona. Dziś, ze swoją mroczną historią (była miejscem śmierci wielu chorych na gruźlicę, a u jej wybrzeży wyłowiono setki ciał po wspomnianej katastrofie parowca General Slocum) i postapokaliptycznym krajobrazem, stanowi jedno z najbardziej upiornych miejsc w Nowym Jorku. Jej zdjęcia można zobaczyć na przykład tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Lupo / Wikimedia Commons,
[3] Gustav Scholer / Wikimedia Commons,
[4] reivax / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony Wydawnictwa Literackiego / www.wydawnictwoliterackie.pl.

wtorek, 8 maja 2018

Literacka Przystawka (3) – na Bałkany!

Ostatnio literacko spędzam sporo czasu na Bałkanach, w ramach kolejnej Literackiej Przystawki serwuję więc tym razem coś w klimacie bałkańskim. W zestawie pisarz serbski, bułgarski i bośniacki.

Na początek – Serb. Powieść Bory Ćosicia Rola mojej rodziny w światowej rewolucji już na wstępie zwraca uwagę formą – przypomina dziecięcy pamiętniczek. Dystansując się w ten sposób, autor pisze o swoim dzieciństwie i dorastaniu w Belgradzie czasów komunistycznej rewolucji. Za prostymi, szkolnymi zdaniami i pozornie naiwnymi obserwacjami, które często budzą rozbawienie, kryją się w tej książce bardzo poważne tematy, jak polityka, absurdy życia codziennego w komunistycznym państwie czy relacje rodzinne (traktowanie kobiet, dramat matki, nigdy nie szanowanej przez ojca, a w końcu porzuconej). Książka powstała w roku 1968 i już cztery lata później została przełożona przez Danutę Cirlić-Straszyńską, ale ze względu na cenzurę musiała przeleżeć w szufladzie wiele lat, nim doczekała się polskiego wydania. Dziś jest słodko-gorzkim dokumentem minionej epoki. Warto przeczytać.

Georgi Gospodinow
Powieść naturalna Georgiego Gospodinowa to coś ze zdecydowanie innej beczki. Odważny literacki eksperyment, a równocześnie szczera opowieść człowieka, któremu właśnie rozpadło się małżeństwo, ponieważ żona zaszła w ciążę z innym. „Powieść naturalna”, składająca się z samych początków, historia przeplatana enigmatycznymi cytatami, rozważaniami filozoficznymi (również na tak oryginalne tematy jak… klozet), wspomnieniami z dzieciństwa, opowieściami o tajemniczym kloszardzie i jego bujanym fotelu czy o starcu-ogrodniku w zaczarowanym ogrodzie. Wszystkie te efektowne literackie zagrywki mają być jednak po prostu ucieczką i wytchnieniem od bolesnego tematu rozwodu, zaś temat początku wybrzmiewa tu tak silnie, ponieważ sam narrator staje przed trudnym zadaniem pod tytułem „zacząć wszystko od nowa”.

Proza, która budzi całe mnóstwo literackich skojarzeń (u mnie: Ajvaz, Šindelka, Mitana, trochę także polecająca ją na okładce Olga Tokarczuk, a momentami nawet klimat à la Paul Auster), ale oprócz tego zwyczajnie, po ludzku wzruszająca. Oczywiście mnie najbardziej spodobały się właśnie te momenty, gdy autor przestaje bawić się formą. Samotność, zagubienie, cichy smutek człowieka wspominającego minione lata, w których oddalał się od żony, oraz obsesyjnie wracającego do wieczoru, gdy dowiedział się o jej ciąży, naprawdę się udzielają. Dziwna, ale w tej dziwności piękna książka.

Dla odmiany Kocham Bardzo Izeta Sarajlicia to opowieść o związku bardzo, bardzo szczęśliwym. Książka powstała po śmierci długoletniej towarzyszki życia autora, Mikicy, i jest tak naprawdę jednym wielkim wyznaniem miłosnym. Sarajlić, znany i ceniony na świecie bośniacki poeta, opowiada o tym, jak poznał swoją przyszłą żonę i o tym, jak połączyli swe dwa odmienne światy (ona – pół-Austriaczka, katoliczka, zafascynowana kulturą Zachodu, on – muzułmanin sympatyzujący z rewolucją socjalistyczną, choć z własną, bardzo idealistyczną jej wizją). Wspomina przy okazji ludzi, których poznał i drogie mu, często już nieistniejące miejsca. Dzięki temu książka jest także opowieścią o dawnym Sarajewie, prężnym ośrodku kulturalnym, który w latach 90. został zniszczony przez wojnę.

Przyznam, że spośród powyższych trzech jest to tytuł, który wywołał u mnie najbardziej mieszane uczucia. Oddanie Sarajlicia i jego bezgraniczne uwielbienie dla żony budziło bowiem we mnie w równym stopniu rozczulenie, co irytację. Nie potrafię sobie wyobrazić związku tak idealnego, tak nieskazitelnego, jak rysuje tu Sarajlić. Brak mi codziennych sprzeczek i wielkich kłótni, brak mi wzmianek o tym, co drażniło i irytowało (a przecież coś musiało), brak mi trzeźwego spojrzenia z drugiej strony. I choć rozumiem, że ta książka miała być w pewien sposób hołdem dla Mikicy, dla mnie ten obraz małżeństwa jest zbyt wygładzony, zbyt nieznośny w swej jednowymiarowości.

Nie zmienia to faktu, że byłam również urzeczona poetyckim stylem i emocjonalnym ładunkiem wspomnień Sarajlicia. Przypuszczam więc, że dla niektórych (może trochę mniej zgorzkniałych?) Kocham Bardzo może się rzeczywiście okazać, jak przeczytałam w jednej z opinii, „najpiękniejszą książką o miłości”. Polecam sprawdzić samemu.

***
B. Ćosić, Rola mojej rodziny w światowej rewolucji, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, wyd. Czarne, Wołowiec 2002.
G. Gospodinow, Powieść naturalna, przeł. Marta Hożewska-Todorow, wyd. Pogranicze, Sejny 2009.
I. Sarajlić, Kocham Bardzo, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, wyd. Pogranicze, Sejny 2003.

Ilustracje:
[1], [3] zdjęcie własne,
[2] Mrs Robinson at Bulgarian Wikipedia / Wikimedia Commons.

czwartek, 3 maja 2018

Żyjemy w momencie przejścia – spotkanie z Olgą Tokarczuk (23.04.2018)

Tegoroczny Światowy Dzień Książki można było świętować w Krakowie między innymi w towarzystwie Olgi Tokarczuk. Klimat spotkania w Księgarni Pod Globusem był niesamowity – podczas gdy za oknem szalała burza, pisarka opowiadała o opresyjności współczesnego świata i o tym, że prawdopodobnie zbliża się wielka bitwa o ostatnie bastiony naszej wolności.

Spotkanie towarzyszyć miało premierze nowego zbioru pisarki, Opowiadań bizarnych, oczywiście jednak rozmowa nie mogła się nie zacząć od Biegunów oraz gratulacji z okazji dotarcia do finału Nagrody Bookera. Prowadzący Marcin Wilk zwrócił przy tej okazji uwagę na aktualność Biegunów (wydanych po raz pierwszy w roku 2007) także dziś, na co Tokarczuk odparła, że dziś z pewnością dodałaby kilka dodatkowych tematów, jak uchodźcy czy wojny klimatyczne. Uważa, że tego typu kwestie mogą być z powodzeniem poruszane zarówno w publicystyce, jak i w literaturze, przy czym literacko sięgamy głębiej, opisujemy je z różnych perspektyw i poszukujemy w nich nowych, głębszych sensów.

Również Opowiadania bizarne powstały w reakcji na to, co dzieje się w otaczającym nas świecie, na nasze postępujące zamykanie się na innych. Zdaniem pisarki nasi dziadkowie ogarniali jeszcze świat, bo odpowiedzi znajdowali u księdza, tymczasem my musimy sami poszukiwać sensu i nie przychodzi nam to łatwo. Ubocznym efektem tych poszukiwań są jej zdaniem wyrastające jak grzyby po deszczu teorie spiskowe.

Internet niczego nie ułatwia, choć z założenia miał to robić. Powstały z myślą o zbliżaniu nas do siebie i dzieleniu się informacjami, uwolnił w nas diaboliczne zapędy, skłonność do hejtu, zamknął nas w bańce facebookowych znajomych i uczynił nas niewolnikami reklamy. Biorąc to wszystko pod uwagę, pisarka ma poczucie, że już wkrótce będziemy musieli stoczyć wielką bitwę o ostatnie bastiony naszej wolności.

„Żyjemy w momencie przejścia” – stwierdziła. Dodała jednak, że sama ma w sobie dużo optymizmu („Nie można nie mieć, kiedy się pisze książki – inaczej żadnej by się nie skończyło”). I przywołała historię o tym, jak w XIX wieku ludzie martwili się, że z powodu rosnących potrzeb transportowych za kilkadziesiąt lat miasta utoną w odchodach koni powozowych; wkrótce potem wynaleziono samochody, które raz na zawsze rozwiązały problem końskich odchodów. Być może i w naszych czasach wydarzy się coś, czego w tym momencie nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ale co rozwiąże przynajmniej część naszych problemów.

Pisarka opowiedziała również o swojej miłości do opowiadań – jako czytelniczka („To taka tartinka do zjedzenia przed snem”) i jako autorka (bo to dla niej odpoczynek między dłuższymi formami, a także rodzaj ćwiczenia stylistycznego). Dodała, że według niej opowiadaniem nigdy nie będzie fragment dłuższej prozy; opowiadanie musi mieć bowiem swoją określoną strukturę, a przede wszystkim wyraźną puentę, której wymyślenie jest bardzo trudne. Idealne opowiadanie zapada nam w pamięć na długo. Wśród swoich mistrzów tego gatunku wymieniła Cortázara, Czechowa oraz autorów „opowieści niesamowitych”, historii wychodzących poza ramy rzeczywistości, jakie tworzyli m.in. Poe, Hoffmann czy Grabiński.

Jedno z pytań od publiczności stało się natomiast dla pisarki okazją do opowiedzenia o tym, czym jest dla niej literatura. Brzmiało ono: „Czy literatura jest dla pani bardziej konfrontacją czy ucieczką?”. Autorka odparła, że ucieczką bywa tylko literatura pop, tymczasem największe literackie dzieła to zawsze konfrontacja – ze światem i z innymi ludźmi. Chodzi przede wszystkim o empatię, o to, by zobaczyć świat oczyma kogoś innego. „Książka to psychologiczna rewolucja” – podsumowała.

Opowiadania bizarne, którym poświęcone było spotkanie, miały swoją premierę 18 kwietnia. A już 22 maja dowiemy się, czy to właśnie Olga Tokarczuk zostanie laureatką tegorocznej Nagrody Bookera. Mocno trzymam kciuki!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wydawnictwo Literackie / www.wydawnictwoliterackie.pl,
[3] Penguin Random House / www. penguinrandomhouse.com.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Zimne ciało, zimne serce – „Mainstream”, Miroslav Pech [patronat]

W swojej najnowszej książce Miroslav Pech porzuca przesiąknięty nostalgią i humorem sposób opowiadania, jaki znamy z Uczniów Cobaina, i sięga po zdecydowanie bardziej drastyczne środki. Szokując, zniesmaczając, zadając ból, zmusza nas do zastanowienia się nad społecznymi rolami, w które nieporadnie próbujemy się wcisnąć.

Mroźna zima, domek na odludziu, las. W tej scenerii, trochę jak ze Lśnienia Kinga, Miroslav Pech umieszcza bohaterów swojej powieści, młode małżeństwo z dzieckiem, Klarę i Macieja. Razem mają spędzić rodzinne święta, ale kilka dni wcześniej bohater dowiedział się czegoś, co zachwiało jego zaufaniem do żony. Atmosfera jest coraz bardziej napięta, od początku przeczuwamy, że ta historia dobrze się nie skończy. Ale tego, jak się skończy, z pewnością niewielu czytelników się spodziewa.

Pech umiejętnie buduje nastrój, zaczynając od tajemnicy, wprowadzając element niepokoju, a następnie długo i powoli rozwijając akcję. Pisze prostym językiem, stylem niemal przezroczystym, suchym, mało literackim, i nawet wstrząsające epizody prezentuje w sposób kompletnie wyprany z emocji. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że są one przefiltrowane przez świadomość bohaterów, ta metoda opowiadania nabiera mocy. Do tego wszystko widzimy w formie prześwitów i migawek, jakbyśmy zaglądali do domku na odludziu przez szpary między deskami, przez okiennice, które Klara wciąż zapominała domknąć. Kolorowe światełka migoczące za oknem. Płaczące dziecko. Choinka. Siekiera.

Bez litości!

Ten emocjonalny chłód, zestawiony z trzaskającym mrozem na zewnątrz, robi swoje. Mrozi. Motyw śmierci i szaleństwa, wobec których bohaterowie pozostają obojętni, jak gdyby był to element ich codzienności, ma w sobie coś z pięknego obłędu Krainy traw Mitcha Cullina.

Coś jednak musiało się stać, co doprowadziło do tego uczuciowego zamarznięcia. W momencie, kiedy autor decyduje się nam o tym opowiedzieć, opowieść zupełnie się zmienia – po kilkudziesięciu sennych stronach, zupełnie nieprzygotowani, zostajemy przytłoczeni mnóstwem brutalnych szczegółów. Tak brutalnych, że nasuwa się pytanie, czy taka dawka okrucieństwa jest uzasadniona. Mam silne przeczucie, że w tych najbardziej dosadnych momentach Pech tworzył zainspirowany twórczością jednego ze swoich ulubionych autorów, czyli Bukowskiego. „Jak wbijanie sobie szpilek pod paznokcie, jak łykanie żyletek, jak cięcie się i posypywanie solą” – pisałam o Najpiękniejszej dziewczynie w mieście, i równie dobrze mogłabym to samo powiedzieć o pewnych fragmentach Mainstreamu. Walczyłam z mdłościami i modliłam się, razem z bohaterką, by już się to skończyło.

I w tych momentach, i w całej powieści w centrum uwagi autor stawia ciało – ciało poniżone, ciało uprzedmiotowione, krzywdzone, bezczeszczone, rozczłonkowane. Zgwałcone, wzgardzone, zimne. Nierozłącznie związane z duszą, która cierpi nie mniej. Od niego wszystko się zaczęło, na nim wszystko się kończy. Ciało kiedyś potraktowane tak okrutnie, teraz robi coś podobnego z innym ciałem – bardziej podobnego, niż nam się wydaje.

Szczęśliwa rodzina?

Źródło problemu leży jednak dużo głębiej, bo przecież droga do lodowatego obłędu Klary zaczęła się dużo wcześniej. I tu dochodzimy do tła społecznego powieści, do chętnie wykorzystywanego przez Pecha motywu rodziny.

Zarówno Klara, jak i Maciej w pewien sposób doświadczyli odrzucenia przez swoich rodziców. Klara jako nastolatka straciła matkę (i wciąż nosi w sobie upiorne wspomnienie jej ciała po udarze, siedzącego przy stole w kuchni i patrzącego na nią pustym wzrokiem – ciało, znów ciało, tym razem wydrążone jak wydmuszka), a następnie dowiedziała się, że do grobu jej rodzicielkę mógł wpędzić ojciec, namiętnie i przy każdej możliwej okazji dopuszczający się małżeńskich zdrad. Uciekając od problemów, dziewczyna trafia do środowiska, które kusi ją, mami, a później bezwzględnie wykorzystuje.

Również w rodzinie Macieja, choć otrzymujemy na jej temat niewiele informacji i nie wskazują one na patologie, coś jest nie tak. Ojciec, pisarz sprawiający wrażenie apatycznego i zamkniętego we własnym świecie, nie wie nawet, kiedy jego żona wraca z sanatorium; nie odpowiada również, celowo lub nie, na zadane wprost pytanie syna: „Chciałeś mnie?”. Macieja jednak szczególnie boli fakt, że rodziciel nie docenia jego własnych pisarskich wysiłków. Ojciec zaczyna co prawda lekturę jego tysiącstronicowego, ambitnego dzieła, ale nigdy jej nie kończy – i nigdy nie komentuje.

Wpisać się w szablon

Poznają się, gdy obydwoje liżą właśnie rany po swoich porażkach. Są do siebie podobni, choć tylko jedna strona tego związku zdaje sobie z tego sprawę – obydwoje wystawili się na widok, w pewien sposób obnażyli się przed publiką, ale nie spotkali się z oczekiwanym przyjęciem.

Psychicznie poharatani, podejmują jednak pokraczną próbę zbudowania własnej rodziny. Maciej stara się angażować w opiekę nad córką, wygłasza na jej temat natchnione komunały typu „To nasz skarb”, ale w głębi duszy jest wściekły, że żona wraz z dzieckiem zawłaszczają jego życiową przestrzeń, że nie może już żyć po swojemu. Gdy z pewnego anonimu dowiaduje się o szokującej przeszłości Klary, zaczyna wariować. Również w umyśle skrzywdzonej i wykorzystanej dziewczyny od dawna czai się szaleństwo. I właśnie w takim stanie ducha obydwoje jadą spędzić święta na kompletnym pustkowiu, w domku ojca Klary.

Dlaczego Mainstream? Przede wszystkim dlatego, że autor porusza problem „mainstreamu” społecznego, szablonu, do którego wszyscy dążymy, ale nie wszyscy potrafimy się w nim odnaleźć. Każda z rodzin w tej książce jest w pewien sposób nieudana i koślawa – pełen żali związek Klary i Macieja, nałogowo zdradzający żonę ojciec Klary, obojętny ojciec Macieja.

Mam nadzieję, że udało mi się przybliżyć tę powieść na tyle, aby rozwiać wątpliwości tych z Was, którzy wahają się, czy po nią sięgnąć. To zdecydowanie tytuł nie dla każdego, wrażliwym ciężko będzie przebrnąć, zarówno przez elementy à la literackie gore, jak i porno (te i dla mnie były na granicy dobrego smaku). Pech w ciekawy sposób łączy jednak w Mainstreamie konwencję horroru z poważną społeczną tematyką. Szokując, zmusza do przemyśleń. Bo wbrew pozorom ta książka jest trochę o każdym z nas.

***
M. Pech, Mainstream, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2018.
Zdjęcie główne: suju / pixabay.com

środa, 25 kwietnia 2018

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (3): Czeska wiosna i lato!

Zimowy czas wydawniczego uśpienia za nami, wraz z wiosną nadchodzą literackie wydarzenia, spotkania, targi i festiwale, a także zmasowany atak premier. Przyszedł więc czas na kolejną porcję czeskich zapowiedzi. Zobaczcie, na co warto czekać!

Niedawno ukazały się:



Martin Reiner – Jeden na milion
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła)

Zbiór opowiadań (co mnie bardzo cieszy, bo krótką formę uwielbiam) autora świetnej powieści Lucynka, Macoszka i ja. Podobno to słodko-gorzka, raczej lekka lektura w klimacie filmów Hřebejka. Ile w tym prawdy, sprawdzę niedługo – mój egzemplarz czeka na półce, recenzja na Skarbach niebawem.



Evžen Boček – Arystokratka na koniu
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła)

O kolejnej Arystokratce rozpisywać się nie trzeba, kto czytał poprzednie części, ten i po tę prędzej czy później sięgnie. Ale gdyby mimo wszystko ktoś potrzebował dodatkowej zachęty (albo chciał skonfrontować wrażenia), moja recenzja czeka tu.


Jaroslav Hašek – Przygody dobrego wojaka Szwejka
(przeł. Antoni Kroh, wstęp i opracowanie: Jacek Baluch, wyd. Ossolineum)

Nowe wydanie najsłynniejszej czeskiej książki (jej rangę potwierdziły ostatnio wybory zarówno ekspertów, jak i czytelników, w plebiscycie nagrody Magnesia Litera na czeską książkę stulecia: wśród trzech najczęściej wybieranych tytułów i w jednej i w drugiej grupie pojawił się Szwejk!). Z obszernym – jak to w BN-kach – wstępem, przygotowanym przez profesora Jacka Balucha. Dla mnie to świetna okazja, by dzieło Haška raz jeszcze przeczytać i wreszcie napisać o nim na Skarbach.




Ivana Myšková – Białe zwierzęta są bardzo często głuche
(przeł. Elżbieta Zimna, wyd. Dowody na istnienie)

Kolejna pozycja w czeskiej serii Stehlík Mariusza Szczygła. Jedenaście opowiadań o ludziach uwięzionych w iluzjach, niepewnych siebie i zagubionych. Książka nominowana do Magnesii Litery w kategorii Proza.

Miroslav Pech – Mainstream
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 
PATRONAT

Po pierwszym, bardzo udanym spotkaniu z twórczością Pecha (moje peany na cześć Uczniów Cobaina znajdziecie tu) powiedziałam sobie, że od tego młodego autora biorę wszystko w ciemno. I wzięłam. Mainstream okazał się ona czymś zupełnie innym, niż słodko-gorzcy Uczniowie Cobaina – powieścią brutalną i szokującą, ale i zmuszającą do rozmyślań na temat społeczeństwa i rodziny oraz zachęcającą do zgłębiania pozostawionych przez autora tropów. Moją zapowiedź tego tytułu znajdziecie tutaj, recenzja jeszcze w tym tygodniu. Patronat Literackich Skarbów Świata Całego.


Światło dzienne ujrzały też inne książki, które zapowiadałam w październiku. Ciekawych odsyłam do moich wpisów na temat patronatowych Nad piękną, modrą Drzewnicą Antonína Bajai oraz Macochy Petry Hůlovej. Wkrótce również tekst o opowiadaniach sportowych Oty Pavla, zebranych w tomie Puchar od Pana Boga. Nadal natomiast czekamy na polskie wydanie Tańca niedźwiedzia Ireny Douskovej oraz zbioru Dítě školkou povinné M.M. Cabicara – będą wkrótce!

Już za chwilę:


Vladimír Macura – Guwernantka
(przeł. Olga Czernikow i Michał Kunik, wyd. Amaltea) 
PATRONAT

Powieść Macury jest wciąż w drodze, a korzystając z tego, mogę odrobinę podgrzać atmosferę, zdradzając kilka dodatkowych szczegółów. Jest już okładka (prawda, że piękna?), a wewnątrz publikacji znajdą się, dzięki uprzejmości Muzeum Miejskiego we Wrocławiu, litografie Maksa von Grossmanna, przedstawiające XIX-wieczny Wrocław (będący scenerią powieściowych wydarzeń). I, uwaga, książka ukaże się również pod dumnym patronatem Literackich Skarbów Świata Całego!



Zapowiedzi:

Markéta Zahradníková – Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem
(przeł. Julia Różewicz, wyd. Dowody na istnienie)

Miałam okazję przeczytać tę książkę w oryginale i byłam pod ogromnym wrażeniem księdza Czendlika. Bo owszem, trochę taki z niego śmieszek, trochę szołmen, ale i duszpasterz z przekonania, który nie wstydzi się własnych ludzkich słabości, dzięki czemu ma mnóstwo zrozumienia i dla swoich owieczek. Świetna lektura zwłaszcza dla wierzących z otwartą głową – ja wyniosłam z niej wiele. Polska wersja tego wywiadu-rzeki to dzieło Julii Różewicz.

Premiera: 25 kwietnia (dziś!)


Jiří Březina – Przedawnienie
(przeł. Agata Wróbel, wyd. Afera)

Kolejna odsłona aferowej serii Czeskie Krymi, powieść kryminalna z motywem wysiedlenia Niemców sudeckich w tle (popularnym zresztą ostatnio w czeskiej literaturze: Tučková, Denemarková, Katalpa…). Miłośnicy serii, zachwyceni kryminałami Ivy Procházkovej, na pewno chętnie sięgną. A ja sięgnę ze względu na tę historię w tle.

Premiera: maj

Iva Procházková – Pyszna środa
(przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera)

Wspomniana piętro wyżej Iva Procházková tym razem w roli, z jakiej jest w Czechach przede wszystkim znana: autorki książek dla dzieci i młodzieży. Pyszna środa, kolejna pozycja z serii Czeska Bajka, to książka uwielbiana przez naszych południowych sąsiadów, wielokrotnie wznawiana i adaptowana jako spektakl. Przesycona absurdalnym humorem historia (głównej bohaterce rosną na głowie… jabłka), skierowana do dzieci w wieku 5-9 lat, w wersji aferowej zostanie zilustrowana przez Kasię Michałkiewicz-Hansen.

Premiera: maj

Radka Denemarková – Kobold 
(przeł. Olga Czernikow, Katarzyna Dudzic-Grabińska, wyd. Książkowe Klimaty)

Dwie książki w jednej, dwa żywioły, jak woda i ogień, dwie rzeki zlewające się w jedną – tak o Koboldzie pisze jego czeski wydawca. O miłości i przemocy, o kobietach, które są silne, ale skrępowane uczuciem do swoich oprawców, o tym, w jaki sposób nasze postawy na całe życie determinuje rodzina i ideologia, w której wyrastamy. Luźne nawiązanie do dwóch innych głośnych powieści Denemarkovej, Pieniędzy od Hitlera oraz A já pořád kdo to tluče – wszystkie trzy dotyczą XX-wiecznej historii Europy Środkowej.

Premiera: czerwiec
Josef Škvorecký – Wszyscy ci wspaniali chłopcy i dziewczyny (przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Pogranicze)

Jedna z dwóch książek tego autora, które mają się ukazać po polsku w tym roku (tłumacz Andrzej Jagodziński mówił o tym na spotkaniu w ramach Polsko-Czeskiej Wiosny Literatury). Historia czeskiego kina oczyma Škvoreckiego, dla którego już od młodzieńczych lat film, obok literatury i jazzu, był jedną z największych fascynacji. Tłumacz pisze o tej książce tak: „Wszyscy ci wspaniali… to bardzo porządna historia czeskiego kina (w okresie międzywojennym i w latach sześćdziesiątych jednego z najważniejszych na świecie), a zarazem świetna literatura – jak to u Škvoreckiego – pełna pysznych anegdot, zakulisowych historyjek i ploteczek, pikantnego humoru, nostalgii, ironii i autoironii. Zazdroszczę tym, którzy będą tę książkę czytać po raz pierwszy”.

Polskie, ale o Czechach:

Aleksander Kaczorowski – Ota Pavel. Pod powierzchnią 
(wyd. Czarne)

Przypuszczam, że większość z czytelników tego bloga dobrze zna (lub przynajmniej o niej słyszała) Śmierć pięknych saren i wie, kim był Ota Pavel. Ale czy na pewno? Znajoma jest nam tragiczna historia jego życia, ale czy rzeczywiście wiemy, kim naprawdę był? Po Václavie Havlu i Bohumilu Hrabalu w biograficznej serii Czarnego wychodzi kolejny tytuł Aleksandra Kaczorowskiego, tym razem rzucający trochę światła właśnie na osobę tego znanego pisarza i dziennikarza sportowego. Myślę, że to będzie doskonałe uzupełnienie zbiorów reportaży sportowych Pavla, które od niedawna dostępne są po polsku.

Premiera: 16 maja 2018

I jeszcze kilka przewodników:

Czechy. Przewodnik praktyczny – D. Chmielewska, M. Mucha
Czechy północne – S. Adamczak, K. Firlej-Adamczak, D. Chmielewska, M. Mucha
Praga – K. Firlej-Adamczak, S. Adamczak, D. Chmielewska, M. Mucha
(wyd. Pascal)

Być może niektórzy z Was kojarzą jedną z największych polskich społeczności skupiających osoby zakochane w Czechach – bloga i stronę na Facebooku „Jestem Czechofilem”. Jej administratorzy pochwalili się niedawno, że we współpracy z nimi powstały trzy przewodniki po Republice Czeskiej. Zbliża się majówka, potem wakacje, więc przewodniki mogą się przydać – i dlatego, choć to nie literatura piękna, dorzucam na doczepkę do zestawienia. Wszystkie trzy książki są już dostępne w sprzedaży.

Czesi w Polsce!

Gorący przedwakacyjny czas to pora Big Book Festival, który w tym roku odbędzie się w dniach 22-24 czerwca. A piszę o tym nie bez powodu, bo gośćmi tegorocznej edycji festiwalu będą aż dwie czeskie pisarki! Jedna to Anna Bolavá, autorka mrocznej i lirycznej powieści W ciemność, której Literackie Skarby patronowały. Drugą jest dobrze Wam znana Petra Hůlová, która wraz z dziewięcioma innymi pisarkami z różnych krajów weźmie udział w spotkaniu Planeta Kobiet. Co by się zmieniło, gdyby kobiety rządziły światem?”. Dla tych, którzy jeszcze nie zdecydowali, czy w czerwcu wybrać się Warszawy na Big Booka, może być to ważna informacja!

Prawdziwą bombą jest jednak dla mnie inna wizyta – pisarza, którego debiutancki zbiór opowiadań był zresztą do prozatorskiego debiutu Bolavej porównywany. Chodzi o Matěja Hořavę, autora Palinki, człowieka-widmo, który nawet na rozdanie nagród Magnesia Litera wysłał w swoim imieniu wydawcę. Tymczasem z polską publicznością zgodził się spotkać – w lipcu będzie gościem festiwalu Góry Literatury. Tego również nie można przegapić!

I jeszcze jedno ciekawe wydarzenie, już bardzo niedługo, bo 9 maja. W ramach Studenckich Warsztatów Tłumaczeniowych w Krakowie odbędzie się spotkanie ze wspomnianym już w tym wpisie tłumaczem Andrzejem S. Jagodzińskim. Prowadzi Magda Brodacka. Czwartek, 9 maja, godz. 19 w Massolit Books & Café. Hasłem tegorocznej edycji SWT są „Wcielenia przekładu”, a więc celem będzie zwrócenie uwagi na osobę tłumacza, która dla wielu wciąż pozostaje niewidzialna.

Jest w czym wybierać, prawda? Chętnie dowiem się, co Was najbardziej zainteresowało. Życzę Wam, a właściwie nam, pięknej wiosny i upojnego lata z czeską literaturą!

W cyklu „Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem” zestawiam nadchodzące czeskie premiery, a także piszę o ciekawych literackich i nieliterackich wydarzeniach z czeską kulturą w tle. Wszelkie propozycje wydarzeń lub akcji, które mogłabym zaprezentować w cyklu, chętnie przyjmę! Można je przesyłać na adres: lit.skarby.swiata.calego@gmail.com.


Zdjęcie główne: JamesQube / pixabay.com