środa, 14 listopada 2018

Inny, czyli gorszy? Czeska zapowiedź: Ivona Březinová, „Krzycz po cichu, braciszku”

Jak widzi świat dziecko z autyzmem? Oczywiście nikt z nas nie zna odpowiedzi na to pytanie, Ivona Březinová zgłębiła jednak temat i podjęła próbę wejścia w skórę kogoś takiego – oraz jego bliskich. Tak powstała powieść Krzycz po cichu, braciszku, która wychodzi właśnie w języku polskim.

Ivona Březinová, fot. Vladimír Havelka
Březinová jest jedną z najpopularniejszych czeskich autorek książek dla dzieci. I jedną z najbardziej pracowitych – lista wydanych przez nią w Czechach tytułów liczy już ponad sto pozycji! Pisarka studiowała historię, później została asystentką na katedrze bohemistyki, ale po urodzeniu córek badanie cudzej twórczości porzuciła na rzecz pisania własnych książek. I to właśnie ze względu na córki pisze dziś przede wszystkim dla dzieci i młodzieży.

Jako autorka tego typu literatury słynie z poruszania trudnych tematów. W wielu jej utworach pojawia się problem inności i wykluczenia (którego nie unika nawet w swoich bajkach – pisała m.in. o niebieskim niedźwiadku, który urodził się w rodzinie zwykłych niedźwiedzi), a także chorób i upośledzeń. Niektóre z jej książek o podobnej tematyce powstają we współpracy z czeskimi fundacjami i organizacjami poświęconymi osobom chorym i niepełnosprawnym.

Tak było również z Krzycz po cichu, braciszku – książka powstała z inicjatywy Krajowego Instytutu ds. Autyzmu (Národní ústav pro autismus). Przedstawiciele wydawnictwa Pasparta, ściśle współpracującego z Instytutem, będąc pod wrażeniem jej dotychczasowej twórczości, zaproponowali jej napisanie książki o tym, jak widzą świat dzieci autystyczne.

Samo pisanie poprzedziły bardzo gruntowne przygotowania. Autorka przeczytała masę książek na temat autyzmu, brała udział w konferencjach, konsultowała się ze specjalistami, rozmawiała z rodzicami autystycznych dzieci i odwiedzała szkoły specjalne. Zbieranie materiału zajęło jej aż trzy lata. Jak mówi jednak Březinová: „Jeśli o czymś piszesz, musisz albo sam to wcześniej przeżyć, albo poznać temat do głębi. Tak dokładnie, jak gdybyś sam to przeżył i byłaby to twoja własna historia”.

Jak przyznaje, momentami była przerażona, że tym razem temat jest dla niej zbyt złożony, że nie będzie potrafiła o nim napisać. Również sam proces pisania był dla niej, jako dla matki, emocjonalnie bardzo wyczerpujący. Gdy jednak książka w końcu powstała, zyskała bardzo przychylne oceny specjalistów. Docenili ją również czytelnicy i krytycy – Krzycz po cichu, braciszku zdobyło między innymi nagrodę Złota Wstęga, było również nominowane do Magnesii Litery w kategorii książek dla dzieci i młodzieży.

Obecnie, nakładem wydawnictwa Stara Szkoła, książka wychodzi w języku polskim, w przekładzie Mirosława Śmigielskiego. Literackie Skarby Świata Całego patronują i polecają!

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł: 
Březinová I., Louda J., Splnil se mi dětský sen a stala jsem se spisovatelkou, říká Ivona Březinová, LibereckýDeník.cz [https://liberecky.denik.cz/zpravy_region/splnil-se-mi-detsky-sen-a-stala-jsem-se-spisovatelkou-rika-ivona-brezinova-20180701.html] 
Když psaní bolí…, MamTalent.cz [http://www.mamtalent.cz/kdyz-psani-boli-.phtml?program=1&ma__0__id_b=23291&ma__0__id_kp=87895]

Ilustracje:
[1] motyw z okładki polskiego wydania książki, wyd. Stara Szkoła / stara-szkola.com,
[2] Wikimedia Commons,
[3] okładka czeskiego wydania książki, wyd. Pasparta / www.pasparta.cz,
[4] okładka polskiego wydania książki, wyd. Stara Szkoła / stara-szkola.com.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Krytyka umiera, Facebook to potwór, a eksperymentalne ziemniaki trudno sprzedać – Festiwal Conrada 2018: Przemysły Książki

Co roku Festiwalowi Conrada towarzyszy pasmo Przemysły Książki, w ramach którego odbywają się spotkania dotyczące szeroko pojętej branży książkowej. Gości przepytuje Marcin Wilk (Wyliczanka). Tegoroczny program pasma był wyjątkowo interesujący – mowa była m.in. o tym, czy aby pisać o książkach potrzebne jest wykształcenie uniwersyteckie, o roli internetu w dzisiejszym życiu literackim i o doli małych wydawców. Część ze spotkań prześledziłam w całości, z niektórych musiałam wyjść wcześniej, poniżej jednak garść zanotowanych obserwacji.

W debacie „Magister krytykiem. O znaczeniu wykształcenia uniwersyteckiego” udział wzięli prof. Ryszard Koziołek i Bernadetta Darska, aktywnie włączyły się jednak w rozmowę również siedzące na widowni Inga Iwasiów i Paulina Małochleb. Iwasiów stwierdziła m.in., że krytyk to „zawód” w zaniku, że nie ma już żadnego wpływu na sprzedaż, jego działania niewiele już też mają wspólnego z komentowaniem życia literackiego, a uczenie krytyki nie ma większego sensu. Wpływ i dochody zyskują blogerzy, ale zdaniem Pauliny Małochleb to już nie jest krytyka. Koziołek nie widział wszystkiego w aż tak czarnych barwach („Być może biorę lepsze leki niż Inga”). Po pierwsze – w blogach dostrzega nową, również ważną formę wypowiedzi, po drugie – uważa, że krytycy wciąż są potrzebni, aby uczyć czytelnika, jak wejść w krytyczny dialog z książką, po trzecie – krytyk ma wciąż nad blogerem przewagę w postaci oparcia w środowisku akademickim.

W tym wszystkim uwierał mnie jak zwykle twardy podział na „niedouczonych” blogerów i wykształconych krytyków. Wiem, uogólnienie na potrzeby dyskusji, ale w końcu jest też spora grupa osób, które mimo dyplomu literaturoznawcy ograniczają się do pisania na blogu. (Jest, prawda?). Darska zwróciła uwagę, że na blogach powstają też naprawdę dobre teksty, ale winą za to, że giną one w powodzi tych nieprofesjonalnych i niestarannych, obarczyła wydawców, którzy traktują książkę jak produkt i będąc świadomymi niskiej jakości merytorycznej tekstów i filmów pozwalają się promować popularnym blogerom. Tylko, z drugiej strony… czy można winić wydawcę za to, że chce na swoich książkach zarobić? Czy w imię dbania o wysoki poziom recenzji na blogach mają szlachetnie umrzeć z głodu?

Na „Egzaminie z liter”, czyli spotkaniu o kursach kreatywnego pisania z udziałem Filipa Modrzejewskiego i Izy Michalewicz – a właściwie na tym jego fragmencie, na którym mogłam zostać – nie usłyszałam raczej niczego nowego. Padły dość oczywiste stwierdzenia, że talentu nie można się nauczyć, ale można go rozwinąć; że aby dobrze pisać, trzeba dużo czytać; że ważne jest, aby naprawdę chcieć. Ciekawe było za to pytanie, czy zdaniem gości mogłaby dziś powstać druga Czarodziejska Góra. Zdaniem pana Filipa raczej nie, ponieważ czyta się i sprzedaje inne, mniej wymagające rzeczy, ale jako czytelnik bardzo by sobie tego życzył. Iza Michalewicz dodała, że faktycznie jest dziś tendencja do schlebiania gustom czytelników, jednak autor powinien umieć infekować innych swoją pasją.

Debata „O wpływie Internetu na życie literackie” z udziałem Justyny Sobolewskiej, Łukasza Najdera i Olgi Wróbel (Kurzojady) zaczęła się od krótkiego, lecz brutalnego podsumowania sytuacji w wykonaniu Najdera: fora i blogi, które kiedyś zabiły kulturę polemiki, są już dziś strupieszałe; dziś to samo, co one kiedyś, robi Facebook. Facebook natomiast, z czym zgodziła się Sobolewska, jest potworem, z którego najlepiej byłoby wyjść, ale tkwimy już w uzależnieniu od niego zbyt głęboko. Zgoda, że bywa narzędziem promocji i informacji, ale zarazem jest i narzędziem kompromitacji; daje możliwość dyskusji każdemu, także ludziom z małych ośrodków, ale rzadko te dyskusje są merytoryczne. Zdaniem Najdera to „forum internetowe na sterydzie”, przede wszystkim miejsce hejtu. W dodatku kultura internetu narzuciła nam mordercze tempo przyswajania książek i informacji, przez co czytelnik miota się między euforią (z powodu nowych tytułów) a rozpaczą (że nie będzie miał ich kiedy przeczytać). Fakt, skądś to znam(y).

Wątkiem pobocznym debaty okazało się „czyste”, etyczne promowanie książek. Marcin Wilk zwrócił uwagę, że to blogerzy – od których takiego podejścia się wymaga – rozpoczęli dyskusję na ten temat. Tymczasem, jak zauważył obecny na sali Maciej Jakubowiak, krytycy również są uwikłani w różnego rodzaju zależności, sympatie i antypatie – żaden z nich nie siedzi całe życie w piwnicy, odizolowany od literackiego świata. Podobna uwaga padła z ust Ani Karczewskiej: wygląda na to, że ograniczają nas przede wszystkim nie pieniądze, ale emocje – fakt, że wśród literatów i wydawców są ludzie, których lubimy i którym nie chcemy zaszkodzić.

W trakcie debaty „Czekam na przelew” o finansach w literaturze Aleksandra Małecka (Korporacja Ha!art) opisała sytuację na rynku, porównując książkę do worka ziemniaków; dystrybutorzy wolą niestety rozmawiać z wielkimi wytwórcami ziemniaków, zamiast z małymi wytwórcami eksperymentalnych ziemniaków :). Do tego duże wydawnictwa pozwalają sobie na wydawanie literatury pop, by zarobić na ambitniejsze tytuły, podczas gdy małe oficyny, dbając o swoje dobre imię, ograniczają się do tych drugich. Pragmatyczni, jak wyznała Bogna Świątkowska (Fundacja Bęc Zmiana), często radzą im, żeby po prostu zaczęli wydawać książki, które się sprzedadzą – proste :). A ponieważ przelewy z ministerstwa przychodzą nieraz skandalicznie późno, mali wydawcy nie mają innego wyjścia, jak zapożyczać się lub brać kredyty jako osoba prywatna. Nie jest to jednak problem wyłącznie polski – Świątkowska zauważyła, że w podobnej sytuacji znajdują się małe oficyny na całym świecie. Cieszyć się czy płakać?

Podobne obserwacje pojawiły się na debacie „Wydawczynie. O sile małych oficyn” z przedstawicielkami małych wydawnictw – Julianną Jonek-Springer (Dowody na istnienie), Kamą Buchalską (Książkowe Klimaty) i Anitą Musioł (Pauza). „Fantastyczne hobby polegające na traceniu pieniędzy odłożonych na emeryturę” – tak podsumowała ich działalność Kama, cytując swojego wspólnika, Tomka Zaroda. I tym razem padło stwierdzenie, że mali wydawcy nie mają kasowych tytułów, które zarobiłyby na te niszowe („może poza Szczygłem”). Hasło Karakteru, „Wydajemy co nam się podoba”, jest tak naprawdę hasłem wszystkich małych wydawców – ale trzeba za to płacić.

Co jeszcze sprawia, że prowadzenie małego wydawnictwa nie jest pracą lekką, łatwą i przyjemną? Rozmówczynie zauważyły, że wymaga ono dużej odporności na stres, „bo zawsze coś idzie nie tak”, i wyznały, że brakuje im czytania dla przyjemności. Mała oficyna musi też znosić zalew różnych, nieraz bardzo dziwacznych, wydawniczych propozycji (a jeśli ma się biuro w domu, jak Anita Musioł, zdarzają się też wizyty niezapowiedzianych gości). Tu padły przykłady (Klimaty – serie z RPA czy z Chin, „bo to też południe”, Pauza – „wiem że pani nie wydaje polskiej prozy, ale ja mieszkam w Szwajcarii”, Dowody – „non-fiction o klonie Jezusa w dobie transformacji”). I jeszcze jeden problem – nieterminowość tłumaczy i autorów, którzy niekiedy wręcz znikają na długie miesiące.

W czym więc tkwi tytułowa „siła małych oficyn” – oprócz tego, że „wydają, co im się podoba”? Na przykład w tym, że pomagają sobie nawzajem. I tutaj cichą bohaterką spotkania została Julia Różewicz z wydawnictwa Afera, która z Klimatami w przyjaznej atmosferze dzieli się czeskimi hitami, a dla Dowodów przetłumaczyła wywiad z księdzem Czendlikiem, tylko dlatego, że to taka fajna książka, którą sama chciała wydać :). Tylko w małych wydawnictwach są też możliwe różne odjechane historie, jak 100 egzemplarzy najnowszej książki Szczygła dzięki czyjejś uprzejmości lecące samolotem na Targi Książki w Krakowie (bo zabrakło!).

Jest o czym rozmyślać, prawda? Jeśli macie jakieś ciekawe obserwacje na tematy poruszone w debatach lub na temat samych wypowiedzi gości – podzielcie się, proszę!

czwartek, 8 listopada 2018

Potwory, niewidzialna ręka rynku i wielka opowieść jak zapach skóry kochanka – Festiwal Conrada 2018, dzień 5., 6. i 7.

Też tu jestem. Ta tycia Ania Maślanka na dole.
Czas na część trzecią mojej relacji, a więc ostatnie trzy festiwalowe dni. W tej edycji Festiwalu Conrada weekend nie obfitował w interesujące wydarzenia, dlatego mowa o zaledwie trzech spotkaniach – z Michalem Ajvazem, z Arundhati Roy oraz o sobotniej debacie w Księgarni pod Globusem. Plus kilka słów o przepięknym wykładzie mistrzowskim Roy na Gali Nagrody Conrada.

Dopytywany przez prowadzących, skąd biorą się jego niezwykłe pomysły, Michal Ajvaz odparł, że nie wie – że zostawia to psychoanalitykom :). W każdym razie na pewno nie z jego snów, które są bardzo nudne. Skąd więc w jego książkach te wszystkie potwory? Jak stwierdził, kiedyś pisał o nich więcej, dziś zostały mu tylko pies i kot, które ma w domu :). I w tym wypadku nie potrafił jednak wyjaśnić, skąd te dziwne stworzenia biorą się na kartach jego powieści – zaryzykował stwierdzenie, że może są dla niego po prostu symbolem innego świata. Dodał, że fantastyczne kreatury nie są nam tak naprawdę potrzebne, grunt to umieć spojrzeć na świat, dostrzegając niezwykłość w jego zwyczajności. Co nie jest wcale proste przy tej ilości przyziemnych spraw, które codziennie zaprzątają nam głowę.

Pisarz odniósł się również do porównań do Borgesa. Przyznał, że w pewnym stopniu jego twórczość go inspirowała, ale tylko przez pewien czas. Za dużo ważniejszych dla siebie autorów uważa Kafkę i Schulza. Nie podoba mu się również, że bywa zaszufladkowany jako „pisarz praski”. Pisał o Pradze, ponieważ dobrze ją zna, ale nie jest dla niego bardziej „magiczna” niż inne miasta. Jeśli już miałby być z nią kojarzony, to jako ze stolicą surrealizmu – pisarze surrealiści są mu dużo bliżsi niż choćby wspomniany Borges.

Na sugestię prowadzącego Tomasza Wiśniewskiego, że jako twórca literatury wyobraźni jest chyba dosyć osamotniony na czeskiej – i nie tylko – scenie literackiej, Ajvaz przyznał, że z wyjątkiem poety Ivana Wernischa nie znajduje właściwie bratnich dusz wśród czeskich pisarzy. Współczesnej literatury zagranicznej nie śledzi natomiast zbyt uważnie; jeśli o nią chodzi, podał tylko jedno nazwisko – Thomas Pynchon. Chętniej czyta starszych pisarzy, wśród których wymienił Conrada, Gombrowicza i wspomnianego już wcześniej Schulza.


Zapytany o to, jak udaje mu się w swoich utworach łączyć literackie szaleństwo z racjonalizmem, odparł, że dla niego to nic dziwnego – coś podobnego charakteryzuje pisarstwo Lewisa Carrolla, Edgara Allana Poego czy niemieckich romantyków. Większy problem stanowi dla niego wplatanie obrazów, które mają charakter autonomiczny, w logikę opowieści. Równocześnie jest to trochę wyzwaniem – czuje się jak rzeźbiarz ze swojego opowiadania, który nie wie, co wyjdzie z jego rzeźby.

Nie obyło się też bez rozmowy o pisarskich rytuałach. Ajvaz przyznał, że nie potrafi pisać po południu i w nocy – mimo więc, że akcja Innego miasta rozgrywa się niemal w całości nocą, utwór powstał w świetle dnia. Zwykle do pracy pisarskiej pisarz siada o 7:30, z kawą, i pisze do południa. Równocześnie musi się skupiać na swojej pracy naukowej, z której żyje, dzieli więc swój czas między te dwa światy. Jak sam twierdzi, nie mógłby jednak pracować nad dwoma dziełami literackimi w jednym czasie, pisząc bowiem książkę żyje nią, nosi ją bez przerwy w sobie.

Zwieńczeniem rozmowy był ciekawy literacki eksperyment, jakiego nie widziałam nigdy wcześniej na spotkaniu autorskim. Tomasz Wiśniewski przygotował opowiadanie zainspirowane twórczością Ajvaza, które czytał we fragmentach, przeplatanych fragmentami przygotowanymi wcześniej i czytanymi przez samego Ajvaza. W ten sposób powstało ciekawe „opowiadanie na dwa głosy”. Szczególnie efektowna była końcówka – w końcowej scenie bohater wchodzi do sali pełnej ludzi w słuchawkach, siedzących przed podwyższeniem, na którym siedzi trójka ludzi, w tym dziewczyna w żółtej sukience (właśnie taką miała na sobie druga moderatorka spotkania, Joanna Grochocka). W końcu mężczyzna siedzący obok dziewczyny wstaje i mówi: „Proszę państwa, Michal Ajvaz!”. I fikcja stała się rzeczywistością :).

Festiwalową sobotę zaczęłam od debaty blogerów, dziennikarzy i księgarzy w Księgarni pod Globusem. Uczestnicy (a wśród nich między innymi Parapet Literacki, Księgarka na regale, CzytamRecenzuję.pl i Książki na ostro) zastanawiali się, co tak naprawdę decyduje o sprzedaży książek. Mimo dużej popularności YouTube’a i Instagrama okazuje się, że liczba wyświetleń wcale nie przekłada się na liczbę sprzedanych egzemplarzy. Co tak naprawdę zachęca więc do kupowania książek? Radio? Biblioardy? Polecenia znajomych? Nie udało się znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. „Niewidzialna ręka rynku” – to jedyne nasuwające się wyjaśnienie.


Co z blogami? Wniosek z dyskusji był taki, że niekoniecznie pomagają one w zachęcaniu do czytania osób nieczytających, ale za to dla tych czytających są pewnym drogowskazem wśród gąszczu nowości zalewających rynek. Miłym akcentem były głosy osób z publiczności, które przyznały, że zwykle „nie lajkują” i nie komentują, ale za to milcząco śledzą blogi i vlogi, „wpuszczając ich autorów do domu”, dzięki czemu czują się trochę, jakby ich znali. Blogi wciąż mają więc sens.

Na wieczornym spotkaniu z Arundhati Roy było trochę o polityce, trochę o miłości, trochę o różnicach między Indiami a Polską. Pisarka mówiła o systemie kastowym jako elemencie przemocy, który piętnuje w swoich powieściach, ale błysnęła też doskonałą znajomością i zrozumieniem polskiej historii, zauważając, że dzisiejsza homogeniczność naszego społeczeństwa została również osiągnięta poprzez przemoc. Jeśli chodzi o różnice kulturowe, szczególnie spodobała mi się anegdota, obrazująca różnice w myśleniu o małżeństwie – pewna pani z Indii na wiadomość, że na Zachodzie ludzie zawierają związki małżeńskie z miłości, zdziwiła się: „Jak to z miłości? Budować życie na czymś tak nietrwałym?”. I rzeczywiście, jak zauważyła Roy, mimo ogromnej ilości miłości w bollywoodzkich filmach, w Indiach uczucia rzadko grają rolę przy zawieraniu małżeństwa, a związki międzykastowe zdarzają się bardzo rzadko.

Choć Indie są na pozór krajem demokratycznym, w którym przeprowadzane są wybory, w istocie to państwo policyjne, gdzie ludzie wsadzani są do więzienia tylko na podstawie podejrzeń. Co gorsza, narzędziami kontroli, oprócz policji i wojska, stał się dziś również internet, na czele z Facebookiem. Osobiście jednak pisarka uważa, że największym problemem jest kretynizm – większym niż faszyzm. W Indiach ograniczeni politycy, którzy upierają się, że ich przodkowie nie pochodzili od małpy, wyrządzają wielkie szkody, atakując szkoły i system edukacji. Mimo tego wszystkiego jednak autorka nie chce wyjeżdżać, „ponieważ to jakby prosić drzewo, by odeszło”. Z szacunkiem mówiła też o mądrości Wschodu, która znaczy dla niej więcej niż mądrość Zachodu, ponieważ zakłada równość wszystkich ludzi.


Czym jest dla niej szczęście? Przeciwieństwem instytucji. Zdolnością do życia intensywnie, ciesząc się chwilą, bez prób instytucjonalizowania tego. Dla niej dodatkowo szczęściem jest pisanie, ponieważ jej bohaterowie żyją wraz z nią, są dla niej pociechą. Na pewno natomiast drogą do szczęścia nie jest, jak nam się dziś wmawia, posiadanie i konsumowanie. Czego się boi? Wyczerpania się źródeł naturalnych i deficytu wody. To środowiskiem najbardziej powinniśmy się dzisiaj martwić. Co robi, kiedy czuje rozpacz i traci nadzieję? Przypomina sobie, że świat istnieje od 4 miliardów lat i jej rozpacz nie ma dla niego żadnego znaczenia :). Myśli też o ludziach, dla których możliwość poczucia rozpaczy byłaby luksusem; nie mają jej, bo są w sytuacji, w której nie mają żadnego wyboru.

Było to ostatnie spotkanie z głównego programu tegorocznego Festiwalu Conrada, w którym w całości wzięłam udział. Dorzucę jednak kilka słów na temat niedzielnej Gali Nagrody Conrada i wykładu mistrzowskiego Arundhati Roy, który naprawdę chwycił mnie za serce. Pisarka mówiła w nim bowiem o literaturze w sposób niezwykle sensualny i dla mnie osobiście wzruszający.

Znalezienie własnego głosu jako pisarza porównała z odnalezieniem miłości życia. Dodała, że nie jest to łatwe w dobie wszechobecnego hałasu Facebooka i Twittera, kiedy samotność, kroczenie własną drogą i mówienie własnym głosem wydają się czymś przerażającym – a to zagraża literaturze. Roy przyznała, że i dla niej niełatwa była decyzja, by przemówić, narażając się na niepopularność; gdyby jednak tego nie zrobiła, więziłaby samą siebie i pogardzałaby sobą.

Wielka opowieść według niej ma w sobie coś z domu, w którym mieszkasz lub zapachu skóry twojego kochanka (piękne, piękne porównanie!). Dzięki niej choć wiesz, że kiedyś umrzesz, czujesz, jakby to miało nigdy nie nastąpić. To wielka tajemnica, która pozwala nam zrealizować jedyne marzenie, które naprawdę ma sens – żyć, kiedy jesteś żywy i być martwym dopiero wtedy, kiedy umrzesz. Jakie jeszcze rady miała pisarka dla młodych pisarzy (i nie tylko)? Nigdy nie przywyknąć do przemocy. Szukać radości tam, gdzie jest tylko smutek. Szanować siłę, a nie potęgę. Próbować zrozumieć. Piękne słowa, po których wyszłam z gali szczęśliwa, że moje życie kręci się wokół czegoś tak wspaniałego jak literatura.

I to już (prawie) koniec mojej conradowskiej relacji. Spodziewajcie się jeszcze krótkiego podsumowania spotkań w ramach pasma Przemysły Książki.

niedziela, 4 listopada 2018

Wysil się trochę! czyli Festiwal Conrada 2018, dzień 3. i 4.


Festiwalową środę otworzyło spotkanie dotyczące twórczości Maxa Blechera, ze szczególnym naciskiem na wydaną właśnie po polsku trzecią część jego „trylogii choroby”, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny. W dyskusji, którą poprowadziła Paulina Subocz, udział wzięła tłumaczka książki, Joanna Kornaś-Warwas, oraz literaturoznawca Doris Mironescu.

Znawcy mówili o tym, w jaki sposób zmienia się podejście autora do choroby i ciała w kolejnych tomach cyklu. Tytułowy oksymoron „rozświetlona jama” w ostatniej części to właśnie ciało – miejsce ciemne i jasne zarazem, miejsce schronienia i objawień, gdzie można schować się przed światem i odkryć samego siebie. W pewien sposób koresponduje to też z podejściem Blechera do pisania – było ono dla niego sposobem na życie we własnej rzeczywistości. Przy okazji pojawiła się refleksja na temat samej literatury cierpienia. Sprowadza się ona właściwie do krzyku – wymaga dosadnych, naturalistycznych opisów, konkretów. Tłumaczka mówiła natomiast m.in. o sprawiających pewien kłopot niuansach językowych – na przykład o tym, że w języku rumuńskim występują trzy różne określenia na „ciało”. Jak oddać ich różne odcienie w języku polskim?


Mowa była także o powiązaniach Blechera z Schulzem. W Rumunii pierwsze przekłady Schulza ukazały się w latach 60. i natychmiast powiązano go z Blecherem. Dodatkowo za potwierdzenie jakości prozy polskiego twórcy uznano jego inspirację Kafką. Mironescu stwierdził jednak, że ani Schulz, ani Blecher nie powinni być traktowani jako naśladowcy Kafki albo jeden drugiego; każdy z nich to silny, niezależny pisarski głos, aktualny dziś być może nawet bardziej niż w swoich czasach.

Według literaturoznawcy tak naprawdę Blecher – którego proza brzmi niemal jak współczesna – zyskał dużą popularność dopiero dziś. A na potwierdzenie, że jest wciąż żywy, przytoczono zabawną anegdotę – o tym, jak pewien młody autor zadzwonił do działającego obecnie Instytutu Blechera i spytał, czy może rozmawiać z… panem Blecherem.

Następnie z Rumunii przenieśliśmy się na Litwę – kolejnym gościem w Pałacu Czeczotka była Kristina Sabaliauskaitė, autorka cyklu powieści historycznych Silva Rerum. Prowadzący Ziemowit Szczerek, zachwycony cyklem, dopytywał, skąd czerpała informacje do odtworzenia XVII-wiecznych realiów i dlaczego wybrała właśnie ten, a nie inny okres w historii Litwy. Pisarka odparła, że korzystała z dokumentów bardzo rzetelnej i niezaangażowanej ideologicznie historiografii litewskiej, a akcję powieści ulokowała właśnie w tych a nie innych czasach, ponieważ natrafiła na piękną historię, którą chciała opowiedzieć. Nie był to więc z założenia żaden projekt historyczny ani ideologiczny – chodziło wyłącznie o piękną opowieść. Ostatecznie udało jej się nie tylko oczarować czytelników opowiedzianą historią, ale i rozbudzić zainteresowanie epoką Wielkiego Księstwa Litewskiego.


Pisarka stwierdziła, że mimo dużych różnic między językiem polskim a litewskim, uczuciowość Polaków i Litwinów jest bardzo podobna – nie ma dwóch bliższych sobie narodów. Z kolei z pozostałymi krajami bałtyckimi, Łotwą i Estonią, oprócz interesów geopolitycznych nie łączy Litwy nic. Kiedy pisarka mówiła o tym na targach w Londynie, wywołała pewne oburzenie, twardo stała jednak przy swoim, pytając: czy mamy z Łotwą i Estonią choć jedno wielkie wspólne dzieło, wspólnych twórców, kulturę? Nie, związki z Polską są za to bardzo silne – weźmy choćby Mickiewicza i Miłosza.

Autorka porównała samą siebie do Antygony, która odkopuje w litewskiej historii to, co niektórzy chcieliby zasypać, w tym m.in. powiązania z Polską. Dodała też, że w przeciwieństwie do Sienkiewicza nie pisze ku pokrzepieniu serc, ale ku przestrodze – historia jest nam potrzebna, by nie popełniać drugi raz tych samych błędów. Co do samego Sienkiewicza natomiast, jego twórczość nie jest dla niej źródłem inspiracji czy punktem odniesienia, zbyt wiele bowiem wydarzyło się w gatunku powieści historycznej od jego czasów. Oprócz epoki historycznej, w której rozgrywa się akcja, Silva Rerum z jego trylogią nie łączy absolutnie nic.

Zapytana o to, co zarzucali jej krytycy, Sabaliauskaitė odpowiedziała, że sukces :). Początkowo byli zgodni, że Silva Rerum to dobra książka, ale nie ma szans zostać bestsellerem. Kiedy zaś nim została, nagle zaczęli patrzeć na nią z góry i wrzucać do worka z literaturą pop. „Mój znajomy skomentował, że jeśli tak mówią, to naprawdę osiągnęłam sukces. A kiedy zaczną mówić, że to wszystko za żydowskie pieniądze – wtedy będę już prawdziwą gwiazdą” – śmiała się pisarka.

Będąc pod wrażeniem sukcesu Kristiny Sabaliauskaitė na Litwie (250 tysięcy sprzedanych egzemplarzy wszystkich wydań, i to na niewielkim litewskim rynku), zapytałam o stan czytelnictwa w jej ojczyźnie – czy Litwini chętnie sięgają po książki, czy po prostu jej twórczość jest fenomenem? Odparła, że oczywiście często słyszy się narzekania, że ludzie nie czytają (jak wszędzie), ale targi książki w Wilnie co roku przyciągają 70 tysięcy osób, nie jest chyba więc tak źle. Dodała jednak, że kultura obrazkowa rzeczywiście zaczyna zagrażać czytelnictwu i że jest to powód do zmartwienia, bo obrazy nigdy nie będą pobudzały wyobraźni w takim stopniu jak literatura.

Spotkanie zamknęła bardzo ładna metafora, przywołana przez autorkę. Powieści pisanie historycznej jest trochę jak patrzenie przez brudną szybę czasu. Niewiele przez nią widzimy, a do tego sami się w niej odbijamy. Musimy się zawsze liczyć z tym limitem poznania i z faktem, że to, jacy jesteśmy teraz, będzie rzutowało na nasze postrzeganie historii.

Wieczorem przeniosłam się z Pałacu Czeczotka do urokliwego Antykwariatu Abecadło (Kościuszki 18, kto z Krakowa, a jeszcze nie zna, zachęcam bardzo do wizyty!) na spotkanie zatytułowane „P.O.P., czyli Poeci Opuszczają Piedestał”. Ania Karczewska rozmawiała z Joanną Lech o tym kim jest dziś poeta, czy poezja może się rozwijać w internecie oraz o opracowanej przez Joannę antologii Znowu pragnę ciemnej miłości, wydanej w tym roku przez W.A.B.


Jak promować w dzisiejszych czasach coś tak niszowego, jak poezja? Jak zauważyła Joanna Lech, w Polsce być może nie jest to zjawisko tak silne, ale za granicą wiele osób publikuje swoje wiersze na przykład na Facebooku. Internet może być więc dla poezji tak samo dobrym medium, jak każde inne. Zapytana o Rupi Kaur odpowiedziała, że ocenia ją jako pozytywne „zjawisko” – trzy miliony obserwujących, występ w programie Jimmy’ego Fallona, to wszystko z pewnością pomogło w popularyzacji poezji.

W trakcie spotkania rozwinęła się też dyskusja o podobieństwach i różnicach między wierszami a tekstami piosenek. Poetka stwierdziła, że te dwie formy wiele łączy – na nią osobiście oddziałują one w bardzo podobny sposób. Pani z publiczności zauważyła jednak, że jeśli chodzi o konstrukcję, tekst piosenki w większym stopniu podlega pewnym wzorcom, i wygłosiła przy okazji mały wykład na ten temat :). Wydarzenie zakończyło się poczęstunkiem, przygotowanym przez właścicieli antykwariatu. Miło!

Moje relacje z wydarzeń czwartkowych siłą rzeczy będą trochę okrojone, ponieważ kilka interesujących mnie spotkań miało miejsce w tym samym czasie, musiałam więc podzielić między nie swój czas. Zacznę od debaty w Pałacu Czeczotki, poświęconej tematowi mistyfikacji. Z pisarką Agnieszką Taborską i artystą Robertem Kuśmirowskim rozmawiała Natalia Palich.


Na wstępie goście pochwalili się trochę własnymi mistyfikacjami – Kuśmirowski opowiadał o swoich projektach artystycznych oraz o tym, jak podrabiał i sprzedawał fotografie starego Krakowa, które po pewnym czasie do niego wracały (z gorącym zapewnieniem sprzedawcy, że to autentyki – on zna nawet rodzinę, z której albumu pochodzą!), natomiast Taborska mówiła o swojej książce Senne życie Leonory de la Cruz, w której opisała historię zmyślonej XVIII-wiecznej świętej. Choć tytuł ukazał się w specjalnie w tym celu stworzonej przez wydawcę serii Mistyfikacje, w opisie nie było mowy o tym, że Leonora de la Cruz jest postacią fikcyjną; inaczej w wydaniach, które ukazały się za granicą – tam już wydawcy lojalnie uprzedzali. Mimo to naprawdę wielu czytelników „nabrało się” na tę historię, co zaskoczyło samą autorkę. Szczególnie zdziwiły ją reakcje uczestników festiwalu w Pirenejach, którego była gościem – choćby pytania, czy w archiwach watykańskich są jakieś informacje o Leonorze – zwłaszcza że cała impreza była poświęcona… właśnie mistyfikacjom :).

Prowadząca chciała wiedzieć, czy zdaniem gości uzasadnione jest oburzenie po ujawnieniu mistyfikacji. Kuśmirowski stwierdził, że dużo zależy tu od motywacji mistyfikatora. Jeśli jest ona finansowa (jak w przypadku pamiętników Hitlera wydanych jakiś czas temu w Niemczech) – oburzenie jest jak najbardziej zrozumiałe. W mistyfikacji, dodała Taborska, najważniejszy jest walor zabawy. Dlatego w takie zakłopotanie wprawiły ją reakcje „nabranych” czytelników – jako autorka chciała ich tylko rozbawić, nie sprawiać, by poczuli się oszukani, „bo nie złapali dowcipu”.

W dalszej części spotkania mowa była o tym, że kopiowanie może być również wartością i nauką i że może może dawać artefaktom drugie życie, jak choćby w przypadku dzieł sztuki. Mimo to odbiorcy pragną autentyczności – czy chodzi o programy w telewizji (reality show – choć, jak wiadomo, w tym wypadku autentyczność może być bardzo złudna), czy o literaturę. W odpowiedzi na pytanie, skąd tak duża popularność literatury non-fiction, Taborska stwierdziła, że jej czytanie polega przede wszystkim na przyswojeniu faktów; tymczasem powieści i opowiadania wymagają już więcej wysiłku, ponieważ uruchamiają wyobraźnię (o czymś podobnym mówiła Kristina Sabaliauskaitė!). Sztuka powinna być jednak wyzwaniem, warto więc na ten wysiłek się zdobyć.

Na spotkanie z greckimi pisarkami, Leną Kitsopoulou i Amandą Michalopoulou, wpadłam pod koniec, a do tego komunikacja między prowadzącą Kamą Buchalską a zaproszonymi autorkami trochę szwankowała – tłumacz, choć wyglądał na przesympatycznego człowieka, chyba niespecjalnie sobie radził. Dlatego ta relacja będzie krótka.


Pisarki opowiadały o atakach, których ofiarą padały jako piszące kobiety (Kitsopoulou wspominała, jak jedna z greckich partii o charakterze nacjonalistycznym doprowadziła do publikacji w gazecie jej zmanipulowanych zdjęć) oraz o dominacji mężczyzn w świecie literatury. Michalopoulou mówiła o przeprowadzonym w Grecji sondażu, w którym sześciu znanych pisarzy miało podać 10 ulubionych książek i na ich listach znalazły się wyłącznie tytuły autorstwa mężczyzn. Gdy zwrócono im na to uwagę, bronili się, że „uwielbiają kobiety” – zdaniem pisarki podobne słowa również brzmią lekceważąco, jak gdyby kobieta mogła być jedynie ozdobą, dodatkiem, nie równoprawnym partnerem intelektualnym. Czas, by dostrzegać płeć piękną nie tylko przez pryzmat urody, ale również doceniając jej umysł. Przykładowo Lucia Berlin [wspaniała! noszę w sobie jej Instrukcję dla pań sprzątających od kilku miesięcy, muszę w końcu ubrać wrażenia w słowa – przyp. mój], ciągnęła pisarka, pisała o amerykańskiej biedocie dużo lepiej niż choćby Raymond Carver. „Mogłabym podać więcej przykładów” – dodała.

Po Grecji przyszedł czas na Słowację. Pavol Rankov w rozmowie z Aleksandrą Hudymač opowiedział między innymi o tym, jak właściwie powstało nagrodzone Angelusem Zdarzyło się pierwszego września – dał swojemu ojcu (urodzonemu w tym samym roku, co późniejsi bohaterowie powieści) duży zeszyt i poprosił go, by spisał swoje wspomnienia.

Znamienne, że na pytania typu „Czy ta rodzina to byli Słowacy czy Węgrzy?” ojciec odpowiadał: „Trudno powiedzieć”. Doskonale pokazuje to, że złożone tożsamości, o których mówił Miljenko Jergović, były niegdyś na porządku dziennym. I w rozmowie z Rankovem pojawił się też motyw różnic między Słowianami zachodnimi a południowymi – zdaniem pisarza to właśnie nasze położenie między Niemcami a Rosją uchroniło nas przed wzajemną wrogością, jaką obserwuje się między narodami Bałkanów. A literatura Europy Środkowej, czym się charakteryzuje? Według autora jej kwintesencją jest twórczość Franza Kafki. W niej również objawia się „melancholijna groteska”, o której pisał Josef Kroutvor.


Pisarz przyznał się też do rozczarowania faktem, że jest zapraszany do szkół na lekcje historii. Nie miał bowiem ambicji tworzyć dzieła historycznego, napisał po prostu powieść. To prawda jednak, że rzeczy takie jak opisane w książce działy się naprawdę; skwitował to słowackim powiedzeniem „Tego byś nie wymyślił, to się mogło tylko wydarzyć naprawdę”. „Życie pisze takie historie, że grzechem byłoby ich nie opisać” – stwierdził.

Prowadząca pytała o postać Marii – dlaczego przez całą powieść pozostaje w cieniu, dopiero w końcówce pisarz oddaje jej głos? Rankov stwierdził, że w założeniu nie miała być aż tak tajemnicza, po prostu założył sobie, że na pierwszym planie będzie trójka głównych bohaterów; z czasem jednak jego również Maria jako bohaterka zaczęła fascynować, dlatego postanowił oddać jej ostatni rozdział powieści. Fakt, że Maria pozostaje wycofana, osnuta mgiełką tajemnicy, sprowokował jednak różne odważne interpretacje. Najczęściej pojawia się przypuszczenie, że postać ta to metafora Słowacji, jeden z krytyków zaś poszedł o krok dalej i zasugerował, że bohaterowie trzech narodowości rywalizujący o względy Marii to figura Czechów, Węgrów i Żydów zabiegających o względy Słowacji :).

Czym zaś dla niego samego jest przede wszystkim Maria? Symbolem ciągłości życia. Niezależnie bowiem od tego, kto przyjdzie, faszyści czy komuniści, życie toczy się dalej i znajdzie drogę, nawet w dżungli historii. A skoro znalazło ją nawet w tak ciężkich czasach, dlaczego miałoby nie znaleźć jej dziś? „Politycznie mamy dziś najlepszą możliwą sytuację dla młodych. Mimo to wielu z nich mówi, że nie chce mieć dzieci. Dlaczego? Kiedy mieliby mieć te dzieci, jeśli nie teraz? Lepiej nie będzie!” – skwitował pisarz :).

Wreszcie – wieczorne spotkanie z Elisabeth Åsbrink, które okazało się jednak trochę rozczarowujące. Przez dużą jego część prowadzący Maciej Zaremba Bielawski oraz autorka streszczali w zasadzie książkę Szwedki, 1947. Świat zaczyna się teraz. Zainteresował mnie co prawda wątek Simone de Beauvoir i jej miłości do Nelsona Algrena, ale na podstawie rozmowy nie zdołałam wywnioskować, dlaczego właściwie znalazł się w książce i co ma wspólnego z rodzinną historią, którą opowiadała Åsbrink. Żeby się dowiedzieć, będę pewnie musiała książkę przeczytać, może więc motywująca rola spotkania została spełniona :).


W odpowiedzi na pytanie, co w roku 2018 oznacza dla niej kobiecość, pisarka wspomniała o akcji #metoo, do której ma zastrzeżenia – zbyt bowiem generalizuje, przedstawiając wszystkich mężczyzn w ten sam sposób, a ze wszystkich kobiet robiąc ofiary. Wejście w taką rolę jest oczywiście kuszące, bo daje nam pewien rodzaj władzy, ale pisarka kieruje się w życiu ostatnim zdaniem z listu od jej ojca: „Niech ci nigdy nie będzie żal samej siebie”.

W czwartek odbyły się też pierwsze dwa spotkania z cyklu Przemysły Książki, zdecydowałam jednak, że wydarzenia z tego pasma opiszę na koniec w osobnym poście. Drugą część relacji więc niniejszym zamykam, i zapraszam na trzecią, już wkrótce!

piątek, 2 listopada 2018

Piłka nożna i jazzik vs. muzyka poważna – Festiwal Conrada 2018, dzień 1. i 2.

Conrad Festival 2018 przeszedł do historii, pora więc na relację i zebranie festiwalowych wrażeń. Na dobry początek – obszerny opis wydarzeń dwóch pierwszych dni. Festiwal miał naprawdę mocny początek!

Spotkanie z Wiesławem Myśliwskim, w trakcie którego fragmenty najnowszej powieści autora czytał Jerzy Trela, przyciągnęło prawdziwe tłumy. Pełnią szczęścia dla osób przybyłych później niż pół godziny przed rozpoczęciem, było przycupnięcie na wolnym skrawku podłogi. Tak też zrobiła pisząca dla Was te słowa.

Wydarzenie rozpoczęło się od wystąpienia prof. Krzysztofa Kłosińskiego, które Myśliwski, z właściwą sobie uszczypliwością, skwitował słowami „szkoda, że tak krótko” i stwierdzeniem, że pan profesor opowiadał o tej książce tak zupełnie inaczej… niż on sam o niej myślał. W swoim wprowadzeniu profesor powiedział między innymi, że Ucho igielne daje odpowiedzi na pytania, które on sam, u progu starości, sobie stawiał. Również prowadząca Małgorzata Szczurek na wstępie spotkania wyznała, że odnalazła się w nowej powieści Myśliwskiego, na co autor odparował, że jeśli wszyscy odnajdą się w tej książce, w końcu się rozleci :)

Zapytany o to, czym jest akt twórczy, odpowiedział, że to straszne słowo i woli samo „akt”. Pociągnięty za język dodał jednak, że wystarczy usiąść nad czystą kartką. I nawet jeśli niczego się nie napisze, nie szkodzi – „bezradność owocująca”, jak nazwał ten stan, jest też dobra, i w końcu przynosi efekty. Pisarz nie wierzy w wenę twórczą, podchodzi do tematu bardzo racjonalnie („albo coś z tego wyjdzie, albo nie”). Równocześnie jednak nie wyobraża sobie pracy nad powieścią zgodnie z jakimś planem. „Można mieć plan dnia, tygodnia, ale książki?”. Zapytany później przez jedną z uczestniczek spotkania, po czym wobec tego poznaje, że powieść jest już skończona, odpowiedział: „To proste. Kończę, kiedy nie chce mi się już dalej pisać”.

Jerzy Trela czyta fragmenty Ucha igielnego.
Najważniejsze – nie myśleć „Umiem pisać”. Przeciwnie, pisarz stwierdził, że zawsze gdy siada do pisania uświadamia sobie, jak bardzo nie potrafi tego robić, a napisane niegdyś zdania nie dodają mu sił – za każdym razem jest tak samo bezradny, jak przy pierwszej książce. „Wyobraź to sobie: idę na górkę, nadęty, myśląc: «O, idzie wielki Myśliwski na górkę!». I co się wtedy dzieje? Siadam i przepisuję poprzednią książkę” – skwitował. Druga ważna zasada to pisać tylko o tym, czego się samemu dotknęło. To siła konkretu sprawia, że literatura jest wiarygodna. Przy okazji ponarzekał trochę na to, że kiedyś wszyscy znali się choć trochę na każdym fachu, nie to co dziś, „zadzwoni pani w internet” i ma pani wszystko zrobione :). Prowadzący Wojciech Bonowicz skomentował to słowami: „Aż boję się w takim razie zapytać o scenę przesłuchania, może czegoś jeszcze o tobie nie wiem”, na co mistrz ciętej riposty odparł: „Z pewnością nie wiesz”.

Ujawniając w dalszym ciągu tajniki swojej pracy twórczej, pisarz wyznał, że pracuje zawsze przy muzyce, która „potrzebna jest mu niczym dopływ soków” – bez niej czuje się suchy. Zawsze jest to muzyka klasyczna (przykładowo Kamień na kamieniu powstał przy Schubercie), „przy jazziku nie da się pisać” :). Dodał, że być może również ta wspaniała muzyka pomaga mu się trochę odciąć od poczucia własnej wielkości.

Po co się pisze? A żeby on to wiedział! Chyba zwyczajnie coś trzeba w życiu robić; źle się patrzy na tych, co nie robią nic :). A na poważnie – pisanie według Myśliwskiego zawsze wyrasta z niedosytu: świata, siebie, istnienia, poznania. Zaczynamy pisać, bo nie wiemy. Literatura pomaga nam lepiej poznać siebie, ale i zrozumieć innych ludzi. Wypytywany później przez słuchaczy spotkania o różne motywy ze swoich powieści, odparł, że wielu rzeczy nie potrafi wyjaśnić, bo nie pisze o nich do końca świadomie. Wspaniałe w literaturze jest jednak właśnie to, że jest tyle wersji jednej książki, ilu czytelników, każdy bowiem uzupełnia ją własną wrażliwością i doświadczeniem.

Bonowicz zwrócił uwagę na humor, który pojawia się w Uchu igielnym. „Tak, od jakiegoś czasu mam poczucie humoru” – przyznał pisarz :). Dziś uważa, że tragedia bez odrobiny humoru jest trywialna, jako młody człowiek, jak twierdzi, był jednak bardzo ponury. Wspomniał przy tej okazji, jak na studiach polonistyczną z wielkim przejęciem pisał o tragizmie bajki Lemańskiego. Prof. Sławińska skwitowała to stwierdzeniem, że wojna zabiła w nim i w jego kolegach poczucie humoru. „Być może tak się tym przejąłem, że do dziś o to poczucie humoru walczę” – zastanawiał się.

Prowadzący pociągnęli wątek wojny i otworzył się worek ze wspomnieniami. Choć Myśliwski był oczywiście świadkiem wojennych zbrodni, pamięta również, jak on i inni chłopcy z wioski grali z żołnierzami Wehrmachtu w piłkę nożną, i nawet Niemcy pożyczyli im buty, bo w wiosce mało kto je miał. Przyznał jednak, że podobne historie opowiada rzadko, bo słuchaczy to gorszy. Z drugiej strony – wśród wspomnień z dzieciństwa pojawiła się też, zapamiętana z najdrobniejszymi szczegółami, twarz kolegi ze szkoły, Żyda. Zawsze jako pierwszy wybiegał ze szkoły, bo inni chłopcy naśmiewali się z niego i dokuczali mu. Gdy pewnego dnia przyszły pisarz zastąpił im drogę i spytał, dlaczego tak prześladują biedaka, odpowiedzieli tym okrutnym w swej głupocie zdaniem, które usłyszałam już nie po raz pierwszy: „Bo Żydzi prześladowali Pana Jezusa”.

Na koniec padło pytanie o rolę żony w pracy twórczej Myśliwskiego. Autor przyznał, że jest ona ogromna. Jego towarzyszka życia jest bardzo krytyczna i na ogół nic jej się nie podoba; przy jej drugiej lekturze zaczynają się kłócić, ale ostatecznie wychodzi na to, że prawie zawsze ona ma rację :). Wkrótce potem obecna na widowni małżonka pisarza została obdarowana przez prowadzących kwiatami. Myśliwski oczywiście nie mógł się powstrzymać od komentarza: „A dla mnie?”.

To poniedziałkowe wydarzenie, głównie ze względu na charyzmę gościa, ustawiło poprzeczkę bardzo wysoko i ostatecznie pozostało jednym z najmilszych moich wspomnień z tegorocznego Festiwalu Conrada. Później jednak też nie było najgorzej :). Choćby na spotkaniu z Miljenkiem Jergoviciem.

Zaczęło się od refleksji o przegranych. Zdaniem pisarza cała literatura opowiada tak naprawdę właśnie o nich („powieść o szczęśliwej miłości nie miałaby sensu”), bo są dużo ciekawsi niż wygrani, co prowadząca Magdalena Petryńska potwierdziła, cytując Borę Ćosicia: „Zwycięzcy mają tylko zwycięstwo. Przegranym zostaje wszystko”. W tym kontekście zdaniem Jergovicia fakt, że pochodzimy z Europy Środkowej jest naszym przywilejem. Największe szczęście w nieszczęściu mają natomiast Polacy, którzy pochodzą „z najgorszej części Europy Środkowej” – po prostu jesteśmy przegrani od urodzenia :).

Jergovicia fascynują również ludzie z pogranicza; sam zresztą czuje się jednym z nich. Ciekawi go to, jak postrzega ich otoczenie – ma z nimi ewidentny problem, traktując ich jak mieszańca, kundla. Kimś takim był również śląski piłkarz Ernest Wilimowski, o którego losach chorwacki autor pisze w swoim Wilimowskim. Jak zauważyła tłumaczka, premiera tej książki w Polsce przypadła na bardzo dobry moment, gdy rozgorzała akurat dyskusja o śląskości i śląskiej tożsamości. Widać to było również na spotkaniu autorskim w Katowicach, którego uczestnicy zaczęli opowiadać własne historie – kolejne opowieści o złożonych tożsamościach.

Jergović wyjaśniał, że czasy, w których przyszło żyć Wilimowskiemu, były wyjątkowo okrutne, ponieważ odebrały ludziom możliwość bycia tym, kim naprawdę są. „«Normalny świat» zniknął w holokauście” – stwierdził pisarz. Dziś niestety historia zaczyna się powtarzać, ponieważ nadal nie potrafimy zrozumieć złożonych tożsamości; dlatego tak ważne jest, aby przypominać historie ludzi takich jak Wilimowski. Dzisiejszym Wilimowskim mógłby być choćby biedny, ale utalentowany syn Marokańczyka, który osiedlił się w Polsce. Załóżmy, że właśnie on doprowadziłby Polskę do finału mistrzostw świata – jak poradziliby sobie z tym Polacy? Ciągnąc dalej wątek piłkarsko-narodowy, Jergović polecił wszystkim lekturę wywiadów z Polakami grającymi w reprezentacji Niemiec. Wyjątkowo ciekawe wydało mu się to, co mówił o swojej tożsamości choćby Miroslav Klose, ten o wyglądzie najbardziej germańskim spośród piłkarzy, „wyglądający jak żołnierz Wehrmachtu” :).

Zapytany o to, dlaczego tak interesuje go Polska, pisarz odpowiedział, że „potrzebował poważniejszego wariantu historii południowosłowiańskiej”. Jak stwierdził, na Bałkanach wszystkie narody cierpiały, podobnie jak Polacy, nie było jednak zagrożenia, że zupełnie znikną, nikt nie groził ich zlikwidowaniem; tymczasem sytuacja Polski – z powodu jej położenia między dwoma mocarstwami – była niepewna do tego stopnia, że Gombrowicz pisał: „Jeżeli Polska wtedy będzie…”. Co jeszcze różni Polaków od narodów południowosłowiańskich? Zdaniem Jergovicia fakt, że nie fetyszyzujemy wrogości do innych narodów. Chorwaci natomiast karmią się nienawiścią do Serbów i na odwrót; ta nienawiść jest podstawą ich istnienia – gdyby zniknęła, zniknęliby razem z nią. Jest też inna, krótka odpowiedź na pytanie o to, skąd u Jergovicia zainteresowanie Polską. Mundial ‘74, pierwszy, który pamięta. To właśnie polska reprezentacja pokazała mu wtedy, jaka piłka nożna potrafi być piękna, a jego idolem stał się Grzegorz Lato – brzydki, łysy, pomarszczony, zupełnie niepozorny, ale na boisku dokonujący niezwykłych rzeczy. Fascynacja polskim futbolem szybko przeobraziła się u niego w fascynację całą Polską.

Pisarz zdradził również, nad czym pracuje obecnie – zbiera materiały do książki zainspirowanej historiami spisanymi na nagrobkach na cmentarzach w Sarajewie. Stwierdził, że będzie to książka „głupia i dziwna” i prawdopodobnie nikt nie będzie chciał jej czytać [w co szczerze wątpię – przyp. mój :)], jednak jest to coś, czego on w tym momencie jako pisarz bardzo potrzebuje. Czekamy więc, a w każdym razie ja czekam!

Poruszony przez Jergovicia wątek Europy Środkowej i tego, w jaki sposób nasze położenie geopolityczne wpływa na tworzoną przez nas sztukę, pojawił się również na następnym spotkaniu, z Olgą Tokarczuk. Dotyczyło ono – nie mogło być inaczej! – Biegunów. Pisarka cieszyła się, że napisała tę powieść jako kobieta z Europy Środkowej, ponieważ nasz region tworzą społeczeństwa „ruchome”, stale przesuwane z miejsca na miejsca. „Nie bez powodu o płynności pisał właśnie Bauman” – dodała.

Poważnym zmianom zdążył jednak też ulec cały świat od czasu, kiedy powstali Bieguni. Tokarczuk zwróciła uwagę, że kiedy pisała tę książkę, wchodziliśmy właśnie do Unii, świat się przed nami otwierał, internet nie śledził jeszcze każdego naszego kroku, wszyscy byliśmy pełni optymizmu. Podróż była czymś jednoznacznie pozytywnym, sposobem na zbliżenie się do innych kultur i odkrycie podobieństw. Dziś natomiast wszystko jest inaczej, świat się raczej zamyka, słychać już gdzieś w oddali trzaskanie drzwi. W rzeczywistości takiej jak ta lada chwila wszyscy możemy stać się uchodźcami, mając więc wyobraźnię i empatię, powinniśmy dostrzec w dzisiejszym kryzysie także nasz problem.

Ciekawym doświadczeniem jest obserwować właśnie dziś, w czasach zamykającego się świata, reakcje czytelników z innych kręgów kulturowych na napisaną dziesięć lat temu powieść. W trakcie trasy promocyjnej w Stanach Zjednoczonych jeden z czytelników, Irańczyk mieszkający w Los Angeles, powiedział, że dla niego była to pierwsza książka pokazująca świat z bliskiej mu perspektywy imigranta, kogoś z zewnątrz.

Pisarka wyznała, że w ostatnich latach zmienił się też jej osobisty stosunek do podróżowania. Dziś podróżuje, bo musi, jednak ma coraz częściej poczucie, że świat jest „zaśmiecony podróżnikami”. I to nie tylko w sensie metaforycznym – jakiś czas temu na widok plaży w Azji pełnej plastikowych śmieci doszła do wniosku, że być może lepiej jednak zostać w domu, a piękne miejsca pooglądać na zdjęciach w internecie.

Na spotkaniu z Olgą Tokarczuk też zostały już tylko miejsca na podłodze.
A mówią, że Polacy nie czytają :).
Bohaterka spotkania mówiła też o konstrukcji swojej nagrodzonej Bookerem powieści. Od początku zdawała sobie sprawę, że opisywanie świata w formie linearnej, jak w XIX-wiecznych dziennikach podróży, nie jest w tym wypadku możliwe, że musi znaleźć inną formę i zaufać intuicji czytelnika. Wymyśliła więc coś, co nazwała powieścią konstelacyjną. To forma otwarta, rozgałęziająca się, skupiona wokół jednego stałego punktu, którym w Biegunach jest silna narratorka.

W trakcie spotkania doszło do małych spięć między pisarką a prowadzącym Szymonem Kloską :). Tokarczuk zaprotestowała wobec wciskania powieści w kategorie „dobrego” i „złego” i wyrzuciła prowadzącemu, że nie pyta jej wcale o drugie dno powieści, które jest tak ważne i któremu poświęciła tyle uwagi – wątek anatomiczny. „Widziałam Paryż, widziałam Chiny, a nie mam pojęcia, jak wygląda moja wątroba!” – zauważyła. I zaapelowała, by nigdy nie czytać Biegunów jedynie jako powieści o podróży, w oderwaniu od tej drugiej, anatomicznej warstwy.

Wtorkowy wieczór należał natomiast do Larsa Saabye Christensena. Spotkanie krążyło wokół tematu buntu. Zapytany przez prowadzącą Sylwię Chutnik o to czy pisanie jest formą buntu autor odpowiedział, że tak – w tym sensie, że pisarz opowiada historie, których nie opowiada nikt inny, i patrzy na rzeczy z zupełnie nowej perspektywy, znajduje piękno w drobnostkach wokół nas.

Na pytanie o swoją pierwszą płytę winylową odpowiedział: „Summer Holiday – Cliff Richard. I’m sorry”. Wkrótce potem jednak pojawili się The Beatles i ocalili jego gust muzyczny :). Tę magię rock and rolla z czasów nastoletnich – którą czuć również w powieści Beatlesi – pisarz czuje do dziś. „Eleanor Rigby do dziś mnie wzrusza” – wyznał. Wierzy również, że dobry rock z dobrymi tekstami przeżyje nas podobnie jak literatura. „Dobre”, czyli jakie? Na pewno nie późne rzeczy Lennona w stylu Imagine czy Give peace a chance, które zdaniem Christensena są po prostu głupie; ale już Eleanor Rigby czy Strawberry Field Forever to prawdziwa sztuka. „Lennon niepotrzebnie zaczął udawać, że jest zbawicielem, powinien po prostu pisać rockowe kawałki” – stwierdził autor.

Muzyka jest też dla niego ważną inspiracją przy pisaniu. I tu, uwaga, kilka uwag ciekawych zwłaszcza w zestawieniu z pisarskimi rytuałami Wiesława Myśliwskiego. W przeciwieństwie do polskiego prozaika Christensen chętnie pisze przy jazzie, ponieważ, podobnie jak w tym gatunku muzycznym, w pisaniu ważna jest dla niego improwizacja. Inaczej też niż Myśliwski, do pisania siada ze sporządzonym wcześniej planem, ale nie musi się go ściśle trzymać. Ważne jest dla niego natomiast przygotowanie psychiczne i fizyczne, ograniczenie ilości bodźców. „Nie jestem miłym facetem, kiedy piszę” – przyznał norweski gość.

Zapytany o to, czy traktuje swoją prozę jako literaturę zaangażowaną, komentującą kwestie społeczne i polityczne, odparł, że nie – pisze po prostu o życiu ludzi oraz o ich reakcjach na te zjawiska. Jego zdaniem pisarz nie powinien być zbyt blisko polityki; podał przy tym przykłady znakomitych prozaików, którzy dokonywali bardzo złych wyborów politycznych (Hamsun, Céline).

Poezja? Jego zdaniem nie różni się tak bardzo od prozy. Język może być bardzo podobny, podstawową różnicą jest czas – powieść wymaga go zdecydowanie więcej. Nie sposób jednak stwierdzić, co jest trudniejsze, a co łatwiejsze. Przy okazji pisarz wyznał, że w każdym hotelu, w którym zatrzymuje się przy okazji spotkań autorskich, pisze jeden wiersz. „Żeby mieć się czym zająć i nie chodzić do minibaru”. Również w krakowskim Grandhotelu powstała taka literacka pamiątka.

Na koniec Christensen zdradził, kogo obsadziłby w swoim muzycznym zespole marzeń, gdyby miał taką możliwość. Szczęśliwi wybrańcy to Tom Waits, Paul McCartney i Keith Jarrett :).

W tym momencie zamykam część pierwszą relacji, i na zaś serdecznie zapraszam na odsłonę kolejną. A w niej między innymi Kristina Sabaliauskaitė (recenzja Silva Rerum wkrótce u mnie!), Pavol Rankov i Elisabeth Åsbrink. Zapraszam!

Fotografie ze spotkań: moje. Okładki książek pochodzą ze stron wydawnictw.

niedziela, 21 października 2018

Czeskie skarby pod specjalnym nadzorem (5): Na listopadowe i grudniowe wieczory

Tej jesieni lista czeskich nowości jest dosyć skromna. Część wyczekiwanych tytułów wciąż się tworzy i trzeba będzie na nie zaczekać do przyszłego roku, ale i w najbliższych tygodniach mamy na horyzoncie kilka ciekawych premier. I to takich, które poprawią nam nastrój w długie listopadowe wieczory.

Niedawno ukazały się:


Jezioro – Bianca Bellová
(przeł. Anna Radwan-Żbikowska, wyd. Afera) 
PATRONAT

Obsypana nagrodami (Literacka Nagroda Unii Europejskiej, Magnesia Litera, Česká kniha) opowieść o losach Namiego, chłopca z fikcyjnej wioski Boros położonej nad tytułowym jeziorem, którego pierwowzorem było Jezioro Aralskie. Surowa, momentami brutalna wręcz proza, o której napiszę więcej w recenzji. Książka ukazała się pod moim patronatem.


Pepiki – Mariusz Surosz
(wyd. Czarne)

Nie czeskie, ale o Czechach. Drugie wydanie kultowych już Pepików, wzbogacone o sześć nowych tekstów. Książka o postaciach czeskiej polityki, kultury, sportu – tych znanych, ale głównie o tych znanych mniej – która jak żadna inna burzy stereotypy o naszych południowych sąsiadach.

Czechy. Instrukcja obsług– Jiří Gruša
(przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury)

Niby przewodnik, ale nie do końca – przewodnikową serię monachijskiej oficyny Piper, która pod koniec lat 90. zleciła Jiříemu Grušy napisanie tej książki, tworzyły w zasadzie historyczno-literackie eseje o danym kraju i jego kulturze. Jak zapewnia wydawca, mowa tu o ciemnych kartach czeskiej historii i o czeskich kompleksach, ale z dużą dawką ironii i poczucia humoru. Myślę, że dla osób zainteresowanych Czechami to kolejna lektura obowiązkowa!


Zapowiedzi:


Krzycz po cichu, braciszku – Ivona Březinová
(przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) 
PATRONAT

Wyróżniona m.in. nagrodą Złota Wstęga 2017 za najlepszą książkę dla młodzieży, Krzycz po cichu, braciszku to historia Jeremiasza, chłopca z autyzmem. Wraz z siostrą i mamą bohater przeprowadza się do nowego miasta, w którym rodzina musi walczyć z uprzedzeniami środowiska. Autorka pisze z humorem i dużą dawką ciepła, ucząc czytelnika zrozumienia. Książka ukaże się pod moim patronatem.


Zaklinacz deszczu – Jiří Hájíček
(przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty) 
PATRONAT

Kolejna, po Rybiej krwi, powieść, w której Hájíček podejmuje temat walki o ziemię, korzeni i tożsamości. Główny bohater, uwięziony w klatce pozbawionej jego zdaniem sensu pracy oraz szczęśliwego, ale przytłoczonego bezowocnymi staraniami o dziecko małżeństwa, ucieka na wieś, pomagając swojej pierwszej miłości odzyskać należącą się jej rodzinną ziemię. Książka do wielokrotnego czytania, tylko pozornie prosta i jednowarstwowa. Również mój patronat.

Premiera: 29 listopada

Saturnin – Zdeněk Jirotka
(przeł. Leszek Engelking, wyd. Afera)

Ta książka to absolutny klasyk czeskiego humoru, uwielbiany przez kolejne pokolenia Czechów – w jubileuszowym plebiscycie nagrody Magnesia Litera Książka Stulecia zajął pierwsze miejsce publiczności, wyprzedzając samego Szwejka. Perypetie Saturnina pokocha każdy, kto świetnie bawił się przy cyklu o Jeevesie P.G. Wodehouse’a, i nie tylko. Ponury listopad i grudzień tuż tuż, warto zaopatrzyć się w stosowną na ten czas lekturę!

Cud – Josef Škvorecký
(przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Pogranicze)

Powieść powstała na przełomie lat 60. i 70. i została wydana już w emigracyjnym wydawnictwie Škvoreckiego i jego żony, Sixty Eight Publishers. Była reakcją autora na wydarzenia roku 1968 oraz rozliczeniem z dwudziestoma latami komunizmu. Wzbudziła spore kontrowersje, bowiem, jak wyjaśnia w zapowiedzi wydawniczej tłumacz książki, Škvorecký „ośmielił się pisać o tym heroicznym okresie z przymrużeniem oka czy wręcz z ironią, a nawet pokpiwać z przywódców Praskiej Wiosny”. Do tego obok poważnych tematów historycznych pojawia się tu erotyka. Powieść jest również ciekawa, jeśli chodzi o formę – pisana jest, podobnie jak Przypadki inżyniera ludzkich dusz, techniką montażu filmowego, z przeplataniem się różnych wątków i płaszczyzn czasowych.

Wydarzenia

Zbliżający się Festiwal Conrada będzie miał jednego czeskiego gościa – to Michal Ajvaz. Spotkanie z nim odbędzie się w piątek 26 października o godz. 16:00 w Pałacu Czeczotka. Dwa dni później, w niedzielę 28 października, pisarz spotka się jeszcze z czytelnikami w Katowicach – godz. 16:00, Rondo Sztuki.

Prócz tego w Warszawie trwa Polsko-Czeska Jesień Literatury. W ramach niej odbyły się już m.in. spotkania z Mariuszem Szczygłem i Terezą Boučkovą, a wśród zaplanowanych wydarzeń, które jeszcze przed nami, jest również rozmowa z Andrzejem S. Jagodzińskim z okazji wspomnianej premiery Cudu Škvoreckiego. Szczegóły na stronie Czeskiego Centrum.

Zdjęcie główne: step-svetlana / pixabay

środa, 17 października 2018

Festiwal Conrada 2018 – czego nie przegapić?

Kolejny rok, kolejny październik, kolejny Conrad Festival. Festiwalowych wydarzeń jest jak zwykle od groma, program z roku na rok coraz bardziej puchnie, jak więc odnaleźć się w tym gąszczu? Aby oszczędzić Wam bólu głowy, wybrałam kilka spotkań, na które warto zwrócić szczególną uwagę.

Poniedziałek

Wiesław Myśliwski
Gwoździem poniedziałkowego programu jest spotkanie z okazji długo wyczekiwanej premiery nowej powieści Wiesława Myśliwskiego. Jeden z najwybitniejszych żyjących polskich pisarzy, więc z pewnością warto, a do tego na spotkaniu z nim można się również świetnie bawić – o czym przekonacie się, czytając moją relację z podobnego wydarzenia na Festiwalu Conrada 2015. Tym razem z przekornym rozmówcą zmierzą się Wojciech Bonowicz i Małgorzata Szczurek.

O przechodzeniu przez ucho igielne | Spotkanie z Wiesławem Myśliwskim 
Godz. 19:30, Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha

Wtorek

Miljenko Jergović
Wtorek to plejada gwiazd w Pałacu Czeczotka. Najpierw, o godz. 16, odbędzie się dyskusja z Miljenkiem Jergoviciem, a dotyczyć będzie ona Ernesta Wilimowskiego, jednego z bohaterów tej edycji festiwalu, o którego skomplikowanych losach Jergović pisze w swoim Wilimowskim. Spotkanie poprowadzi tłumaczka dzieł pisarza, Magdalena Petryńska.

Zaraz potem, o godz. 18, w Pałacu zawita znów Olga Tokarczuk. Spotkanie, prowadzone przez Szymona Kloskę, będzie oczywiście poświęcone przede wszystkim głośnym obecnie Biegunom. Oraz ruchowi, który jest głównym tematem tej nagrodzonej Bookerem powieści. Rozmówcy postarają się odpowiedzieć na pytanie, czy w czasach masowych – i często przymusowych – migracji ruch jest rzeczywiście dobrodziejstwem.

Wreszcie, o godz. 20, z czytelnikami spotka się gwiazda literatury norweskiej, Lars Saabye Christensen. Rozmowa dotyczyć będzie przede wszystkim powieści Beatlesi o dorastających chłopcach z Oslo, naśladujących słynną czwórkę z Liverpoolu, oraz tematów w niej poruszonych – dorastania i buntu. Pyta Sylwia Chutnik.

Lars Saabye Christensen
Jeśli natomiast literackie gwiazdy Was nie interesują, ale za to zwierzątka już jak najbardziej – o 16:00 w Księgarni Młodej ART BOOKSTORE odbędzie się starcie kociarzy i psiarzy, zatytułowane „Jak pies z kotem – walka na cztery łapy”. Po stronie kotów wystąpi Olga Drenda, po stronie psów – Michał Cichy, a tego, by nie polała się krew, pilnował będzie prowadzący Maciej Jakubowiak. Wszystko to z okazji premiery ilustrowanych zbiorów opowiadań O psach i O kotach (wyd. Czarne).

O przegranej. Jergović | Petryńska 
Godz. 16:00, Pałac Czeczotka

Conrad w księgarniach | Jak pies z kotem – walka na cztery łapy 
Godz. 16:00, Księgarnia Młoda ART BOOKSTORE (Plac Szczepański 9)

O ruchu. Kloska | Tokarczuk 
Godz. 18:00, Pałac Czeczotka

O buncie. Christensen | Chutnik 
Godz. 20:00, Pałac Czeczotka

Środa

Festiwalowa środa zaczyna się dla mnie o godz. 13, od spotkania dotyczącego twórczości jednego z najwybitniejszych przedstawicieli rumuńskiego modernizmu, Maxa Blechera. Lada dzień swoją premierę będzie miała kolejna książka Blechera w języku polskim, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny w tłumaczeniu Joanny Karnaś-Warwas. Oprócz tłumaczki w dyskusji udział wezmą Doris Mironescu i Paulina Subocz.

Kristina Sabaliauskaitė
O godz. 14:30 gościem festiwalu będzie gwiazda literatury litewskiej, Kristina Sabaliauskaitė. Świeżo po lekturze dwóch pierwszych tomów jej osadzonej w XVII wieku tetralogii Silva rerum (drugi tom wyszedł właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego) i będąc pod ogromnym wrażeniem barokowego stylu autorki oraz wyczarowanego przez nią powieściowego świata, barwnego i pełnego złożonych postaci – bardzo zachęcam. Rozmowę poprowadzi Ziemowit Szczerek.

O godz. 16 w Pałacu odbędzie się kolejna dyskusja poświęcona życiu Ernesta Wilimowskiego – trochę o sporcie, trochę o historii. Rozmawiać będą Wojciech Kuczok, Janusz Margański oraz dziennikarz sportowy Andrzej Gowarzewski. Na deser, o godz. 19 w Antykwariacie Abecadło, Anna Karczewska porozmawia z Joanną Lech o instapoezji, o tym, kim są dziś poeci i jakie jest miejsce poezji na dzisiejszym rynku wydawniczym.

O płynnej formie świata. Kornaś-Warwas | Mironescu | Subocz 
Godz. 13:00, Pałac Czeczotka

O ustanawianiu przeszłości | Sabaliauskaitė | Szczerek 
Godz. 14:30, Pałac Czeczotka

O reprezentacji narodowej. Gowarzewski | Kuczok | Margański 
Godz. 16:00, Pałac Czeczotka

Conrad w księgarniach | POP, czyli Poeci Opuszczają Piedestał 
Godz. 19:00, Antykwariat Abecadło (ul. Kościuszki 18)

Czwartek

Czwartek to taki dzień, kiedy najchętniej bym się rozdwoiła, bo wiele ciekawego dzieje się niestety w tym samym czasie. Zacznę od Pałacu Czeczotka. O 13 odbędzie się tam dyskusja na temat mistyfikacji, w której udział wezmą Robert Kuśmirowski, Agnieszka Taborska i Natalia Palich. Zaraz potem, o 14:30, szefowa wydawnictwa Książkowe Klimaty, Kama Buchalska, porozmawia o wewnętrznych i zewnętrznych konfliktach z dwoma pisarkami z Grecji – Amandą Michalopoulou i Leną Kitsopoulou (o której rewelacyjnych Nietoperzach pisałam tutaj).

Pavol Rankov
O 18, wciąż w Pałacu, spotkanie ze słowackim pisarzem Pavolem Rankovem. Na Literackich Skarbach pisałam o jego nagrodzonym Angelusem Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) oraz o Matkach. Rozmowa dotyczyć będzie rywalizacji – jako że Zdarzyło się pierwszego września otwiera scenka zawodów pływackich trójki przyjaciół, które rozstrzygnąć mają, komu przypadnie prawo do ubiegania się o względy pięknej koleżanki Marii. Spotkanie poprowadzi dr Aleksandra Hudymač.

Wreszcie o 20 gościem festiwalu będzie szwedzka pisarka i dziennikarka Elisabeth Åsbrink. Z Maciejem Zarembą Bielawskim porozmawiają o narodowym konfrontowaniu się z grzechami przeszłości, zwłaszcza w kontekście społeczeństwa szwedzkiego.

Ale to nie wszystko! Również w czwartek startuje bowiem arcyciekawe w tym roku pasmo Przemysły Książki, prowadzone przez Marcina Wilka. O godz. 13 prof. Ryszard Koziołek i Bernadetta Darska będą mówić o tym, czy aby pisać o książkach, trzeba mieć wykształcenie uniwersyteckie, a o godz. 14:30 redaktor Filip Modrzejewski i reporterka Iza Michalewicz porozmawiają z Marcinem o kursach kreatywnego pisania.

Elisabeth Åsbrink
O mistyfikacjach. Kuśmirowski | Palich | Taborska 
Godz. 13:00, Pałac Czeczotka

O konflikcie. Buchalska | Kitsopoulou | Michalopoulou 
Godz. 14:30, Pałac Czeczotka

O zawodach. Hudymač | Rankov 
Godz. 18:00, Pałac Czeczotka

O grzechach z przeszłości. Åsbrink | Zaremba Bielawski
Godz. 20:00, Pałac Czeczotka

Przemysły Książki | Magister krytykiem. O znaczeniu wykształcenia uniwersyteckiego 
Godz. 13:00, De Revolutionibus

Przemysły Książki | Egzamin z liter. O nauce pisania i pisarstwa 
Godz. 14:30, De Revolutionibus

Piątek

Michal Ajvaz
Piątek to dla mnie przede wszystkim jedyny czeski gość tegorocznego festiwalu – Michal Ajvaz. Spotkanie z nim odbędzie się o godz. 16 w Pałacu Czeczotka, a udział wezmą również Tomasz Wiśniewski i Joanna Grochocka. Mowa będzie o absurdach w prozie czeskiego pisarza, które mają jednak drugie dno. A o jakie absurdy godzi – trochę o tym w moich tekstach, tutaj i tutaj.

Jeśli natomiast chodzi o pasmo Przemysły Książki, o 13 w Spółdzielni Ogniwo odbędzie się spotkanie „Potęga sieci. O wpływie internetu na życie literackie” z udziałem Łukasza Najdera, Justyny Sobolewskiej i Olgi Wróbel z Kurzojadów – o krytyce, o tym, czym różni się od „hejtu” i o nowej przestrzeni, jaką stworzył internet dla rozmów o literaturze. Zaraz potem, o 14:30, kolejny gorący temat. W trakcie dyskusji „Czekam na przelew. O finansach w literaturze” Marcin Wilk przepyta Bognę Świątkowską i Aleksandrę Małecką, jak to właściwie z tymi pieniędzmi w branży literackiej jest. Z pozostałych przygotowanych na ten dzień przez organizatorów wydarzeń szczególnie ciekawa wydaje mi się debata „Mity Słowian w wersji POP” poświęcona mitologii słowiańskiej i ile tak naprawdę o niej wiemy. Godz. 18, księgarnia Bonobo.

O ptakach recytujących eposy narodowe. Ajvaz | Grochocka | Wiśniewski 
Godz. 16:00, Pałac Czeczotka

Przemysły Książki | Potęga sieci. O wpływie internetu na życie literackie 
Godz. 13:00, Spółdzielnia Ogniwo

Przemysły Książki | Czekam na przelew. O finansach w literaturze 
Godz. 14:30, Spółdzielnia Ogniwo

Conrad w księgarniach | Mity Słowian w wersji POP. Czy w popkulturze istnieje popyt na popularyzację mitologii słowiańskiej? 
Godz. 18:00, Bonobo Księgarnia Kawiarnia Podróżnicza (Mały Rynek 4)

Sobota

W sobotnie przedpołudnie szykuje się ciekawa debata w Księgarni Pod Globusem – „Walka o rząd dusz, czyli kto najlepiej poleca książki?”. Będzie o tym, kto ma dziś największy wpływ na to, po jakie książki sięgają czytelnicy. Moderować będzie Anna Karczewska, a w dyskusji wezmą udział dziennikarze, blogerzy (będzie Ola z Parapetu Literackiego, Elwira z Księgarki na regale, Rafał z CzytamRecenzuje.pl, Monika z Miszonga i Paulina z Książek na ostro, a prócz tego blogerko-dziennikarki Justyna Suchecka i Natalia Szostak z „Gazety Wyborczej” i z vloga Krótka Przerwa) i księgarze.

Arundhati Roy
Popołudniu roi się od ciekawych spotkań, zwłaszcza w księgarniach, ale z tego roju wybieram szczególnie jedno, z cyklu Przemysły Książki, „Wydawczynie. O sile małych oficyn” – godz. 15:00, Antykwariat Abecadło. O tym, jak to jest prowadzić małe wydawnictwo, opowiedzą Kama Buchalska z Książkowych Klimatów, Julianna Jonek-Springer z Dowodów na istnienie i Anita Musioł z Pauzy.

Wieczorem w Pałacu Czeczotka zagości natomiast największa chyba gwiazda tegorocznego festiwalu – indyjska pisarka Arundhati Roy. Mowa będzie o literaturze zaangażowanej politycznie i o tym, czy stawiane jej zarzuty w odniesieniu do twórczości Roy są uzasadnione. Prowadzą Grzegorz Jankowicz i Katarzyna Janowska.

Conrad w księgarniach | Walka o rząd dusz, czyli kto najlepiej poleca książki? 
Godz. 11:00, Księgarnia Pod Globusem (ul. Długa 1)

Przemysły Książki | Wydawczynie. O sile małych oficyn 
Godz. 15:00, Antykwariat Abecadło

O wyzysku. Jankowicz | Janowska | Roy 
Godz. 20:00, Pałac Czeczotka

Niedziela

Yanick Lahens
W niedzielę tradycyjnie na festiwalu dzieje się już niewiele, pomijając oczywiście wieczorną Galę Nagrody Conrada. Oprócz tego jednak można wybrać się do Pałacu Czeczotki na przykład na dyskusję o fake newsach oraz wprowadzonym w Szwecji programie edukacyjnym, pomagającym uczniom weryfikować informacje medialne (rozmawiają jeden z twórców programu, Jack Werner, oraz Justyna Suchecka) lub na spotkanie z pisarką z Haiti, Yanick Lahens (prowadzi Tomasz Pindel).

O fake newsach. Suchecka | Werner 
Godz. 14:30, Pałac Czeczotka

O byciu niezależnym. Lahens | Pindel 
Godz. 16:00, Pałac Czeczotka

Ufff… Tak, wiem, miała być pigułka, tymczasem wyszła całkiem spora lista atrakcji. Ale i tak – czym są te 24 wydarzenia w porównaniu z ponad setką spotkań i warsztatów, jakie przygotowali organizatorzy w ramach tej edycji Festiwalu Conrada? To naprawdę najciekawszy literacko tydzień w roku. Wspaniale, że jest znów przed nami!

Fotografie pisarzy pochodzą ze strony Festiwalu Conrada (conradfestival.pl).